Posty otagowane jako ‘Bangkok’

Zasiedzieliśmy się

Listopad 9th, 2013

Bangkok, Bangkok… Mieliśmy przyjechać na 3 dni, a zostaliśmy tydzień. Czy to miasto aż tak nam się spodobało i warte jest aż takiej uwagi? Niekoniecznie. Po prostu korzystając z tego, że mamy czas i okazję chcemy poznać je bardzo dobrze i, co chyba najważniejsze, zrozumieć.

Tutaj pierwszy raz jechaliśmy taksówką autostradą z jednego końca miasta na drugi (i to nie raz), tu nigdy nie patrzymy na ceny w menu tylko zamawiamy to, co na to mamy ochotę i to tu zostałam chyba klientką miesiąca, bo wchodząc do salonu kosmetycznego i widząc ceny zdecydowałam się na prawie wszystkie usługi. *

Transport publiczny

Podróżowanie metrem jest szybkie (unikamy korków), ale… drogie. Bilet kosztuje zazwyczaj 4,20 zł, chociaż na krótkie przejazdy można kupić tańszą opcję. Przez pierwszych kilka dni byliśmy przekonani, że to super opcja. Każdy w Europie przyzwyczajony jest do takich cen transportu publicznego. Dopiero goszczący nas kolega, którego poznaliśmy przez Couchsurfing uświadomił nam, że dla przeciętnego mieszkańca tajskiej stolicy to chore pieniądze. Bilet na autobus na tej samej trafie kosztuje ok. 1 zł, statkiem kursującym między kanałami i rzeką można przepłynąć się za podobną cenę. Na krótkich dystansach nawet taksówka wychodzi taniej! Efekt jest taki, że metrem jeżdżą nieświadomi turyści i bogaci mieszkańcy miasta. Reszta tkwi w ogromnych korkach na ulicach.

Alternatywą jest zawsze skuter – własny albo wypożyczony wraz z kierowcą w charakterze taksówki. Niestety, cały czas mówi się o niebezpieczeństwie związanych z tą formą transportu. Wszyscy jeżdżą jak szaleni, bardzo szybko i nie przestrzegając żadnych zasad. Pasażerowie skuterów podróżują bez kasków (co w Polsce jest nawet nie do pomyślenia), często bokiem lub tyłem do kierunku jazdy. Czasami jednym skuterem jedą trzy, cztery osoby… albo cała rodzina z psem 😉 Na wszelkich portalach dla podróżników wycieczki skuterami po mieście są odradzane jako szalenie niebezpieczne.

Efekt wszystkich tych zawiłości jest taki, że wzdłuż linii metra osiedlają się masowo ludzie zamożni, budowane są nowe osiedla, czyste i klimatyzowane, a wszyscy biedniejsi lub po prostu przeciętni mieszkańcy wyprowadzają się dalej od metra, na które i tak ich nie stać. Mieszkają w coraz gorzej skomunikowanych okolicach i coraz dłużej stoją w coraz dłuższych korkach. Budowa metra więc wcale nie rozwiązuje problemu komunikacji w mieście – pierwszy raz nasze oczy widzą takie dziwy.

Zanieczyszczenie
Ogromne natężenie prywatnego ruchu kołowo-spalinowego powoduje to, czego najbardziej w miastach nie lubimy, czyli smog.

Dobrym przykładem na skalę problemu jest nasz gospodarz, który chodzi po mieście w maseczce ochronnej. Po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć jak zbudowane jest takie cudo. Najłątwiej podrównać jego budowę do.. budowy odkurzacza. Ma on bardzo podobny filtr, który zabezpiecza silnik przed pyłkami i kurzem, który mógłby przedostać się poza worek. My ów filtr wymieniamy raz na pół roku – stopień jego zużycia jest podobny, jak maseczce naszego kolegi po miesiącu jeżdżenia po mieście.

Sytuacja polityczna
A jeżeli chcielibyście wiedzieć, co oprócz tego słychać w Tajlandii, to nie próbujcie szukać na polskich serwisach informacyjnych. Żaden z nich nie pisze o ogromnych protestach antyrządowych, którymi właśnie żyje cały Bangkok. Na mieście jest kilka punktów, w których zbierają się ludzie, aby wyrazić swój sprzeciw dla polityki wewnętrznej pani premier.

Są to zamknięte trzypasmowe ulice w centrum lub zablokowane place miejskie. W piątkowy wieczór nasz gospodarz zabrał nas na swoją ulubioną uliczkę ze straganami z jedzeniem w jego okolicy. Osłupiał na widok pustki, która tam panowała. Nawet on był zdziwiony, że przestrzeń publiczna tak opustoszała, chociaż już wcześniej uprzedzał nas na przykład, że wszyscy jego koledzy z pracy planują spędzić weekend na prostestach. Od dobrych 10 lat Tajlandia żyje problemami, o których w Polsce trudno znaleźć jakiekolwiek informacje. W 2007 roku premier będący jednocześnie najbogatszym biznesmenem w kraju pozwolił sobie na wykorzystanie swoich wpływów i powiększył majątek o okrągłą sumkę dzięki nie do końca legalnym, a na pewno sprzecznym z interesami kraju działaniom. Kiedy afera została ujawniona tłumy pierwszy raz wyszły na ulice. Protesty rozeszły się echem po całym kraju, doszło do zamieszek, a nawet do ofiar śmiertelnych. Sprawiedliwości stało się za dość i sąd wydał serię wyroków skazujących, m. in. na byłego premiera, który w tym czasie rezydował już w Dubaju. Niehlubna historia polityki tajskiej mogłaby w tym momencie się zakończyć, ale jakiś czas później do władzy doszła… siostra byłego, owianego złą sławą premiera. Duża część społeczeństwa nie była z tego powodu zachwycona, ale ostatnie pomysły pani premier zupełnie zburzyły spokój w kraju. Zaproponowała ona m. in., aby objąć amnestią skazanych uczestników ostatnich prostestów oraz przy okazji oczywiście swojego brata, który nadal wymiguje się od odbycia kary.

***

Bangkok jako miasto bardzo nas interesuje. Bangkok turystyczny nas jednak nie zachwyca. Zabytki nie powalają na kolana, a dostęp do nich jest często bardzo utrudniony. Warto dodać, że metro nie dociera do całej dzielnicy „starego miasta”, gdzie atrakcje turystyczne są skumulowane. Najlepszym sposobem dotarcia tam jest system autobusów wodnych. Podróż nimi jest szybka i tania, ale średnio przyjemna (odwołuję się do wszystkiego, co wcześniej pisałam o zanieczyszczeniach w mieście).

Trzeba pamiętać, że Bangkok jest bardzo popularną turystyczną destynacją. Europejczyków przebranych w oryginalne tajskie spodnie (łatwe do nabycia na miejscu – chodzą w nich tylko turyści, co warto odnotować) jest mnóstwo. Specjalnie dla nich dedykowana jest modna backpackerska dzielnica Khao Sam Road z mnóstwem knajp, knajpeczek i salonów masażu stóp. Fajnie napić się tam wieczorem piwa, zjeść pad thai z woka rozstawionego nad butlą z gazem na środku ulicy oraz potargować się o dwa złote przy zakupie kolejnych pamiątkowych spodni, ale kiedy byliśmy tam trzeci, czwarty raz poczuliśmy się trochę jak na Krupówkach albo molo w Sopocie.

* Przejazd taksówką przez prawie całe miasto kosztuje przykładowo 17 zł, w tym 5 zł za przejazd autostradą. Za obiad na ulicy płacimy 2.5-8 zł, przekąski są zazwyczaj po 1 zł. U kosmetyczki zostawiłam 65 zł, w tym napiwek, za depilację woskiem i pedicure – pani zajmowała się mną przez ponad 2 godziny.



Bangkok w naszych obiektywach

Listopad 7th, 2013

Robimy zdjęcia. Dużo zdjęć. Bangkok nie jest jednak taki zły, jak nam się początkowo wydawało.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


Bangkok, czyli pierwszy raz w Syjamie

Listopad 6th, 2013

Wbrew plotkom kolejnym przystankiem na naszej trasie nie jest Sri Lanka, a Tajlandia. Prawdą jest, że lecieliśmy lotem realizowanym przez linie lotnicze Sri Lankan Airlines z Hong Kongu do Colombo, ale tak się składa, że samolot miał planowany postój w Bangkoku, gdzie też wysiedliśmy.

Stolica Tajlandii pierwsze wrażenie zrobiła na nas… słabe. Ogromne miasto z niewyobrażalnymi korkami, zatłoczonymi chodnikami i niedopracowaną siecią metra. Tanio (co jest niewątpliwym plusem), ale tylko trochę bardziej niż w Chinach. Pierwszego dnia nie udało nam się znaleźć żadnego miejsca, które zwróciłoby naszą uwagę i sprawiło, że moglibyśmy powiedzieć, że tu nam się podoba. Zwiedzanie zaczęliśmy od – mało zaskakujące – dostania się w okolice „starego miasta”, czyli po prostu okolicy obfitującej w zabytki, bo o starym mieście jako takim trudno tutaj mówić. Najpierw wsiedliśmy w metro spod naszego hotelu, dojechaliśmy do dzielnicy Siam Square, w której (ku naszemu zdziwieniu) nie było żadnego placu. Była za to sieć uliczek słynących z Night Life’u i Shoppingu sprawiająca wrażenie nieżywej o godzinie 11 rano. Zniesmaczeni chcieliśmy ruszyć dalej. Tylko… jak? Po dogłębnej analizie mapy postanowiliśmy po prostu wziąć taksówkę. Nie tuk tuka, który jest ponoć najgorszym rozwiązaniem dla turysty – cena uzgadniana przed kursem (brak taksometru!) jest zawsze mocno zawyżana, a oprócz start finansowych można zyskać tylko inhalacje ze spalin podczas tkwienia w korku. W każdym razie – po 30 minutach stania w korku w klimatyzowanej taksówce licznik skoczył do zawrotnych 8 zł, a my byliśmy już całkiem nieźle sfrustrowani.

Dotarliśmy do Pałacu Królewskiego, światowej klasy zabytku… no dobra, wcale nie. Trzeba pamiętać, że zabytki Bangkoku liczą sobie co najwyżej 200 lat. W 1782 roku król zdecydował o przeniesieniu tu stolicy i dopiero wtedy mała, niewiele znacząca miejscowość zaczęła się rozwijać. Kompleks pałacowy składa się z kilku bogato zdobionych budynków wykorzystywanych przez Głowę Państwa oraz świątyń wraz z najważniejszą w Tajlandii – Świątynią Szmaragdowego Buddy.

W środku spotkaliśmy oczywiście dzikie tłumy turystów robiących sobie śmieszne zdjęcia z posągami. Kolejnym punktem na naszej trasie była Świątynia Leżącego Buddy. Tym razem bardzo nam się podobało – miejsce robi duże wrażenie, przedstawienie Buddy w horyzontalnej pozycji ciekawie wygląda z bardzo bliskiej perspektywy. Budynek, w którym znajduje się posąg podtrzymują dziesiątki kolumn, które z jednej strony – zasłaniają widok, a z drugiej, sprawiają, że zwiedzający znajdują się bardzo blisko postaci, dzięki czemu zawsze widać tak naprawdę tylko część posągu.

Po wizycie w świątyni chcieliśmy zobaczyć kolejną popularną wśród turystów dzielnicę – China Town. Dotarliśmy tak ok. 17, czyli o idealnej godzinie na obiad… niestety nie w Tajlandii, ani Chinach. Większość stoisk z ulicznym jedzeniem była jeszcze pozamykana, dzięki czemu ulice wyglądały bardzo smutnie i marnie, czyli zupełnie inaczej, niż powinno wyglądać China Town. Dopiero kiedy udaliśmy się w stronę metra, aby przemieścić się w kolejne miejsce życie odradzało się po nieoficjalnej popołudniowej sjeście.

No właśnie. Chcieliśmy wybrać się do popularnej pubowo-klubowej dzielnicy i zupełnie przypadkiem wylądowaliśmy na Patpong – ulicy, gdzie wybiera się większość europejski turystów po tani seks. O godzinie 19 okolica wyglądała jednak bardzo grzecznie i spokojnie. Dzień zakończyliśmy w irlandzkim barze pijąc tajskie piwo i przysłuchując się pub quizowi, co w znaczny sposób wynagrodziło nasze rozczarowanie atrakcjami pierwszego dnia.

Dziś zaczęliśmy rozsądniej – wyszliśmy z hotelu dopiero o 13. Pierwszego dnia nauczyliśmy się już, że Bangkok śpi długo i budzi się późno. Zaczęliśmy od spaceru po dzielnicy, gdzie na początku XIX wieku przybywali pierwsi Europejczycy. Śladów tych czasów prawie już tam nie ma. Zobaczyliśmy tylko kilka starych budynków (pierwszą przystań dla statków i Urząd Celny), które bardzo przypadły nam do gustu. Niestety są bardzo zaniedbane, ale dzięki temu nie straciły dawnego charakteru. Jak na ironię w jednym z nich dziś znajduje się oddział straż pożarnej. W okolicy udało nam się też załapać na przepyszne lody kokosowe, które zdecydowanie dodały uroku całej wycieczce.
Następnie udaliśmy się do Wat Arun – świątyni Wschodu Słońca, której największą atrakcję stanowi prang, czyli (jak podaje wikipedia): sakralny element architektoniczny stanowiący wieżę nad świątynią. Faktycznie – wspinaczka na ponad siedziemdziesięciometrową wieżę była miłą odmianą od zwykłego spacerowania. Widok Bangkoku o zachodzie słońca wynagrodził nam wcześniejsze godziny spacerów.

Ostatnim punktem planu na dziś była dzielnica Khao San popularna wśród backpackerów. Najpierw zwiedziliśmy okolicę znajdując kilka punktów z tanim masażem stóp, gdzie planujemy się wybrać po skończeniu pisania tej notki, a teraz siedzimy w jednej z knajp wśród białych turystów.

Pierwszego dnia miasto wyglądało dla nas bardzo tłoczno, brudno i głośno. Dziś udało nam się znaleźć kilka cichszych uliczek i bardziej urokliwych zakątków. Czy pokochamy Bangkok? Wejdźcie tu za kilka dni, żeby śledzić nasze dalsze wrażenia 😉

PS Co prawda przygoda z Chinami jest już pewnie na dobre za nami, ale nie oznacza to, że podzieliliśmy się z Wami wszystkimi naszymi obserwacjami i wspomnieniami. Na pewno jeszcze trochę na ten temat tu się pojawi 😉