Posty otagowane jako ‘turcja’

Eskiszahir: hammam

Grudzień 7th, 2012

I w końcu! Udało się zrealizować ostatni punkt programu, który założyłyśmy na początku. Odwiedziłyśmy hammam!

Cały czas było nam pod górkę – najpierw nie wiedziałyśmy gdzie znajduje się jakikolwiek, potem znajoma Agaty, która obiecała nam pójść z nami i być swego rodzaju przewodniczką po intymnym świecie tureckich kobiet złamała rękę, więc gips skutecznie powstrzymał ją przed wywiązaniem się z obietnicy. Notabene była to ta sama koleżanka, z którą dzień wcześniej piłyśmy Raky w restauracji na dachu z widokiem na Porsuk. Opowiedziała nam jak mniej więcej taka wizyta przebiega, a potem… musiałyśmy już tylko radzić sobie same 😉 Ostatnie ostrzeżenie, jakie od niej usłyszałyśmy to że w hamammach pełno jest starych kobiet i raczej nie możemy liczyć na nawiązanie znajomości z kimś w naszym wieku. Opowiedziała też ze szczegółami o tym, że starsze kobiety często przerzucają sobie duże, zwisające cycki przez ramię, żeby umyć brzuch, ale może jednak nie powinnam pisać o tym publicznie… 😉

Następnego dnia więc uzbrojone w klapki, kostiumy kąpielowe, ręczniki, szampony i wszystkie inne gadżety potrzebne do kąpieli wodnych ruszyłyśmy w z grubsza znanym kierunku. Zabawnie było od samego początku. Obsługa hammamu równała wiekiem z przeciętnymi klientkami i jak nie trudni się chyba domyśleć w związku z tym nikt ani słowa nie mówiła po angielsku ani w żadnym innym języku świata. Żeby było jeszcze zabawniej Agacie strasznie trudno było zrozumieć cokolwiek z ich turecczyzny. W odpowiedzi na zrozpaczoną minę Agaty panie zazwyczaj mówiły głośniej i… szybciej, co zdecydowanie nie ułatwiało komunikacji. Mogę więc chyba z czystym sumieniem powiedzieć, że całą wizytę odbyłyśmy jako dwie niemowy, które trzeba wziąć za rękę, zaprowadzić i wszystko pokazać. W połączeniu z faktem, że wszyscy bohaterowie, a raczej bohaterki sytuacji były nagie i często od stóp do głów w pianie, byłyśmy prawdopodobnie najciekawszą atrakcją turystyczną roku 😉

Hammam to specjalna, regionalna turecka łaźnia. Tradycja pochodzi oczywiście jeszcze z czasów, kiedy łazienki w domach należały raczej do rzadkości i wspólna wyprawa matek, córek i babć oraz synów, ojców i dziadków na kąpiel była stałym punktem tygodniowego harmonogramu. Muszę przyznać, że cała ta instytucja bardzo przypadła mi do gustu. Jak nie trudno się domyśleć oprócz roli higienicznej hammamy spełniały zawsze wspaniałą funkcję integracyjną i socjalizacyjną.

Jeżeli chodzi o wodę i mycie hammam składa się z kilku części: pierwsza to wspólne pomieszczenie z niskimi ławeczkami, na których siadają zupełnie nagie lub ubrane w bieliznę kobiety i myją się w kłębach piany, którą potem zmywają polewając się wodą z garnuszków. Trwa to stosunkowo długo i może być powtarzane wielokrotnie w zależności od potrzeb. Równolegle znajdują się indywidualne kabiny prysznicowe, dość intymne, bo zamykane i gwarantujące prywatność. Tam myją się bardziej wstydliwe lub mniej towarzyskie panie. Kiedy ciało jest już czyste można udać się do punktu centralnego hammamu – średniej wielkości basenu z ciepłą wodą. Tu odbywają się pogaduszki, ploteczki, wymiana doświadczeń w przeróżnych dziecinach, śmiechy, szepty i krzyki. Dużo krzyków! Hammam (a przynajmniej ten w którym byłyśmy) to dość duża, otwarta przestrzeń z antresolą, na której znajdują się wyżej wspomniane prysznice. Wszędzie słychać głośny plusk wody i potężne echo, które sprawia, że po zamknięciu oczu można poczuć się jak w parku rozrywki dla dzieci, a nie miejscu odpoczynku statecznych matek i babć 😉

Po uiszczeniu opłaty wstępu (w naszym przypadku było to 6 lira, czyli ok. 12 zł, chociaż Agata ma znajomą która za wizytę w popularnym wśród turystów stambulskim hammamie zapłaciła 80 lir, czyli aż 160 zł!!!) można przebywać w środku bez ograniczeń. Można też zafundować sobie dodatkowe atrakcje: my skusiłyśmy się na masaż całego ciała połączony z pillingiem. Pani wymasowała okropnie szorstką rękawicą chyba każdy kawałek naszego ciała. Na początku uczucie było dość nieprzyjemne, ale po chwili pobudzone krążenie sprawiło, że poczułyśmy się o wiele lepiej. A z naszego ciała spadała wprost na ziemię „kluseczki” złuszczonej skóry.

Jeżeli chodzi o atrakcje „wodne” to chyba byłoby na tyle, ale tak naprawdę tylko jeden z dwóch „filarów” hammamu. Drugi to przebieralnie i całe życie towarzyskie, które kwitnie tam. Turczynki tradycyjnie tam nie tylko zostawiają ubrania, ale też (znowu) plotkują, plotkują, plotkują, umawiają się na wspólną herbatkę (którą można zamówić na miejscu), przynoszą ze sobą przekąski, a czasami nawet całe garnki z obiadami. Można powiedzieć, że znowu miałyśmy szczęście, bo znajoma Agaty, która opowiadała nam o hammamach wspomniała, że to stara i zanikająca tradycja – grupy przyjaciółek, czasami rodziny, umawiają się na wspólną wizytę w hammamie, która kończy się właśnie obiadem, często wielodaniowym. Udało nam się coś takiego zobaczyć 🙂 Kobiety siedzą tam owinięte w ręczniki, czasami w samej bieliźnie, czasami nawet bez i po prostu spędzają czas razem. Czy to nie to, czego brakuje nam czasami w naszej kulturze? Hammam ma magiczną moc – to miejsce zamknięte, do którego nie wejdzie nikt niepowołany, nie zadzwoni telefon, nie trzeba będzie zaraz biec dalej. Chciałabym mieć taki hammam w Warszawie.

A tymczasem my… jesteśmy już w Izmirze 🙂



PS Brak fotek spowodowany jest oczywiście tym, że nie zgłupiałyśmy jeszcze do reszty – ogromna cierpliwość spotkanych w hammamie kobiet mogłaby nie poradzić sobie z dwiema dziewczynami z Europy, które nie dość że nie rozumieją żadnego słowa, które się do nich mówi, to jeszcze próbują robić zdjęcia w tak „niefotogenicznym” miejscu 😉



Leniwy spacer po Szile, pokrzywy i krewetki

Grudzień 2nd, 2012

Mamusiu, wybacz! Nie udało mi się wytrwać w poprawności. Dzisiaj wyszłam z domu bez kurtki. W grudniu. Czekam na karę z niebios.

Tato, nie będziesz ze mnie dumny. Wstałam dzisiaj o 11, bo moi przyjaciele uznali za właściwe pozwolić mi spać tak długo, jak będę tego potrzebowała. Niestety, nie liczyli się chyba z moimi możliwościami…

Po moim maratonie spania wybraliśmy się na (tradycyjne już chyba) późne śniadanie na mieście. Sinan zabrał nas do Yenikoy – małej wioski zamieszkanej kiedyś przez Greków. Po pierwszej wojnie światowej zmuszeni byli wynieść się z Turcji i na odchodne… spalili wszystkie swoje domy, żeby Turcy nie mogli w nich zamieszkać. Jedyne, co zostało to ruiny najsolidniejszych budynków – na przykład kościoła. Byliśmy tam i naprawdę trudno byłoby samemu dojść że w tym miejscu, na łące na wzgórzu był kiedyś tak wielki budynek. Jedyny ślad jaki po nim pozostał to kilka rozrzucanych kawałków muru i zarośnięte fundamenty. Sinan opowiadał, że po wyjeździe Greków w 1924 roku przez wiele lat miejsce to stało puste. Potem stopniowo przybywało nowych osadników. Wioska została nazwa (jak wiele innych w Turcji) Yenikoy, czyli Nowa Wieś.

W małej lokalnej restauracji stworzonej typowo dla mieszkańców i ich znajomych zamówiliśmy specjalny placek (cienki i przypominający polskie podpłomyki robione tylko z mąki i wody) nadziany pokrzywami. Pomysł narodził się spontanicznie – wyjątkowo dużo rosło ich w okolicy, zaczęliśmy rozmawiać o tym, że mimo bolesnych poparzeń, których można się nabawić przy ich dotykaniu są jadalne, co więcej – bardzo zdrowe i smaczne. Poprosiliśmy więcej właścicieli o przygotowanie placka z właśnie takim nadzieniem. Usiedliśmy do stolika, dostaliśmy zwyczajową herbatkę… a pani zajmująca się kuchnią poszła nazbierać pokrzyw do naszego posiłku 🙂

 

Smakowało trochę jak szpinak, trochę jak szczaw. Zapieczone z dodatkiem sera – pycha!

 

Później Sinan zaprosił nas na kawę do swoich rodziców. Agata rozmawiała na miarę swoich możliwości po turecku z mamą Sinana, potem obie już swobodnie zamieniłyśmy kilka słów po angielsku z tatą. Bardzo miło było nam ich poznać. Powieźli nas do centrum Szile, żebyśmy wreszcie mogły rozkoszować się atmosferą Kołobrzegu po sezonie. Droga nie obyła się bez przygód… Jechał z nami pies rodziców Sinana, a raczej jego pupa, bo głowę miał wystawioną za okno.

Zwiedzanie zaczęliśmy od starej latarni morskiej, potem nabrzeżem przeszliśmy się w stronę portu, podziwialiśmy widoki z bardzo długiego falochronu, żeby wreszcie kupić świeże krewetki na kolację (mniam!!!) i reprezentacyjnym bulwarem wrócić na dworzec. W ostatniej chwili zrobiliśmy szybkie zakupy – mandarynki, sok i zmywacz do paznokci dla mnie i mini-busem dojechaliśmy do domku w którym mieszka Sinan. To dawny domek letni jego rodziny. O tej porze roku okolica jest raczej pusta, a domy bardzo wychłodzone – tradycyjnie nie montuje się w nich raczej ogrzewania, bo z założenia służą właścicielom tylko w lecie, aby wyrwać się z miasta. Nie są to jednak domki letniskowe w polskim rozumieniu. Jutro, przy lepszym świetle zrobię zdjęcia i postaram się je wrzucić. Dziś słabo działa Internet – podobno tego typu trudności od czasu do czasu są normalne w Turcji.

 

 

 

Po konsumpcji krewetek i niesamowicie pysznego deseru, który zrobiła siostra Sinana zostało nam jeszcze trochę czasu dzisiaj na przeczytanie książki, pomalowanie paznokci i… pogranie na komputerze 😉 Życzę Wam – kochani – miłego tygodnia 🙂 Od jutra będę pisać do Was z Eskiszahir 🙂



Dużo deszczu, trochę dobrej kuchni i daleka droga do Szile

Grudzień 1st, 2012

Ekipa realizująca projekt „Koniec Świata 21/12/2012” chyba trochę się pospieszyła. Odniosłam wrażenie, że ktoś za wcześnie wcisnął guzik odpowiadający za pogodę. Come on, umawialiśmy się jeszcze na 20 dni normalnego życia więcej…! 😉

Dzisiaj nad Stambułem i okolicami zapanował mrok, deszcz, ulewa i błyskawice. Nie wspominałam Wam chyba jeszcze, że wcześniej pogoda też zaskakiwała, ale zdecydowanie bardziej pozytywnie. Od czwartku temperatura waha się koło 20 stopni 🙂 Niestety, nie jest to „letnie” 20 stopni, a zdecydowanie „późnojesienne”, jeżeli nie „zimowe” – Turcy chodzą co prawda na krótki rękaw, mi cały czas trochę wstyd wyjść z domu bez kurtki. W końcu mamy koniec listopada, na Boga…! Kończy się to zawsze tak, że cały dzień noszę ją pod pachą, ale mam chociaż spokojne sumienie, że mama byłaby dumna z mojej odpowiedzialności.

Dzisiaj niestety żarty się skończyły. Kiedy rano wyjrzałam przez okno zobaczyłam rwący potok i smutne twarze otulone hidżabami pod parasolką. Niestety, na zdjęciach które zrobiłam nie widać ani stopnia pochylenia ulicy (a jest co najmniej imponujący), ani rwącego potoku, ani wody do kostek.


Ze względu na naprawdę marną pogodę zrezygnowałyśmy z odwiedzenia znajomych Agaty i obiecanego przez nich spacerku po azjatyckiej stronie miasta. A jako że nie musiałyśmy już nigdzie się speszyć… spędziłyśmy resztę przedpołudnia w łóżku, a raczej na kanapie w salonie naszego wspaniałego Hosta. Potem w strugach deszczu pomagałyśmy mu zapoznać się z nową okolicą (przeprowadził się tu stosunkowo niedawno, jeszcze w wakacje był nauczycielem angielskiego w gruzińskim miasteczku na prowincji). Wyprawa w poszukiwaniu knajpki, gdzie moglibyśmy przekąsić coś w guście późnego śniadania skończyła się sukcesem.

Gotowana fasola, warzywa zapiekane z kurczakiem i serem, warzywa zapiekane w wersji wegetariańskiej, turecka zupa, ryż, ayran. Śniadanie dla 3 osób – koniecznie zakończone turecką herbatą.



Po powrocie do domu nadszedł łzawy moment pożegnania. Jeszcze dzisiaj chciałyśmy znaleźć się w Szile – małym miasteczku nad Morzem Czarnym, do którego zapraszał nas Sinan – przyjaciel Agaty, którego poznałam już pierwszego dnia. Pożegnanie było trudniejsze, niż można byłoby się spodziewać. Bardzo zaprzyjaźniłyśmy się z Yahiją, czas który spędziliśmy razem był bardzo intensywny i przyjemny, dowiedzieliśmy się o sobie wielu rzeczy, znaleźliśmy wiele wspólnych tematów. Mam ogromną nadzieję, że jeszcze się z nim zobaczę, że niebawem odwiedzi mnie w Polsce – poznał już wielu ludzi z naszego kraju i bardzo chce odwiedzić ich i mnie. Agata może być spokojna – umówili się na spotkanie w Eskiszahir jeszcze w tym miesiącu 😉

Z plecakami ruszyłyśmy w stronę metra – ostro pod górę. Busy do Szile odjeżdżają z azjatyckiej strony Bosforu. Czekała nas jeszcze mini-atrakcje w postaci przeprawy statkiem.



Zmokłyśmy ogromnie, ale brodząc po kostki w wodzie całkiem zgrabnie dotarłyśmy na dworzec 5 minut przed odjazdem autobusu, więc w sam raz tyle, żeby kupić bilet w specjalnym biurze. Taki bilet równoznaczny jest z rezerwacją miejsca siedzącego w autobusie podmiejskim. Zakup biletu u kierowcy też jest możliwy, ale wtedy istnieje prawdopodobieństwo, że przez całą drogę trzeba będzie stać. I o ile trasa busa nie jest uwarunkowana żadnym rozkładem, tak wszyscy lokalni mieszkańcy wiedzą, że z dworca w Uskudar do Szile jedzie się półtorej-dwie godziny, a samochodem tylko 40 minut, tak my jechałyśmy trzy i pół. Trudno mi nawet porównać, kiedy ostatnio stałam tak długo w korku. Trudno mi też przypomnieć sobie kiedy ostatnio doświadczyłam tak pieskiej pogody. Świat chyba jednak ma się ku końcowi…

Na szczęście dotarłyśmy już do domu Sinana. Zjadłyśmy kolację, ogromną ilość mandarynek z Izmiru i bananów z Antalii, wypiłyśmy butelkę wina. Teraz czas iść spać, bo jutro chcemy zobaczyć to podobno bardzo urokliwe miasteczko, które dzisiaj przywitało nas ciemnością i deszczem. Chcemy też koniecznie wybrać się na plażę. Sinan cały czas dopytuje, czy na pewno chcemy się w nim kąpać, ale przestało nas to już bawić.



Bosfor, Galatasaray i polska wódeczka

Grudzień 1st, 2012

Dzisiaj cudowne, prawie że pocztówkowe momenty przeplatały się ze scenami prosto z thrilleru. Od rana wybrałyśmy się na planowany Bosfor Tour. Kolejnym cudem, który nas to spotkał było to, że udało nam się tam dotrzeć, co więcej na czas i co więcej nawet zjadłyśmy śniadanie w pobliskiej knajpce przed „odjazdem” statku. Myślę, że dużą rolę mógł odebrać w tym „cudzie” przyjaciel Agaty Sinan, który rano zawiózł nas do portu i pokazał miejsce, w którym mamy czekać.

 

 

Na końcu Bosforu stoją ruiny zamku na wzgórzu. Droga na górę była raczej męcząca, ale widoki – zapierające dech w piersiach.

 

 

Koniec Bosforu! Na horyzoncie Morze Czarne.

 

 

Do powrotu zostało nam trochę czasu, więc starym tureckim sposobem wypiłyśmy herbatkę w miejscowej kafejce przy partyjce backgamona.

 

Później zaczęły się schody,  więc pozwolę sobie skrócić opisywanie tych katuszy. W drodze powrotnej okazało się, że statek WYJĄTKOWO nie zatrzymuje się na stacji Besiktas, skąd miałyśmy opracowaną drogę na stadion. Oczywiście okazało się za późno, aby wysiąść na wcześniejszej stacji, skąd również wiedziałyśmy jak tam dojechać. Wylądowałyśmy baaardzo daleko, pytałyśmy wieeeeelu ludzi o pomoc i baaardzo pomieszali nam w głowach. Powiem tylko że wylądowałyśmy w autobusie jadącym w przeciwnym kierunku. Warto wspomnieć, że komunikacja miejska w Stambule zorganizowana jest w stylu azjatyckim – wszystko jedzie nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd, nie wiadomo kiedy i nikt nie umie niczego przetłumaczyć. Nie ma rozkładów, nie ma tras, nie ma zasad. Nie będąc miejscowym, nie masz szans się ogarnąć.

 

Na szczęście spotkałyśmy wreszcie człowieka w szaliku Galatasaray mówiącego po angielsku, który dowiózł nas na stadion. Za organizację eventu daję Turcji najwyższą notę.

 

Jak się okazało jest specjalna metra (dla odmiany dobrze oznaczona na rozkładach) dojeżdżająca tylko na stadion. Stacja jest dostosowana specjalnie do przyjęcia tłumów kibiców: zamiast bramek jak wszędzie indziej specjalne kołowrotki skutecznie porcjujące tłum, tunel chroniący tłum od wepchnięcia się nawzajem na tory. Dalej: zamówione i opłacone przez Internet bilety bez kolejek przed meczem odebrać w kasie za okazaniem 5-cyfrowego numeru rezerwacji i dokumentu ze zdjęciem. Kibice byli bardzo kulturalni i grzeczni, acz z charakterem.

 

 

 

 


Turcy na meczu bawili się przednio. Przed zresztą też (video prosto z mojego małego, różowego aparatu!):

Mam nadzieję, że przynajmniej tak samo dobrze bawili się nasi starzy znajomi 12 września 1924:

Galatasaray Konstantynopol – Polonia 2:2

Wściekły wiatr nie zmusił naszego kapitana do obrania boiska z nim; słońce zdecydowało obiór. A był to, jak się okazało, błąd pokaźny, gdyż drużyny tureckie źle naogół trenowane, grają naprawdę 20 minut, a najwyżej do przerwy, „puchnąc” potem zupełnie.
To też Galata wspomagana wiatrem gniotła cały czas, w rezultacie, przy zupełnym braku umiejętności strzału, wygniotła dwie bramki, które ma absolutnie na swoim sumieniu Gross, niezdecydowany i grający nogą przy pierwszej, a zbyt myślący o swej skórze i „dzieciach” przy drugiej. Cała drużyna zresztą grała zupełnie słabo.

Powrót do domu okazał się trochę łaskawszy dla nas. Powiem Wam jedno – polska wódeczka z wspaniałym Couchsurferem syryjskiego pochodzenia, który nas ugościł to lekarstwo na wszystkie niemiłe sytuacje dzisiejszego dnia 😉