Posty otagowane jako ‘Seszele 2013’

Jak to jest z Internetem na srodku Oceanu Indyjskiego

Luty 16th, 2013

Myslelismy, ze nic nas juz negatywnie nie zaskoczy, jezeli chodzi o kwestie dostepnosci Internetu. Ladowalismy juz w roznych dziwnych miejscach na prowincji swiata, gdzie nie spodziewalibysmy sie jakiejkolwiek lacznosci, a zastawalismy szybkie wi-fi. Niestety, okazuje sie, ze posrodku Ocenanu Indyjskiego Internet owszem, jest, ale szalenie drogi i tylko w niektorych miejscach. W poprzednim hotelu (na Praslin) zastalismy router (dobry znak!), ale zeby z niego skorzystac trzeba bylo kupic pre-paid w JEDYNYM sklepie na wyspie, ktory takie dobra luksoswe rozprowadza. Teraz jestesmy na La Digue i dostep do Internetu dla gosci hotelowych przewidziany jest w sklepie pod tytulem „mini-market”, ktory prowadzi wlascicielka pensjonatu. Siedze wiec wlasnie przy komputerze stacjonarnym, za plecami mam buteleczki z piaskiem z Seszeli, obok mnie wisza staniki, przede mna cala polka z europejskimi importowanymi dezodorantami, a wokol biegaja dzieci z pobliskiej szkoly, ktore wlasnie maja przerwe i przybiegly po wode.

Bawimy sie wspaniale 🙂 Jestesmy, jak juz wspomnialam, na trzeciej i ostatniej wyspie podczas naszej seszelskiej podrozy. La Digue jest czwarta co do wielkosci i trzecia co do liczby mieszkancow wyspa archipelagu. Jest tak mala (11 kilometrow wzdluz), ze jeszcze do niedawna nie bylo na niej w ogole samochodow (dzis niestety te cuda techniki doatrly i tu), a glownym srodkiem transportu jest rower. Wyobrazcie sobie taki Zuromin, w ktorym wszyscy jezdza tylko na rowerach. Fajnie! 🙂

Tu znajduje sie tez plaza uznawana za najpiekniejsza na Seszelach. Niestety, na moim stanowisku komputerowym nie mam ze soba zadnego przewodnika ani mapy, zeby przepisac trudna dla mnie nazwe po francusku – nadrobimy razem ze zdjeciami! 😉

Zostajemy tu jeszcze 3 dni – na poniedzialek mamy juz kupione bilety na prom na Mahe, gdzie spedzimy ostatnia seszelska noc u naszej kolezanki z Nowej Zelandii. Pewnie dopiero po powrocie do Polski zdamy Wam dokladna relacje ze zdjeciami.

Buziaki! :))



Seszelski weekend w skrócie

Luty 12th, 2013

Plażowanie i podróżowanie wciągnęły nas tak bardzo, że nie chcieliśmy tracić czasu na poszukiwania kawiarenki internetowej. Ale dzisiaj w naszym bungalowie na plaży z dostępem do Internetu postaramy się szybko nadrobić zaległości!

Piątek
Po dogłębnym przestudiowaniu rozpiski autobusów na wyspie udało nam się namierzyć taki, który jedzie prosto z naszego hotelu na jedną z najpiękniejszych plaż na wyspie – Anse Intendance. Na miejscu okazało się, że miejsce jest naprawdę cudowne. Położona zupełnie na uboczu, otoczona wzgórzami porośniętymi tropikalną dżunglą, długa, półkolista i płaska, idealnie piaszczysta zarówno na brzegu jak i pod wodą może spokojnie uchodzić za plażę idealną. Właśnie to miejsce wybrał dla swoich klientów hotel ekskluzywnej sieci Banyan Tree. Naprawdę godny uznania jest fakt, że hotel nie zniszczył naturalnie pięknej plaży stawiając tam wielopiętrowy blok, a zakamuflowane w dżungli wille, których na dobrą sprawę nawet nie widać. Zapowiadało się, że to będzie naprawdę piękny dzień… W pewnej chwili poczuliśmy jednak niepokojące pieczenie na plecach, ramionach i twarzy. Game over – podstępne słońce, które od rana chowało się za chmurami zmyliło naszą czujność bladych europejczyków i pomimo, że żaden promień nie dotknął naszej skóry byliśmy bardzo mocno opaleni. Jak okazało się aż za mocno. Wróciliśmy do hotelu leczyć bolące ramiona i obserwować gwiazdy sącząc piwko na plaży.

Weekend
Kolejne 2 dni spędziliśmy w miłym towarzystwie couchsurferki. Jessie pochodzi z Nowej Zelandii, ale zbliżając się do 30-tki postanowiła rzucić pracę i wyruszyć w 7-miesięczną podróż po świecie. W międzyczasie dostała ofertę (fatalnie, jak sama przyznaje, płatnej) pracy na Seszelach, w Victorii. Bez zastanowienia zgodziła się i od 3 tygodni pracuje jako prawnik w seszelskim sądzie najwyższym. Jako że dopiero co się tu przeprowadziła i nie ma wielu nowych bliskich znajomych chętnie i często udostępnia swoją dodatkową sypialnię turystom z całego świata. Tak się też złożyło, że oprócz nas gościła w tym samym czasie Marcel, dziewczynę z RPA, której historia jest równie ciekawa. Marcel od zawsze marudziła swojemu chłopakowi, że w swoim życiu chciałaby robić coś ciekawego – najchętniej pracować na łodzi. W ten sposób można zwiedzić cały świat i poznać nowych ludzi, a oprócz tego odkładać praktycznie całą swoją wypłatę, na którą co miesiąc składa się okrągłe sumka. Na łodzi ma się miejsce do spania i wyżywienie, a na środku oceanu mało jest pokus do wydawania pieniędzy. Chłopak zawsze mówił na granicy żartu, kpiny i gorzkiej prawdy, że przecież nigdy się na to nie odważy i po co ta cała paplanina? Niewiele później ich drogi się rozeszły, a Marcel uznała że najwyższy czas pokazać mu swoją zawziętość i determinację. I zaciągnęła się na łódź!
Na Seszele przyjechała dwa dni po nas ze swoim nowym chłopakiem. Ma zaledwie 23 lata, a właśnie został kapitanem dużej łodzi czarterowej. Miał dołączyć do składu właśnie tu. Marcel zaś przyjechała popytać w porcie, czy gdzieś kogoś nie szukają, bo – jak mówiła ze smutkiem – jeżeli niczego tu nie znajdzie będzie musiała wrócić do Hiszpanii, bo na Majorce dogadana jest na pracę od marca, ale wtedy będzie daleko od swojego chłopaka. To dopiero rozterki, prawda? 😉


Weekend upłynął nam leniwie. W sobotę byliśmy na paradzie karnawałowej, o której nie będziemy Wam za dużo pisać – wystarczy przecież, że pokażemy trochę zdjęć, jak pijąc drinka z lokalnego rumu Takamaka, soku z mango i mleczka kokosowego mieszanego bezpośrednio w świeżo świętym kokosie oglądamy coraz to ciekawiej przebranych artystów. W niedzielę wybraliśmy się wszyscy razem na plaże Bou Vallon. To właśnie tu najwięcej jest mniej lub bardziej luksusowych hoteli i drogich restauracji. Niestety, plaża nie zrobiła na nas dobrego wrażenia. Być może to kwestia odpływu, może pogody a może zupełnie czegoś innego. Spokojnie możemy teraz czuć się bardziej usatysfakcjonowani od klientów Hiltona – nasza wycieczka kosztowała mniej, a widoki, które podziwialiśmy były o wiele ładniejsze. Na plaży jedliśmy świeże owoce z przydrożnego stoiska (kokosy, mango, marakuja, papaja), a po powrocie do domu Ada ugotowała dla wszystkich pyszny obiad. Na Seszelach w niedziele sklepy są raczej pozamykane, więc level trudności był podniesiony – mogliśmy korzystać tylko z skromnych zapasów w lodówce Jessie. Nie muszę chyba pisać, że misja skończyła się ogromnym sukcesem 😉

Poniedziałek
W poniedziałek rano Marcel poszła do portu na bardzo oryginalną w formie „rozmowę kwalifikacyjną”, Jessie poszła do pracy w małym biurze bez dostępu światła dziennego, a my poszliśmy w poszukiwaniu biletów na prom albo samolot, które dowiozą nas na kolejny cel naszej podróży, wyspę Praslin. Okazało się, że niestety wszystkie bilety na samoloty tego dnia są już wyprzedane, całkiem więc zadowoleni z obrotu sprawy zdecydowaliśmy się na prom o 16.30. Dodatkowy czas na Mahe wykorzystaliśmy na wycieczkę do fabryki herbaty położonej wysoko w górach. Plan byłby wspaniały, gdyby nie to, że: 1) pani w informacji turystycznej pokierowała nas do złego autobusu, 2) kiedy już niczego nieświadomi się w nim znaleźliśmy kierowca poinformował nas o pomyłce, ale uspokoił, że wystarczy że przejdziemy się na 20-minutowy spacerek za końcowym przystankiem autobusu i będziemy na miejscu, 3) 20-minutowy spacerem okazał się ponad godzinną wspinaczką na sam szczyt góry. Zdesperowani i zmęczeni próbowaliśmy zatrzymywać przejeżdżające samochody. Kiedy w końcu mili panowie zdecydowali się nas podwieźć z przerażeniem stwierdziliśmy, że fabryka jest po drugiej stronie góry i jeżeli chcielibyśmy dojść tam na pieszo zajęłoby nam to pewnie cały dzień. A kiedy byliśmy już na miejscu okazało się, że: 4) fabryka była dzisiaj zamknięta dla zwiedzających. Na pocieszenie wypiliśmy po filiżance lokalnej herbaty i zjedliśmy ciasto drożdżowe reklamowane jako typowo seszelskie. Obrażając się na transport publiczny wróciliśmy stopem z lokalnym proboszczem.
Prom nie zaspokoił naszych oczekiwań rejsu widokowego. Był raczej łódką zasuwającą na pełnej prędkości i skaczącą na falach, gdzie każde wstanie z krzesła mogło skończyć się wybiciem zębów o najbliższy uchwyt. Na szczęście szybko byliśmy na miejscu i rozgościliśmy się w naszym bungalowie na plaży, gdzie zostajemy jeszcze na 2 kolejne noce. W czwartek płyniemy na La Digue. Trzecia co do wielkości wyspa Seszeli jest już na tyle mała, że podobno nie ma na niej ani jednego samochodu 🙂 Nie możemy się doczekać!



Po raz pierwszy za równikiem

Luty 7th, 2013

Gdzie są Seszele?
To pytanie słyszeliśmy dość często. Odpowiedź jest trudniejsza niż mogłoby się wydawać: najczęściej po początkowym „Na północ od Madagaskaru” musimy doprecyzować, że na wschód od Somalii i Kenii. Kiedy i ta odpowiedź nie wystarcza dodajemy – „Na prawo od Afryki, na Oceanie Indyjskim”.
Sam kraj też jest ciężki do opisania jednym zdaniem… ale może zaczniemy od początku.

Nie wszyscy chyba wiedzą, że w Polsce trwa wojna. Arabowie znad Zatoki Perskiej toczą bitwę o polskich pasażerów, walcząc jak najniższymi cenami połączeń lotniczych. Zaczęli ci z Qatar Airlines – jeszcze w zeszłym roku ogłosili trzydniową promocję i… kupili nas (chociaż chyba jednak to my kupiliśmy ich).
Zdecydowaliśmy się na nietypowy dla nas kierunek: Seszele. W zbiorowej świadomości kojarzą się z nie wiadomo jak drogimi hotelami i nie wiadomo jak wielkimi luksusami. Przed nabyciem biletów trochę jednak poczytaliśmy i kupując je byliśmy pewni, że nie będziemy się tu nudzić.

Pierwsze atrakcje czekały nas jeszcze… w powietrzu. Trochę już lataliśmy i tak jak ogólnie średnio nam pasuje atmosfera „tanich linii” tak najsłabiej wspominamy lot Aerosvitu z Dubaju do Kijowa. Samolot pełen podchmielonych Ukraińców w skórzanych kurtkach zapamiętaliśmy jako „mało komfortowy”. Zupełnie nie przewidywaliśmy, że ten „rekord” zostanie pobity w locie Qatar Airlines z Warszawy do Dohy. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że darmowy alkohol to fajna sprawa, a wyjazd w daleką podróż powodować może małą euforię. Są jednak pewne granice, których przekraczać nie należy. Nie należy np. chodzić po pokładzie w koszulce z wypisanym swoim imieniem i częstować wódeczką z wolnocłówki opowiadając o kłopotach wychowawczych współczesnej młodzieży i polityce. Panie Marku, nie należy i już!

Przesiadka w Dosze jak i kolejny lot był już na zupełnie innym poziomie. Cisza, spokój, dużo miejsca. Warto tu wspomnieć o pokładowych „rozrywkach”, jakie QA funduje pasażerom. 7 lat temu zachłysnąłem się nowoczesnością, kiedy na pokładzie British Airways zafundowano mi własny monitorek z kilkoma kanałami filmowymi do wyboru. Dziś technologia poszła „troszkę” do przodu. Każdy pasażer ma taki monitorek z kilkuset filmami, programami TV, grami… Wśród nich wiele filmów, które albo właśnie wchodzą do polskich kin, albo dopiero w nich będą, kandydaci do oskarów, klasyka itp itd. Bardzo fajna sprawa, chociaż cichy dźwięk sprawił, że rozkoszowaliśmy się głównie koreańską kinematografią (miały angielskie napisy, w odróżnieniu od amerykańskich filmów).

I w końcu – dolecieliśmy! Przywitał nas tropikalny mokry upał i szalenie pomocna obsługa na Międzynarodowym Lotnisku w Victorii, które wielkością i rozmachem przypominałoby lotnisko w Żurominie, gdyby takie istniało. Słońce miło łaskotało po twarzy, a woda parowała zewsząd – przez naszym przylotem musiało solidnie padać, na co wskazywały kałuże. Jak zawsze bez problemu dostaliśmy się do naszego hotelu korzystając z transportu publicznego, który wyjątkowo przypadł nam do gustu. Jeden przejazd kosztuje niewiele ponad złotówkę, autobusy jeżdżą często, a podróżowanie nimi jest absolutnie przyjazne nawet dla turysty.

Nie czekaliśmy zbyt długo na umoczenie dupki w oceanie 😉 Już oczekując na pokój udaliśmy się na skromną lecz jakże urokliwą plażę przy naszym hotelu, gdzie razem z naszymi kolegami Burkiem i Azorem sprawdzaliśmy czy woda nadaje się do dwutygodniowego plażowania.

Zmordowani podróżą ucięliśmy krótką drzemkę, a zaraz potem ruszyliśmy na południe, gdzie wedle przewodnika szukać powinno się rajskich plaż. Pierwszym przystankiem była plaża nad zatoką Boileau Lazar, gdzie podziwialiśmy pierwszy raz niespotykane granitowe skały. W połączeniu z aksamitnie wprost gładkim i białym piaskiem i lazurową wodą robią cudowne wrażenie. Po krótkiej pieszej wędrówce przez prawdziwą dżunglę dotarliśmy na Anse Takamaka – plażę porośniętą drzewami takamaka (po naszemu brzmi mniej egzotycznie: Gumiak), od których plaża wzięła nazwę. Tam Łukasza opętał męski instynkt przetrwania i gołymi rękoma (zaledwie przy pomocy kilkutonowych skał) rozłupał dla mnie kokosa znalezionego pod pobliską palmą. Trzeba przyznać, że ta naturalna i świeża przekąska (pozdrowienia dla Lipka!) była jedną z pyszniejszych rzeczy, jakie zdarzyło mi się jeść 🙂

Nawet pogorszenie się pogody nie zepsuło naszych nastrojów. Odkrywanie kolejnych rajskich plaż zostawiliśmy sobie na jutro. Dzisiejszy wieczór poświęciliśmy na planowanie kolejnych dni (zostajemy jeszcze jedną noc w tym hotelu, w którym jesteśmy teraz, a w sobotę rano jedziemy do Victorii na poranny targ lokalnych pyszności, spotkanie z naszą couch surferką i karnawał!) oraz sprawdzanie z uporem młodego odkrywcy czy to prawda, że po drugiej stronie równika woda spływając w kranie wiruje w drugą stronę. Jak sądzicie – prawda? 😉