Posty otagowane jako ‘stambuł’

Znowu Stambuł i niespodziewana zmiana planów

Grudzień 3rd, 2012

Zgodnie z planem porannym busem pojechałyśmy do Stambułu, żeby po południu dotrzeć do Eskiszahir. I tyle mogę chyba napisać o realizowaniu wcześniej założonego planu na dzisiaj. Reszta to czysta improwizacja 😉

 

Najpierw nasz goszczący nas przyjaciel Sinan bardzo spontanicznie wsiadł do busa i postanowił towarzyszyć nam w drodze do Stambułu. Potem stwierdziłyśmy, że pogoda jest tak piękna, że szkoda marnować dnia na siedzenie w autobusie. Więc… zostajemy w Stambule! Na śniadanie (późne śniadanie, było już po południu) zaprosiła nas znajoma Agaty – Lena, Niemka, u której właśnie siedzimy 🙂 Okazało się, że mieszka w cudownym mieszkaniu studenckim z 4 innymi osobami i kotem w malowniczej dzielnicy Kadikoy. Czasami myślę sobie, że dałaby wiele za tak wspaniały taras z widokiem na Bosfor, Morze Marmara, Sultan Ahamed… Coraz bardziej żałuję, że nie zdecydowałam się na Erasmusa 😉

Lena musiała poświęcić popołudnie na naukę i nie mogła dołączyć do naszego łazikowania po okolicy. Nie będę tracić cennych słów, pokażę Wam fotki! Po długim gubieniu się w pięknych uliczkach i piciu herbaty za herbatą w kolejnych kafejkach nadszedł czas na główny punkt dzisiejszego dnia – śledzenie Polonii na wyjeździe w Gliwicach. I wiecie co? Tylko zremisowali… 🙁

Uwijam się jak mogę, chociaż każdy obrazek z dzisiejszego dnia który przewija mi się przed oczami wydaje mi się wart opowiedzenia. Za niecałą godzinę mamy nocny autobus do Eskiszahir, na który bardzo nie chcemy się już spóźnić 😉

 

 

„Domek letniskowy”, w którym mieszka Sinan. Oczywiście tylko w jednym z segmentów.

 

 

Ja i Sinan. Czekamy na mini-busik komunikacji miejskiej (wioskowej? ;)) w Szile

 

 

Widok z balkonu mieszkania Leny

 

 

Śniadanie u Leny – Sinan robi jajecznicę, współlokator Leny, Hiszpan robi falafel – mniam!

 

 

Panorama z tarasu widokowego na Morze Marmara

 

 

I głupie zdjęcie na dobranoc! ;*



Leniwy spacer po Szile, pokrzywy i krewetki

Grudzień 2nd, 2012

Mamusiu, wybacz! Nie udało mi się wytrwać w poprawności. Dzisiaj wyszłam z domu bez kurtki. W grudniu. Czekam na karę z niebios.

Tato, nie będziesz ze mnie dumny. Wstałam dzisiaj o 11, bo moi przyjaciele uznali za właściwe pozwolić mi spać tak długo, jak będę tego potrzebowała. Niestety, nie liczyli się chyba z moimi możliwościami…

Po moim maratonie spania wybraliśmy się na (tradycyjne już chyba) późne śniadanie na mieście. Sinan zabrał nas do Yenikoy – małej wioski zamieszkanej kiedyś przez Greków. Po pierwszej wojnie światowej zmuszeni byli wynieść się z Turcji i na odchodne… spalili wszystkie swoje domy, żeby Turcy nie mogli w nich zamieszkać. Jedyne, co zostało to ruiny najsolidniejszych budynków – na przykład kościoła. Byliśmy tam i naprawdę trudno byłoby samemu dojść że w tym miejscu, na łące na wzgórzu był kiedyś tak wielki budynek. Jedyny ślad jaki po nim pozostał to kilka rozrzucanych kawałków muru i zarośnięte fundamenty. Sinan opowiadał, że po wyjeździe Greków w 1924 roku przez wiele lat miejsce to stało puste. Potem stopniowo przybywało nowych osadników. Wioska została nazwa (jak wiele innych w Turcji) Yenikoy, czyli Nowa Wieś.

W małej lokalnej restauracji stworzonej typowo dla mieszkańców i ich znajomych zamówiliśmy specjalny placek (cienki i przypominający polskie podpłomyki robione tylko z mąki i wody) nadziany pokrzywami. Pomysł narodził się spontanicznie – wyjątkowo dużo rosło ich w okolicy, zaczęliśmy rozmawiać o tym, że mimo bolesnych poparzeń, których można się nabawić przy ich dotykaniu są jadalne, co więcej – bardzo zdrowe i smaczne. Poprosiliśmy więcej właścicieli o przygotowanie placka z właśnie takim nadzieniem. Usiedliśmy do stolika, dostaliśmy zwyczajową herbatkę… a pani zajmująca się kuchnią poszła nazbierać pokrzyw do naszego posiłku 🙂

 

Smakowało trochę jak szpinak, trochę jak szczaw. Zapieczone z dodatkiem sera – pycha!

 

Później Sinan zaprosił nas na kawę do swoich rodziców. Agata rozmawiała na miarę swoich możliwości po turecku z mamą Sinana, potem obie już swobodnie zamieniłyśmy kilka słów po angielsku z tatą. Bardzo miło było nam ich poznać. Powieźli nas do centrum Szile, żebyśmy wreszcie mogły rozkoszować się atmosferą Kołobrzegu po sezonie. Droga nie obyła się bez przygód… Jechał z nami pies rodziców Sinana, a raczej jego pupa, bo głowę miał wystawioną za okno.

Zwiedzanie zaczęliśmy od starej latarni morskiej, potem nabrzeżem przeszliśmy się w stronę portu, podziwialiśmy widoki z bardzo długiego falochronu, żeby wreszcie kupić świeże krewetki na kolację (mniam!!!) i reprezentacyjnym bulwarem wrócić na dworzec. W ostatniej chwili zrobiliśmy szybkie zakupy – mandarynki, sok i zmywacz do paznokci dla mnie i mini-busem dojechaliśmy do domku w którym mieszka Sinan. To dawny domek letni jego rodziny. O tej porze roku okolica jest raczej pusta, a domy bardzo wychłodzone – tradycyjnie nie montuje się w nich raczej ogrzewania, bo z założenia służą właścicielom tylko w lecie, aby wyrwać się z miasta. Nie są to jednak domki letniskowe w polskim rozumieniu. Jutro, przy lepszym świetle zrobię zdjęcia i postaram się je wrzucić. Dziś słabo działa Internet – podobno tego typu trudności od czasu do czasu są normalne w Turcji.

 

 

 

Po konsumpcji krewetek i niesamowicie pysznego deseru, który zrobiła siostra Sinana zostało nam jeszcze trochę czasu dzisiaj na przeczytanie książki, pomalowanie paznokci i… pogranie na komputerze 😉 Życzę Wam – kochani – miłego tygodnia 🙂 Od jutra będę pisać do Was z Eskiszahir 🙂



Dużo deszczu, trochę dobrej kuchni i daleka droga do Szile

Grudzień 1st, 2012

Ekipa realizująca projekt „Koniec Świata 21/12/2012” chyba trochę się pospieszyła. Odniosłam wrażenie, że ktoś za wcześnie wcisnął guzik odpowiadający za pogodę. Come on, umawialiśmy się jeszcze na 20 dni normalnego życia więcej…! 😉

Dzisiaj nad Stambułem i okolicami zapanował mrok, deszcz, ulewa i błyskawice. Nie wspominałam Wam chyba jeszcze, że wcześniej pogoda też zaskakiwała, ale zdecydowanie bardziej pozytywnie. Od czwartku temperatura waha się koło 20 stopni 🙂 Niestety, nie jest to „letnie” 20 stopni, a zdecydowanie „późnojesienne”, jeżeli nie „zimowe” – Turcy chodzą co prawda na krótki rękaw, mi cały czas trochę wstyd wyjść z domu bez kurtki. W końcu mamy koniec listopada, na Boga…! Kończy się to zawsze tak, że cały dzień noszę ją pod pachą, ale mam chociaż spokojne sumienie, że mama byłaby dumna z mojej odpowiedzialności.

Dzisiaj niestety żarty się skończyły. Kiedy rano wyjrzałam przez okno zobaczyłam rwący potok i smutne twarze otulone hidżabami pod parasolką. Niestety, na zdjęciach które zrobiłam nie widać ani stopnia pochylenia ulicy (a jest co najmniej imponujący), ani rwącego potoku, ani wody do kostek.


Ze względu na naprawdę marną pogodę zrezygnowałyśmy z odwiedzenia znajomych Agaty i obiecanego przez nich spacerku po azjatyckiej stronie miasta. A jako że nie musiałyśmy już nigdzie się speszyć… spędziłyśmy resztę przedpołudnia w łóżku, a raczej na kanapie w salonie naszego wspaniałego Hosta. Potem w strugach deszczu pomagałyśmy mu zapoznać się z nową okolicą (przeprowadził się tu stosunkowo niedawno, jeszcze w wakacje był nauczycielem angielskiego w gruzińskim miasteczku na prowincji). Wyprawa w poszukiwaniu knajpki, gdzie moglibyśmy przekąsić coś w guście późnego śniadania skończyła się sukcesem.

Gotowana fasola, warzywa zapiekane z kurczakiem i serem, warzywa zapiekane w wersji wegetariańskiej, turecka zupa, ryż, ayran. Śniadanie dla 3 osób – koniecznie zakończone turecką herbatą.



Po powrocie do domu nadszedł łzawy moment pożegnania. Jeszcze dzisiaj chciałyśmy znaleźć się w Szile – małym miasteczku nad Morzem Czarnym, do którego zapraszał nas Sinan – przyjaciel Agaty, którego poznałam już pierwszego dnia. Pożegnanie było trudniejsze, niż można byłoby się spodziewać. Bardzo zaprzyjaźniłyśmy się z Yahiją, czas który spędziliśmy razem był bardzo intensywny i przyjemny, dowiedzieliśmy się o sobie wielu rzeczy, znaleźliśmy wiele wspólnych tematów. Mam ogromną nadzieję, że jeszcze się z nim zobaczę, że niebawem odwiedzi mnie w Polsce – poznał już wielu ludzi z naszego kraju i bardzo chce odwiedzić ich i mnie. Agata może być spokojna – umówili się na spotkanie w Eskiszahir jeszcze w tym miesiącu 😉

Z plecakami ruszyłyśmy w stronę metra – ostro pod górę. Busy do Szile odjeżdżają z azjatyckiej strony Bosforu. Czekała nas jeszcze mini-atrakcje w postaci przeprawy statkiem.



Zmokłyśmy ogromnie, ale brodząc po kostki w wodzie całkiem zgrabnie dotarłyśmy na dworzec 5 minut przed odjazdem autobusu, więc w sam raz tyle, żeby kupić bilet w specjalnym biurze. Taki bilet równoznaczny jest z rezerwacją miejsca siedzącego w autobusie podmiejskim. Zakup biletu u kierowcy też jest możliwy, ale wtedy istnieje prawdopodobieństwo, że przez całą drogę trzeba będzie stać. I o ile trasa busa nie jest uwarunkowana żadnym rozkładem, tak wszyscy lokalni mieszkańcy wiedzą, że z dworca w Uskudar do Szile jedzie się półtorej-dwie godziny, a samochodem tylko 40 minut, tak my jechałyśmy trzy i pół. Trudno mi nawet porównać, kiedy ostatnio stałam tak długo w korku. Trudno mi też przypomnieć sobie kiedy ostatnio doświadczyłam tak pieskiej pogody. Świat chyba jednak ma się ku końcowi…

Na szczęście dotarłyśmy już do domu Sinana. Zjadłyśmy kolację, ogromną ilość mandarynek z Izmiru i bananów z Antalii, wypiłyśmy butelkę wina. Teraz czas iść spać, bo jutro chcemy zobaczyć to podobno bardzo urokliwe miasteczko, które dzisiaj przywitało nas ciemnością i deszczem. Chcemy też koniecznie wybrać się na plażę. Sinan cały czas dopytuje, czy na pewno chcemy się w nim kąpać, ale przestało nas to już bawić.



Bosfor, Galatasaray i polska wódeczka

Grudzień 1st, 2012

Dzisiaj cudowne, prawie że pocztówkowe momenty przeplatały się ze scenami prosto z thrilleru. Od rana wybrałyśmy się na planowany Bosfor Tour. Kolejnym cudem, który nas to spotkał było to, że udało nam się tam dotrzeć, co więcej na czas i co więcej nawet zjadłyśmy śniadanie w pobliskiej knajpce przed „odjazdem” statku. Myślę, że dużą rolę mógł odebrać w tym „cudzie” przyjaciel Agaty Sinan, który rano zawiózł nas do portu i pokazał miejsce, w którym mamy czekać.

 

 

Na końcu Bosforu stoją ruiny zamku na wzgórzu. Droga na górę była raczej męcząca, ale widoki – zapierające dech w piersiach.

 

 

Koniec Bosforu! Na horyzoncie Morze Czarne.

 

 

Do powrotu zostało nam trochę czasu, więc starym tureckim sposobem wypiłyśmy herbatkę w miejscowej kafejce przy partyjce backgamona.

 

Później zaczęły się schody,  więc pozwolę sobie skrócić opisywanie tych katuszy. W drodze powrotnej okazało się, że statek WYJĄTKOWO nie zatrzymuje się na stacji Besiktas, skąd miałyśmy opracowaną drogę na stadion. Oczywiście okazało się za późno, aby wysiąść na wcześniejszej stacji, skąd również wiedziałyśmy jak tam dojechać. Wylądowałyśmy baaardzo daleko, pytałyśmy wieeeeelu ludzi o pomoc i baaardzo pomieszali nam w głowach. Powiem tylko że wylądowałyśmy w autobusie jadącym w przeciwnym kierunku. Warto wspomnieć, że komunikacja miejska w Stambule zorganizowana jest w stylu azjatyckim – wszystko jedzie nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd, nie wiadomo kiedy i nikt nie umie niczego przetłumaczyć. Nie ma rozkładów, nie ma tras, nie ma zasad. Nie będąc miejscowym, nie masz szans się ogarnąć.

 

Na szczęście spotkałyśmy wreszcie człowieka w szaliku Galatasaray mówiącego po angielsku, który dowiózł nas na stadion. Za organizację eventu daję Turcji najwyższą notę.

 

Jak się okazało jest specjalna metra (dla odmiany dobrze oznaczona na rozkładach) dojeżdżająca tylko na stadion. Stacja jest dostosowana specjalnie do przyjęcia tłumów kibiców: zamiast bramek jak wszędzie indziej specjalne kołowrotki skutecznie porcjujące tłum, tunel chroniący tłum od wepchnięcia się nawzajem na tory. Dalej: zamówione i opłacone przez Internet bilety bez kolejek przed meczem odebrać w kasie za okazaniem 5-cyfrowego numeru rezerwacji i dokumentu ze zdjęciem. Kibice byli bardzo kulturalni i grzeczni, acz z charakterem.

 

 

 

 


Turcy na meczu bawili się przednio. Przed zresztą też (video prosto z mojego małego, różowego aparatu!):

Mam nadzieję, że przynajmniej tak samo dobrze bawili się nasi starzy znajomi 12 września 1924:

Galatasaray Konstantynopol – Polonia 2:2

Wściekły wiatr nie zmusił naszego kapitana do obrania boiska z nim; słońce zdecydowało obiór. A był to, jak się okazało, błąd pokaźny, gdyż drużyny tureckie źle naogół trenowane, grają naprawdę 20 minut, a najwyżej do przerwy, „puchnąc” potem zupełnie.
To też Galata wspomagana wiatrem gniotła cały czas, w rezultacie, przy zupełnym braku umiejętności strzału, wygniotła dwie bramki, które ma absolutnie na swoim sumieniu Gross, niezdecydowany i grający nogą przy pierwszej, a zbyt myślący o swej skórze i „dzieciach” przy drugiej. Cała drużyna zresztą grała zupełnie słabo.

Powrót do domu okazał się trochę łaskawszy dla nas. Powiem Wam jedno – polska wódeczka z wspaniałym Couchsurferem syryjskiego pochodzenia, który nas ugościł to lekarstwo na wszystkie niemiłe sytuacje dzisiejszego dnia 😉