Posty otagowane jako ‘Yogyakarta’

Kurczak? Kościół? Czy kościół-kurczak?

Czerwiec 12th, 2014

Budowla, którą dzisiaj państwo podziwiają to kościół-kurczak. Po angielsku znana jest jako chicken church, a po indonezyjsku geraja burung (kościół-ptak), a rzadziej geraja ayam. Znajduje się bardzo blisko Borodubur, niecałe 4 km za zachód.

kurczak w perspektywie z Ulrichem

kurczak w perspektywie z Ulrichem

 

Miejsce to zostało nam polecone przez Siti i Martina, naszych Couchsurfingowych przyjaciół. Nie jest to znana atrakcja turystyczna i mieliśmy ogromne problemy, żeby wreszcie tam trafić. I to nawet pomimo mojej biegłej znajomości indonezyjskiego (albo raczej podstawowej i ogromnego przekonania o własnej genialności)! Ludzie mieszkający w okolicy zazwyczaj odpowiadali, że owszem, znają takie miejsce, ale gdzie to jest…? To już trudno powiedzieć. Byliśmy bliscy zrezygnowania, kiedy podczas jednego z wielu postoi, kiedy ja zachwycona fotografowałam otaczające nas pola i rolników przy pracy, Emma wypatrzyła sylwetkę wielkiego kurczaka na wzgórzu pośród drzew. Wreszcie! Teraz przynajmniej wiedzieliśmy w jakim kierunku mamy podążać.

Udało nam się dotrzeć do bambusowego mostu podejrzanej konstrukcji, który jest charakterystycznym punktem informującym, że jest się u celu. Wspinaczka na szczyt trwała już tylko 10 minut, chociaż nie była łatwa ani przyjemna.

Kurczak powitał nas w pełnej krasie. Jest ogromny, murowany (nie wiedzieć czemu zarówno ja, jak i Emma i Ulrich spodziewaliśmy się konstrukcji z drewna), pomalowany i ma otwarty dziób.

aż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAKaż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAK

aż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAK

 

Pytanie, jakie zadawaliśmy sobie my i które zadają sobie nasi znajomi z Yogyakarty oraz turyści, którzy na swoich blogach opisują tą niespotykaną budowlę brzmi: kto, do czorta, to zbudował? Dlaczego? I dlaczego nigdy nie zostało to skończone? Odpowiedzi niestety nikt nie zna.

Dwie wersje wydają się najbardziej prawdopodobne. Jedna, zasłyszana na miejscu, mówi o misjonarzach holenderskich, którzy zrealizowali ten dość ekscentryczny projekt, ale z braku wiernych w okolicy zmuszeni byli go porzucić przed ukończeniem. Holendrzy wynieśli się z Indonezji w 1945 roku, oznaczało by to więc, że budynek ma ponad 70 lat… Tłumaczyłoby to poniekąd dlaczego mieszkańcy lokalnych wiosek nie mają pojęcia o jego pochodzeniu – pytani odpowiadają zawsze, że kościół stał tu za czasów ich ojców i dziadków, więc w lokalnej świadomości był czymś oczywistym i nikt nigdy nie pytał, skąd on się tam wziął. W tradycji jawajskiej historia nie gra zbyt dużej roli, jest mniej ważna od tradycji i wierzeń, dlatego trudno dziś uzyskać jakiekolwiek wiarygodne informacje.

Druga wersja mówi o konkretnym człowieku imieniem Daniel Alamsjah, który ożenił się z kobietą pochodzącą z pobliskiej wioski. Daniel pewnej nocy miał sen-objawienie, kiedy to Bóg kazał zbudować mu kościół w kształcie gołębia na wzgórzu. W miejscu tym miało dokonać się ostateczne zjednoczenie Chrześcijan z całego świata. Dość odważny plan jak na niewielki kościół w kształcie kurczaka, ale zobaczmy, jak historia Daniela potoczyła się dalej… Wizja ta wracała do niego przez wiele nocy. Pewnego dnia przyszły budowniczy wraz z żoną udali się w odwiedziny do teściowej. Daniel pchany nieznaną siłą zaczął wspinać się na wzgórze. Na szczycie długo modlił się i dostał z niebios odpowiedź na dwa pytania: Tak, to jest miejsce, do którego kierował go Bóg i Tak, Bóg pomoże mu zrealizować to nieprawdopodobne przedsięwzięcie. W 6 miesięcy udało mu się ponoć wykupić 2,5 hektara ziemi pod przyszłą inwestycję i w 1994 roku (pojawia się tu bardzo konkretna data!) rozpoczął budowę. W tym czasie Indonezja pogrążyła się w ogromnym kryzysie gospodarczym i doświadczyła hiperinflacji, która spowodowała, że Danielowi niespodziewanie szybko skończyły się przygotowane pieniądze, a nieliczni sponsorzy się wycofali. Kościół był ukończony w 70%, ale architekt-szaleniec nigdy nie stracił nadziei, że uda mu się ukończyć projekt.

Czy ta wersja jest prawdziwa? Nie sądzę. Według niej Daniel nadal żyje i zbiera fundusze na ukończenie prac, choć w rzeczywistości budynek popada w kompletną ruinę i nie wygląda, jak by ktokolwiek się o niego troszczył. W Internecie można znaleźć sporo wątków na forach i blogach poświęconych zagadce gigantycznego kurczaka. Jeżeli naprawdę istnieje ktoś, kto szuka sponsorów na ukończenie budowy w jego interesie powinno leżeć nagłośnienie i rozreklamowanie sprawy. Tymczasem wszystkie ważne pytania nadal pozostają bez odpowiedzi.


Kolejne, coraz mniej prawdopodobne teorie mówią, że w środku kurczaka znajdowała się kiedyś klinika odwykowa. Tak naprawdę jednak budynek wygląda, jak by nigdy nie został ukończony i oddany do użytkowania. Wewnątrz znajdują się dwa piętra – wyższe, z oknami i dziurą w kształcie krzyża w sklepieniu przypomina faktycznie nieukończone wnętrze kościoła. Budynek jest ponoć bezpieczny i można wejść do środka. Piętro niżej znajduje się ciemny korytarz prowadzący przez środek i dwa rzędy mikroskopijnych pokoików bez okien po obu stronach. Na końcu znajdują się pomieszczenia przeznaczone na łazienki w indonezyjskim standardzie. Jakie miało być przeznaczenie tego piętra? Absolutnie nie mam pojęcia, ale zimne i ciemne pomieszczenia przypominają mi jedynie dziwny magazyn albo przerażające więzienie. Chociaż o tej drugiej opcji wolałabym nie myśleć w tak absurdalnym miejscu.

Nieukończony kościół popada w ruinę i nie dba o niego nikt. Jak każde tego typu miejsce pełni niechlubną funkcję lokalnej meliny, spacerując wewnątrz można natknąć się na zużyte prezerwatywy, puste butelki, a pewnie i inne pamiątki. Warto pamiętać, że w muzułmańskiej Indonezji seks przedmałżeński jest jeszcze większym wykroczeniem przeciw moralności, niż w Polsce.

Jeżeli traficie na jakieś ciekawe ślady w sprawie kurczaka-giganta, dajcie znać! Jestem szalenie ciekawa o co tu chodzi.

bajkowe krajoobrazy na centralnej Jawiebajkowe krajoobrazy na centralnej Jawie

bajkowe krajoobrazy na centralnej Jawie

...momentalnie zaczęliśmy coś podejrzewać...momentalnie zaczęliśmy coś podejrzewać

...momentalnie zaczęliśmy coś podejrzewać

a Ty byś przeszedł/przeszła?a Ty byś przeszedł/przeszła?

a Ty byś przeszedł/przeszła?

 
aż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAKaż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAK

aż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAK

kurczak trochę się rozpadałkurczak trochę się rozpadał

kurczak trochę się rozpadał

ale nadal można było domyśleć się, jakie było jego przeznaczenieale nadal można było domyśleć się, jakie było jego przeznaczenie

ale nadal można było domyśleć się, jakie było jego przeznaczenie

 
 
kurczak w perspektywie z Ulrichemkurczak w perspektywie z Ulrichem

kurczak w perspektywie z Ulrichem

 

PS Historia o architekcie Danielu pochodzi z tego bloga.



Czy Ada nawróciła się po dwóch dniach spędzonych w świątyniach?

Czerwiec 12th, 2014

Nadszedł czas na prawdziwe Zwiedzanie, takie z wielkiej litery. Zapakowaliśmy się na nasze skutery i ruszyliśmy do wioski Borobudur, położonej nieopodal świątyni o tej samej nazwie. Mieliśmy do pokonania ok. 45 km.

Świątynia Borobudur to imponująca budowla z VIII wieku. Tak jak Angkor w Kambodży, Bagan w Birmie czy Ayuthaya w Tajlandii stanowi „pamiątkę” po okresie imperiów-mandali, które kontrolowały ten region świata w średniowieczu. Do dziś jest to najważniejszy obiekt sakralny buddystów w Indonezji, jeden z największych w całej Azji południowo-wschodniej. Jednocześnie jest to jedna z największych atrakcji turystycznych Archipelagu Malajskiego. Tłumy turystów z kraju i zagranicy przybywają tu przez cały rok.
W przeciwieństwie do wszystkich innych atrakcji w okolicy, gdzie wstęp kosztuje zwykle ok. 7000 rupii, czyli 2 zł, zwiedzenie Borobudur to koszt prawie 70 zł za osobę! Odetchnąć z ulgą mogą tylko studenci i dzieci – bilet dla nich kosztuje tylko 115 000 IDR, czyli 30 zł.
Jak to dobrze, że data ważności mojej legitymacji studenckiej to 31 marca 2014 zamiast 31.03.2014! Mało który Indonezyjczyk zna przecież nazwy miesięcy po polsku. Ale… zaraz, zaraz, gdzie jest moja legitymacja?!


Legitymację studencką, woziłam uparcie przez cała naszą podróż, chociaż koniec końców uprawniła mnie do zniżek raptem w jednym czy dwóch miejscach. Tym razem jej nie wzięłam – została w szufladzie w salonie, w Dżakarcie. Możecie sobie wyobrazić moją minę kiedy to sobie uświadomiłam. Moja wściekłość przeplatała się z bezsilnością i ulżyłam sobie używając niecenzuralnych słów w każdym języku jaki znam. Na szczęście moi znajomi pocieszyli mnie, że chociaż drogi w Indonezji są kiepskie, a łazienki zazwyczaj w marnym stanie, to sektor usług mają na najwyższym poziomie. JNE to lokalna firma kurierka, która dowozi przesyłki na terenie całego kraju w ciągu 1 dnia. Łukaszowi łatwo udało się zlokalizować ich punkt w kioskach usługowych koło Carrefoura w naszej piwnicy i wysłać mi moją legitymacją na adres znajomych w Yogyakarcie za niecałe 8 zł. Następnego dnia wieczorem odwiedził mnie kurier i mogłam znowu cieszyć się zniżkami po okazaniu mojej (tymczasowo nieważnej) legitymacji studenckiej.


Borobudur zwiedzałam ze Szwedami i Halimem. Miał dołączyć do nas Taj, którego Ulrich i Emma poznali na swojej trasie, ale jak zwykle zagapił się, prawie spóźnił na autobus, a potem na samolot i Halim musiał ratować go ekspresową podwózką na stację. To, ile ten chłopak ma nieprzewidzianych przygód na swojej trasie to zupełnie inny temat! A dzisiaj tylko o świątyniach!


Borobudur ponoć najcudowniej wygląda o wschodzie słońca. Ale po kilku dniach intensywnego zwiedzania nie upadliśmy jeszcze na głowę do tego stopnia, żeby pchać się tam o 5 rano… Odwiedziliśmy świątynię około południa i muszę przyznać, że to też nie był najlepszy pomysł. Było koszmarnie gorąco, światło do zdjęć najgorsze z możliwych, a ludzi tłumy. Świadomie zdecydowaliśmy się na zwiedzanie obiektu poza weekendowym szczytem. Nie spodziewaliśmy się natomiast, że we wtorek spotkamy tam kilka autokarów wypakowanych młodzieżą szkolną z całej Indonezji i sporą ilość rodzin z dziećmi. Nie narzekaliśmy na to towarzystwo, dopóki najodważniejsza jednostka nie przełamała się i nie poprosiła nas nieśmiało o zdjęcie… Potem już worek ośmielonych Indonezyjczyków (którzy niezbyt często spotykają obcokrajowców) rozpruł się i spędziliśmy ponad godzinę pozując do pamiątkowych zdjęć. Uff!

jedna z wielu indonezyjskich wycieczek szkolnych, która marzyła o zdjęciu z Adą

jedna z wielu indonezyjskich wycieczek szkolnych, która marzyła o zdjęciu z Adą

 

Nie mogę powiedzieć, że Borobudur nie było zachwycające, ani też że mnie rozczarowało. Apetyt wzrasta jednak w miarę jedzenia i moje oczekiwania w stosunku do wczesnośredniowiecznych świątyń buddyjskich po spędzeniu prawie dwóch tygodni w Angkorze są odrobinę większe. Lepiej będę wspominać leniwe popołudnia spędzone w chłodnym lesie w ruinach świątyni, gdzie otaczały nas tylko dzikie małpy, niż dwie godziny pozowania do zdjęć w palącym słońcu na szczycie Borobudur. Moje odczucia podzielali Emma i Ulrich, którzy spędzili kilka bardzo przyjemnych dni w birmańskim Bagan.


Na uwagę zasługuje na też spacer ku wyjściu z terenu świątyni, który trwa dobre 20 minut i wije się przez labirynt stoisk z pamiątkami. Nie sposób ich uniknąć. Tak jak w Europie często w muzeach spotkamy „wyjście przez sklep z pamiątkami”, tak tutaj jest to bardziej „maraton przez bazar ze wszystkim, co możesz sobie tylko wyobrazić”.

bilet łączony do świątyń Borodubur i Prambanan. wbrew pozorom nie dziecięcy, a studenckibilet łączony do świątyń Borodubur i Prambanan. wbrew pozorom nie dziecięcy, a studencki

bilet łączony do świątyń Borodubur i Prambanan. wbrew pozorom nie dziecięcy, a studencki

Budda, Budda i BuddaBudda, Budda i Budda

Budda, Budda i Budda

Borodubur to do dziś najważniejsza świątynia buddyjska w Indonezji i jedna z największych w całej Azji południowo-wschodniejBorodubur to do dziś najważniejsza świątynia buddyjska w Indonezji i jedna z największych w całej Azji południowo-wschodniej

Borodubur to do dziś najważniejsza świątynia buddyjska w Indonezji i jedna z największych w całej Azji południowo-wschodniej

 
to zdjęcie wygra za to nagrodę publiczności na World Press Photo 2014 - liczę na Wasze głosy!to zdjęcie wygra za to nagrodę publiczności na World Press Photo 2014 - liczę na Wasze głosy!

to zdjęcie wygra za to nagrodę publiczności na World Press Photo 2014 - liczę na Wasze głosy!

jedna z wielu indonezyjskich wycieczek szkolnych, która marzyła o zdjęciu z Adąjedna z wielu indonezyjskich wycieczek szkolnych, która marzyła o zdjęciu z Adą

jedna z wielu indonezyjskich wycieczek szkolnych, która marzyła o zdjęciu z Adą

 
licealistki na wycieczce szkolnej pod wezwaniem 'niech każdy znajdzie białasa i porozmawia z nim po angielsku' - zadane wykonane, panie profesorze!licealistki na wycieczce szkolnej pod wezwaniem 'niech każdy znajdzie białasa i porozmawia z nim po angielsku' - zadane wykonane, panie profesorze!

licealistki na wycieczce szkolnej pod wezwaniem 'niech każdy znajdzie białasa i porozmawia z nim po angielsku' - zadane wykonane, panie profesorze!

podpis białasa jako dowód odbytej rozmowypodpis białasa jako dowód odbytej rozmowy

podpis białasa jako dowód odbytej rozmowy

 
autograf szwedzkiej gwiazdy piosenki kabaretowejautograf szwedzkiej gwiazdy piosenki kabaretowej

autograf szwedzkiej gwiazdy piosenki kabaretowej

znajdź brakujący elementznajdź brakujący element

znajdź brakujący element

stupy, a w każdej posąg Buddystupy, a w każdej posąg Buddy

stupy, a w każdej posąg Buddy

 
koniec ściemniania - tak naprawdę w świątyni jest mnóstwo turystów i puste kadry to efekt wielominutowego oczekiwania na lukę w tłumiekoniec ściemniania - tak naprawdę w świątyni jest mnóstwo turystów i puste kadry to efekt wielominutowego oczekiwania na lukę w tłumie

koniec ściemniania - tak naprawdę w świątyni jest mnóstwo turystów i puste kadry to efekt wielominutowego oczekiwania na lukę w tłumie

chłopcy dumnie prezentujący koszulkę (ponoć lokalnego zespołu muzycznego), klasycznie ze Szwedemchłopcy dumnie prezentujący koszulkę (ponoć lokalnego zespołu muzycznego), klasycznie ze Szwedem

chłopcy dumnie prezentujący koszulkę (ponoć lokalnego zespołu muzycznego), klasycznie ze Szwedem

 
spocony, biały turystaspocony, biały turysta

spocony, biały turysta

punkt widokowy i muzeum wulkanu Matapipunkt widokowy i muzeum wulkanu Matapi

punkt widokowy i muzeum wulkanu Matapi

wspaniałe widoki przy doskonałej przejrzystości powietrza...wspaniałe widoki przy doskonałej przejrzystości powietrza...

wspaniałe widoki przy doskonałej przejrzystości powietrza...

 
jak w bajce, prawda?jak w bajce, prawda?

jak w bajce, prawda?

w drodze do wodospaduw drodze do wodospadu

w drodze do wodospadu

 
dzielny Halim, odważny Ulrich i śmiała Emma znowu brodzą w wodziedzielny Halim, odważny Ulrich i śmiała Emma znowu brodzą w wodzie

dzielny Halim, odważny Ulrich i śmiała Emma znowu brodzą w wodzie

 
ostatnia fotka na łonie natury i czas wracać na motorostatnia fotka na łonie natury i czas wracać na motor

ostatnia fotka na łonie natury i czas wracać na motor

widok na świątynię Borodubur z polnej drogiwidok na świątynię Borodubur z polnej drogi

widok na świątynię Borodubur z polnej drogi

 

Po kilku kolejnych atrakcjach, które zapewnił nam Halim (w tym wodospady i punkt widokowy połączony z muzeum o wulkanie Metapi, bardzo ciekawym!) spędziliśmy noc w jego domu rodzinnym. W środę rano wróciliśmy wszyscy do Yogyakarty. Szwedzi mieli swój wypożyczony skuter, na którym odjechali w kierunku Yogi, a ja zostałam sama na drodze wylotowej, gdzie miałam czekać na autobus do miasta. Jako że czekanie nie jest jednak za bardzo w moim stylu, postanowiłam popróbować łapać stopa. Miałam ze sobą mały plecak, torbę ze sprzętem fotograficznym i kask, który pożyczyłam od Ayu, więc naprawdę mocno liczyłam na pierwszego w życiu stopa na motorze! Ku mojemu rozczarowaniu zatrzymał się samochód… 😉


Po południu wyruszyłam do kolejnej świątyni, tym razem hinduistycznej. Prambanan położone jest 17 km od centrum miasta, niedaleko lotniska. Można dojechać tam autobusami miejskimi zwanymi tu TransJogja, podróż z domu Ayu trwa niecałą godzinę i zakłada tylko jedną, bardzo wygodną przesiadkę.


Tym razem byłam sama i wreszcie nie musiałam się spieszyć. Na niewielkim terenie świątyni spędziłam ponad 3 godziny szwendając się w to i z powrotem i przysiadając co chwila na murkach, ławkach i schodkach. Popołudniowe słońce sprzyjało zdjęciom, a i niebo okazało się wreszcie łaskawszym tłem. Prambanan bardzo przypominał mi świątynie w Angkorze. Przede wszystkim strzelistym kształtem i płaskorzeźbami z tancerkami zwanymi w Kambodży apsarami. Wielu turystów odpuszcza Prambanan podczas wizyty w Yogyi na rzecz Borodubur. Jeżeli jednak ktoś nie był w Angkorze ani nie spędził sporo czasu w tajskich świątyniach rozsianych po całym kraju, na pewno warto by poświęcił te kilka godzin na odwiedzenie Prambanan!

światynia Prambananświatynia Prambanan

światynia Prambanan

światynia znajduje się blisko lotniskaświatynia znajduje się blisko lotniska

światynia znajduje się blisko lotniska

 
wreszcie udalo mi sie znaleźć towarzystwo w moim wieku i dlatego bardzo chciałam zrobić sobie z nimi zdjęciewreszcie udalo mi sie znaleźć towarzystwo w moim wieku i dlatego bardzo chciałam zrobić sobie z nimi zdjęcie

wreszcie udalo mi sie znaleźć towarzystwo w moim wieku i dlatego bardzo chciałam zrobić sobie z nimi zdjęcie

 
 
ruiny innej świątyni w parku tematycznym Prambananruiny innej świątyni w parku tematycznym Prambanan

ruiny innej świątyni w parku tematycznym Prambanan

rada wizualna dla turystów zastanawiajacych się czy warto założyć szpilki na zwiedzanie Jawyrada wizualna dla turystów zastanawiajacych się czy warto założyć szpilki na zwiedzanie Jawy

rada wizualna dla turystów zastanawiajacych się czy warto założyć szpilki na zwiedzanie Jawy

widok  na Prambanan chwilę przed zachodem słońcawidok na Prambanan chwilę przed zachodem słońca

widok na Prambanan chwilę przed zachodem słońca

 

Pomiędzy zwiedzaniem jednej a drugiej świątyni widziałam wielki, opuszczony kościół chrześcijański w kształcie kury siedzącej w gnieździe stojący na wzgórzu niedaleko Borobudur. Cha cha, brzmi jak niezła bajka? A to prawda, takie miejsce naprawdę istnieje! Po więcej zdjęć i informacji zajrzyjcie tu jutro!



W poszukiwaniu ekstremalnych przygód i ładnych widoków

Czerwiec 11th, 2014

Moim najważniejszym planem na poniedziałek było porządnie się wyspać i nadrobić stracone godziny snu z niedzielnego poranka, kiedy to rozciągałam się w parku. Myśl o tym, że nie ustawiam budzika zachwyciła mnie tak bardzo, że obudziłam się o 7…

Wczesnym popołudniem spotkałam się z moim kolejnym gospodarzem, Indonezyjczykiem o imieniu Halim. Halim skończył studiować administrację zeszłej jesieni i od tej pory rozgląda się za pracą w lokalnej budżetówce. Chyba całkiem skutecznie, bo od października zaczyna nową pracę w Dżakarcie. Przez dwa kolejne dni to on oprowadzał po okolicy mnie i moich szwedzkich znajomych.

Atrakcje Yogyakarty trochę nas rozczarowały.

Kraton (pałac królewski) w YogyakarcieKraton (pałac królewski) w Yogyakarcie

Kraton (pałac królewski) w Yogyakarcie

 

Zarówno Kraton, czyli pałac królewski jak i pałac wodny okazały się średnio zadbane i średnio… ciekawe. Na szczęście nasz „przewodnik” przygotował dla nas coś wyjątkowego. Zapytał, czy jesteśmy gotowi, żeby trochę się pomoczyć i zabrał nas do jaskiń Goa Cerme.

Droga na miejsce zajęła nam ponad godzinę i wyruszyliśmy w nią oczywiście na skuterach.

Emma i Ulrich, czyli moi szwedzcy kumple, a po prawej Halim - nasz najlepszy na świecie gospodarz i mój prywatny kierowca

Emma i Ulrich, czyli moi szwedzcy kumple, a po prawej Halim - nasz najlepszy na świecie gospodarz i mój prywatny kierowca

 

Na miejscu kasjer po długim i przenikliwym spojrzeniu skasował nas za bilet 10 razy drożej, niż lokalnych turystów i nie protestowaliśmy tylko dlatego, że nawet po ekspresowej podwyżce cena nadal wynosiła niecałe 6 zł… Bilet zawierał przewodnika i latarki na trasę długości 1200 m w głąb jaskini i drugie tyle z powrotem. Po wejściu stromymi schodami znaleźliśmy się przy wejściu do wody, która zalewa dno jaskini. W najpłytszym miejscu woda sięga do kostek, w najgłębszym nawet do pasa.

Oczywiście w porze suchej, kiedy do jaskini nie wpada woda z ulewnych deszczy, które padają niekiedy nieprzerwanie przez kilka dni.
Już podczas pierwszego przystanku na robienie zdjęć poczułam, jak coś podgryza mnie w stopę i musiałam bardzo się pilnować, żeby nie zacząć wrzeszczeć i piszczeć. Nasz przewodnik uspokoił mnie jednak, że to tylko… krewetki!

krewetka złowiona

krewetka złowiona

 

Nie zdążyłam otrząsnąć się z pierwszego szoku, kiedy między nami przepłynęła powoli podłużna ryba (typu węgorza albo suma) o długości ponad metra. Pomimo ogromnej chęci ucieczki kontynuowałam spacer. Niespotykane formy naciekowe, jakie można było tam zobaczyć to nie tylko stalagmity i stalaktyty. Widziałam ciekawe formacje w kształcie grzybów, fontann, kłów i jeziorek. Część z nich udało mi się uwiecznić na zdjęciach strasząc przy okazji nietoperze moim fleszem.

Dostępna „dla pieszych” część jaskini kończy się fontanną, czyli pięknie wyrzeźbioną skałą, po której spływa woda. Przewodnik wytłumaczył nam, że kawałek dalej znajduje się szyb wysokości ponad 700 metrów, którym spływa tu deszczówka. Tak właściwie to wyjaśnił nie nam, tylko mi – po indonezyjsku, wierząc silnie w moje zdolności językowe. Więc całkiem możliwe, że nie jest to szyb, tylko zjeżdżalnie i ma 65 metrów zamiast 700, a nie spływa nią woda, tylko sok z gumijagód. Ale jako że i ja wierzę w moją znajomość tego obcego języka, to jednak myślę, że jest tam szyb 😉

Jaskinia była dla nas niesamowitą przygodą.

Tego typu miejsca zazwyczaj są o wiele droższe i o wiele bardziej popularne. Przy popularnych Batu Caves pod Kuala Lumpur wejście do podobnego tunelu kosztuje prawie 40 zł za osobę! A potem zwiedza się go w grupie kilkudziesięciu innych turystów, a nie z prywatnym przewodnikiem. Ogromnym zaskoczeniem było też dla mnie, że jaskinia znajduje się bardzo wysoko. Nie byłam w stanie sprawdzić jak bardzo, ale na zdjęciach można zobaczyć widoki z punktu widokowego, który znajduje się vis a vis wejścia do jaskini. Pola ryżowe w dolinach leżą kilkanaście m. n. p. m., więc można wyobrazić sobie na jakiej wysokości jest sama jaskinia (oraz jak fantastyczną przygodą było podjeżdżanie do niej skuterem).

We wtorek rano ruszyliśmy (jak zwykle wesołą brygadą – ja, Szwedzi i Halim) do Borodubur, wioski usytuowanej koło ogromnej hinduistycznej świątyni z VIII wieku. Odwiedziliśmy oczywiście świątynię, traktowaną jako główny punkt programu w większości wycieczek po Jawie, ale zapewniam, że nie był to koniec naszych przygód na ten dzień. Resztę opiszę jutro rano!

pokój w żeńskim akademiku u mojej gospodyni Ayupokój w żeńskim akademiku u mojej gospodyni Ayu

pokój w żeńskim akademiku u mojej gospodyni Ayu

mieszczą się dwa materace, wiatrak i szafka. reszta stoi na zewnątrz ;)mieszczą się dwa materace, wiatrak i szafka. reszta stoi na zewnątrz 😉

mieszczą się dwa materace, wiatrak i szafka. reszta stoi na zewnątrz 😉

schludna dzielona łazienka (?)schludna dzielona łazienka (?)

schludna dzielona łazienka (?)

 
Kraton (pałac królewski) w YogyakarcieKraton (pałac królewski) w Yogyakarcie

Kraton (pałac królewski) w Yogyakarcie

niezwykle ciekawa ekspozycjaniezwykle ciekawa ekspozycja

niezwykle ciekawa ekspozycja

 
emocje rosną w miarę zwiedzaniaemocje rosną w miarę zwiedzania

emocje rosną w miarę zwiedzania

ozdobny ptak w drogocennej klatceozdobny ptak w drogocennej klatce

ozdobny ptak w drogocennej klatce

podróżniczka z Hong Kongu, która nieświadomie ofiarowała mi wspaniały komplement. otóż słuchając jak kupuję bilety mówiąc po indonezyjsku była przekonana, że jestem Indonezyjką!podróżniczka z Hong Kongu, która nieświadomie ofiarowała mi wspaniały komplement. otóż słuchając jak kupuję bilety mówiąc po indonezyjsku była przekonana, że jestem Indonezyjką!

podróżniczka z Hong Kongu, która nieświadomie ofiarowała mi wspaniały komplement. otóż słuchając jak kupuję bilety mówiąc po indonezyjsku była przekonana, że jestem Indonezyjką!

 
Water PalaceWater Palace

Water Palace

tradycyjne drzewo jajeczne ;)tradycyjne drzewo jajeczne 😉

tradycyjne drzewo jajeczne 😉

 
za to zdjęcie dostanę World Press Photo 2014!za to zdjęcie dostanę World Press Photo 2014!

za to zdjęcie dostanę World Press Photo 2014!

 
Emma i Ulrich, czyli moi szwedzcy kumple, a po prawej Halim - nasz najlepszy na świecie gospodarz i mój prywatny kierowcaEmma i Ulrich, czyli moi szwedzcy kumple, a po prawej Halim - nasz najlepszy na świecie gospodarz i mój prywatny kierowca

Emma i Ulrich, czyli moi szwedzcy kumple, a po prawej Halim - nasz najlepszy na świecie gospodarz i mój prywatny kierowca

wyprawa w poszukiwaniu ekstremalnych przygód i ładnych widokówwyprawa w poszukiwaniu ekstremalnych przygód i ładnych widoków

wyprawa w poszukiwaniu ekstremalnych przygód i ładnych widoków

widok sprzed wejścia do jaskiniwidok sprzed wejścia do jaskini

widok sprzed wejścia do jaskini

 
 
 
drobne problemy medyczne, pamiątka z pierwszego dnia wycieczki - zabandażowane i opanowanedrobne problemy medyczne, pamiątka z pierwszego dnia wycieczki - zabandażowane i opanowane

drobne problemy medyczne, pamiątka z pierwszego dnia wycieczki - zabandażowane i opanowane

rządne przygód trio szwedzko-polskie (w tym jedna Ada w majtkach)rządne przygód trio szwedzko-polskie (w tym jedna Ada w majtkach)

rządne przygód trio szwedzko-polskie (w tym jedna Ada w majtkach)

fragment dnafragment dna

fragment dna

 
krewetka złowionakrewetka złowiona

krewetka złowiona

i krewetka wypuszczona. ciekawe, czy to ta sama, która odgryzała moje stópki?i krewetka wypuszczona. ciekawe, czy to ta sama, która odgryzała moje stópki?

i krewetka wypuszczona. ciekawe, czy to ta sama, która odgryzała moje stópki?

 
salon piękności dla kasków w podziemiu centrum handlowegosalon piękności dla kasków w podziemiu centrum handlowego

salon piękności dla kasków w podziemiu centrum handlowego

 


Ada na szlaku: pierwsze dni w Yogyakarcie

Czerwiec 9th, 2014

Zawód nauczyciela ma ponoć dwa plusy – lipiec i sierpień. W Indonezji sprawa ma się trochę inaczej, bo zdecydowana większość szkół jest tutaj prywatna, a to daje im między innymi możliwość decydowania o terminie wakacji. W mojej szkole panuje przekonanie, że koreańskie matki nie lubią dni wolnych, bo muszę wtedy same zajmować się dziećmi. Uważam, że to dość krzywdzący stereotyp, ale chyba musi coś w tym być, bo Koreanki będące właścicielkami szkoły ustaliły, że wakacje będą trwały… 2 tygodnie. Kiedy otarłam już łzy rozpaczy, postanowiłam wykorzystać te 2 tygodnie najlepiej jak się da. A więc – w drogę!

Pierwszą moją przygodą na trasie był widok z okna samolotu Dżakarta – Yogyakarta. Za oknem, pośród chmur zobaczyłam bowiem… wulkan! Widok zapierał dech w piersiach. Moi nowi znajomi podpowiadają, że to prawdopodobnie Merapi. Wow!

Yogyakarta (w skrócie Yogya) to miasto na południowym wybrzeżu centralnej Jawy. Razem z malowniczym wulkanem Bromo są zdecydowanie najpopularniejszą okolicą turystyczną na całej wyspie. W okolicy Yogyi znajduje się mnóstwo hinduistycznych świątyń. Najbardziej okazała i najciekawsza to Borobudur, ale w podobnej odległości od miasta jadąc bardziej na wschód dotrzemy do innego, okazałego kompleksu kilkudziesięciu (śmiałkowie mówią, że nawet kilkuset) małych świątyń. Największa z nich nazywa się Prambanan i dziś słynie z odbywających się kilkanaście razy w miesiącu pokazów baletu wykonywanego przez zespół ubranych w tradycyjne stroje tancerzy przy akompaniamencie muzyki na żywo.

Nie trzeba jednak wyjeżdżać z Yogyi, żeby podziwiać dziedzictwo Jawajczyków. W mieście znajduje się m. in. kompleks pałacowy nazywany tradycyjnie Kratonem, muzeum lalek Wayang do pokazów tańca cieni i wiele innych atrakcji.

Dlatego też zaraz po przyjeździe spragniona wrażeń… nie zobaczyłam żadnego z tych miejsc. Spędziłam miły wieczór z moimi nowymi znajomymi, a następnego dnia, po piekielnie ostrym lunchu, pojechaliśmy wszyscy razem na plażę!

Turyści uwielbiają kupować pamiątkowe koszulki przypominające im o miejscach i miasta, w których byli. „I <3 New York", "Bali is beautiful", "Best party in Ibiza", "Good girls go to Heaven & Bad girls go to Berlin" i wiele innych… Dlatego też, będąc w Yogyakarcie zakupiłam i dumnie noszę koszulkę „Couchsurfing Yogya”. Społeczność Couchsurferów jest tutaj fenomenalna i słyszałam o niej już dawno temu. Planując tę wyprawę, wiedziałam, że MUSZĘ tutaj posurfować po kanapach lokalnych studentów.
Moja gospodyni nazywa się Ayu i – niebywałe! – niedawno wróciła z Polski, gdzie mieszkała cały rok! W naszym znalazła się kraju dzięki wymianie studenckiej. Z rozrzewnieniem wspomina zapiekanki, pierogi i polski chleb, który – według niej – jest tak twardy, że da się zjeść tylko dwa albo trzy gryzy. Ayu odebrała mnie z lotniska motorem i od tej pory przemieszczam się tylko w ten sposób. Po rozpakowaniu moich rzeczy w jej pokoju ruszyłyśmy na spotkanie Couchsurferów. Miejscówką regularnych spotkań okazał się pokój gościnny z dużym dywanem w domu Martina, Siti, Aurory i Silona. Można tam leżeć, spać, wygłupiać się albo jeść. To indonezyjsko-belgijska rodzina z dwójką dzieci – rozgadaną córką mówiącą biegle w 3 językach (bahasa, angielski i holenderski) i 3-letnim synkiem, któremu nadal trochę się miesza i mówi o sobie „ajay” (połączenie angielskiego „I” i indonezyjskiego „saya”, czyli słów „ja”). Mieszka z nimi prawdopodobnie najmniejszy kociak na świecie – Sisi.

Prowadzą otwarty dom, zawsze można do nich wpaść po drodze, bo brama wjazdowa i drzwi są otwarte, a w pokoju gościnnym na pewno siedzi ktoś znajomy. Są bardzo zaangażowani w Couchsurfing. Teraz ich gośćmi jest para Szwedów – Ulrich i Emma i dwóch chłopaków z Iraku o korzeniach hindusko-amerykańskich i polsko-holenderskich.

Niedzielny poranek był dla mnie bardzo ciężki. Wstałam o 5 rano, żeby zdążyć na 6 na poranną sesję jogi w parku. Zaproszenie na nią dostałam od… innego Couchsurfera, który był bardzo rozczarowany, że nie mogę zatrzymać się u niego! Joga była fajna, cały czas podpatrywałam jak ćwiczą dziewczyny w chustkach i bluzkach z długim rękawem. Okazuje się że można i nikt już nie wykręci się od ćwiczeń brakiem odpowiedniego stroju!

Na lunch (znowu w belgijsko-indonezyjskim domu w towarzystwie kilku surfingowych znajomych) zamawialiśmy kurczaka z chilli. Zabawa polega na tym, że każdy indywidualnie dobiera poziom ostrości. Ja zaryzykowałam 3 papryczki na porcję (gotując w domu dodaję 1 na całe danie, czyli zazwyczaj 2-3 porcje), lokalni znajomi wzięli 6-10 papryczek, a podobno maksymalne realizowane zamówienie to 250… Aaaaa, ostro!!! Po lunchu, hektolitrach wody i krótkiej drzemce wybraliśmy się na plażę w 4 skutery, czyli 10 osób. (Logiczne, prawda?)

Droga była fatalna.

Półtorej godziny jazdy w jedną stronę jako pasażer motoru poskutkowało u mnie zakwasami w nogach. Naprawdę trudno utrzymać balans, kiedy Ayu zasuwa 60 km/h po dziurawych drogach, nie zwalnia na zakrętach, a od czasu do czasu je lody prowadząc. Na szczęście bezpiecznie dojechaliśmy do celu i… zachwytom nie było końca! Miejsce, które wybraliśmy to kilkunastometrowe klify i bijące o nie wielkie fale.

Południowe wybrzeże Jawy jest otwarte wprost na bezmiar Oceanu Indyjskiego, dlatego wody są u bardzo niespokojne i praktycznie na całej jego długości kąpiele są zakazane. Podobne wybrzeże widziałam niedawno na Bali w okolicy świątyni Tanah Lot. Tam wyglądało to naprawdę imponująco, ale tu, w zupełnie nieznanym nikomu zakątku Jawy poczułam niezwykłą magię. O wiele przyjemniej podziwia się takie widoki w towarzystwie przyjaciół lub samemu, niż z tłumem innych turystów. Oczarowani urokiem tego miejsca naprawdę nie chcieliśmy wracać do miasta, ale zaczęło się ściemniać. Umówiliśmy się na biwak w sierpniu – naprawdę cudownie byłoby tam wrócić…

To tyle jeśli chodzi o atrakcje weekendu! W poniedziałek miałam zwiedzać Yogyakartę, ale niespodziewanie wylądowałam w jaskiniach brodząc w wodzie do pasa. Jak było? Jak zwykle wspaniale!