Posty otagowane jako ‘Isfahan’

Najlepszy komplement w Iranie

Wrzesień 25th, 2011

Po wczorajszej dlugiej opowiesci dzisiaj nie mamy zbyt wiele nowego do opisania, dlatego ta notka bedzie inna od poprzednich. Napiszemy Wam po krotce kilka ciekawostek i najbardziej interesujacych rzeczy, ktore nas tutaj spotkaly.

Kuchnia ulicy
Jako biedni europejscy turysci (przypominamy, ze jestesmy w miejscu, gdzie bogaci europejscy turysci juz nie docieraja) jemy przede wszystkim w mini-barach, ktorych na kazdej ulicy sa dziesiatki. Godna pochwaly jest ogolna zasada ich prowadzenia – oferuja zazwyczaj 2-3 potrawy, za to porcje sa ogromne – gar zupy o srednicy ponad metra swoi w prawie kazdym wejsciu, zeby kusic przechodniow kolorem i zapachem. Zawyczaj sa tez wyposazone w swego rodaju grill, w ktorym smazone jest mieso.

Zupy sa geste (czasami az kleiste), dobrze doprawione i podawane czesto z dodatkowa cytryna, ktora swietnie podkresla smak wszystkich tutejszych potraw. Alternatywa jest kebabm ktory z naszym rodzimym, polskim kebabem ma niewiele wspolnego oprocz nazwy. To mielone mieso z kurczaka, ktorym kucharz okleja dlugi metalowy szpicel i opieka. Na talerzu laduje jako podluzny kotlet mielony z charakterystyczna dziurka wzdluz w srodku. W podobny sposob smazy sie szaszlyki – nabijajac na taki sam „dlugi sztylet” kawalki dowolnie wybranego miesa. W menu zazwyczaj jest kurczak, wolowina, watrobka i baranina.

Wszystkie dania bez wyjatku podawane sa z lokalnym chlebem – podobnym do popularnej w Polsce pity, jednak troche grubszym. Jako dodatki wystepuja pomidory (czesto podawane w calosci z nozykiem do samoobslugi) i cebule – swieze, w cwiartkach lub polowkach. Te wyjatkowo przypadly nam do gustu, bo po pierwsze obydwoje lubimy cebule, a po drugie naprawde swietnie komponuja sie z tutejszymi specjalami.
Jezeli chodzi o napoje, kroluje oczywiscie herbata.

Nasz gospodarz Ali.

Nasz gospodarz Ali.

 

W wielu miejscach serwowana za darmo, w charakterystycznych malych szklaneczkach – w sam raz na 3 lyki 😉 Pije sie ja przez kostke cukru trzymana na jezyku. Ten sposob musza uwielbiac gospodynie domowe, bo nikt nie brudzi niepotrzebnie lyzeczek 😉
Kolejnym lokalnym specjalem jest doogh (nie probujcie tego wymowic, my uczymy sie juz 2 tygodnie, a i tak nikt nigdy nie rozumie co mamy na mysli). To rozwodniony jogurt, doprawiony mieta i sola, serwowany zawsze z lodem w duzych porcjach. Przy pierwszym wrazeniu jest naprawde obrzydliwy, ale juz po chwili zaczyna smakowac bardzo orzezwiajaco i z ciekawosci nowego smaku wypija sie caly wielki kufel 😉
Twardy orzech do zgryzienia mieli producenci chlodzonych napojow wchodzac na iranski rynek.

Chyba na calym swiecie najpopulariejszym napojem na upaly jest piwo. Tu jest ono oczywiscie zabronione. W to miejsce pojawily sie dziesiatki rodzajow owocowych substytutow na bazie slodu, ktore – trzea im przyznac – smakuja naprawde fajnie. Gdyby tylko mialy te 4%, na pewno zrobilyby kariere w Europie. Oprocz napojow gazowanych jest wiele rodzajow przeroznych sokow w puszkach, kartonikach i woreczkach albo kubeczkach – prosto z blendera w przydroznej kawiarence. Wszystkie rownie pyszne 🙂 Jezeli ktos nie ma ochoty albo pieniedzy na sok czy mini-herbatke doslowie co 10 metrow rozsiane sa po ulicach male kraniki z pitna woda. Wystarczy podejsc i napic sie z kubeczka przymocowanego metalowym lancuszkiem (Sanepid mialby uzywanie). Na szczescie przy wielu takich „zdrojach” sa juz zainstalowane dystrybutory rowniez darmowych kubeczkow jednorazowych. Choc najprostszym wyjscie i tak pozostaje miec po prostu zawsze ze soba pusta butelke na wode.

Komunikacja tylko dla zorientowanych
Duza partyzantka jest w kazdym wiekszym miescie komunikacja publiczna. Turystom tak naprawde pozostaja tylko drogie taksowki.
Autobusy miejskie jezdza po roznych trasach (podobno czesto nawet niezgodnych z opisami na tablicach informacyjnych – oczywiscie tylko po persku), nie maja zadnego rozkladu, bo niby jak mozna by go stworzyc w tak zakorkowanych realiach, a nawet samo wejscie do srodka moze byc czasami problemem ze wzgledu na stopien zapelnienia. Autobusy wygladaja za to zjawiskowo – to chyba jedyne miejsce, gdzie wciaz obowiazuje sergegacja plci. Pol autobusu to panowie, a pol zamaskowane czarne istoty (mlodzi ludzie praktycznie z nich nie korzystaja).
Alternatywa sa supertanie taksowki jezdzace na stalych trasach tylko przy pelnym oblozeniu samochodu. Nawa tego prodeceru to „shuffle taxi”. Niby super pomysl, bo taki przejazd kosztuje czesto naprawde grosze (np. 50 gr), a wszystkie popularne trasy ktos, czy raczej cos obsluguje. Problem zaczyna sie, kiedy musimy zorientowac sie skad dokoad tak naprawde da sie tanio dojechac.
Przyklad: Dworzec kolejowy w Teheranie polozony jest w rownej odleglosci od dwoch stacji metra. Niestety, tylko z jednej z nich da sie tam dojechac tania taksowka. Tylko tubylcy wiedza z ktorej i przy ktorym drzewie trzeba stanac, zeby zalapac sie na taki przejazd.

Najpiekniejsze Iranki swiata
Niektorzy bardziej zainteresowani tematem wiedza juz pewnie o manii operacji plastycznych nosa, ktora opanowala caly Iran kilka lat temu, a swoje absolutne epicentrum ma w Teheranie.

Iranki, a od niedawna ropwniez Iranczycy, doszli do wiosku, ze ich klasycznej urody garbate nosy nie przystaja do obecnych kanonow urody. Marzeniem kazdej mlodej dziewczyny jest wylozenie kilku tysiecy dolarow, przeprowadzenie bolesnej operacji z szansa niepowodzenia i dluga rekonwalescencja z medycznym plastrem na srodku twarzy. A wszystko to, zeby: po pierwsze zblizyc sie choc troche do smuklych nosow hollywoodzkich aktorek, a po drugie pokazac wszystkim dookola, ze stac mnie na tak kosztowny i w gruncie reczy niepotrzebny zabieg. Sytuacja jest tak kuriozalna, ze samo noszenie pooperacyjnego plastra jest „trendi” i nosza go nawet ludzie, ktorzy nie mieli operacji.

Bohaterami tego zdjęcia jest para pośrodku. Oboje po operacji nosa.

Bohaterami tego zdjęcia jest para pośrodku. Oboje po operacji nosa.

 

Juz starozytne ludy wiedzialy, ze kobiety dla „urody” lubia poddawac sie dziwnym torturom, wiec kosztowne zabiegi nie powinny wcale dziwic. Zadziwia jednak skala zjawiska (na ruchliwej ulicy co chwila migaja plastry, widzielismy nawet malzenstwo trzymajace sie za rece i dumnie eksponujace plastry na twarzy jej i jego), a w gruncie rzeczy glupiej modzie poddaja sie nawet panowie. W roznym wieku 😉

– Adriana, a Ty robilas sobie operacje nosa? – zapyta mnie wczoraj kuzynka naszego gospodarza. Siedzielismy wlasnie w salonie pijac wieczorna herbatke. Wcale sie nie zdziwilam. Nie byla pierwsza osoba tutaj, ktora mnie o to zapytala. Widocznie moj nos jest dla nich rownie egzotyczny, jak dla nas ich pogon za prostymi nosami.

Obowiazek: uregulowany
Poznany przez nas wczoraj Iranczyk Szahruz opowiedzial nam troche o ciezkiej doli mlodych chlopcow. Ze wzgledu na polityka panstwa sluzba wojskowa jest tu szalenie wazna. Zaden chlopak nie moze w zaden sposob sie od niej wymigac. Przed czy po studiach – musi spedzic poltora lub dwa lata sluzac ojczyznie i przygotowujac sie na wypadek wojny z kazdym mozliwym wrogiem. Jest to o tyle uciazliwe, ze bez odbebnienia tego obowiazku nie moze zrobic w swoim zyciu zupelnie nic. Nikt go nie zatrudni, nie moze tez nawet… sie ozenic. Szahruz ubolewal, ze to dla niego naprawde niekomfortowe. Dziewczetom zalezy na slubie, bo bez papierka nie sa tak naprawde w pelni samodzielne. Nie moga spotykac sie ze znajomymi bez opieki rodzicow, a tym bardziej ze swoim ukochanym. On natomiast chcialby dalej studiowac (najlepiej za granica), a potem nieublaganie czekaja go dwa lata w wojsku. Czekanie tak dlugo na ukochanego bez mozliwosci wziecia wczesniejszego slubu jest dla wielu dziewczyn bardzo trudne, a przede wszystkim pelne wyrzeczen.

Na szczescie my nie mamy tego problemu – z obraczkami na palcach wygladamy calkiem wiarygodnie. Ale… nie do konca 😉
Wczoraj wieczorem poznalismy nowa kolezanke, ktora zaprosila nas na kocyk swojej rodziny na pogaduszki. Kiedy powiedzielismy z bardzo powaznymi minami, ze tak, oczywiscie, jestesmy malzenstwem prawie wszyscy wybuchneli smiechem i dopytywali: ale czy jestescie pewni? tak szybko?
Kolezanka powiedziala, ze dobrze wie o tricku stosowanym przez turystow, ktorzy boja sie restrykcyjnego przestrzegania tutejszych norm. Niestety, zabrnelismy juz tak daelko w swoich klamstwach, ze nie wypadalo sie wycofac. Kiedy zaspiewali tradycyjna iranska piosenke dla nowozencow, wcale nie poczulismy sie lepiej 😉



Isfahan

Wrzesień 24th, 2011

Przede wszystkim chcemy zdementowac plotki, jako bysmy wchodzili w rutyne. Ostatnia notka byla pisana ze studia teheranskiej firmy produkujacej gry komputerowe, gdzie bylismy goscmi, wiec nie wypadalo nam siedziec dlugo przy laptopie szefa. Dzisiaj nadrobimy wszystkie zaleglosci, bo w koncu zaczelo sie dziac! 😉

Po cieplym przyjeciu i milo spedzonym czasie w studiu Espris popedzilismy na spotkanie z mowiaca po polsku znajoma naszej znajomej. Starym polskim zwyczajem spoznilismy sie. Cale spotkanie zostalo zorganizowane w duchu PRL-u. Mielismy jej numer zupelnie jej nie znajac, zadzwonilismy do niej z hotelu i umowilismy sie na spotkanie w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej porze. Jako ze nie mielismy jak kontaktowac sie z nia w miedzyczasie, po prostu liczylismy, ze sie uda.

Pierwszym zaskoczeniem zmiana czasu. Tak, taka sama, jak w polsce dwa razy do roku. Z naszym szczesciem miala miejsce akurat tego dnia, ktory mielismy wypelniony dwoma spotkaniami o ustalonych godzinach.

Nam udalo sie zorientowac w czasie, ale nasza kolezanka Maral przyjechala nieumyslnie godzine za wczesnie… 😉

Przywitala nas perfekcyjna polszczyzna (przez 6 lat studiowala w Warszawie) i zabrala w podroz na polnoc Teheranu – bogatsza, czystsza i zdcecydowanie ladniejsza czesc tego miasta. Pojechalismy w gory, gdzie w turysrtycznym miejscu znalezlismy urocza knajpke z fajkami wodnymi, herbata i cukrem z szafranem, tutejszym przysmakiem.

Leniuochowalo sie bardzo prztyjemnie, ale o 23.00 mielismy pociag do Isfahanu. Dotarcie na dworzec okazalo sie dla nas, starych wyjadaczy, zadnym problemem. Pozytywnie zaskoczyl nas porzadek na dworcu i wysoki stopien zorganizowania. Przed wejsciem do poczekalni byl „Boarding” – przeswietlanie bagazy, sprawdzanie biletow i paszportow (przez policje!). Na peron mogli wejsc tylko odpowiednio przesiani pasazerowie. Naprawde bardzo mila odmiana po Warszawie Centralnej 😉

Dworzec kolejowy w Isfahanie

Dworzec kolejowy w Isfahanie

 

Podroz minela nam bardzo milo i szybko – cala przespalismy 😉 W pociagu byly specjalne miejsca do spania, ktorych nigdy nie spotkalam w polskich pociagach, chociaz Lukasz caly czas upiera sie, ze naprawde istnieja (a przynajmniej widzial je w Indiach). Do Isfahanu dojechalismy po 7 rano. Na dworcu zagadnelismy europejsko wygladajacych chlopakow, czy nie chcieliby wziac z nami taksowki (w Iranie jezdzenie nie do konca zapelnionymi taksowkami to rzadko spotykany luksus). Pol godziny pozniej szukalismy juz razem hotelu na kilka nocy. Po dwoch nieudanych probach („full, full, go!”) nasz nowy kolega zaproponowal nocleg u niedawno poznanego isfahanczyka, ktory mieszka ze swoja 87-letnia matka i wynajmuje wolne pokoje w swoim pieknie polozonym domu.

Przyjal nas bardzo goscinnie (bo to chyba tutaj bardzo, bardzo typowe). Spodziewalismy sie prezentacji pokoju i uzgodnienia ceny, a wyladowalismy w salonie z herbata, lokalnymi slodyczami i mnostwem owocow ogladajac BBC News i sluchajac rodzinnych historii wlasciciela. Po naprawde bardzo dlugim powitaniu zaprowadzil nas do pokoju. Zdalismy sobie sprawe, ze wlasnie dostalismy pokoj z najlepszym widokiem w calym miescie: na wprost nas stoja dwie piekne, zdobione blekitne kopuly meczetow przy placu Imama, a w tle monumentalne gory. A wszystko po cenie bardziej atrakcyjnej, niz odwiedzonych przez nas wczesniej hostelach.

Poranek byl bardzo mily, lecz kiedy zebralismy sie na spacer i zwiedzanie miasta, okazalo sie, ze wszystko jest pozamykane, bo jest piatek, czyli „muzulanska niedziela”. Odwiedzilismy palac Czehelsotun i imponujace kilkusetletnie mosty nad wyschnieta juz dzisiaj rzeka.

Widok ludzi spacerujacych „po dnie” – bezcenny! Dotarlismy az na droga strone „rzeki” do ormianskiej (chrzescijanskiej) dzielnicy Jolfa, nazwanej tak od nazwy miasta pod granica z Azerbejdzanem, skad Ormianie zostali tu przesiedleni na zyczenie szacha Abbasa Wielkiego. Bez zmian wszystko bylo pozamykane – z wyjatkiem kosciolow. Powoli zaczynalo byc coraz gorzej – sklepy byly pozamykane, bolaly nas nogi (Ade bolaly, nie mnie, ja jestem dzielny) i… niespodziewanie skonczyla nam sie lokalna waluta! Kantory nie dzialaly. Pieniadze wlasciwie nie byly nam do niczego potrzebne – mieliosmy w planach tylko spacerowania i tak naprawde dolary w kieszeni. W koncu jednak wzielismy taksowke z dusza na ramieniu, ze nie bedziemi mieli jak za nia zaplacic, jezeli nie znajdziemy kantora 😉 Taksowkarz zapewnil, ze wymiana pieniedzy nie bedzie zadnym problemem. W pelnej konspiracji podjechal do dwoch niepozornie wygladajacy panow stojacych na rogu popularnych ulic i skinal na nich dlonia. Poczulismy sie jak w dobrym filmie sensacyjnym. Niestety, wymiana pieniedzy u cinkciarzy jest tu ZUPELNIE normalna, wiec byly to tylko nasze niesoelnione nadzieje na przygode 😉 Nowo poznany pan wsiadl do samochodu i podjechalismy za rog zapatwic interesy.

Bardzo zadowoleni z obrotu sytuacji (mielismy gotowke, wiec moglismy isc na lody, a przy okazji bylismy juz w centrum z pominieciem dosc dlugiego spacerku) chcielismy powoli wracac do domu. Na bardzo zatloczonym „przy niedzieli” placu Imama zaczepil nas czlowiek prowadzacy rower pytajac ot tak: skad jestesmy. Warto podkreslic, ze to nic nadzwyczajnego. Odbylismy juz jakies setki kurtuazyjnych rozmow na ulicy, podczas ktorych nawet sie nie zatrzymywalismy.

– Hello, where are you from?
– Poland, Lachistan!
– Great! Welcome to Iran!

Tym razem jednak cos podkusilo nas, zeby zatrzymac sie na chwilke. Na oko 40-letni pan ludzaco podobny do Javiera Bardem powiedzial nam, ze byl w Polsce kilka lat temu na zaproszenie Muzeum Etnograficznego w Poznaniu. Znal kilka slow po polsku, czym naprawde bardzo nas zaskoczyl. Po chwili pokazal kolejna swoja umiejetnosc – usmiechnal
sie jak Fernandel (czyli tak:

Byliśmy coraz bardziej zaskoczeni. Zabral nas na krotka wycieczke po placu Imama (Chomeiniego oczywiscie), a potem do swojej pracowni, w ktorej naprawia i sprzedaje dywany, gdzie dokonal krotkiej prezentacji. Zaprowadzil nas tez do sklepiku i pracowni jego ojca (zupeolnie niepodobnego do nikogo znanego – w odroznieniu od dziadka,
ktory wyglada zupelnie jak Luis de Fuines). Okazalo sie, ze ojciec Behrooza, bo tak mial na imie nasz kolega, jest znanym w calym Isfahanie tworca miniatur. Ba – nie tylko w Isfahanie. Jego zdjecie zostalo opublikowane jako ilustracja do fragmentu przewodnika Lonely Planet o Iranie, w dziale o kaligrafii. Wizyta byla bardzo mila, jako
prezent namalowal dla nas na predce portret Ady (mam do niego pewne zastrazezenie, bo mam na nim dlugie wlosy wystajace spod chusty, mysle ze to moze byc jego najbardziej wycwiczony portret kobiety), a my zostawilismy wizytowke Ady, ktora zostala umieszczona obok wizytowek innych klientow z calego swiata pod szklana szybka na stoliku.

Wieczorem Behrooz zaprowadzil nas na lokalna kolacje, ktora byla przepyszna i calkiem niedroga. Zaproponowal tez oprowadzenie po centrum miasta w normalny dzien, kiedy wszystko bedzie otwarte. Umowilismy sie na pojutrze o 10.30 rano.

Dzis rano nasz goscinny gospodarz Ali obudzil nas na sniadanie. O 7 rano.

Po posilku ruszylismy w strone najwiekszego w calym Iranie meczetu, zwanego przez tubylcow Piatkowym. Po raz kolejny sklepy byly pozamykane, bo dzis wszyscy Iranczycy swietuja jedna z wazniejszych dla szyitow rocznic – pogrzeb Imama Dzafara, tworcy szyizmu. Caly nieczynny dzis bazar przyozdobiony byl pogrzebowymi flagami. Ali zabral nas na spacer. Tym razem dla odmiany… ogladalismy dywany.

Nieumyslnie wspomnialam gdzies miedzy pietnastym a dwudziestym dziewiatym dywanem, ze w Polsce najpopularniejsze sa duze dywany, pokrywajace prawie cala powierzchnie podlogi w pokoju. Od tej chwili pokazywali nam tylko WIELKIE dywany. Kladli je jeden na drugim rozlozone na podlodze. Udalo nam sie im przerwac, kiedy kupka miala pol metra. Podziekowalismy, a oni pokazali wszystkie jeszcze raz. I jeszcze raz. I raz jeszcze. Zapewniali, ze platnoasc nie jest problemem, ze mozemy wybrac, ktory najbardziej nam sie podoba i zabrac go ze soba. Zaplacimy przelewem z Europy.

Zupelnie rozumiemy tradycje sprzedawania dywanow i wiemy doskonale, tak samo jak i oni, ze zadnego nie kupimy. Jest to bardziej inwestowanie w przyszlosc, bo przeciez kiedy bedziemy w koncu mieli bardzo duzo pieniedzy i jeszcze wiecej podlog, wiec jezeli tylko bedziemy potrzebowac jakiegos dywanu, uderzymy do Alego albo Behrooza.

Jako ze jest dzisiaj swieto narodowe i wszystko jest nieczynne to jedyna atrakcja, jaka zostala nam na dzisiaj to znalezienie kawalka wolnej trawy na placy Imama i urzadzenie pikniku.

Iranczycy to uwielbiaja. W kazdej chwili wolnego czasu (pora „luchowo-obiadowa” albo wolny dzien) wszystkie parki i skwerki zapelniaja sie wzorzystymi dywanami i kocami z calymi rodzianmi. Zabieraja ze soba turystyczna butle z gazem, garnki, chleb i zastawe i jedza posilek na swiezym powietrzu. Chetnie dziela sie ze soba nawzajem albo z przyjezdnymi. Jesli nie maja akurat ze soba dywana, butli albo chleba, po prostu klada sie na trawie (zdejmuja skarpetki, na co zwrocila duza uwage Ada) i spia. widok czlowieka spiacego na pasie zieleni pomiedzy dwoma pasami ruchu nikogo nie dziwi 😉

W tym momencie chcialam dodac, ze uwielbiam ich kulture. Po wielu nieudanych probach wyciagniecia KOGOKOLWIEK w Warszawie na piknik do parku stwierdzam, ze naprawde moglabym tu zamieszkac. To, co oni robia na codzien jest bardzo integrujace, rodzinne i po prostu przyjemne 🙂

Wazna kwestia jest to, ze w calym kraju zakazana jest produkcja, sprzedazs i spozycie alkoholu. Ludzie siedzacy na kocyku po zmroku nie wygladaja podejrzanie ani groznie – czasami po prostu rozbijaja namiot w parku dla przyjemnosci 🙂

Urzadzilismy sobie taki piknik w samym centrum miasta. Po chwili dosiedli do nas inni podroznicy – Fin rozpoczynajacy wlasnie swoja roczna podroz do Indii (wydal nam sie troche niepokojacy – strasznie zakrecony na punkcie jogi, medytacji i filozofii hindustycznej) z kolega, ktory gosci go jako couch surfera.

Po pewnym czasie zebralismy sie do bardzo lokalnej i ciezkiej do znalezienia dla podroznika kafejki z pyszna herbata i szisza. Podali nam tam fantastyczne slodycze nazywane „ucho slonia” – swego rodzaju male faworki cale umoczone w cukro-miodzie. Przerazajaco slodkie, ale Ada dala rade zjesc cala porcje dla 4 osob 😉 Tradycja mowi, zeby zawsze palac fajke wodna jesc cos bardzo slodkiego. Wyrownuje to balans organizmu i nigdy nie bedziemy „na haju”. Moga to byuc roznego rodzaju lokalne slodkosci, slodka jak ulepek herbata lub swieze daktyle. Wszystko rownie pyszne 🙂

Na jutro planujemy spotkanie z Behroozem, potem chcemy kupic bilety na nocny pociag do Szirazu, a moze od razu na pociag z Jazdu do Bandar-e-Abbas, jezeli sie uda. Wieczorem powinnismy byc juz w drodze, o ile nie zdecydujemy zostac dluzej w tym najpiekniejszym i jednym z najwazniejszych historycznie miast Iranu, bo nie bedziemy ukrywac, ze nas oczarowalo. Szczegolnie w porownaniu z ogromnym i szarym Teheranem.

PS Dzisiaj niespodziewanie przestal nam dzialac telefon, ktory – tym bardziej niespodziewanie – jak dotad dzialal w Iranie. Byc moze to tylko chwilowy problem, ale jezeli nie, to nie martwcie sie, ze w ten sposob nie bedzie z nami kontaktu. Przeciez wszystko jest w najlepszym porzadku i bawimy sie swietnie 🙂