Posty otagowane jako ‘plaża’

Po raz pierwszy za równikiem

Luty 7th, 2013

Gdzie są Seszele?
To pytanie słyszeliśmy dość często. Odpowiedź jest trudniejsza niż mogłoby się wydawać: najczęściej po początkowym „Na północ od Madagaskaru” musimy doprecyzować, że na wschód od Somalii i Kenii. Kiedy i ta odpowiedź nie wystarcza dodajemy – „Na prawo od Afryki, na Oceanie Indyjskim”.
Sam kraj też jest ciężki do opisania jednym zdaniem… ale może zaczniemy od początku.

Nie wszyscy chyba wiedzą, że w Polsce trwa wojna. Arabowie znad Zatoki Perskiej toczą bitwę o polskich pasażerów, walcząc jak najniższymi cenami połączeń lotniczych. Zaczęli ci z Qatar Airlines – jeszcze w zeszłym roku ogłosili trzydniową promocję i… kupili nas (chociaż chyba jednak to my kupiliśmy ich).
Zdecydowaliśmy się na nietypowy dla nas kierunek: Seszele. W zbiorowej świadomości kojarzą się z nie wiadomo jak drogimi hotelami i nie wiadomo jak wielkimi luksusami. Przed nabyciem biletów trochę jednak poczytaliśmy i kupując je byliśmy pewni, że nie będziemy się tu nudzić.

Pierwsze atrakcje czekały nas jeszcze… w powietrzu. Trochę już lataliśmy i tak jak ogólnie średnio nam pasuje atmosfera „tanich linii” tak najsłabiej wspominamy lot Aerosvitu z Dubaju do Kijowa. Samolot pełen podchmielonych Ukraińców w skórzanych kurtkach zapamiętaliśmy jako „mało komfortowy”. Zupełnie nie przewidywaliśmy, że ten „rekord” zostanie pobity w locie Qatar Airlines z Warszawy do Dohy. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że darmowy alkohol to fajna sprawa, a wyjazd w daleką podróż powodować może małą euforię. Są jednak pewne granice, których przekraczać nie należy. Nie należy np. chodzić po pokładzie w koszulce z wypisanym swoim imieniem i częstować wódeczką z wolnocłówki opowiadając o kłopotach wychowawczych współczesnej młodzieży i polityce. Panie Marku, nie należy i już!

Przesiadka w Dosze jak i kolejny lot był już na zupełnie innym poziomie. Cisza, spokój, dużo miejsca. Warto tu wspomnieć o pokładowych „rozrywkach”, jakie QA funduje pasażerom. 7 lat temu zachłysnąłem się nowoczesnością, kiedy na pokładzie British Airways zafundowano mi własny monitorek z kilkoma kanałami filmowymi do wyboru. Dziś technologia poszła „troszkę” do przodu. Każdy pasażer ma taki monitorek z kilkuset filmami, programami TV, grami… Wśród nich wiele filmów, które albo właśnie wchodzą do polskich kin, albo dopiero w nich będą, kandydaci do oskarów, klasyka itp itd. Bardzo fajna sprawa, chociaż cichy dźwięk sprawił, że rozkoszowaliśmy się głównie koreańską kinematografią (miały angielskie napisy, w odróżnieniu od amerykańskich filmów).

I w końcu – dolecieliśmy! Przywitał nas tropikalny mokry upał i szalenie pomocna obsługa na Międzynarodowym Lotnisku w Victorii, które wielkością i rozmachem przypominałoby lotnisko w Żurominie, gdyby takie istniało. Słońce miło łaskotało po twarzy, a woda parowała zewsząd – przez naszym przylotem musiało solidnie padać, na co wskazywały kałuże. Jak zawsze bez problemu dostaliśmy się do naszego hotelu korzystając z transportu publicznego, który wyjątkowo przypadł nam do gustu. Jeden przejazd kosztuje niewiele ponad złotówkę, autobusy jeżdżą często, a podróżowanie nimi jest absolutnie przyjazne nawet dla turysty.

Nie czekaliśmy zbyt długo na umoczenie dupki w oceanie 😉 Już oczekując na pokój udaliśmy się na skromną lecz jakże urokliwą plażę przy naszym hotelu, gdzie razem z naszymi kolegami Burkiem i Azorem sprawdzaliśmy czy woda nadaje się do dwutygodniowego plażowania.

Zmordowani podróżą ucięliśmy krótką drzemkę, a zaraz potem ruszyliśmy na południe, gdzie wedle przewodnika szukać powinno się rajskich plaż. Pierwszym przystankiem była plaża nad zatoką Boileau Lazar, gdzie podziwialiśmy pierwszy raz niespotykane granitowe skały. W połączeniu z aksamitnie wprost gładkim i białym piaskiem i lazurową wodą robią cudowne wrażenie. Po krótkiej pieszej wędrówce przez prawdziwą dżunglę dotarliśmy na Anse Takamaka – plażę porośniętą drzewami takamaka (po naszemu brzmi mniej egzotycznie: Gumiak), od których plaża wzięła nazwę. Tam Łukasza opętał męski instynkt przetrwania i gołymi rękoma (zaledwie przy pomocy kilkutonowych skał) rozłupał dla mnie kokosa znalezionego pod pobliską palmą. Trzeba przyznać, że ta naturalna i świeża przekąska (pozdrowienia dla Lipka!) była jedną z pyszniejszych rzeczy, jakie zdarzyło mi się jeść 🙂

Nawet pogorszenie się pogody nie zepsuło naszych nastrojów. Odkrywanie kolejnych rajskich plaż zostawiliśmy sobie na jutro. Dzisiejszy wieczór poświęciliśmy na planowanie kolejnych dni (zostajemy jeszcze jedną noc w tym hotelu, w którym jesteśmy teraz, a w sobotę rano jedziemy do Victorii na poranny targ lokalnych pyszności, spotkanie z naszą couch surferką i karnawał!) oraz sprawdzanie z uporem młodego odkrywcy czy to prawda, że po drugiej stronie równika woda spływając w kranie wiruje w drugą stronę. Jak sądzicie – prawda? 😉



Na plaży z Żyrinowskim

Styczeń 1st, 2013

Jaki pierwszy stycznia taki cały rok? Jeśli tak, to będzie to rok bardzo leniwy, spokojny, ale nawet w tym całym rozleniwieniu – zadziwiający.
W tytule poprzedniego wpisu wspomnieliśmy o Rosjanach. Cóż – jest ich tu (zarówno w Eilacie jak i w całym Izraelu) zatrzęsienie. O ile jednak w Tel Awiwie czy Jerozolimie po rosyjsku mówią Izraelczycy (Ostatnia z fal emigrantów, czyli Aliji, nazywana jest nawet Rosyjską), o tyle tu, nad morzem, mówimy o Rosjanach typu Sharm El-Sheik. Idąc ulicą co raz słyszy się rosyjskie słowa, większość witryn sklepów i knajp zachęca napisami cyrylicą. Wstyd też przyznać, ale łapiemy się na tym, że każdego turystę odruchowo traktujemy jak potencjalnego Rosjanina: nie mówiącego po angielsku, szastającego kasą itp. Na szczęście – jest tu też gro turystów zewsząd: od Europejczyków, przez Amerykanów na Azjatach kończąc.

W tak pięknych okolicznościach przyrody Ada i Łukasz postanowili obadać dziś plaże położone nieco dalej centrum miasta, bliżej granicy z Jordanią.

Faktycznie – było tu mniej ludzi, luźniej, Woda ciepła, test aparatu robiącego foty pod wodą zakończył się pełnym sukcesem. I tak w zasadzie nie byłoby sensu zawracać nikomu głowy relacją, gdyby nie to, że po jakimś czasie obok naszych ręczników wylądował dośc nietypowy gość.

Na dobrą sprawę nie zwrócilibyśmy na niego uwagi gdyby nie to, że kilkoro Rosjan po początkowym gapieniu się przystąpiło do działania – podchodzili, robili sobie fotki i… odbierali gadżety: koszulki, czapeczki, zdjęcia z literkami LDPR. W tym właśnie momencie zapaliła nam się lampka: Koleś faktycznie wygląda dość znajomo… Po chwili byliśmy już pewni – na leżaczku 3 metry od nas leżał nikt inny jak ruski Lepper – Wladimir Wolfowicz Eidelstein znany dziś jako Wladimir Żyrinowski 😉 Nie można było przegapić tej okazji: fotka z Żyrinowskim trafi do Galerii Ludzi Niekoniecznie-pozytywnie Zakręconych.

I weź tu człowieku planuj, że danego dnia nie napiszesz notki…

Żeby nie było, że cała notka o rosyjskim populiście: poniżej kolejna garść przemyśleń i spostrzeżeń:
– Bezpieczeństwo. Podróżując widzieliśmy już posterunki policji przy drogach, wojsko sprawdzające bagaże przy wejściach na dworce. Tu ochrona sprawdza każdego wchodzącego do centrum handlowego, prześwietla się wszystko i każdego. Żołnierz na dworcu w Jerozolimie sprawdzał nam paszporty nie tylko pod względem tożsamości, ale i stemple w paszporcie. Nie musze chyba mówić, która Wiza w paszporcie Ady szczególnie go zainteresowała… Tak jak szybko przyzwyczailiśmy się do widoku ludzi z bronią automatyczną, tak ciągle zadziwiają nas wojskowe śmigłowce „rekreacyjnie” przelatujące nad miastem. Mówiąc krótko: to jakiś zupełnie nowy poziom.
– Są dwa lokalne piwa: Makkabi i Goldstar. Ponadto kilka piw „na licencji”, przede wszystkim Tuborg i Heineken. Zdecydowanie najbardziej podchodzi nam czerwona odmiana tej duńskiej marki. Oczywiście na wszystkich widnieje odpowiedni certyfikat koszerności.
– Certyfikarty koszerności można też zobaczyć przy barze w każdej knajpie, za ladą w wiekszości barów. Ot papierek ze stemplem i podpisem odpowiedniego rabina.
– Prawie nigdzie nie słychać psytrance’u 🙁 Jeden sklep z t-shirtami przy plaży to dużo mniej niż można się było spodziewać. Może w Tel Awiwie jeszcze poszukamy.

Jutro ostatnie plażowanie w Ejlacie i powrót do Jerozolimy, bo za dwa dni zwiedzamy Yad Vashem.

PS Dla ciekawskich: Sylwestra spędziliśmy spokojnie. Najpierw delektowaliśmy się możliwością pogapienia się w telewizor i przez pół wieczoru wspominaliśmy lata 80-te i 90-te razem z VH1, a potem poszliśmy do wcześniej upatrzonej knajpki aby Nowy Rok przywitać w większym gronie. Jednak dopiero dzisiaj wyczytaliśmy w przewodniku, że pub Mike’s Place polecany jest jako… lokal dla 30-latków. Jak widać Łukasz trafił do swoich nawet bez przewodnika 😉