W 1918 roku pisarz Jerzy Bandrowski zawitał na kilka dni do Singapuru w trakcie swojej podróży z Władywostoku do Europy. W jego wydanych dwa lata później książce “Przez jasne wrota” znajdziemy dość unikalny opis Singapuru sprzed stu lat.
Minąwszy zdala niebieskie brzegi Koczincziny, morzem „wysokiem“, wzburzonem i czarnem parliśmy ku Singapore. Wreszcie pewnego pięknego poranku stanęliśmy w zatoce błękitnej, jak marzenie, otoczonej brzegami i wyspami cudnej zieleni szmaragdowej, wywijającej rozczochranemi palmami a przesyconej słońcem, jak miodem. W cieniu drzew, na brzegach widać było wioski malajskiego typu, domki drewniane, brunatne, na palach. Koło statku pojawiły się pstro pomalowane „sampany“ z brunatnymi wioślarzami, na pokład wdarli się „bankierzy“ w różowych „sarongach“ kształtu spódnic, w bluzkach niby kobiecych i w turbanach lub barwnych myckach, ludzie smukli, bronzowi, jakby w starym dębie rzeźbieni, o żywych, połyskujących czarnych oczach.
[Bandrowski opisuje tu zatokę Keppel Bay na południu wyspy, gdzie ówcześnie mieściła się główna przystań linii “The Peninsula and Oriental” (P&O) obsługującej połączenia z Chinami i Japonią]
[George Els Sanford – Akwarela ‘Singapore, Inner Harbour, Aug 1862’]
Po sprawdzeniu papierów, pozwolono nam jechać dalej, aż wkońcu statek stanął przy samym brzegu, mając widok na tyły wielkiego, żółtego magazynu portowego.

Do miasta pojechaliśmy już samochodem państwa O., którzy w Singapore chcieli odgrywać rolę gospodarzy.
Miasto barwne — to znaczy, że same mury już nie są szare. Domy w porównaniu z Hong-Kongiem niższe, podsienia może mniej wspaniałe i nie tak wysokie, czasem obite z tynku i obdrapane, ale bez porównania ruchliwsze. Dużo Chińczyków w białych bluzach i niebieskich majtkach z długiemi, czarnemi warkoczami przetykanemi srebrem, ale dużo też Malajów. Środkiem ulicy pędzą riksze, ale widać też jeszcze dużo wozów zaprzężonych w bawoły. Z tym różnobarwnym i żywym ruchem ulicznym dziwny kontrast stanowią okna domów, ze względu na gorąco szczelnie pozamykane i zasłonięte żaluzjami.
Gmachy różne — pretensjonalne i brzydkie budynki rządowe, okazałe, lecz odpychające chęcią imponowania, wielkie magazyny kupców europejskich, meczety, kościoły, świątynie buddyjskie, domy krajowców, białe wille Europejczyków, gmachy klubowe, hotele. Ale architektura właściwie jest tu obojętną rzeczą, zaś wszystkiem jest słońce, ciepło, ruch uliczny, różnobarwność człowieka, egzotyczność przyrody.

Lunął nagły, podzwrotnikowy deszcz, kiedyśmy oszołomieni chodzili po ulicach. Schroniliśmy się do słynnego magazynu Johna Little [stał przy obecnym Raffles Place do 1973 roku], większego, niż niejedno narodowe muzeum europejskie, a gdzie w cukierni chłodnej i mrocznej, urządzonej po angielsku, już koło 11-tej rano Anglicy i Angielki schodzą się na „gin-sling“ [mowa oczywiście o wymyślonym trzy lata wcześniej Singapore Sling] , napitek zimny, słodki i bardzo mocny, a który piją zawzięcie. W magazynie tym jest wszystko, co Europa i Wschód dać może, ale przedewszystkitem jest tam tak silna Anglja, że się zapomina o egzotycznem mieście.
A tuż za miastem zapomina się o Europie. Droga czerwona jest jak krew, bo ziemia tu czerwona i wszędzie widać palmy i plantacje gumy, herbaty i drzewa dziwne, kwitnące szkarłatnie i bure sztywne jakieś liście przy drodze lub znowu czarne, lśniące, jakby z kutego żelaza z ciemno-szkarłatnemi żyłami. Jest ogród botaniczny, pełen najobłąkańszych roślin, rozkwitających kapryśnemi kształtami w atmosferze parnej, gorącej i w tym ogrodzie jest jeszcze cieplarnia, gdzie hoduje się rośliny dziwaczne jak sny narkotyczne, wcielenia kwitnące idei chimerycznych i — rzekłbyś — dekadenckich, zwyrodniale przekształconych.
A oto znów dzielnica europejska, hotel jak najpiękniejszy pałac włoski z wyniosłemi arkadami [Raffles Hotel], palmy wszędzie i niedaleko morza turkusowy połysk, stalowy dźwięk słów angielskich, stukanie korków po kamiennej, gładkiej mozaice podłogi, śmiech wydekoltowanych, strojnych kobiet, złote guziki mundurów „khaki“, słodka melodja „carillon’u“ i wesołe, dźwięczne „It is long the way to Tipperary“, inne echa dalekiej Europy. Brzmią piosenki, żywe, rytmiczne, przez mgłę oceanu dolatują obrazy i wspomnienia, a naraz wszyscy wstają, bo oto orkiestra intonuje „God save the King“. Wszędzie jest Anglja.
O nie. Każdy Anglik musi tu umieć po malajsku. To znaczy, może nie umieć, jeśli chce za wszystko płacić pięć razy drożej i jeśli chce być zawsze źle obsłużonym. W Singapore można płacić tylko singaporską monetą — jak w Szangaju szangajską, w Hong-Kongu hongkongską. To odnosi się nietylko do monety — ale do wszystkiego. Krajowiec nie wątpi, że angielski funt jest dobrą monetą, ale chce ją mieć rozmienioną na swoją. I nie wątpi, że prawo angielskie jest dobre, ale chce słyszeć je we własnym języku. I tak jest ze wszystkiem.
Carillon’y angielskie? Niech sobie dzwonią. Co to może obchodzić ten tłum krajowców w chińskich dzielnicach nocną porą zapełniający ulice i place, tych wszystkich przekupniów owoców, betelu, papierosów, tych aktorów chińskich, którzy oto zbudowali sobie na środku ulicy przedziwnie kolorową scenę i świecący od barw, srebra i złota, dziwacznie umalowani, śpiewają kuplety, półnagi, żółty tłum aż faluje od śmiechu — zaś wszystko skrzy się w świetle, bo najmniejszy kramarz uliczny, w dwóch koszach na nosidle dźwigający swą „restaurację“, ma przy sobie baterję elektryczną, a nad swemi czterema bananami i żółtem „pumelo“ czystą, jasno płonącą żarówkę. Co angielskie „carillony“ mogą obchodzić szczęśliwców w tym wielkim domu, przez którego okna olbrzymie wraz ze strugami białego światła, srebrnem „torrento“ tryskają oszalałe dźwięki „tamtam’u“, niosącego na swej rwącej i oszałamiającej fali wesołe śmiechy i piski tancerek i szklanne głosy śpiewaczek wschodnich.
Lecz oto dom — „and I’m very fond of it, because it is my home“, rzekła pani O., wprowadzając mnie do „hallu“ swego domu — dom angielski, upiększony tylko orjentalnemi cackami, lecz angielski na wskroś, z ciemną, mocną herbatą i ciastkami dla strusiów, z zimnym napitkiem, przez który rozumie się „sodawhisky“, z fotografjami liceum, szkoły, miasta rodzinnego i z miękkiemi fotelami, przy których stoją podręczne półeczki z wybraną literaturą angielską.
A tu znów długie, pełne już ciepłego, bronzowego zmroku podsienia, w które padają czerwone i białe łuny okien wystawowych. W jednem — japońskie wyroby z kości słoniowej — więc banan z nadszarpniętą, dojrzałą, żółtą skórką, z pod której wygląda jakby mszysty, chłodny miąsz owocu, więc kukurudza młoda, zdrowe, ledwie żółtawe ziarna pokazująca z pod liści, a dalej — rozchylone muszle ostrygi, zaś w ostrydze — wiejski dwór japoński i przed domem podwórze, zastawione narzędziami rolniczemi a na werandzie ludzie stoją — i mnóstwo różnych tym podobnych cacek, rzeźbionych Bóg wie jakim cudem zręczności przez długie lata.
— Proszę, niech pan wejdzie! — zaprasza de wnętrza sklepu człowiek w pięknym „sarongu“ i w niepokalanej białej bluzie, w żółtym turbanie na głowie. I warto wejść, zwłaszcza, że kupować nic się nie musi. Tu widać rzeczy zgoła inne i dziwne. Gablotki z lustrzanemi szybami, a przez te szyby na półeczkach widać talerzyki i spodeczki, zaś na tych spodeczkach niby konfitury — dereń, agrest, i jeszcze coś tam i jeszcze… A tak — talerzyk konfitur z brylantów podobałby się wam? Bo to nie jest nic innego, jak tylko sklep jubilerski Ismaila Raheema, a te konfitury — to rubiny, topazy, szafiry, turkusy, opale, kamień księżycowy, brylanty wielkie jak orzechy laskowe — a wszystko gra światłem i ogniami, aż się dusza w człowieku raduje. Bo to przecież tu, na tych wyspach, do klejnotów podobnych, kwitnie sztuka złotnicza od niepamiętnych czasów, posiadająca wszystkie arkana złotnicze japońskie, indyjskie i perskie. Tu kują złoto w cieniusieńką koronkę, tu kamienie drogie oprawiają tak, że one lśnią na cienkim, bronzowym palcu jak krople rosy niebiańskiej.
Warto tak dać się unieść strumieniowi ludzkiemu, płynącemu wieczorem pod arkadami ulic. Tyle różnych narodowości, ras, religij, sekt, kast i obyczajów i tak to wszystko ciasno siedzi nieledwie jedno na drugiem — niby „dzicy“ — a przecież wszędzie słychać żarty, śmiech i widać uśmiech na twarzach ludzkich i wesoło łyskające, lśniące białka wyrazistych czarnych oczu. Wszyscy chcą żyć i cieszą się życiem, świeżem powietrzem nocy gwiaździstej, zapachem kwiatów, owoców, gwarem ludzkim. Niewątpliwie i oni mają swe zmartwienia, sympatje i antypatje, chwile rozpaczy nawet — ale mimo to znają tajemnicę szczęścia i umieją być szczęśliwymi lepiej niż my.