Posty otagowane jako ‘Tel awiw’

Sobota dzień stopa

Styczeń 5th, 2013

Szabas za nami. Zapowiadał się kiepsko, okazał się wcale nie taki straszny.

Przygotowując się do wyjazdu czytaliśmy, że sobota (liczona od piątkowego zmierzchu do zmierzchu sobotniego) to w Izraelu dziwny czas. Tydzień temu za bardzo tego nie dostrzegliśmy – łaziliśmy po Górze Oliwnej i kościołach, kręciliśmy się po dzielnicy muzułmańskiej starego miasta Jerozolimy. Był to dzień, jak każdy inny. Wczoraj okazało się, że teraz może być trudniej. Wcześniej zaplanowaliśmy wypad z Ein Gedi do Masady, a po południu – przejazd przez Jerozolimę do Tel Awiwu. Zupełnie przy tym zapomnieliśmy, że w czasie Szabasu nie jeżdżą autobusy Eggedu – tutejszego PKSu. Autobus odjeżdżający do Jerozolimy w piątek o 14 był ostatnim – kolejny miał się zjawić w sobotę… po 19.

Kolejny dzień w wiosce na pustyni? Ta perspektywa na tyle przeraziła Adę, że zdecydowaliśmy się wziąć sprawę we własne ręce. Kciuk do góry i… łapiemy stopa! Pierwszy etap podróży poszedł całkiem nieźle. Minęło może 5 minut gdy zatrzymała się młoda dziewczyna (tę notkę pisze Łukasz: młoda = ok. 30 lat) słuchająca Tegan i Sary (w tym miejscu pozdrowienia dla Aleksandry B.!). Masada leży jakieś 16 km od Ein Gedi więc po chwili byliśmy już na miejscu – dziewczę podwiozło nas pod samą bramę, nadkładając dobre półtora kilometra lokalnej drogi.

Niedługo później chodziliśmy po ruinach starożytnej twierdzy wybudowanej przez Heroda. Wzniesiona na szczycie góry budowla jest bardzo ciekawa, choć decyduje o tym raczej jej położenie, niż stan zachowania. Kilka budowli tego typu już widzieliśmy, więc wymijająco możemy napisać: ot, takie Erebuni tylko dużo ładniej położone. Zamki w Syrii czy Persepolis robiły jednak dużo większe wrażenie.

Bardziej niż sama budowla zastanawia nas jednak cały patos tego miejsca. W skrócie – to w zasadzie takie „żydowskie Westerplatte”, które było ostatnim miejscem oporu w trakcie Powstania Żydowskiego (66-73)… „Woleli zabić siebie, swoje i swoje dzieci niż żyć jako niewolnicy!” słyszeliśmy dziś kilkanaście razy z ust kilkunastu przewodników. Turyści z podziwem kiwali głowami. W czasach, kiedy coraz głośniej dyskutuje się nad zasadnością Powstania Warszawskiego tu sławi się męstwo uczestników Powstania zakończonego totalną klęską, śmiercią prawie miliona Żydów i zniszczeniem największej ich świętości – Świątyni w Jerozolimie. Cóż…

W Masadzie zabawiliśmy jakieś 2 godzinki, chwilę później łapaliśmy kolejne okazje – krótką podwózkę do autostrady i kolejną (3 dziewczyny + pies!), do Ein Gedi gdzie zostawiliśmy bagaże. Gdy dojeżdżaliśmy – zaczęło kropić. Po raz pierwszy od kiedy jesteśmy w Izraelu.

Kolejnym celem po odebraniu bagaży miała być Jerozolima. Stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać, chociaż na serio się rozpadało. Podobnie chyba stwierdził kierowca pierwszego przejeżdżającego samochodu…
Zanim wsiedliśmy poinformował nas, że nie jedzie do Jerozolimy, a do Petah Tikva.
To mniejsze miasto, za Jerozolimą.
Pod Tel Awiwem.
Po jakimś czasie stwierdził, że… w zasadzie to może jechać i przez Tel Awiw.
Koniec końców podwiózł nas pod sam hostel.

Tak oto do Tel Awiwu nie dotarliśmy o 23 jak zakładał czarny scenariusz powrotu autobusami. Nie dotarliśmy też ok. 19 jak mieliśmy nadzieje dojechać jeśli uda nam się złapać okazję do Jerozolimy i tam przesiąść się w autobus. Byliśmy na miejscu przed 16 – niecałe 3 godziny po wyjściu z Masady.

Limit szczęścia chyba wyczerpaliśmy: w Tel Awiwie ciągle leje. Urządziliśmy sobie spacerek, ale ciężko mówić, że cokolwiek w mieście zwiedziliśmy. Cóż – zostały nam 2 dni. Teraz pozostaje liczyć, że poprawa pogody pozwoli realizować kolejne szalone plany.



Sun, sand, sea, Russians

Grudzień 31st, 2012

XXI wiek – wczoraj rano błąkaliśmy się jeszcze po Jerozolimie, żeby zachód słońca zobaczyć w Jaffie. Chwilę później oglądaliśmy już mecz Makkabi Tel Awiw – Hapoel Hajfa, żeby zaraz po nim znaleźć się w autobusie nocnym do Eilatu. Dziś słońce praży, jest z 25 stopni, ale na szczęście wieje lekki wiatr, więc pogoda w sam raz do opalania. Tak też robimy: dzisiejszą notkę sponsoruje plaża miejska w Eilacie, nad Morzem Czerwonym.

Wrócę jednak do wczoraj – plan, który sobie założyliśmy był dość ryzykowny i w sumie mamy dużo szczęścia, że udało nam się go zrealizować. Zacząć trzeba od tego, że… pospaliśmy sobie. Planowaliśmy wstać jak najwcześniej, wejść na Wzgórze Świątynne i zobaczyć meczety, które póki co podziwialiśmy tylko z dystansu. „Jak najwcześniej” okazało się być godziną 11, co gorsza okazało się, że Wzgórze można odwiedzać tylko po 12. Cóż – do Jerozolimy wracamy za 4 dni, więc Wzgórze poczeka. Namierzyliśmy autobus na dworzec kolejowy i pojechaliśmy do Tel Awiwu. Wiedzieliśmy, że o 20:00 ma się odbyć szlagierowy mecz, ale nie mieliśmy pojęcia czy znajdą się dla nas bilety. Zaraz po meczu chcieliśmy ruszyć dalej – nasz couchsurfer zmienił plany i nie mieliśmy noclegu w Tel Awiwie. Stwierdziliśmy, że zamiast siedzieć w stolicy, którą na pewno odwiedzimy jeszcze później, możemy zobaczyć Eilat – jedyne miasto na południu kraju, malowniczo położone nad Morzem Czerwonym wzdłuż króciutkiej izraelskiej linii brzegowej (ma zaledwie 11 km), pomiędzy egipską Tabą a jordańską Akabą. Początkowo nie planowaliśmy zapuszczać się tak daleko. Dowiedzieliśmy się również, że do Eilatu kursuje nocny autobus. Sęk w tym, że linia jest dość oblegana i mogło się okazać, że biletów już nie ma.
W czarnym wariancie:
a) jednak zostajemy w Tel Awiwie (nie mając zaklepanego hostelu)
b) meczu i tak nie zobaczymy
Na szczęście – nic z tych rzeczy: stadion był niemal pełen, ale że byliśmy wcześniej – bilety kupiliśmy bez problemu. Podobnie z biletami na autobus. Ba: okazało się, że chociaż przechowalnia bagażu otwarta jest tylko do 18 – możemy zostawić nasz klamoty i odebrać je do północy na dworcowej knajpce.

Sam mecz był jednym z ciekawszych jakie dane nam było oglądać w trakcie naszych podróży. Dwie najsilniejsze drużyny Izraela, wspomniany już pełen stadion, kilkudziesięciu gości z Hajfy, kilka sektorówek, pierwszy gol w pierwszej minucie, a co najważniejsze – grad bramek. Obrona i bramkarze zadbali o nas – mecz zakończył się wynikiem 6:2! Chyba po raz pierwszy w dziejach blogaska umieścimy pełną relacje zdjęciową – jest co oglądać.

Tymczasem teraz odpoczywamy w turystyczny kurorcie i wspaniałe miejscu do plażowania. Tak właśnie spędziliśmy prawie cały dzisiejszy dzień. Z ciekawostek możemy zdradzić, że Ada znowu zapomniała kostiumu i robiliśmy napad na lokalny bazar. Tym sposobem prawdopodobnie zgromadzimy kolekcję kostiumów kąpielowych nie do zdarcia do końca życia – ostatnia tego typu przygoda zdarzyła nam się w Dubaju.

A z okazji zbliżającego się wielkimi krokami Nowego Roku chcielibyśmy złożyć naszym wytrwałym czytelnikom najlepsze życzenia:
– żeby pogoda zawsze była taka jak w Eilacie
– żeby zawsze Wam się udawało, tak jak nam z kupnem biletów w ostatniej chwili
– samych zwycięstw, i to takich jak Makkabi z Hapoelem
– pełnego zrozumienia, akceptacji i tolerancji dla innych, które potrzebne jest zawsze i wszędzie, a szczególnie tu, gdzie teraz jesteśmy
– przeżyć i wspomnieć tak słodkich jak najprawdziwsza baklawa
– tyle wolnego czasu, ile niespodziewanie dostajemy podczas lotu transatlantyckiego. I dużo lotów transatlantyckich dla wszystkich, którzy by chcieli! 🙂

PS: Poniżej galeryjka i skrót meczu 🙂