Archiwum dla kategorii ‘Seszele’

Seszele – podsumowanie

Luty 20th, 2013

Z Seszeli wróciliśmy ponad rok temu. Przez ostatnie kilka dni pobytu nie mieliśmy dostępu do Internetu, więc obiecane podsumowanie wyjazdu nigdy nie powstało.
Do teraz. Lepiej późno, niż wcale. Co więcej – postaramy się napisać więcej podobnych notek podsumowujących m.in. finansowe strony naszych wypraw.

Grande Anse na La Digue. Praslin na horyzoncie.

Grande Anse na La Digue. Praslin na horyzoncie.

 

Na Seszele lecieliśmy Qatar Airways. Skorzystaliśmy z promocji, w której za dwa bilety zapłaciliśmy dokładnie 4969.32 zł. Zdecydowanie była to najdroższa część składowa całej wyprawy. Bilety kupiliśmy we wrześniu, mieliśmy więc ponad 4 miesiące na zebranie pieniędzy na pobyt i szczegółowe zaplanowanie wyjazdu.
Na Seszelach spędziliśmy 13 dni i 12 nocy. Odwiedziliśmy 3 różne wyspy, spaliśmy w 3 różnych hotelikach, a 3 noce spędziliśmy u naszej couchsurfingowej przyjaciółki Jessie.
Hotele na Seszelach są raczej drogie. 60 Euro (250 zł) za noc to cena zaporowa jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do cen „azjatyckich”, ale i bardzo rozsądna gdy przywykliśmy do podróży po Europie. Za nasze 9 noclegów zapłaciliśmy w sumie około 2500 zł. Warto jednak dodać, że standard był adekwatny cenie. Jamelah Beach Guest House na Mahe i Lou Lou Bungalows na Praslin to miejsca o najlepszym standardzie jakie dane nam było odwiedzić.

Kosztowny jest też transport promowy. Kosztowny, ale do przeżycia: za cztery przeprawy, podroż Mahe – Praslin – La Digue i spowrotem zapłaciliśmy w sumie około 500 zł (za dwie osoby).

Przystań na Praslin.Przystań na Praslin.

Przystań na Praslin.

 

Wszystko inne (komunikacja publiczna, jedzenie) na Seszelach jest tańsze niż w Polsce.


Bilet autobusowy kosztuje 5 Rupii, czyli dwie osoby jadą za 2.5 zł. Na Mahe, największej wyspie (wielkości Gdyni, ale z 1/3 jej mieszkańców) jest ponad 40 linii autobusowych. Najdłuższymi jedzie się ponad godzinę, dojechać można w najdalsze zakątki wyspy. Na Praslin, drugiej wyspie, ceny są takie same, ale autobusów dużo mniej. Na szczęście wszędzie sprawdzał się autostop. Miejscowi zatrzymują się bardzo chętnie, turyści wcale. La Digue jest malutka. Tu komunikacji publicznej nie ma, samych samochodów jest raptem kilka – podstawą jest wypożyczenie roweru.
Jeśli chodzi o jedzenie: oprócz drogich hotelowych restauracji jest trochę restauracji tańszych (potrawy za 20-25 zł, piwo za 8 zł), ale podstawą są bary „Take-away” serwujące miejscowe żarcie (do wyboru: rybne curry, curry z kurczaka, curry z wieprzowiny, stek z tuńczyka, ale też curry z ośmiornicy czy krabów itp z ryżem i sałatką) za 40 rupii, czyli 10 zł. Porcje ogromne, więc zamówić można też połówkę za piątaka. Na jedzenie i picie wydaliśmy ok 800 pln.

Kokos, kokosowy rum Takamaka, sok z Mango.

Kokos, kokosowy rum Takamaka, sok z Mango.

 

Reasumując finanse: 2 tygodnie na Seszelach kosztowały nas około 10.000 zł na dwie osoby, licząc wszystkie przeloty, promy, noclegi, obiady, walentynkową kolacje i inne wyjścia do restauracji, pamiątki i dużo rumu.
Wydaje mi się, że „oszczędzając” (nie jedząc w restauracjach, nie kupując wody w hotelowej knajpie na plaży, a wyłącznie w sklepach) spokojnie zjechalibyśmy do 9000 zł, a rezygnując z podróżowania po wszystkich wyspach i skupiając się wyłącznie na Mahe – nawet do 8000 zł. To niezłe ceny, biorąc pod uwagę, że najtańsza (6 dniowa, obejmująca tylko pobyt w hotelu na Mahe) zorganizowana wycieczka na Seszele kosztuje 6000 zł od osoby.

Jechaliśmy z nastawieniem na wypoczynek i leżenie na plaży. Trochę baliśmy się komercji – wyspy jawiły nam się jako turystyczny raj, więc spodziewaliśmy się grupek Rosjan/Niemców i namolnych sprzedawców badziewia. Okazało się, że nic z tych rzeczy. Klimat wysp totalnie nas pochłonął i całe dnie spędzaliśmy na snuciu się to tu, to tam.

W plantacji herbaty na Mahe. Widok na zachodnie wybrzeże.

W plantacji herbaty na Mahe. Widok na zachodnie wybrzeże.

 

Kultura kreolska, serdeczność ludzi i ich nastawienie do „innego typu turystów” totalnie nas zaskoczyły. Coś w tym jest: chyba większość odwiedzających Seszele zamyka się w hotelach i nigdy nie wychodzi „na miasto” (a jeśli już – jadą gdzieś wynajętym samochodem). Nie spodziewaliśmy się, że możemy być dla kogokolwiek miejscowego jakąkolwiek atrakcją, a tymczasem czuliśmy się prawie jak w Iranie.
Jednak tym, co chyba najbardziej nas zaskoczyło była zupełna pustka na plażach. Najlepszych plażach, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Niewiele jest w internecie „recenzji plaż”. A szkoda, bo niektóre przez nas odwiedzone zasługują na pochwalne peany.
Zacznijmy od Mahe.

Nasz pierwszy hotel, Jumelah Beach Guest House mieści się na Anse aux Pins. Plaża ta jest fajna, dość długa, ale w trakcie odpływu bardzo mało interesująca.
Niedaleko, w odległości spaceru na południe znajdziemy trochę fajniejszą Anse aux Courbes, jeszcze dalej przepiękną, również ogromną Anse Royal.
Najpopularniejszą plażą Mahe jest Beau Vallon. To tam mieści się najwięcej hoteli, tam najbardziej rozwinął się turystyczny przemysł. Wbrew naszym obawom miejsce nie ma w sobie jednak nic z Władysławowa czy Helu. Plaża liczy sobie dobry kilometr i wciąż jest piękna, a turystów wbrew pozorom nie ma na niej zbyt wielu (dziesiątki, nie setki ani tysiące).
Plaże na południu Mahe spodobały nam się najbardziej. Baie Lazare i Anse Takamaka były fantastyczne, ale żadna z nich nie zrobiła na nas takiego wrażenia jak Anse Intendance. Położona jest daleko – niemal godzinę jazdy autobusem linii 5A od Victorii. Po wyjściu z autobusu czeka nas jeszcze 10 minutowy spacerek przez średniego uroku mokradła leżące nieopodal hotelu Banyan. Sama plaża olśniewa. Piękna, lazurowa woda, bielutki piasek, nie za duża i nie za mała, a wokół ani żywej duszy… To zdecydowanie jedna z najpiękniejszych plaży na Seszelach i, co za tym idzie, na świecie.

Na Praslin „mieszkaliśmy” na Grand Anse. Choć bardzo piękna – jest jednak zupełnie inna niż wcześniej opisane. Bardzo długa, porośnięta pnączami, popularna wśród rybaków ze względu na podchodzącą pod sam brzeg rafę koralową nie nadaje się do „zabawy w wodzie” ani wylegiwania się na brzegu. Jest jednak fantastyczna jeśli chodzi o snorkeling: to tu po raz pierwszy widzieliśmy płaszczki i żółwie morskie.

Ada i zachód słońca na Grand Anse, Praslin.

Ada i zachód słońca na Grand Anse, Praslin.

 

Na północy wyspy znajduje się Anse Georgette plaża nietypowa, bo leżąca na terenie ekskluzywnego resortu. Na szczęście dostępna jest dla każdego chętnego… o ile każdy chętny uprzednio przedzwoni i wpisze się na listę gości. Anse Georgette jest cudowna, malutka, urodą dorównuje Anse Intendance.

Anse Georgette na wyspie Praslin.

Anse Georgette na wyspie Praslin.

 

Teoretycznie niedaleko, a w praktyce po drugiej stronie wyspy znajduje się Anse Lazio. Pomiędzy nią, a leżąca jakiś kilometr dalej Anse Georgette znajduje się jednak masyw górski z liczącym blisko 200 metrów szczytem Chenard. Przejście małej, górskiej ścieżki zajęło nam dobre 2 godziny, dojazd autobusem wokół wyspy mógłby trwać tyle samo.
Anse Lazio to kolejna plaża, którą można wymienić jednym tchem obok Anse Intendance i Anse Georgette. Cudnej urody woda, idealny rozmiar, piękny piasek. Jakby tego było mało – w wodzie co jakiś czas migoczą kolejne rybki.

Ostatnia z odwiedzonych przez nas wysp, La Digue, słynie z niezwykle popularnej Anse Source D’Argent. Choć niesamowite granitowe bloki faktycznie robią duże wrażenie, to sama plaża nie zachwyca jak wspomniana wcześniej, ulubiona przez nas trójka. Tu też, podobnie jak na Anse Grande na wyspie Praslin, rafa podchodzi pod sam brzeg. Do wody lepiej więc wchodzić w sandałach, a najlepiej – z rurką i maską do snorkelingu. Nie bez znaczenia był też fakt, że to jedyna na Seszelach plaża, za której odwiedzenie trzeba zapłacić (stanowi fragment plantacji będącej pokazową atrakcją tej wyspy).

Anse Source d'Argent, La Digue.

Anse Source d'Argent, La Digue.

 

Dużo bardziej spodobała nam się Grande Anse (nie mylić z Grand Anse na Praslin!). To kolejna plaża z cyklu tych „najpiękniejszych”. Niestety, w odróżnieniu od wspomnianej wcześniej trójki jest najbardziej zatłoczona i… najniebezpieczniejsza. Duże, ulubione przez miłośników surfingu fale i mocniejsze prądy sprawiają, że grunt pod nogami może nieoczekiwanie pojawić się lub zniknąć. I jej jednak piękna nie sposób odmówić.

Grande Anse na La DigueGrande Anse na La Digue

Grande Anse na La Digue

 

Ostatnią większą plażą, którą przyszło nam odwiedzić była leżąca nieopodal naszego hotelu Anse La Reunion. Długa, ale bardzo sympatyczna plaża również „stworzona” z myślą o snorkelingu. Widok wyspy Praslin w oddali niesamowicie dodaje jej uroku, a klimat plaży współtworzą liczne łodzie rybackie i nabrzeżne warsztaty szkutnicze.

Z perspektywy czasu – Seszele były magiczne. Wyobrażaliśmy je sobie jako piękne miejsce, ale i tak przebiły nasze wyobrażenia. Jeśli szukacie raju we wciąż rozsądnej cenie – nie ma co się dłużej zastanawiać.

Ada na Anse Intendance, Mahe.Ada na Anse Intendance, Mahe.

Ada na Anse Intendance, Mahe.

Rogatnica Picasso, prawdopodobnie gdzieś na Grand Anse na Praslin.Rogatnica Picasso, prawdopodobnie gdzieś na Grand Anse na Praslin.

Rogatnica Picasso, prawdopodobnie gdzieś na Grand Anse na Praslin.

Coco de Mer w parku narodowym na Praslin.Coco de Mer w parku narodowym na Praslin.

Coco de Mer w parku narodowym na Praslin.

 
Mahe, plaże na północnym, zachodzie wyspy.Mahe, plaże na północnym, zachodzie wyspy.

Mahe, plaże na północnym, zachodzie wyspy.

Nasz Bungalow na Praslin. Lou Lou Bungalows.Nasz Bungalow na Praslin. Lou Lou Bungalows.

Nasz Bungalow na Praslin. Lou Lou Bungalows.

 
MarcelMarcel

Anse Source d'Argent, La Digue.Anse Source d'Argent, La Digue.

Anse Source d'Argent, La Digue.

 
Anse Source d'Argent, La Digue.Anse Source d'Argent, La Digue.

Anse Source d'Argent, La Digue.

Eagle Ray na plaży na La Digue,Eagle Ray na plaży na La Digue,

Eagle Ray na plaży na La Digue,

Grand Anse na Praslin. Plaża 20 metrów od naszego Bungalowa.Grand Anse na Praslin. Plaża 20 metrów od naszego Bungalowa.

Grand Anse na Praslin. Plaża 20 metrów od naszego Bungalowa.

Kokos, kokosowy rum Takamaka, sok z Mango.Kokos, kokosowy rum Takamaka, sok z Mango.

Kokos, kokosowy rum Takamaka, sok z Mango.

 
La DigueLa Digue

La Digue

Anse Georgette na wyspie Praslin.Anse Georgette na wyspie Praslin.

Anse Georgette na wyspie Praslin.

Anse Source d'Argent, La DigueAnse Source d'Argent, La Digue

Anse Source d'Argent, La Digue

Ada i zachód słońca na Grand Anse, Praslin.Ada i zachód słońca na Grand Anse, Praslin.

Ada i zachód słońca na Grand Anse, Praslin.

 
Przystań na Praslin.Przystań na Praslin.

Przystań na Praslin.

Anse Lazio, Praslin. Moje sandały skradziono niecały rok później z hostelu Cosmopolitan w Kuala Lumpur ;)Anse Lazio, Praslin. Moje sandały skradziono niecały rok później z hostelu Cosmopolitan w Kuala Lumpur 😉

Anse Lazio, Praslin. Moje sandały skradziono niecały rok później z hostelu Cosmopolitan w Kuala Lumpur 😉

Niezadowolona Rogatnica jest niezadowolona.Niezadowolona Rogatnica jest niezadowolona.

Niezadowolona Rogatnica jest niezadowolona.

Seszelska kuchnia - La Daube czyli słodkie ziemniaki i banany w kokosowym sosie.Seszelska kuchnia - La Daube czyli słodkie ziemniaki i banany w kokosowym sosie.

Seszelska kuchnia - La Daube czyli słodkie ziemniaki i banany w kokosowym sosie.

 
W plantacji herbaty na Mahe. Widok na zachodnie wybrzeże.W plantacji herbaty na Mahe. Widok na zachodnie wybrzeże.

W plantacji herbaty na Mahe. Widok na zachodnie wybrzeże.

Mahe.Mahe.

 
 
Anse Lazio - Praslin.Anse Lazio - Praslin.

Anse Lazio - Praslin.

Clubbing na Seszelach? Na żaglowcu.Clubbing na Seszelach? Na żaglowcu.

Clubbing na Seszelach? Na żaglowcu.

Anse LazioAnse Lazio

Anse Lazio

Widok Praslin z La Digue.Widok Praslin z La Digue.

Widok Praslin z La Digue.

 
Eagle Ray.Eagle Ray.

Eagle Ray.

Żółwie na La Digue.Żółwie na La Digue.

Żółwie na La Digue.

Grande Anse na La DigueGrande Anse na La Digue

Grande Anse na La Digue

 
Nocka na żaglowcu.Nocka na żaglowcu.

Nocka na żaglowcu.

Cmentarz pokolonialny na La Digue.Cmentarz pokolonialny na La Digue.

Cmentarz pokolonialny na La Digue.

Grande Anse na La Digue. Praslin na horyzoncie.Grande Anse na La Digue. Praslin na horyzoncie.

Grande Anse na La Digue. Praslin na horyzoncie.

 
Jedna z małych plaż na północy la Digue.Jedna z małych plaż na północy la Digue.

Jedna z małych plaż na północy la Digue.

Kościół na La Digue.Kościół na La Digue.

Kościół na La Digue.

 
Anse La Reunion na La DigueAnse La Reunion na La Digue

Anse La Reunion na La Digue

Chrzest łodzi na Anse Reunion.Chrzest łodzi na Anse Reunion.

Chrzest łodzi na Anse Reunion.

 
 
 


Jak to jest z Internetem na srodku Oceanu Indyjskiego

Luty 16th, 2013

Myslelismy, ze nic nas juz negatywnie nie zaskoczy, jezeli chodzi o kwestie dostepnosci Internetu. Ladowalismy juz w roznych dziwnych miejscach na prowincji swiata, gdzie nie spodziewalibysmy sie jakiejkolwiek lacznosci, a zastawalismy szybkie wi-fi. Niestety, okazuje sie, ze posrodku Ocenanu Indyjskiego Internet owszem, jest, ale szalenie drogi i tylko w niektorych miejscach. W poprzednim hotelu (na Praslin) zastalismy router (dobry znak!), ale zeby z niego skorzystac trzeba bylo kupic pre-paid w JEDYNYM sklepie na wyspie, ktory takie dobra luksoswe rozprowadza. Teraz jestesmy na La Digue i dostep do Internetu dla gosci hotelowych przewidziany jest w sklepie pod tytulem „mini-market”, ktory prowadzi wlascicielka pensjonatu. Siedze wiec wlasnie przy komputerze stacjonarnym, za plecami mam buteleczki z piaskiem z Seszeli, obok mnie wisza staniki, przede mna cala polka z europejskimi importowanymi dezodorantami, a wokol biegaja dzieci z pobliskiej szkoly, ktore wlasnie maja przerwe i przybiegly po wode.

Bawimy sie wspaniale 🙂 Jestesmy, jak juz wspomnialam, na trzeciej i ostatniej wyspie podczas naszej seszelskiej podrozy. La Digue jest czwarta co do wielkosci i trzecia co do liczby mieszkancow wyspa archipelagu. Jest tak mala (11 kilometrow wzdluz), ze jeszcze do niedawna nie bylo na niej w ogole samochodow (dzis niestety te cuda techniki doatrly i tu), a glownym srodkiem transportu jest rower. Wyobrazcie sobie taki Zuromin, w ktorym wszyscy jezdza tylko na rowerach. Fajnie! 🙂

Tu znajduje sie tez plaza uznawana za najpiekniejsza na Seszelach. Niestety, na moim stanowisku komputerowym nie mam ze soba zadnego przewodnika ani mapy, zeby przepisac trudna dla mnie nazwe po francusku – nadrobimy razem ze zdjeciami! 😉

Zostajemy tu jeszcze 3 dni – na poniedzialek mamy juz kupione bilety na prom na Mahe, gdzie spedzimy ostatnia seszelska noc u naszej kolezanki z Nowej Zelandii. Pewnie dopiero po powrocie do Polski zdamy Wam dokladna relacje ze zdjeciami.

Buziaki! :))



Seszelski weekend w skrócie

Luty 12th, 2013

Plażowanie i podróżowanie wciągnęły nas tak bardzo, że nie chcieliśmy tracić czasu na poszukiwania kawiarenki internetowej. Ale dzisiaj w naszym bungalowie na plaży z dostępem do Internetu postaramy się szybko nadrobić zaległości!

Piątek
Po dogłębnym przestudiowaniu rozpiski autobusów na wyspie udało nam się namierzyć taki, który jedzie prosto z naszego hotelu na jedną z najpiękniejszych plaż na wyspie – Anse Intendance. Na miejscu okazało się, że miejsce jest naprawdę cudowne. Położona zupełnie na uboczu, otoczona wzgórzami porośniętymi tropikalną dżunglą, długa, półkolista i płaska, idealnie piaszczysta zarówno na brzegu jak i pod wodą może spokojnie uchodzić za plażę idealną. Właśnie to miejsce wybrał dla swoich klientów hotel ekskluzywnej sieci Banyan Tree. Naprawdę godny uznania jest fakt, że hotel nie zniszczył naturalnie pięknej plaży stawiając tam wielopiętrowy blok, a zakamuflowane w dżungli wille, których na dobrą sprawę nawet nie widać. Zapowiadało się, że to będzie naprawdę piękny dzień… W pewnej chwili poczuliśmy jednak niepokojące pieczenie na plecach, ramionach i twarzy. Game over – podstępne słońce, które od rana chowało się za chmurami zmyliło naszą czujność bladych europejczyków i pomimo, że żaden promień nie dotknął naszej skóry byliśmy bardzo mocno opaleni. Jak okazało się aż za mocno. Wróciliśmy do hotelu leczyć bolące ramiona i obserwować gwiazdy sącząc piwko na plaży.

Weekend
Kolejne 2 dni spędziliśmy w miłym towarzystwie couchsurferki. Jessie pochodzi z Nowej Zelandii, ale zbliżając się do 30-tki postanowiła rzucić pracę i wyruszyć w 7-miesięczną podróż po świecie. W międzyczasie dostała ofertę (fatalnie, jak sama przyznaje, płatnej) pracy na Seszelach, w Victorii. Bez zastanowienia zgodziła się i od 3 tygodni pracuje jako prawnik w seszelskim sądzie najwyższym. Jako że dopiero co się tu przeprowadziła i nie ma wielu nowych bliskich znajomych chętnie i często udostępnia swoją dodatkową sypialnię turystom z całego świata. Tak się też złożyło, że oprócz nas gościła w tym samym czasie Marcel, dziewczynę z RPA, której historia jest równie ciekawa. Marcel od zawsze marudziła swojemu chłopakowi, że w swoim życiu chciałaby robić coś ciekawego – najchętniej pracować na łodzi. W ten sposób można zwiedzić cały świat i poznać nowych ludzi, a oprócz tego odkładać praktycznie całą swoją wypłatę, na którą co miesiąc składa się okrągłe sumka. Na łodzi ma się miejsce do spania i wyżywienie, a na środku oceanu mało jest pokus do wydawania pieniędzy. Chłopak zawsze mówił na granicy żartu, kpiny i gorzkiej prawdy, że przecież nigdy się na to nie odważy i po co ta cała paplanina? Niewiele później ich drogi się rozeszły, a Marcel uznała że najwyższy czas pokazać mu swoją zawziętość i determinację. I zaciągnęła się na łódź!
Na Seszele przyjechała dwa dni po nas ze swoim nowym chłopakiem. Ma zaledwie 23 lata, a właśnie został kapitanem dużej łodzi czarterowej. Miał dołączyć do składu właśnie tu. Marcel zaś przyjechała popytać w porcie, czy gdzieś kogoś nie szukają, bo – jak mówiła ze smutkiem – jeżeli niczego tu nie znajdzie będzie musiała wrócić do Hiszpanii, bo na Majorce dogadana jest na pracę od marca, ale wtedy będzie daleko od swojego chłopaka. To dopiero rozterki, prawda? 😉


Weekend upłynął nam leniwie. W sobotę byliśmy na paradzie karnawałowej, o której nie będziemy Wam za dużo pisać – wystarczy przecież, że pokażemy trochę zdjęć, jak pijąc drinka z lokalnego rumu Takamaka, soku z mango i mleczka kokosowego mieszanego bezpośrednio w świeżo świętym kokosie oglądamy coraz to ciekawiej przebranych artystów. W niedzielę wybraliśmy się wszyscy razem na plaże Bou Vallon. To właśnie tu najwięcej jest mniej lub bardziej luksusowych hoteli i drogich restauracji. Niestety, plaża nie zrobiła na nas dobrego wrażenia. Być może to kwestia odpływu, może pogody a może zupełnie czegoś innego. Spokojnie możemy teraz czuć się bardziej usatysfakcjonowani od klientów Hiltona – nasza wycieczka kosztowała mniej, a widoki, które podziwialiśmy były o wiele ładniejsze. Na plaży jedliśmy świeże owoce z przydrożnego stoiska (kokosy, mango, marakuja, papaja), a po powrocie do domu Ada ugotowała dla wszystkich pyszny obiad. Na Seszelach w niedziele sklepy są raczej pozamykane, więc level trudności był podniesiony – mogliśmy korzystać tylko z skromnych zapasów w lodówce Jessie. Nie muszę chyba pisać, że misja skończyła się ogromnym sukcesem 😉

Poniedziałek
W poniedziałek rano Marcel poszła do portu na bardzo oryginalną w formie „rozmowę kwalifikacyjną”, Jessie poszła do pracy w małym biurze bez dostępu światła dziennego, a my poszliśmy w poszukiwaniu biletów na prom albo samolot, które dowiozą nas na kolejny cel naszej podróży, wyspę Praslin. Okazało się, że niestety wszystkie bilety na samoloty tego dnia są już wyprzedane, całkiem więc zadowoleni z obrotu sprawy zdecydowaliśmy się na prom o 16.30. Dodatkowy czas na Mahe wykorzystaliśmy na wycieczkę do fabryki herbaty położonej wysoko w górach. Plan byłby wspaniały, gdyby nie to, że: 1) pani w informacji turystycznej pokierowała nas do złego autobusu, 2) kiedy już niczego nieświadomi się w nim znaleźliśmy kierowca poinformował nas o pomyłce, ale uspokoił, że wystarczy że przejdziemy się na 20-minutowy spacerek za końcowym przystankiem autobusu i będziemy na miejscu, 3) 20-minutowy spacerem okazał się ponad godzinną wspinaczką na sam szczyt góry. Zdesperowani i zmęczeni próbowaliśmy zatrzymywać przejeżdżające samochody. Kiedy w końcu mili panowie zdecydowali się nas podwieźć z przerażeniem stwierdziliśmy, że fabryka jest po drugiej stronie góry i jeżeli chcielibyśmy dojść tam na pieszo zajęłoby nam to pewnie cały dzień. A kiedy byliśmy już na miejscu okazało się, że: 4) fabryka była dzisiaj zamknięta dla zwiedzających. Na pocieszenie wypiliśmy po filiżance lokalnej herbaty i zjedliśmy ciasto drożdżowe reklamowane jako typowo seszelskie. Obrażając się na transport publiczny wróciliśmy stopem z lokalnym proboszczem.
Prom nie zaspokoił naszych oczekiwań rejsu widokowego. Był raczej łódką zasuwającą na pełnej prędkości i skaczącą na falach, gdzie każde wstanie z krzesła mogło skończyć się wybiciem zębów o najbliższy uchwyt. Na szczęście szybko byliśmy na miejscu i rozgościliśmy się w naszym bungalowie na plaży, gdzie zostajemy jeszcze na 2 kolejne noce. W czwartek płyniemy na La Digue. Trzecia co do wielkości wyspa Seszeli jest już na tyle mała, że podobno nie ma na niej ani jednego samochodu 🙂 Nie możemy się doczekać!



Po raz pierwszy za równikiem

Luty 7th, 2013

Gdzie są Seszele?
To pytanie słyszeliśmy dość często. Odpowiedź jest trudniejsza niż mogłoby się wydawać: najczęściej po początkowym „Na północ od Madagaskaru” musimy doprecyzować, że na wschód od Somalii i Kenii. Kiedy i ta odpowiedź nie wystarcza dodajemy – „Na prawo od Afryki, na Oceanie Indyjskim”.
Sam kraj też jest ciężki do opisania jednym zdaniem… ale może zaczniemy od początku.

Nie wszyscy chyba wiedzą, że w Polsce trwa wojna. Arabowie znad Zatoki Perskiej toczą bitwę o polskich pasażerów, walcząc jak najniższymi cenami połączeń lotniczych. Zaczęli ci z Qatar Airlines – jeszcze w zeszłym roku ogłosili trzydniową promocję i… kupili nas (chociaż chyba jednak to my kupiliśmy ich).
Zdecydowaliśmy się na nietypowy dla nas kierunek: Seszele. W zbiorowej świadomości kojarzą się z nie wiadomo jak drogimi hotelami i nie wiadomo jak wielkimi luksusami. Przed nabyciem biletów trochę jednak poczytaliśmy i kupując je byliśmy pewni, że nie będziemy się tu nudzić.

Pierwsze atrakcje czekały nas jeszcze… w powietrzu. Trochę już lataliśmy i tak jak ogólnie średnio nam pasuje atmosfera „tanich linii” tak najsłabiej wspominamy lot Aerosvitu z Dubaju do Kijowa. Samolot pełen podchmielonych Ukraińców w skórzanych kurtkach zapamiętaliśmy jako „mało komfortowy”. Zupełnie nie przewidywaliśmy, że ten „rekord” zostanie pobity w locie Qatar Airlines z Warszawy do Dohy. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że darmowy alkohol to fajna sprawa, a wyjazd w daleką podróż powodować może małą euforię. Są jednak pewne granice, których przekraczać nie należy. Nie należy np. chodzić po pokładzie w koszulce z wypisanym swoim imieniem i częstować wódeczką z wolnocłówki opowiadając o kłopotach wychowawczych współczesnej młodzieży i polityce. Panie Marku, nie należy i już!

Przesiadka w Dosze jak i kolejny lot był już na zupełnie innym poziomie. Cisza, spokój, dużo miejsca. Warto tu wspomnieć o pokładowych „rozrywkach”, jakie QA funduje pasażerom. 7 lat temu zachłysnąłem się nowoczesnością, kiedy na pokładzie British Airways zafundowano mi własny monitorek z kilkoma kanałami filmowymi do wyboru. Dziś technologia poszła „troszkę” do przodu. Każdy pasażer ma taki monitorek z kilkuset filmami, programami TV, grami… Wśród nich wiele filmów, które albo właśnie wchodzą do polskich kin, albo dopiero w nich będą, kandydaci do oskarów, klasyka itp itd. Bardzo fajna sprawa, chociaż cichy dźwięk sprawił, że rozkoszowaliśmy się głównie koreańską kinematografią (miały angielskie napisy, w odróżnieniu od amerykańskich filmów).

I w końcu – dolecieliśmy! Przywitał nas tropikalny mokry upał i szalenie pomocna obsługa na Międzynarodowym Lotnisku w Victorii, które wielkością i rozmachem przypominałoby lotnisko w Żurominie, gdyby takie istniało. Słońce miło łaskotało po twarzy, a woda parowała zewsząd – przez naszym przylotem musiało solidnie padać, na co wskazywały kałuże. Jak zawsze bez problemu dostaliśmy się do naszego hotelu korzystając z transportu publicznego, który wyjątkowo przypadł nam do gustu. Jeden przejazd kosztuje niewiele ponad złotówkę, autobusy jeżdżą często, a podróżowanie nimi jest absolutnie przyjazne nawet dla turysty.

Nie czekaliśmy zbyt długo na umoczenie dupki w oceanie 😉 Już oczekując na pokój udaliśmy się na skromną lecz jakże urokliwą plażę przy naszym hotelu, gdzie razem z naszymi kolegami Burkiem i Azorem sprawdzaliśmy czy woda nadaje się do dwutygodniowego plażowania.

Zmordowani podróżą ucięliśmy krótką drzemkę, a zaraz potem ruszyliśmy na południe, gdzie wedle przewodnika szukać powinno się rajskich plaż. Pierwszym przystankiem była plaża nad zatoką Boileau Lazar, gdzie podziwialiśmy pierwszy raz niespotykane granitowe skały. W połączeniu z aksamitnie wprost gładkim i białym piaskiem i lazurową wodą robią cudowne wrażenie. Po krótkiej pieszej wędrówce przez prawdziwą dżunglę dotarliśmy na Anse Takamaka – plażę porośniętą drzewami takamaka (po naszemu brzmi mniej egzotycznie: Gumiak), od których plaża wzięła nazwę. Tam Łukasza opętał męski instynkt przetrwania i gołymi rękoma (zaledwie przy pomocy kilkutonowych skał) rozłupał dla mnie kokosa znalezionego pod pobliską palmą. Trzeba przyznać, że ta naturalna i świeża przekąska (pozdrowienia dla Lipka!) była jedną z pyszniejszych rzeczy, jakie zdarzyło mi się jeść 🙂

Nawet pogorszenie się pogody nie zepsuło naszych nastrojów. Odkrywanie kolejnych rajskich plaż zostawiliśmy sobie na jutro. Dzisiejszy wieczór poświęciliśmy na planowanie kolejnych dni (zostajemy jeszcze jedną noc w tym hotelu, w którym jesteśmy teraz, a w sobotę rano jedziemy do Victorii na poranny targ lokalnych pyszności, spotkanie z naszą couch surferką i karnawał!) oraz sprawdzanie z uporem młodego odkrywcy czy to prawda, że po drugiej stronie równika woda spływając w kranie wiruje w drugą stronę. Jak sądzicie – prawda? 😉