Posty otagowane jako ‘Praktycznie’

Pakowanie ekstremalne – co zabrać w dłuuugą podróż

Sierpień 16th, 2014

Na każdym portalu i blogu podróżniczym raz na jakiś czas pojawia się artykuł z cyklu „Jak spakować się w bagaż podręczny”. Najczęściej dotyczy on krótkich wyjazdów tanimi liniami (gdzie za bagaż główny płaci się dodatkowo) – weekendu w Holandii czy kilku dni w Barcelonie. Dużo rzadziej pisze się o tym, że umiejętne pakowanie przydaje się nie tylko w trakcie tych najkrótszych wypadów, a przede wszystkim podczas tych dłuższych. Wyprawa na koniec świata to nie niedzielna przejażdżka do teściów ani wczasy nad polskim morzem – nie mamy do dyspozycji całego bagażnika. Teoretycznie można spakować się w wielki, ważący 25 kg plecak turystyczny, ale po kilku wyprawach albo kilku tygodniach w trasie każdy dotrze do punktu, w którym swój plecak przeklina wszystkimi niedozwolonymi do zacytowania słowami. Są dwie opcje: można cały bagaż w pewnym momencie porzucić w śmierdzącym hoteliku (nie polecam), albo – następnym razem – spakować się bardziej oszczędnie. I oto przedstawiam wam pierwszy w sieci poradnik „jak spakować się w bagaż podręczny na półtora miesiąca?”

Jeżeli w ostatnio zdaniu coś było żartem, to określenie tego tekstu „poradnikiem”. Lata praktyki w pakowaniu nauczyły mnie przede wszystkim, że każdy potrzebuje wziąć ze sobą coś innego, dlatego nie można napisać poradnika mówiącego jasno co brać, a czego nie. Chciałabym jednak podzielić się kilkoma wskazówkami, których wcześniejszą nieznajomość przypłaciłam dużym dyskomfortem albo nieplanowanym rajdem po sklepach. I nie mam tu na myśli wycieczki do Izraela, kiedy jadąc nad morze nie wzięłam kostiumu kąpielowego…

UBRANIA:
Przede wszystkim zaplanuj, jak często będziesz robić pranie. Maksymalna długość wyjazdu bez prania to według mnie tydzień, chociaż i w takim przypadku jedno pranie po czterech dniach zmniejsza nasz bagaż o połowę – czyż nie warto? Optymalna częstotliwość prania to 4-7 dni, co oznacza tyleż właśnie kompletów bielizny i koszulek. Co szalenie istotne, decyzję o ilości ubrań należy podjąć przez wyjazdem wspólnie ze wszystkimi współpodróżnikami. Jeżeli chcemy robić pranie co 6 dni, a jedna osoba weźmie o jeden komplet ubrań więcej, oznacza to nic więcej, jak niepotrzebny nadbagaż, bo i tak trzeba będzie robić pranie kiedy pozostali nie będą mieli już w czym chodzić.

Zawartość plecakowej „szafy” należy dokładnie dopasować do miejsca, w które jedziemy. Jeżeli jedziemy gdzieś po raz pierwszy, będzie to oczywiście mniej oczywiste i trudniejsze. Dlatego też moje pakowanie się na Sulawesi i Lombok będzie tak efektowne – znam klimat Indonezji i wiem, czego dokładnie będę potrzebować.

– Nie bierz pidżamy. Zawsze i wszędzie można spać w bieliźnie i koszulce.
– Rada dla pań: weź sportowy stanik bez fiszbin. Docenisz jego komfort podczas wszystkich lotów samolotem, długich przesiadek, nocnych przejazdów autobusem albo pociągiem, wspinaczek górskich i długich trekkingów.
– Przemyśl, co będziesz nosić ze sobą na co dzień podczas zwiedzania. Torba? Torebka? Plecak? Torba na aparat? Weź jedną rzecz, która na dodatek będzie pasować Ci do wszystkich ubrań. Podróżowanie to nie pokaz mody. Ja zawsze staram się, żeby moja codzienna torba nie była.. za duża. Kusi to do wypakowania jej po brzegi, a wtedy już po kilku godzinach zaczynają boleć mnie plecy i jedyne o czym myślę, to powrót do hotelu.
– Buty to kwestia sporna. Obydwoje z Łukaszem jesteśmy wielkimi fanami sandałów Source, które chyba faktycznie są niezniszczalne. Można się w nich kąpać pod prysznicem (nie trzeba brać dodatkowych japonek!), przechodzić przez strumyki górskie, zakopywać się po kostki w piachu, a nawet pływać w oceanie. Takie porządne buty zastąpią kilka innych par i jeżeli jedziemy w upalne rejony, jestem zwolenniczką zabierania tyko jednej pary.
– Jeżeli czekają nas jakieś specjalne atrakcje wymagające odpowiedniego ubioru warto zastanowić się, jak rozwiązać ten problem. Jadąc w długą podróż prędzej czy później nadarzy się pewnie okazja, kiedy wypadałoby ubrać się elegancko. My musieliśmy poradzić sobie z oficjalnym strojem dla Łukasza do indonezyjskiej ambasady w Kuala Lumpur (wymagane są długie spodnie i zakryte buty) oraz eleganckim przyjęciem dzień po przyjeździe do Dżakarty. Nie ma jednak co panikować – w każdym większym mieście na całym świecie znajdziemy dzisiaj H&M albo Zarę. Niespodziewanych zakupów nie wolno się bać, bo po pierwsze są nieuniknione, a po drugie są miłą nagrodą dla ego po kilku miesiącach chodzenia w tych samych ciuchach…
– Pamiętaj, że ubrania, które pakujesz, muszą być super wygodne i musisz je bardzo lubić. Będziesz w nich chodzić codziennie! Weź pod uwagę, że po tak intensywnej eksploatacji prawdopodobnie będą w tak tragicznym stanie, że nie będziesz chcieć nawet wieźć ich z powrotem do Polski… Jeżeli więc lubisz je tak bardzo, że nie chcesz się z nimi niedługo rozstawać, lepiej wybierz coś innego.

KOSMETYKI
Nie chcę wiedzieć, ile walizek kosmetyków zabiera ze sobą zawsze Kasia Tusk, ale ja opracowałam wreszcie zestaw minimum.

– krem z filtrem UV (tak, tak, tak! Najważniejszym kosmetykiem w Twoim bagażu jest krem z filtrem, a nie szczoteczka do zębów i szampon! Nasze blade, polskie lica są nieprzyzwyczajone do takich niespodziewanych dawek słońca. A nic nie zepsuje wakacji bardziej, niż piekące, czerwone plecy! Lepiej przywieźć dużą butelkę ze sobą – w większości krajów, które odwiedziliśmy kremy do opalania były bardzo drogie. Faktor 30 to według mnie absolutne minimum. Proszę się nie martwić – i tak się opalicie! Taki krem nakładam na twarz rano i wieczorem zamiast zwykłego kremu nawilżającego, dzięki czemu oszczędzam miejsce w kosmetyczce na zbędnych tubkach)
– szczoteczka do zębów (pastę biorę tylko, kiedy jadę gdzieś sama. Śpiąc u znajomych albo podróżując w grupie zawsze korzystam z czyjejś. Spójrzmy prawie w oczy – pastę do zębów ma ze sobą każdy)
– szampon i żel pod prysznic (jeżeli plecak się nie domyka, wyrzuć żel. Szampon sprawdza się zarówno do mycia włosów, jak i reszty ciała)
– jednorazowa maszynka do golenia (to jedna z tych rzeczy, których zawsze zapominam! A po kilku dniach skradam się po cichu w okularach słonecznych i kapeluszu z wielkim rondem do najbliższego kiosku przyciskając mocno ręce do tułowia, żeby poskromić dżunglę, która w międzyczasie tam wyrosła)
– spray lub krem przeciwko komarom (koniecznie trzeba mieć, warto jednak zaopatrzyć się w niego na miejscu. Miejscowe komary często bardziej uciekają od lokalnych specyfików, poza tym często są sporo tańsze niż w Polsce)
– dezodorant
– obcinacz do paznokci (paznokcie, podobnie jak włosy, nie przestają rosnąć, kiedy wyjeżdżamy z domu) i pilniczek
– pumeks (mała rzecz, a zapewni nam mnóstwo komfortu)
– patyczki do uszu (weź ich 15, niezależnie od długości wyjazdu. Nie masz pojęcia, do czego mogą Ci się przydać)
– akcesoria do włosów (odpuść suszarkę i prostownicę, jeżeli jedziesz w tropiki, serio. Z perspektywy polskiej zimy trudno sobie to wyobrazić, ale uwierz mi, że w 30-stopniowym upale nie będzie ci się chciało wcierać we włosy żadnych klejących mazideł. Warto natomiast pamiętać o spinkach, opaskach i gumkach do włosów! To kolejna rzecz, której zawsze zapominam i potem zwożę do Polski brzydkie, kupione w potrzebie spinki z Gruzji, klamerki z Indonezji i opaski z Tajlandii… Zastanów się, czego potrzebujesz na co dzień i broń boże tego nie zapomnij!)
– żel antybakteryjny (wynalazek XXI wieku, który pozwoli Ci zjeść obiad rękami nawet, jeżeli nie masz szansy umyć ich po całym dniu zwiedzania)
– wilgotne chusteczki (mogą być z niemowlakiem na zdjęciu, ale zapewniam, że będę ich używała osobiście. Odświeżą twarz i dłonie w kiepskich warunkach, a w fatalnych posłużą za instant-prysznic)
– szczoteczka do butów (brzmi jak produkt pierwszej potrzeby dla angielskiego dżentelmena, prawda? Wyobraź sobie jak będzie wyglądała moje jedyna para sandałów po kilku dniach noszenia non-stop. A po kilku tygodniach? Jeżeli nie wezmę szczotki do umycia butów, to szybko będę musiała gdzieś ją kupić!)

SPRZĘT ELEKTRONICZNY
Jak to dobrze, że żyjemy w XXI wieku! Komputer i telefon zapewnią nam spokojnie centrum wszelakiej rozrywki – możemy obejrzeć film nudząc się w pociągu, posłuchać muzyki, przejrzeć przewodnik, poczytać książkę, a nawet napisać notkę na bloga!

– komputer + ładowarka
– telefon + ładowarka
– Kindle + ładowarka
– Power bank + ładowarka (to moje najnowsze azjatyckie odkrycie. Małe urządzenie wielkości zbliżonej do smartfona, które połączone z naszą komórką ładuje baterię. Starcza na 2-3 razy zanim się rozładuje i naprawdę może uratować życie, kiedy gubimy się z automapą w wioskach gdzieś na końcu świata)
– aparat (temat robi się nagle bardziej skomplikowany, więc Łukasz napisze o pakowaniu sprzętu fotograficznego innym razem) + ładowarka i zapasowa bateria

DROBIAZGI
Niewielkie rzeczy, które dopełniają użyteczności naszego bagażu.
– krople do oczu (to drobiazg, który ratuje życie. Pomagają wypłukać słoną wodę z oczu po kąpielach w oceanie, przydają się w bardzo wietrznych miejscach, kiedy wysuszone oczy strasznie pieką oraz – indonezyjski hit – świetnie radzą sobie z piaskiem i pyłem w oczach, który gromadzi się po jeździe na skuterze zakurzonymi drogami. Naprawdę warto wrzucić krople do plecaka!)
– pęsetka (tak jak pisałam, paznokcie i włosy rosną nawet podczas podróży, zwłaszcza tych długich. Panie, które regulują sobie brwi będą mocno zniesmaczone swoim wyglądem po kilku tygodniach, jeżeli nie wrzucą pęsetki do swojej kosmetyczki)
– maseczka na twarz (nie mam tu na myśli maseczki nawilżającej ani peel-off, tylko kawałek materiału, którym możemy zasłonić usta i nos. Przydaje się przede wszystkim na drogach, a czasem też podczas wycieczek na pustynie albo wulkany. Chrońmy płuca, ponoć smog w azjatyckich metropoliach jest bardziej szkodliwy, niż palenie papierosów… Jednorazowa maseczkę, która uratuje nas w pierwszej niespodziewanej sytuacji można kupić w każdej polskiej aptece za kilkanaście groszy)
– wyciemniająca nakładka na oczy (cud technologii! Niewiarygodnie zwiększa komfort snu wszędzie, gdzie przeszkadza nam choć trochę światła. Uwielbiam używać jej w autobusach nocnych, bo pozwala przespać mi cała noc bez jednego przebudzenia, a ostatnio okazała się bardzo przydatna, bo couchsurferka u której spałam poinformowała mnie, że w domu są duchy, więc będziemy spać przy zapalonym świetle…)
– błyszczyk do ust (najzwyklejsza pomadka ochronna przyda się i zimą i latem. Słońce, mróz czy wiatr bywają bezlitosne)
– długopis (wypełnianie kart imigracyjnych na granicy, narysowanie mapy na serwetce i gra w statki to te momenty, kiedy przyda Ci się zwykły, jednorazowy długopis)

CZARNA LISTA
Czyli pomysły, które miały zracjonalizować podróżowanie, a były tylko niepotrzebnym obciążeniem…
– zatyczki do uszu (może kupiliśmy zły model, ale zachwalane przez wszystkich podróżników, nam nie przydały się ani razu)
– pianka do włosów i lakier (wiele razy ambitnie zakładałam, że będę dbać o swój wygląd. Zazwyczaj nie użyłam ani razu. Oba kosmetyki występują tylko w dużych opakowaniach.)
– kosmetyki do makijażu (podróże i elegancki wygląd nigdy nie idą w parze… może to też kwestia tego, że nie maluję się na co dzień. Jeżeli decydujesz się wziąć podstawowy zestaw ze sobą, pamiętaj też o płynie do demakijażu!)
– woda termalna w aerozolu (prezent od kochanej mamusi – miała być odrobiną luksusu na egzotycznych plażach, okazała się zbędnym bagażem. Poleciała z nami na Seszele i przejechała pół Azji. Nie użyłam jej ani razu.)
– rozdzielacz USB (odnoszę wrażenie, że nie używamy go nawet w Polsce, a nie wiedzieć czemu zawsze ląduje na dnie plecaka)
– notatnik (brzmi romantycznie, ale mamy XXI wiek i prawda jest taka, że łatwiej i szybciej coś zapisać w telefonie albo na komputerze. Wtedy też prawdopodobieństwo, że ważny zapisek zgubimy maleje, a zwiększa się szansa na odciążenie bagażu)



Podróżowanie w praktyce, czyli zaglądamy do portfela

Grudzień 23rd, 2013

Niedługo miną 3 miesiące od kiedy wyjechaliśmy w Polski. Choć to nie pierwsza nasza podróż, nigdy jeszcze nie podróżowaliśmy tak długo. Ale nie tylko długość pobytu sprawia, że wyjazd ten jest inny niż wszystkie dotychczasowe.

Każdy nasz wyjazd poprzedzały miesiące planowania. Jeszcze przed wyjściem z domu ustalaliśmy optymalną trasę podróży, sprawdzaliśmy koszty połączeń, ceny noclegów i posiłków. Jadąc do teoretycznie nieznanego kraju dokładnie wiedzieliśmy ile na co wydamy i na jakie dodatkowe atrakcje będzie nas stać. Jeśli na miejscu modyfikowaliśmy plan – wiedzieliśmy jak zmiany wpłyną na nasz szczegółowo zaplanowany budżet.

Tym razem miało być inaczej. Przede wszystkim – nie wiedzieliśmy jak długo potrwa nasza podróż. Nie wiedzieliśmy ile i jakie miejsca przyjdzie nam zobaczyć. Od samego początku plan podróży musiał być z gumy. Mimo to, odpukać, póki co udaje nam się nieźle pilnować budżetu.

Wciąż jesteśmy na Langkawi. Słońce, plaża – sielanka, na przykładzie której możemy opowiedzieć jak to jest z naszym planowaniem wydatków. Przejdźmy więc do konkretów:

Obecnie nasz dzienny limit wydatków na dwie osoby to 110 złotych. W Kambodży był niższy, w Hong Kongu wyższy – zależy przede wszystkim od ceny noclegów i jedzenia. Limit nie oznacza oczywiście, że nie możemy wydać więcej. Możemy, ale wówczas staramy się wyrównać bilans następnego dnia.
Na sumkę tę składają się 3 wartości: cena noclegu, cena wyżywienia i cena atrakcji. Przez ostatnie kilka dni na noclegi wydajemy 30 zł, na wyżywienie podobnie – łatwo wyliczyć, że na atrakcje zostaje około 50 zł dziennie. Jakie atrakcje można otrzymać za 50 zł? Dwa piwa w barze kosztują złotych 12, wycieczka na okoliczne wyspy – 30 za osobę, podobnie bilet wstępu do akwarium. Jeśli więc nie wydamy pieniędzy na bzdury – stać nas na „coś fajnego” raz na dwa dni. Na szczęście – za słońce, ocean i plaże nie trzeba płacić, dlatego na pozostały czas również nie możemy narzekać.
Sprawa trochę się komplikuje, gdy postanawiamy się przemieszczać. Bilet na prom czy autobus to koszt w wysokości około 40-60 zł. Cóż – w pewnym sensie również jest to urozmaicenie…

„110 zł… Kupa kasy!” – można by pomyśleć. Cóż, wbrew pozorom w Warszawie wydaje się przecież podobne, jeśli nie większe sumy. Po pierwsze – w domu miejsce do spania też wbrew pozorom kosztuje. Szczęśliwi ci, którzy M3 mają na własność! Tym, którzy przez najbliższe kilkanaście lat będą spłacać kredyt nie musimy nawet przypominać, ile kosztuje ich ta „przyjemność” co miesiąc. A jeżeli ktoś wynajmuje lokum za – powiedzmy – 1500 zł miesięcznie? W tej cenie w Warszawie można mieć już całkiem sensowną kawalerkę albo nawet dwa małe pokoje. Rzadko kiedy myśli się o tym, że za wynajem takiego mieszkania płaci się 50 zł dziennie przez cały 30-dniowy miesiąc.

Pracując przez jakiś czas w sieciówce knajp z azjatyckim żarciem na telefon miałam okazję uśrednić sobie cenę obiadu dla dwóch osób z dostawą do domu. Wychodziło kolejne 50 zł plus napoje. Oczywiście nie codziennie trzeba zamawiać obiad z dowozem! Ale gdyby tak sumiennie zapisywać każdą złotówkę wydaną w supermarkecie, kiosku pod pracą i McDonaldsie okaże się, że nawet starając się jeść ekonomicznie nadal nie można jeść za darmo.

Do tych dwóch podstawowych wydatków, czyli spania i jedzenia dochodzi cały wachlarz wszelkiego rodzaju przyjemności – bilet na mecz (15 zł), do kina (tyleż samo + popcorn dla łasuchów), gazety (kilka złotych każda), kolacja w restauracji (kilkadziesiąt złotych kilka razy w miesiącu), piwo w barze (8 zł jeżeli nieopatrznie nie wejdziemy do drogiego miejsca), taksówka (30 zł po spotkaniach towarzyskich przeciągających się do późnych godzin nocnych), jakaś nowa bluzka czy buty (sky is the limit). Wstyd się przyznać, ale nie raz zdarzyło nam się zostawić okrągłą sumkę 110 zł w naszym ulubionym barze w ciągu jednego, długiego wieczora.

Postawmy sprawę jasno – budżet, o którym tu piszemy to raczej luźne i swobodne życie w stolicy, wiemy doskonale że jeżeli jest taka potrzeba to można żyć za o wiele mniejsze pieniądze. Chodzi nam o to, żeby pokazać, że nasze aktualne życie na końcu świata to wcale nie jest wydatek, na jaki mało kto może sobie pozwolić. Tak naprawdę największą barierą i przeszkodą jest bilet lotniczy, bo do Bangkoku będącego najtańszym kierunkiem w południowo-wschodniej Azji trudno będzie dolecieć za mniej niż 1500 zł, a i tej ceny należy szukać raczej w zakładce „Super promocje”.

Jeśli już jednak dotrzemy na miejsce i potrafimy powstrzymać się od kupowania ton bardzo tanich i bardzo niepotrzebnych „pamiątek” (w rodzaju Wydry, której zdjęcie wrzuciliśmy w poprzedniej notce) – azjatycki pobyt może kosztować nas sporo mniej niż życie w ojczyźnie.

Nie do przecenienia są też inne formy zmniejszania wydatków, zwłaszcza Couchsurfing, z którego staramy się korzystać w mniej turystycznych miejscach. „Surfowanie po kanapach” czyli idea udostępniania podróżnikom miejsc we własnym domu strasznie nam się podoba – od dawna przyjmujemy turystów u siebie, ciesząc się że możemy pomóc ludziom z całego świata. Teraz mamy okazję zasmakować tego z drugiej poznając ludzi z zupełnie innych kultur i… sporo oszczędzając (4 noce spędzone u Couchsurfera w Hong Kongu nawet w kiepskim hostelu kosztowałyby nas 600 złotych!).


Ale koniec o finansach!

Chociaż w Malezji bardzo trudno to zauważyć – Święta Bożego Narodzenia zbliżają się wielkimi krokami. Z tej okazji chcieliśmy życzyć Wam wszystkim dużo zdrowia, szczęścia, satysfakcji ze wszystkiego co robicie i… podróży! Według nas w podróżowaniu najważniejsze jest to, że każdego dnia uczymy się nowych rzeczy i dowiadywać czegoś nowego o otaczającym nas świecie. Ale podróże tak naprawdę siedzą w naszej głowie, a nie na pokładach samolotów kursujących na długie dystanse ani między hostelowymi łóżkami. Dlatego jesteśmy przekonani, że można naprawdę podróżować nawet siedząc w domu, jeżeli tylko jesteśmy wystarczająco otwarci, żeby poznać, polubić, a nawet pokochać to, co przynosi nam zaskakujące życie. Oraz że najważniejsze jest optymistyczne zerkanie w przyszłość, a nie uparte wpatrywanie się w przeszłość.