Posty otagowane jako ‘Podróże’

Pakowanie ekstremalne – co zabrać w dłuuugą podróż

Sierpień 16th, 2014

Na każdym portalu i blogu podróżniczym raz na jakiś czas pojawia się artykuł z cyklu „Jak spakować się w bagaż podręczny”. Najczęściej dotyczy on krótkich wyjazdów tanimi liniami (gdzie za bagaż główny płaci się dodatkowo) – weekendu w Holandii czy kilku dni w Barcelonie. Dużo rzadziej pisze się o tym, że umiejętne pakowanie przydaje się nie tylko w trakcie tych najkrótszych wypadów, a przede wszystkim podczas tych dłuższych. Wyprawa na koniec świata to nie niedzielna przejażdżka do teściów ani wczasy nad polskim morzem – nie mamy do dyspozycji całego bagażnika. Teoretycznie można spakować się w wielki, ważący 25 kg plecak turystyczny, ale po kilku wyprawach albo kilku tygodniach w trasie każdy dotrze do punktu, w którym swój plecak przeklina wszystkimi niedozwolonymi do zacytowania słowami. Są dwie opcje: można cały bagaż w pewnym momencie porzucić w śmierdzącym hoteliku (nie polecam), albo – następnym razem – spakować się bardziej oszczędnie. I oto przedstawiam wam pierwszy w sieci poradnik „jak spakować się w bagaż podręczny na półtora miesiąca?”

Jeżeli w ostatnio zdaniu coś było żartem, to określenie tego tekstu „poradnikiem”. Lata praktyki w pakowaniu nauczyły mnie przede wszystkim, że każdy potrzebuje wziąć ze sobą coś innego, dlatego nie można napisać poradnika mówiącego jasno co brać, a czego nie. Chciałabym jednak podzielić się kilkoma wskazówkami, których wcześniejszą nieznajomość przypłaciłam dużym dyskomfortem albo nieplanowanym rajdem po sklepach. I nie mam tu na myśli wycieczki do Izraela, kiedy jadąc nad morze nie wzięłam kostiumu kąpielowego…

UBRANIA:
Przede wszystkim zaplanuj, jak często będziesz robić pranie. Maksymalna długość wyjazdu bez prania to według mnie tydzień, chociaż i w takim przypadku jedno pranie po czterech dniach zmniejsza nasz bagaż o połowę – czyż nie warto? Optymalna częstotliwość prania to 4-7 dni, co oznacza tyleż właśnie kompletów bielizny i koszulek. Co szalenie istotne, decyzję o ilości ubrań należy podjąć przez wyjazdem wspólnie ze wszystkimi współpodróżnikami. Jeżeli chcemy robić pranie co 6 dni, a jedna osoba weźmie o jeden komplet ubrań więcej, oznacza to nic więcej, jak niepotrzebny nadbagaż, bo i tak trzeba będzie robić pranie kiedy pozostali nie będą mieli już w czym chodzić.

Zawartość plecakowej „szafy” należy dokładnie dopasować do miejsca, w które jedziemy. Jeżeli jedziemy gdzieś po raz pierwszy, będzie to oczywiście mniej oczywiste i trudniejsze. Dlatego też moje pakowanie się na Sulawesi i Lombok będzie tak efektowne – znam klimat Indonezji i wiem, czego dokładnie będę potrzebować.

– Nie bierz pidżamy. Zawsze i wszędzie można spać w bieliźnie i koszulce.
– Rada dla pań: weź sportowy stanik bez fiszbin. Docenisz jego komfort podczas wszystkich lotów samolotem, długich przesiadek, nocnych przejazdów autobusem albo pociągiem, wspinaczek górskich i długich trekkingów.
– Przemyśl, co będziesz nosić ze sobą na co dzień podczas zwiedzania. Torba? Torebka? Plecak? Torba na aparat? Weź jedną rzecz, która na dodatek będzie pasować Ci do wszystkich ubrań. Podróżowanie to nie pokaz mody. Ja zawsze staram się, żeby moja codzienna torba nie była.. za duża. Kusi to do wypakowania jej po brzegi, a wtedy już po kilku godzinach zaczynają boleć mnie plecy i jedyne o czym myślę, to powrót do hotelu.
– Buty to kwestia sporna. Obydwoje z Łukaszem jesteśmy wielkimi fanami sandałów Source, które chyba faktycznie są niezniszczalne. Można się w nich kąpać pod prysznicem (nie trzeba brać dodatkowych japonek!), przechodzić przez strumyki górskie, zakopywać się po kostki w piachu, a nawet pływać w oceanie. Takie porządne buty zastąpią kilka innych par i jeżeli jedziemy w upalne rejony, jestem zwolenniczką zabierania tyko jednej pary.
– Jeżeli czekają nas jakieś specjalne atrakcje wymagające odpowiedniego ubioru warto zastanowić się, jak rozwiązać ten problem. Jadąc w długą podróż prędzej czy później nadarzy się pewnie okazja, kiedy wypadałoby ubrać się elegancko. My musieliśmy poradzić sobie z oficjalnym strojem dla Łukasza do indonezyjskiej ambasady w Kuala Lumpur (wymagane są długie spodnie i zakryte buty) oraz eleganckim przyjęciem dzień po przyjeździe do Dżakarty. Nie ma jednak co panikować – w każdym większym mieście na całym świecie znajdziemy dzisiaj H&M albo Zarę. Niespodziewanych zakupów nie wolno się bać, bo po pierwsze są nieuniknione, a po drugie są miłą nagrodą dla ego po kilku miesiącach chodzenia w tych samych ciuchach…
– Pamiętaj, że ubrania, które pakujesz, muszą być super wygodne i musisz je bardzo lubić. Będziesz w nich chodzić codziennie! Weź pod uwagę, że po tak intensywnej eksploatacji prawdopodobnie będą w tak tragicznym stanie, że nie będziesz chcieć nawet wieźć ich z powrotem do Polski… Jeżeli więc lubisz je tak bardzo, że nie chcesz się z nimi niedługo rozstawać, lepiej wybierz coś innego.

KOSMETYKI
Nie chcę wiedzieć, ile walizek kosmetyków zabiera ze sobą zawsze Kasia Tusk, ale ja opracowałam wreszcie zestaw minimum.

– krem z filtrem UV (tak, tak, tak! Najważniejszym kosmetykiem w Twoim bagażu jest krem z filtrem, a nie szczoteczka do zębów i szampon! Nasze blade, polskie lica są nieprzyzwyczajone do takich niespodziewanych dawek słońca. A nic nie zepsuje wakacji bardziej, niż piekące, czerwone plecy! Lepiej przywieźć dużą butelkę ze sobą – w większości krajów, które odwiedziliśmy kremy do opalania były bardzo drogie. Faktor 30 to według mnie absolutne minimum. Proszę się nie martwić – i tak się opalicie! Taki krem nakładam na twarz rano i wieczorem zamiast zwykłego kremu nawilżającego, dzięki czemu oszczędzam miejsce w kosmetyczce na zbędnych tubkach)
– szczoteczka do zębów (pastę biorę tylko, kiedy jadę gdzieś sama. Śpiąc u znajomych albo podróżując w grupie zawsze korzystam z czyjejś. Spójrzmy prawie w oczy – pastę do zębów ma ze sobą każdy)
– szampon i żel pod prysznic (jeżeli plecak się nie domyka, wyrzuć żel. Szampon sprawdza się zarówno do mycia włosów, jak i reszty ciała)
– jednorazowa maszynka do golenia (to jedna z tych rzeczy, których zawsze zapominam! A po kilku dniach skradam się po cichu w okularach słonecznych i kapeluszu z wielkim rondem do najbliższego kiosku przyciskając mocno ręce do tułowia, żeby poskromić dżunglę, która w międzyczasie tam wyrosła)
– spray lub krem przeciwko komarom (koniecznie trzeba mieć, warto jednak zaopatrzyć się w niego na miejscu. Miejscowe komary często bardziej uciekają od lokalnych specyfików, poza tym często są sporo tańsze niż w Polsce)
– dezodorant
– obcinacz do paznokci (paznokcie, podobnie jak włosy, nie przestają rosnąć, kiedy wyjeżdżamy z domu) i pilniczek
– pumeks (mała rzecz, a zapewni nam mnóstwo komfortu)
– patyczki do uszu (weź ich 15, niezależnie od długości wyjazdu. Nie masz pojęcia, do czego mogą Ci się przydać)
– akcesoria do włosów (odpuść suszarkę i prostownicę, jeżeli jedziesz w tropiki, serio. Z perspektywy polskiej zimy trudno sobie to wyobrazić, ale uwierz mi, że w 30-stopniowym upale nie będzie ci się chciało wcierać we włosy żadnych klejących mazideł. Warto natomiast pamiętać o spinkach, opaskach i gumkach do włosów! To kolejna rzecz, której zawsze zapominam i potem zwożę do Polski brzydkie, kupione w potrzebie spinki z Gruzji, klamerki z Indonezji i opaski z Tajlandii… Zastanów się, czego potrzebujesz na co dzień i broń boże tego nie zapomnij!)
– żel antybakteryjny (wynalazek XXI wieku, który pozwoli Ci zjeść obiad rękami nawet, jeżeli nie masz szansy umyć ich po całym dniu zwiedzania)
– wilgotne chusteczki (mogą być z niemowlakiem na zdjęciu, ale zapewniam, że będę ich używała osobiście. Odświeżą twarz i dłonie w kiepskich warunkach, a w fatalnych posłużą za instant-prysznic)
– szczoteczka do butów (brzmi jak produkt pierwszej potrzeby dla angielskiego dżentelmena, prawda? Wyobraź sobie jak będzie wyglądała moje jedyna para sandałów po kilku dniach noszenia non-stop. A po kilku tygodniach? Jeżeli nie wezmę szczotki do umycia butów, to szybko będę musiała gdzieś ją kupić!)

SPRZĘT ELEKTRONICZNY
Jak to dobrze, że żyjemy w XXI wieku! Komputer i telefon zapewnią nam spokojnie centrum wszelakiej rozrywki – możemy obejrzeć film nudząc się w pociągu, posłuchać muzyki, przejrzeć przewodnik, poczytać książkę, a nawet napisać notkę na bloga!

– komputer + ładowarka
– telefon + ładowarka
– Kindle + ładowarka
– Power bank + ładowarka (to moje najnowsze azjatyckie odkrycie. Małe urządzenie wielkości zbliżonej do smartfona, które połączone z naszą komórką ładuje baterię. Starcza na 2-3 razy zanim się rozładuje i naprawdę może uratować życie, kiedy gubimy się z automapą w wioskach gdzieś na końcu świata)
– aparat (temat robi się nagle bardziej skomplikowany, więc Łukasz napisze o pakowaniu sprzętu fotograficznego innym razem) + ładowarka i zapasowa bateria

DROBIAZGI
Niewielkie rzeczy, które dopełniają użyteczności naszego bagażu.
– krople do oczu (to drobiazg, który ratuje życie. Pomagają wypłukać słoną wodę z oczu po kąpielach w oceanie, przydają się w bardzo wietrznych miejscach, kiedy wysuszone oczy strasznie pieką oraz – indonezyjski hit – świetnie radzą sobie z piaskiem i pyłem w oczach, który gromadzi się po jeździe na skuterze zakurzonymi drogami. Naprawdę warto wrzucić krople do plecaka!)
– pęsetka (tak jak pisałam, paznokcie i włosy rosną nawet podczas podróży, zwłaszcza tych długich. Panie, które regulują sobie brwi będą mocno zniesmaczone swoim wyglądem po kilku tygodniach, jeżeli nie wrzucą pęsetki do swojej kosmetyczki)
– maseczka na twarz (nie mam tu na myśli maseczki nawilżającej ani peel-off, tylko kawałek materiału, którym możemy zasłonić usta i nos. Przydaje się przede wszystkim na drogach, a czasem też podczas wycieczek na pustynie albo wulkany. Chrońmy płuca, ponoć smog w azjatyckich metropoliach jest bardziej szkodliwy, niż palenie papierosów… Jednorazowa maseczkę, która uratuje nas w pierwszej niespodziewanej sytuacji można kupić w każdej polskiej aptece za kilkanaście groszy)
– wyciemniająca nakładka na oczy (cud technologii! Niewiarygodnie zwiększa komfort snu wszędzie, gdzie przeszkadza nam choć trochę światła. Uwielbiam używać jej w autobusach nocnych, bo pozwala przespać mi cała noc bez jednego przebudzenia, a ostatnio okazała się bardzo przydatna, bo couchsurferka u której spałam poinformowała mnie, że w domu są duchy, więc będziemy spać przy zapalonym świetle…)
– błyszczyk do ust (najzwyklejsza pomadka ochronna przyda się i zimą i latem. Słońce, mróz czy wiatr bywają bezlitosne)
– długopis (wypełnianie kart imigracyjnych na granicy, narysowanie mapy na serwetce i gra w statki to te momenty, kiedy przyda Ci się zwykły, jednorazowy długopis)

CZARNA LISTA
Czyli pomysły, które miały zracjonalizować podróżowanie, a były tylko niepotrzebnym obciążeniem…
– zatyczki do uszu (może kupiliśmy zły model, ale zachwalane przez wszystkich podróżników, nam nie przydały się ani razu)
– pianka do włosów i lakier (wiele razy ambitnie zakładałam, że będę dbać o swój wygląd. Zazwyczaj nie użyłam ani razu. Oba kosmetyki występują tylko w dużych opakowaniach.)
– kosmetyki do makijażu (podróże i elegancki wygląd nigdy nie idą w parze… może to też kwestia tego, że nie maluję się na co dzień. Jeżeli decydujesz się wziąć podstawowy zestaw ze sobą, pamiętaj też o płynie do demakijażu!)
– woda termalna w aerozolu (prezent od kochanej mamusi – miała być odrobiną luksusu na egzotycznych plażach, okazała się zbędnym bagażem. Poleciała z nami na Seszele i przejechała pół Azji. Nie użyłam jej ani razu.)
– rozdzielacz USB (odnoszę wrażenie, że nie używamy go nawet w Polsce, a nie wiedzieć czemu zawsze ląduje na dnie plecaka)
– notatnik (brzmi romantycznie, ale mamy XXI wiek i prawda jest taka, że łatwiej i szybciej coś zapisać w telefonie albo na komputerze. Wtedy też prawdopodobieństwo, że ważny zapisek zgubimy maleje, a zwiększa się szansa na odciążenie bagażu)



Bali – w pogoni za marzeniami

Lipiec 21st, 2014

Dziś będzie inaczej. Dłużej, ale i ogólniej. O podróżach i tym co sprawia, że wstajemy od telewizora i lecimy na drugi koniec świata. O marzeniach i pogodni za ideałem.
W trakcie naszych wojaży poznaliśmy dziesiątki podobnych nam turystów, podróżników i backpackerów. Iran, Chiny, Kambodża, Indonezja – niemal wszyscy podróżują szukając tego samego: Prawdziwych, autentycznych doświadczeń. My także. Problem jednak w tym, że z czasem zdajemy sobie sprawę, że poszukiwanie ich jest najczęściej pogonią za własnymi wyobrażeniami o danym miejscu. Wyobrażeniami, które nie raz nijak się mają do rzeczywistości. Nic dziwnego – powstają w oparciu o źródła, które powstają nie by informować, a by sprzedawać wykreowany wcześniej obraz: Foldery reklamowe, piękne zdjęcia, filmy i artykuły w popularnej prasie.

Bywa też tak, że piękna, tworzona przez dziesiątki lat wizja przyćmiewa rzeczywistość i zaczyna żyć własnym życiem. Tak jest z naszym europejskim wyobrażeniem o orientalnych, egzotycznych Chinach, które nijak ma się do faktycznego wyglądu Chin. Tak jest podobno ze Stanami Zjednoczonymi, które według Wojciecha Orlińskiego zwyczajnie nie istnieją. Tak jest też z najbardziej znaną i ulubioną przez turystów wyspą Indonezji – legendarną Bali.

Jeszcze 100 lat temu Bali nikomu nie kojarzyła się z „rajską wyspą”. Holendrzy pisali o Balijczykach jako ludziach perfidnych, nieufnych i leniwych, nieszczególnie zachwycali się też przyrodą wyspy. Symbolem Bali nie były palmy i plaże, a malajski sztylet – kris. Do XIX wieku wyspa znana była też z niewolników: pięknych, popularnych zwłaszcza wśród chińskich klientów kobiet, oraz wojowniczych mężczyzn. Ostoja hinduizmu na muzułmańskim archipelagu zadziwiała, ale i przerażała niezrozumiałymi tradycjami z Satie – „paleniem wdów” na czele. Kolejne bunty budowały zupełnie inny od dzisiejszego obraz wyspy. Bali kojarzyło się z wojną.
Charakterystyki Bali, czy nawet najmniejszej wzmianki o wyspie nie znajdziemy w indonezyjskiej relacji Henryka Sienkiewicza z 1882 roku. W wydanej w 1914 roku książce czytamy, że „ze wszystkich wysp najwspanialsza jest Jawa. Nazywają ją też „królową wysp”.

W podobnym tonie wypowiadał się mieszkający parę lat w Bogor prof. Raciborski w licznych wywiadach publikowanych w 1901 roku.

Pierwsze wzmianki o Bali jako spokojnym miejscu pojawiają się dopiero w XX wieku. Wzmianki, które szybko zmieniają się w lawinę informacji.

W 1921 roku powstaje pierwszy amerykański film o wyspie – „Nieznana Bali”. Kilka lat później w światowej prasie zaczyna roić się od artykułów opisujących Zapomniany, Cudowny Raj. Nie inaczej jest w Polsce. W 1925 roku w polskiej prasie przeczytać możemy artykuły o „Ziemskim raju” i „Uroczym zakątku świata”.

Artykuł z Gazety Bydgoskiej z 15 listopada 1925Artykuł z Gazety Bydgoskiej z 15 listopada 1925

Artykuł z Gazety Bydgoskiej z 15 listopada 1925

Artykuł z majowego wydania magazynu Katolik w 1925 rokuArtykuł z majowego wydania magazynu Katolik w 1925 roku

Artykuł z majowego wydania magazynu Katolik w 1925 roku

 

Niedługo później powstają kolejne amerykańskie filmy „niby dokumentalne”, których fabuła opiera się na prezentowaniu półnagich „dzikich kobiet”. „Bali – Wyspiarski Raj”, „Legong: Taniec Dziewic”, „Goona Goona – autentyczny melodramat z wyspy Bali” i „Rajska Wyspa” będące na dobrą sprawę prymitywnymi erotykami dołożyły swój kamyczek do kształtującego się wizerunku wyspy.

"Zobacz Balinezyjskie Piękności w CAŁEJ ICH KRASIE" 
"Dziewice Bali"
"Pieszczone gwiazdami ciała na wyspie lotosu ZAPOMNIANEGO RAJU!""Zobacz Balinezyjskie Piękności w CAŁEJ ICH KRASIE"
"Dziewice Bali"
"Pieszczone gwiazdami ciała na wyspie lotosu ZAPOMNIANEGO RAJU!"

"Zobacz Balinezyjskie Piękności w CAŁEJ ICH KRASIE"
"Dziewice Bali"
"Pieszczone gwiazdami ciała na wyspie lotosu ZAPOMNIANEGO RAJU!"

Prawdziwe, naprawdę kręcone na Bali. Miejscowe zwyczaje, miejscowa muzyka, miejscowa obsada.Prawdziwe, naprawdę kręcone na Bali. Miejscowe zwyczaje, miejscowa muzyka, miejscowa obsada.

Prawdziwe, naprawdę kręcone na Bali. Miejscowe zwyczaje, miejscowa muzyka, miejscowa obsada.

 

W 1927 roku w Denpasar powstaje pierwszy hotel i na wyspę przypływają pierwsi turyści. Wtedy też na Bali osiedla się niemiecki malarz, późniejszy wielki propagator balijskiej kultury Walter Spies. Fama o pięknej, przyjaznej artystom (i, co nie bez znaczenia, homoseksualistom) wyspie zatacza coraz szersze kręgi. Na Bali ściąga bohema – kolejni artyści, kompozytorzy, malarze i pisarze.
W 1933 roku w książce „Bali – Zaczarowana wyspa” Helena Yates pisze o „zapomnianej średniowiecznej wspólnocie, gdzie brązowoskóre piękności przechadzają się w stroju Ewy, nikt się nie śpieszy i wszyscy żyją w pokoju.” (Szczytem „rajskich porównań jest slogan jednego ze wspomnianych wyżej filmów: „W tym raju jest mnóstwo Ew!”)

Wyspa zaczęła się zmieniać – stawać się taką, jaką chcieli ją widzieć przybysze. Najjaskrawszym tego przykładem jest dzisiejszy symbol Bali – Kecak, czyli „Ramajana – Pieśń Małp”.

„To jest to! To jest to fascynujące Bali, to jest ta Indonezja, którą sobie wyobrażaliśmy” czytamy w relacji z pokazu „Kecak Dance” na jednym z blogów. „Duchowy cel tego tańca – kontakt z bogami w celu zrozumienia ich oczekiwań wobec ludzi – jednoznacznie świadczy o jego randze (…) Po uprzednim oczyszczeniu świętą wodą przez kapłana i zapaleniu ognia, mężczyźni wchodzą w trans. Odbywa się to dzięki głębokim oddechom, śpiewaniu mantr oraz ciągle wymawianemu słowu keczak” pisze serwis ezoter.pl. Po chwili jednak dodaje, że taniec wykonywany jest „w różnych obszarach wyspy od 80 lat”…
Nie od dwustu, nie od pięciuset. Od 80 – czyli od lat trzydziestych XX wieku. To właśnie wtedy wspomniany wcześniej Walter Spies i balijski tancerz Wayan Limbak wykorzystali elementy starożytnego tańca sanghyang do adaptacji fragmentów Ramajany. Kecak powstał z myślą o turystach i z myślą o turystach został rozpropagowany wśród zespołów tanecznych na wyspie. Szybko stał się wizytówką Bali. Wizja stała się rzeczywistością: dziś Kecak jest elementem Indonezji, którą wyobrażają sobie turyści.
Na poniższej kronice filmowej z 1932 roku, oprócz przechadzających się toples balijek można obejrzeć pierwsze nagranie Kecaku (około 4:50):


W roku 1938 dodatek dziecięcy Ilustrowanego Kuriera Codziennego zamieścił kolejny opis Bali:
„Zakątek, którego cywilizacja poszła innymi drogami i doprowadziła do innych zdobyczy, jest to zakątek w którym nie ma chorób, nie ma bezrobocia, nie ma niepogody. (…) Na wyspie Bali wszyscy pracują, lecz nie ma między nimi żadnych kłótni, żadnych problemów. Pieniądze istnieją, lecz nikt nie walczy o bogactwo. Każdy zadowala się zaspokojeniem swoich potrzeb, i uczuć i niewielką sumą pieniędzy. Żebractwo tam nie istnieje. Wszyscy wiedzą, że spokój, miłość i piękno są ważniejsze od pieniędzy. I nic nie zmąci prawdziwej społeczności tych ludzi: jeśli plon sąsiada dojrzał do żniwa, wszyscy sąsiedzi dobrowolnie pomagają mu w pracy. Tak rozumieją społeczność.”
Proces tworzenia legendy Bali trwał dobre kilkadziesiąt lat. Wyidealizowany obraz wyspy wciąż budowały kolejne powieści (m.in. wydana w 1937 roku „Miłość i śmierć na wyspie Bali” Vicki Baum) i filmy („Miesiąc miodowy na Bali” z 1939).

Nowośći ksiażkowe 1938.Nowośći ksiażkowe 1938.

Nowośći ksiażkowe 1938.

 

To zadziwiające, że procesu nie powstrzymały nawet takie wydarzenia jak trauma wojny światowej (Japończycy utworzyli w Denpasarze jeden z okrytych przerażąjącą sławą obozów „kobiet do towarzystwa”) czy krwawe rozrachunki z Komunistyczną Partią Indonezji (w 1966 roku na Bali zamordowano ponad 80000 sympatyków PKI, ponad 5% populacji!). Marketing trwał, Bali wciąż było rajem.

Za kolejnym kamień milowy można uznać głośny musical „Południowy Pacyfik”. Wystawiony na Broadwayu w 1949, a zekranizowany 9 lat później, nie budował dosłownego wizerunku realnej wyspy. Wprost na odwrót – w „Południowym Pacyfiku” prawdziwe Bali się nie pojawia. Pojawia się za to raj nad rajami, niedostępna dla śmiertelników utopia nazywana… Bali Hai. A wraz z rajem – szlagierowa, do dziś popularna piosenka.

Cóż, geograficzne niuanse nigdy nie były mocną stroną Hollywood: Akcja „Południowego Pacyfiku” ma miejsce gdzieś na wyspach Polinezji, a owa wyśniona wyspa miała wyglądać jak wyspy na Hawajach. Najważniejsze jednak, że nazwa Bali Hai utrwaliła proste skojarzenie: Bali = Raj. Przez kilkanaście dobrych lat piosenka w różnych wersjach pojawiała się w anglojęzycznych stacjach radiowych, telewizjach i w kolejnych wersjach musicalu.
Wyrastały na niej całe pokolenia, nawet dziś w USA zna ją niemal każdy, a Bali Hai użycza nazwy m.in. Indonezyjskiemu browarowi i znanemu na całym świecie koktajlowi na bazie rumu.


Szał na Bali i jego idealny obraz utrwalany przez kolejne filmy to jedno. Wciąż jednak na wyspę przybywali nieliczni. W latach sześćdziesiątych Na wyspie było zaledwie kilka hoteli, nie było lotniska, a cały ruch turystyczny obsługiwały dwa porty morskie. To miało dopiero przyjść. Najważniejsze, że w przeddzień boomu Bali znał już i kojarzył cały świat. Nawet małe dzieci.


W 1969 roku na południu wyspy otworzono pierwsze (i jedyne) na Bali lotnisko.
Tego roku na wyspę przybyło niecałe 30.000 turystów.
3 lata później rząd Indonezji zatwierdził plan rozwoju turystyki na wyspie. Plan, realizowany ze środków Funduszu Rozwoju ONZ i Banku Światowego oznaczał masowy rozwój infrastruktury turystycznej. Machina ruszyła, a wraz z nią -kolejne fale turystów.
O skali tego rozwoju najlepiej świadczy historia małej wioski rybackiej, Kuty, która w 1970 rok liczyła 9000 mieszkańców.
W 1972 roku (3 lata od otwarcia lotniska) do Kuty i jej dwóch hotelików przyjechało w sumie 6095 turystów. Dwa lata później – 18000. W 1980 roku było ich już ponad 60000, a zatrzymywali się w ponad 100 hotelach.
Kuta nie jest tu ewenementem. Boom, który zaczął się w wtedy trwa do dzisiaj, a w cyfry aż ciężko uwierzyć.

W tym roku Bali odwiedzi ponad 3.5 miliona zagranicznych turystów. Wśród nich – ponad 7000 osób z Polski (cztery razy tyle, co 10 lat temu). Jak wielka jest to ilość? Wystarczy porównać te cyfry z turystycznymi potęgami. Dziś na samym tylko Bali (wyspie wielkości województwa mazowieckiego) gości rocznie tyle turystów, co w 2004 przybyło do CAŁYCH wielkich jak Europa Indii. Tyle, co w 1998 roku odwiedziło CAŁY Egipt.

Chociaż tuż obok znajduje się piękny Lombok, chociaż nieopodal kusi Celebes, Flores, zupełnie pusty Belitung, maleńkie Gili i dziesiątki innych wysp – to Bali jest wciąż synonimem raju. To Bali budzi emocje i obiecuje egzotyczne, mistyczne doznania rodem z bestselera i kinowego hiciora „Jedz, módl się i kochaj”.
Bali wciąż jest piękne i interesujące. Ale czy piękniejsze i bardziej interesujące od setek innych wysp? Co jest „prawdziwsze”: wyćwiczony do perfekcji Kecak, czy może zaśmiecona rybacka wioska na Belitungu?



Podróżować jest bosko

Maj 2nd, 2014



Chcę jeszcze raz pojechać do Europy
lub jeszcze dalej, do Buenos Aires.
Więcej się można nauczyć podróżując.
Podróżować, podróżować jest bosko!




Moglibyśmy narzekać, że dzisiejszy dzień nie jest najlepszym w tym roku. Wszyscy nasi przyjaciele w Polsce cieszą się słonecznym, długim weekendem, rozpalają grille i wylegują się na działkach. A my dziś pracujemy – 1 maja jest w Indonezji dniem wolnym, kiedy świętuje się Dzień Pracy. Ale już dziś, 2 maja w piątek, pracujemy normalnie. Pewnie ma to związek z tym, że w maju czekają nas jeszcze 4 dni świąteczne 😉

Pomocne w otarciu łez okazało się dla nas ciekawe zestawienie, jakie znaleźliśmy dzisiaj w Internecie. 25 miast na świecie, które warto odwiedzić. Ilustrowane pięknymi zdjęciami daje natchnienie do pracy i wytrwałości w dążeniu do spełnienia marzeń. Dziś, wspólnie mamy na liście odhaczone już 8 miast (plus Ada dodatkowo Barcelonę, czyli 9). Planując kolejne wyprawy najbardziej ostrzymy zęby na Nowy Jork, Buenos Aires, Cape Town i Marrakesz.

A Wy, nasi Czytelnicy? Ile miast z tej (subiektywnie przez kogoś ułożonej) listy już odwiedziliście? Gdzie najbardziej chcieliście się wybrać? Może warto poświęcić kilka chwil tej leniwej majówki na sprawdzenie cen biletów lotniczych i zaplanowanie sobie super wakacji?

25 Miast, które powinieneś odwiedzić





Belitung – rodzący się raj

Kwiecień 23rd, 2014

Belitung to nazwa, która nawet znającym Azję Południowo-Wschodnią mówi tyle co nic. Próżno jej szukać w przewodnikach turystycznych czy na podróżniczych blogach. Jedyne, dość „suche” informacje znajdziemy na Wikipedii:

„Wyspa w Indonezji w prowincji Wyspy Bangka i Belitung.
Leży pomiędzy Sumatrą a Borneo; od północy oblewa ją Morze Południowochińskie; od południa Morze Jawajskie; od zachodu cieśnina Gaspar oddzielająca od wyspy Bangka; od wschodu cieśnina Karimata oddzielająca od Borneo. Otoczona przez 189 mniejszych wysp. Powierzchnia 4833 km²; pagórkowata (najwyższe wzniesienie Gunung Tajam 510 m n.p.m.); niegdyś cała porośnięta lasem równikowym, obecnie ponad 40% powierzchni zajmują plantacje palmy olejowej. Część powierzchni została zdewastowana wskutek eksploatacji złóż cyny. Piękne piaszczyste plaże.”


Brzmi średnio zachęcająco, prawda?

Dla turysty najważniejsze jednak, że wyspa leży raptem 450 kilometrów od Dżakarty. Dolecieć tam można w niecałą godzinę, a weekendowa podróż w obie strony to wydatek rzędu raptem 250 złotych („okazje” można znaleźć nawet za 160 zł).
Korzystając więc z dłuższego, czterodniowego weekendu daliśmy się porwać rekomendacji znajomego Francuza i wyruszyliśmy w, coby nie mówić, nieznane.

Witamy na Belitungu!

Witamy na Belitungu!

 

Okazało się, że Belitung to destynacja bardzo nietypowa. Wyspa pod każdym względem znajduje się „pośrodku niczego”. Przez ponad 100 lat była de facto jedną wielką kopalnią cyny. To właśnie tu zaczęła swoją działalność angielsko-australijska firma Billiton. Jej nazwa jest nieprzypadkowa – tak nazywano wyspę za czasów kolonizacji holenderskiej. Dziś Billiton to największa na świecie (zatrudniająca ponad 50 tysięcy ludzi) firma wydobywcza o kapitalizacji bliskiej 200 miliardów dolarów (!!!).
Na Belitungu firmy już nie ma. Zasoby cyny i kaolinu powoli się wyczerpują, kopalnie są zamykane. Dziewiczą niegdyś wyspę wypełniają plantacje rosnących w równych szeregach palm olejowych.

Wyspa zmieniła się na zawsze także pod względem ludności. Praca w górnictwie przyciągała znanych z pracowitości Chińczyków. Niedługo po otwarciu kopalni Billitonu migracja na wyspę była tak silna, że Chińczycy zaczęli stanowić niemal połowę stutysięcznej populacji. Nawet dziś – 60 lat po nacjonalizacji kopalni i latach antychińskiej polityki wewnętrznej ponad 10% mieszkańców ma Chińskie korzenie.
Na szczęście cyna, kaolin i palmy olejowe to nie jedyne zasoby wyspy. Dziś znacznie ważniejsze są walory przyrodnicze.

Dla turystyki Belitung został odkryty raptem kilka lat temu za sprawą niezwykle popularnego tu filmu „Tęczowe oddziały”. Dziejący się na wyspie obraz na tyle zauroczył widzów pięknymi widokami, że dopiero wtedy linie lotnicze zdecydowały się na regularne połączenia. Doprowadziło do turystycznego boomu, jeśli można tak powiedzieć o circa 300 osobach przylatujących tu „na weekend”.

Pomimo tych kilku lat rozwoju ciężko mówić, że wyspa gotowa jest na przyjmowanie rzesz turystów. Szczególnie – turystów zagranicznych. Nikt nie mówi tu po angielsku, nie ma zorganizowanego transportu, baza noclegowa ogranicza się do kilku bardzo drogich hoteli (powyżej 150 zł za noc), jednego tańszego hoteliku i bardzo wielu tanich „pokojów gościnnych”. Sęk jednak w tym, że bardzo ciężko o pokój z prysznicem: większość miejsc oferuje łazienkę z jednym tylko kranem służącym jednocześnie za źródło wody do mycia oraz spłukiwania toalety (typu „kucającego”). Nic przyjemnego.
Jak poruszać się po Belitungu gdy nie ma mowy o autobusach czy tanich taksówkach? Najprościej „za jeden uśmiech”. Stopa z lotniska do miasta złapaliśmy bez najmniejszego problemu (pierwszy mijający nas samochód zatrzymał się, ale jechał w inną stronę – drugi już nas zabrał).
Zaskoczyła nas za to bardzo mała ilość miejsc noclegowych. Przez kilkanaście minut spaceru po mieście nie znaleźliśmy choćby jednego „Home Stay”. Palące przedpołudniowe słońce sprawiało, że na ulicy nie było nawet kogo zapytać o drogę. W końcu spróbowaliśmy dość nietypowego manewru: Łukasz wszedł do jakiegoś biura/urzędu/posterunku i tam zapytał o najbliższy nocleg. Chociaż pracujący tam panowie nie mówili po angielsku – okazali się być bardzo pomocni. Po obowiązkowej sesji fotograficznej z kierownictwem (biali turyści nie trafiają się codziennie!) wykonali kilka telefonów po czym wsadzili nas na skutery i zawieźli do znajomych, którzy mieli wolny pokój.
Kolejnym (a może nawet pierwszym i najważniejszym) niezbędnym do przeżycia na Belitungu punktem programu jest wynajęcie skutera. 90% ruchu na wyspie odbywa się na jednośladach – nie ma więc co liczyć na to, że zawsze bez problemu złapie się stopa. Na szczęście wynajęcie maszyny to koszt raptem 15 złotych za dzień, a benzyna jest za półdarmo (litr za 1.5 zł). Znów z pomocą przyszli nam nowi znajomi – wykonali kilka telefonów i poinformowali, że niebawem zjawi się ktoś ze skuterem dla nas.

Najciekawszym elementem wszystkich zawartych przez nas transakcji było to, że wszystko odbywało się na przysłowiową „gębę”. Nikt nie prosił nas o dokumenty, nikt nie kazał płacić z góry, nie było mowy o kaucji. Przyjaźni, chętni do pomocy i pełni zaufania ludzie zachowują się zupełnie inaczej niż w miejscach, gdzie „dojenie turystów” jest podstawą gospodarki.

Plaże na Belitungu dorównują tym seszelskim. Biały, gładziutki piasek; turkusowa, spokojna woda, palmy, granitowe skały, a niedaleko brzegu – rafa koralowa. Raj. Raj z jednym tylko problemem: dopiero powstaje.

Fermy krewetek niedaleko Palau Kepayang.

Fermy krewetek niedaleko Palau Kepayang.

 

Co złego w rodzącym się raju? Wydawać by się mogło, że wprawieni w bojach podróżnicy szukają właśnie takich miejsc – nieznanych, nie odwiedzanych przez rzesze turystów. Że szukamy autentycznych doświadczeń, a nie turystycznego produktu.
Prawda, jak to najczęściej bywa, jest pośrodku. Belitung bez dwóch zdań jest autentyczny, ale nie w sposób, którego byśmy oczekiwali po „rajskiej wyspie”. Chociaż przyroda bardzo przypomina tą seszelską – z Seszelami póki co przegrywa. Czemu?

Większość plaż na Belitungu to plaże przy przystaniach rybackich. Nikt tu nie myśli o turystyce – ludzie zajęci są swoim życiem: łowią ryby, rzucają na plaże resztki plastikowych sieci i puste butelki, wokół ich motorówek widać unoszące się na wodzie plamy benzyny. Są bardzo mili, widząc białasa z daleka krzyczą i machają. Ale otoczenie miasta jest zwyczajnie brudne i zaśmiecone.

Plaża przy przystani.

Plaża przy przystani.

 

To, że znaleźć można również cudowne plaże to nie zasługa osławionego „autentyzmu” a właśnie rozwijającej się powoli turystyki: czyste są tylko te miejsca, przy których wybudowano restauracje lub resorty.
Plaże te położone są daleeeko na północnym wybrzeżu wyspy, około 30 km od miasteczka, w którym zamieszkaliśmy, i w którym jest większość hoteli. Na Seszelach sprawa miała się zupełnie inaczej – tam każda plaża była przygotowana na ewentualną wizytę zbłąkanego turysty. Czyściutkie były nie tylko miejsca najbliższe hoteli, ale i te położone najdalej, zupełnie na uboczu.
Mamy nadzieję, że z czasem będzie tu lepiej, chociaż oczywiście Belitung już teraz warto było odwiedzić.

Tyle filozofowania- jutro ciąg dalszy, tym razem garść informacji praktycznych.