Posty otagowane jako ‘Nankin’

3 godziny w pociągu, czyli nadrabiamy zaległości

Październik 14th, 2013

Pędzimy przed siebie. Wszystko wskazuje na to, że nasza trasa po Chinach będzie krótsza niż pierwotnie zakładaliśmy, więc rozpoczęliśmy ekspresowe zwiedzanie, które charakteryzowało nasze wcześniejsze wyjazdy. Jeszcze wczoraj rano byliśmy w Nankinie, dziś rano w Yunmeng (maleńkim, 600 tysięcznym miasteczku 70 km od Wuhanu), a tą pisaną w pociągu notkę dodamy z Yichang. To chyba dobry moment, żeby podsumować dotychczasową podróż i napisać o kilku tematach, o których póki co nie wspominaliśmy, a wspomnienia są warte. Może być długo, ale to i tak tylko „pigułka wrażeń”.

W tłoku
Przed wyjazdem zastanawialiśmy się jak to jest z tym chińskim przeludnieniem. Jedna z naszych ulubionych map – ciekawostek, robi ogromne wrażenie, ale nie do końca wiedzieliśmy jak to zjawisko będzie wyglądać „na żywo”. W kółeczku poniżej żyje więcej ludzi, niż na całym obszarze na zewnątrz kółeczka:

Okazuje się, że to nic, czego byśmy nie znali. Wyobraźmy sobie centrum Warszawy i wejście do metra (albo na Centralny) w piątek o 17. Tak wygląda tłum. Teraz wyobraźmy sobie taki ruch, taki tłum, na dużo większym obszarze. Np: całego Śródmieścia. Tak wygląda centrum Szanghaju. Im dalej – tym tłum mniejszy.

Innymi słowy – przepychając się na cmentarzach 1 Listopada możemy się poczuć dokładnie tak samo, jak Chińczycy czują się każdego dnia (z tą różnicą, że oni serio się „przepychają” – raz do roku można wytrzymać w takim dzikim tłumie, ale mając to na codzień człowiek chce jak najszybciej mieć to za sobą – łokcie są wtedy jedynym sprzymierzeńcem).

Wszędzie daleko
Chiny są ogromne. Niby truizm, ale odruchowo myślimy schematami. Centymetr na mapce to nie 50, a 500 km. Czyli nie 40 minut, a 6 godzin podróży. Ogromne są też miasta, sieci metra to setki kilometrów.

Tanio i drogo
Ciężko porównywać nasze ceny do cen chińskich z dwóch powodów. Po pierwsze – Chiny są wielkości Europy więc tak jak w Europie ceny są zróżnicowane (chociaż może nie tak skrajnie jak między Norwegią, a Albanią). Po drugie – niektóre produkty są o wiele tańsze, inne o wiele droższe.
Co ułatwia nam oszczędzanie? Jedzenie na ulicy można kupić za bezcen. Ulice roją się od malutkich sklepików oferujących jedną tylko przekąskę – jakieś ciasteczko, jakiś pierożek, jakiś placuszek. Najczęściej za 1-2 RMB (yuanów lub Mao, bo na każdym banknocie widnieje podobizna Przewodniczącego), czyli 0.5-1 zł. Kilkoma takimi pierożkami można zapchać się na pół dnia wydając 3-4 zł. I to w Szanghaju – teoretycznie drogim mieście.
Podobnie jest w małych knajpkach („piętro wyżej” od budy bądź straganu z przekąskami) oferujących bardziej skomplikowane menu oparte na różnego rodzaju kluchach z dodatkami. DUŻA micha kosztuje 4-5 złotych i wystarcza za posiłek dla dwojga. Problemem pozostaje tylko wybór odpowiedniej michy z chińskiego menu, ale o tym może za chwilę.
Jedzenie w bardziej wyszukowanych restauracjach również jest tanie. Wychodząc do restauracji w kilka osób płaciliśmy w okolicach 40 zł za osobę. Nie mało, ale tym co bardzo podbijało cenę był… alkohol.
Alkohol jest w Chinach drogi. Butelka słabego wina kosztuje w sklepie 40 zł. Piwo w knajpie ponad 15 zł. W Szanghaju trafiliśmy do rewelacyjnie położonej knajpy ze świetnym widokiem na Pudong, w której zrobiliśmy kilka zdjęć i… wyszliśmy po zobaczeniu menu. Chińskie piwo za 45 RMB (22 zł) to gruba przesada. Co ciekawe – niedużo dalej, w Nankinie, trafiliśmy już na jadłodajnie, w których butelka piwa kosztowała… 2 zł.
Drogie jest mleko i mleczne przetwory. Powody są przynajmniej dwa – z czego przynajmniej jeden, to temat na osobną notkę, więc póki co ograniczymy się do stwierdzenia, że mleko jest w Azji bardzo mało popularne. Tym niemniej chcąc kupić „mleko do kawy” trzeba liczyć się z wydatkiem 8 zł, za… kartonik 0.25l.
Drogie jest wszystko to, co niepopularne i niewykorzystywane przez miejscowych. Drogi jest koperek, jogurt, soki owocowe, zwykły chleb, „europejskie” wędliny, mięso sprowadzane z Australii albo Japonii. Tanie są produkty wykorzystywane na codzień – mleko sojowe, tofu, pomelo.
Tanie są też taksówki. W Szanghaju za trzaśnięcie drzwiami płaci się 9 RMB (4.5 zł), ale w cenie są 3 pierwsze kilometry: wystarczająco, by poruszać się wszędzie w obrębie dzielnicy. Dalsze kursy to wydatek rzędu 10 zł. W Nankinie jest taniej – za 25 minutowy przejazd na dworzec zapłaciliśmy 12 zł.
Przejazdy metrem czy pociągami to również wydatek raczej mniejszy niż większy. W Szanghaju jest kilkanaście linii metra, w Nankinie tylko dwie. Przesiadki są wygodne, bilety kosztują grosze (w Nankinie poruszanie się po centrum to 1,2 zł; w Szanghaju za najdłuższą podróż (40 km!) zapłaciliśmy po 3.5 zł.
Bilety na pociągi są tańsze niż w Polsce – za rakietę, która w godzinę przewiozła nas do leżącego ponad 300 km od Szanghaju Nankinu zapłaciliśmy niecałe 70 zł za osobę. Wczorajsze 9 godzin w pociągu najniższej klasy kosztowało nas 50 zł, podobnie jak dzisiejsze 220 km (z miejscami do leżenia!).
Rakieta!
Reasumując – ogólnie jest dużo taniej, chyba że pije się wino, kawę z mlekiem i soki zagryzając kanapkami z serem, szynką i koperkiem.

Po mandaryńsku
Życie chińskiego analfabety nie jest usłane różami. W Szanghaju było jeszcze łatwo. W metrze, na dworcu, na ulicy – wszędzie obok chińskich znaków zobaczyć też można tłumaczenie na angielski. W większości knajp można było dostać menu po angielsku, a przynajmniej takie „z obrazkami”. Niestety (a może – „na szczęście”) – to już za nami. Wjeżdżając w głąb kraju na każdym kroku widzimy, że angielski przestaje nam się do czegokolwiek przydawać i musimy przypominać sobie znaki.
Nauka chińskiego przed wyjazdem była bardzo dobrym pomysłem. Bądźmy szczerzy – dużo się nie nauczyliśmy, a co gorsza – nieco pozapominaliśmy, jednak nawet to co pamiętamy bardzo ułatwia nam życie. Przydają się same podstawy: liczby, podstawowe zwroty („Bu zhi dao!” i „Wo shuo hanyu bu hao…”czyli „nie wiem” i „źle mówię po chińsku”), ale i wszystko to czego Łukasz nauczył się dzięki genialnej stronie memrise.com . Gorąco polecamy znajdujący się tam kurs znaków z zakresu znajomości chińskiego menu. Zamawianie potraw w mniejszych knajpach to totalna ruletka, jednak znajomość kilkudziesięciu znaków (makaron, wołowina, sos sojowy, ryż, warzywa, tofu, ostry itp) znacznie zmniejszają ryzyko wtopy.
Dobrą zabawą jest dla nas rozszyfrowywanie wszelkiego rodzaju spisów i rozkładów jazdy: często na 20 znaków rozpoznajemy pięć, np „Shang”, „Kou”, „Qi”, „Zhong” i „Men”. Wiemy więc, że na trasie przejazdu będzie Shang___, ___kou, Qi___ i Zhong___men. Wystarcza, żeby się zorientować. Ach – nie bez znaczenia jest też fakt, że znamy zasady fonetyki, więc wiemy jak te „Szan”, „Ci” i „Dżą” przeczytać.

Ulica i budynki
To co najbardziej uderzyło nas po pierwszym wyjściu na ulice to zapach jedzenia. Chiny jadają na ulicy. Nie da się tego ukryć: w południe i wieczorami całe miasto pachnie jak wielka, azjatycka knajpa.
Chińskie ulice to ogromne ilości motorów i skuterków – te ostatnie są szczególnie niebezpieczne, bo zasilane na prąd nie wydają żadnych dźwięków. Nie byłoby to takie złe, gdyby nie ich kierowcy, którym wydaje się, że są brakującym ogniwem między pieszymi, a samochodami. W rezultacie – skuterki jeżdżą tak, jak zdarza się chodzić pieszym: Czasem poboczem pod prąd; czasem chodnikiem; czasem na czerwonym świetle. Mając zielone światło trzeba mieć oczy naokoło głowy: widząc samochód skuterek zwolni, ale o pieszego przecież się nie poobija…
Bardzo spodobał nam się też szanghajski sposób organizacji ruchu wokół osiedli. Typowe polskie osiedle ( na Ursynowie, Białołęce, Bródnie) to OGROMNY obszar otoczony jakimiś ulicami i gdzieniegdzie poprzecinany uliczkami osiedlowymi – wąskimi, pokręconymi, mającymi wiele odnóg, często jednokierunkowych. W Szanghaju blokowiska nie są bezludnymi sypialniami – budowano je w miejscu wcześniej wyburzonych domów, na małych działkach, których granice wyznaczały istniejące ulice. W efekcie tego pomiędzy blokami jak na Ursynowie przejeżdża się tak swobodnie jak między kamienicami na ul. Żelaznej. Ulic jest dużo, siatka jest gęsta, dzięki czemu po wyjściu z „mini-osiedla” trafia się od razu na „normalną ulicę” pełną sklepików, knajp i straganów.

Życie na bogato
To co najbardziej rzuca się w oczy, a zupełnie nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy to fascynacja Chińczyków czymś takim jak MARKA.
W Syrii czy Iranie chłopcy chodzą w (wyprodukowanych zapewne w Chinach) koszulkach „od Armoniego”, dziewczęta zaś noszą torebki od „Liego Vouituona”. Możnaby pomyśleć, że stosunek do marki w Chinach jest obojętny bądź właśnie taki – nie ważne jaka, ważne by była. Nic bardziej mylnego. Chińczycy uwielbiają się pokazywać w drogich, zagranicznych ciuchach. Uwielbiają ekskluzywne marki. Zarówno w Szanghaju jak i w Nankinie widzieliśmy mnóstwo koszmarnie drogich butików, w których para butów kosztuje pewnie tyle co nasz półroczny budżet.
Na billboardach w nankińskim metrze nie reklamuje się proszków do prania, piwa czy banków. Reklamuje się szwajcarskie zegarki z brylancikami.
Status materialny jest dla mieszkańców Państwa Środka szalenie ważny. To ile zarabiają, jak drogie przedmioty na siebie założą ułatwia im funkcjonowanie wśród miliarda współobywateli. Funkcjonowanie i… przetrwanie. W ten sposób naturalnie przechodzimy do następnego punktu:

Żona dla Chińczyka
Demografia jest okrutna. Polityka jednego dziecka połączona z możliwością aborcji na życzenie sprawiły, że społeczeństwo chińskie cierpi na brak kobiet. To problem całej Azji Wschodniej i Południowej: kultur, w których posiadanie dziecka to inwestycja. Urodzenie syna to błogosławieństwo, a córki – problem (wszak po kilkunastu latach opuści ona rodzinę – całe jej kosztowne wychowanie będzie na nic).
Dziś, kiedy na każdego kawalera przypada 0.8 panny Chińczycy stają przed ogromnym problemem. Jakby tego było mało – rodziny chińskich panien dostrzegły szansę dla Ciebie w wysyłaniu córek za granicę: lepszy bogaty mąż z USA, który pomoże całej rodzinie, niż Chińczyk, który zabierze córeczkę.

Chińczycy wiedzą, że nie każdemu pisana jest druga połówka i próbują coś z tym zrobić. Patrz punkt wyżej: szaleją okazując wszem i wobec jak są majętni. Żyją marzeniem o idealnej żonie i cudownym ślubie. A marketing wychodzi im na przeciw.

Wesele
Ile biur zajmujących się organizowaniem ślubów znaleźć można w warszawskim metrze? W nankińskim – kilkanaście. W każym centrum handlowym rzucają się w oczy pawilony urządzone trochę jak działy kredytowe banków: biureczko, a przy nim piękni konsultanci czekający na interesantów. W każdym takim punkcie – mnóstwo par. Chodząc po mieście co rusz napotyka się pary w trakcie sesji ślubnych. Siedząc na Bundzie 15 minut z pewnością zobaczymy kilka par obfotografowywanych przez 3-4 osobową ekipę. Istne szaleństwo. Ale nic dziwnego.
Kilka chwil spędzonych przed chińskimi kanałami TV dużo wyjaśnia. Jak zareklamować nowy model samochodu? Nic prostszego: Młody klient wsiada w salonie sprzedaży do samochodu, dotyka kierownicy i w tym momencie sprzedawca siedzący obok zmienia się w piękną brunetkę. Kilka cięć szalonych wycieczek, śmiejącej się brunetki, w końcu samochodu przystrojonego jak na ślub i brunetki w ślubnej, czerwonej sukni. Klient wyciąga rękę, dotyka dłoni brunetki i… ta znów zmienia się w zszokowanego sprzedawce. Właśnie tak! Trzeba kupić samochód, żeby wizja stała się realna! Kupno zegarka i markowych ciuchów też pewnie nie zaszkodzi.


Cyferki
I na koniec jedna śmieszna ciekawostka. Pechowa trzynastka? Dobre sobie! Pechowa jest czwórka. I czternastka. I wszystko zawierające czwórkę. To niemal fakt naukowy – dowody można znaleźć w 90% chińskich wind:
1,2,3,5,6,7,8,9,10,11,12,13,15…
W budynkach budowanych dla zagranicznych gości jest jeszcze ciekawiej:
1,2,3,5,6,7,8,9,10,11,12,15,16,17,18,19,20,21,22,23,25…
Zagadka: Pamiętając o tym, że pierwsze piętro to tak na prawdę parter – na którym piętrze mieszka ktoś w windzie naciska guzik 25?



Nankin, Nankin

Październik 12th, 2013

Najważniejsze miasta Chin? Szanghaj, Pekin, Hong Kong, Kanton, Chongqing… Nankin nie jest ani specjalnie duży, ani specjalnie znany w Europie. Mało kto wie, że jeszcze 70 lat temu był stolicą Chin – stąd z resztą jego nazwa: Południowa Stolica – Nan Jing.

Nankinu nie odwiedza się jednak poszukując cudownych zabytków. Miasto jest dziś typowym chińskim czteromilionowym molochem, zupełnie innym niż urbanistyczna perełka – Szanghaj. Nankin to raczej miasto symbol. Symbol Chin kuomintangowskich – Republiki, która powstała w 1911 roku po rewolucji i obaleniu cesarstwa dynastii Qing i istniała do czasu ustanowienia Chin Ludowych, które za swoją stolicę wybrały Pekin (Bei Jing – Północna Stolica). Ale przede wszystkim miasto – ofiara jednej z największych zbrodni wojennych XX wieku: miejsce Masakry Nankińskiej.

Ekspansja Imperium Japońskiego w pierwszej połowie XX wieku to temat tak samo fascynujący, jak w Polsce zupełnie nieznany. Owszem – każdy uczeń kojarzy Pearl Harbor, co pilniejsi nawet słyszeli o Mandżukuo. Rozpoczęta w 1937 roku wojna Chińsko-Japońska to jednak dla nas temat strasznie odległy. A szkoda, bo tak jak dla Nas II wojna światowa rozpoczęła się w 1939 roku, tak dla Chin tragedia miała początek dużo wcześniej.

Japonia, sojusznik hitlerowskich Niemiec, od kilkunastu lat zadomawiała się na obszarze Chin. Od wojny japońsko-rosyjskiej (w której walczyło niemało Polaków!) okupowała jej północne prowincje, w latach trzydziestu ustanawiając marionetkowe państewko z cesarzem Pu Yi „na czele”. Targani problemami wewnętrznymi Chińczycy (prawicowy Kuomitang Czang Kaj-Szeka nieustannie walczący z komunistami Mao) szli na kolejne ustępstwa, starając się ustabilizować sytuację. Nie udało się.

Zgodnie ze starym porzekadłem o palcu i całej ręce, latem 1937 roku Japończycy zaatakowali Szanghaj. Po kilku miesiącach, w połowie listopada, zdobyli go i ku zaskoczeniu wielu ruszyli na stolicę. Szkolenia w Rzeszy Niemieckiej nie poszły na marne – po raz pierwszy na kontynencie azjatyckim wojsko Japońskie użyło lotnictwa do bombardowania miasta. Zupełnie nieprzygotowani na to Chińczycy zarządzili odwrót – w ciągu tygodnia z miasta uciekło blisko pół miliona mieszkańców. Pozostali stali się ofiarami trudnego do zrozumienia bestialstwa japońskich oddziałów, które na początku grudnia wkroczyły do miasta…

Ciężko pisać o Masakrze Nankińskiej bez drastycznych, epatujących okrucieństwem opisów zbrodni. Każda publikacja, film, nawet strona na wikipedii na „dzień dobry” prezentuje przede wszystkim skale zła, jakiej tam się dopuszczono. Tak jakby suchy fakt – około 300.000 cywilnych ofiar w ciągu pierwszego miesiąca – nie robił wrażenia. Może kiedyś spróbujemy – dziś możemy tylko zainteresować tematem i odesłać do świetnej książki „Rzeź Nankinu” Iris Chang.
Idąc do Muzeum Masakry Nankińskiej trochę się baliśmy. Byliśmy w Yad Vashem, w muzeum Rzezi Ormian w Erywaniu, w Oświęcimiu – wiemy jak wygląda muzeum poświęcone ludobójstwu w naszym kręgu kulturowym. Słyszeliśmy jednak, że Chińczycy są bardziej bezpośredni od europejczyków…
Cóż, nie było tak źle. Szokowały nas nie tyle drastyczne zdjęcia, co fakt, że oglądały je dzieci. Nie model domu, w którym kukły udawały pomordowanych, a zwiedzający, którzy robili im zdjęcia. Jedyne na co nie byliśmy przygotowani to sale, w których prezentowane są masowe groby – ekshumowane szkielety. Mimo to musimy przyznać: Muzeum było fascynujące – i od strony merytorycznej, i od tej kulturowej.
Okazało się też, że mamy szczęście – „na deser” trafiliśmy na wystawę czasową poświęconą zbrodniom nazistów w… Oświęcimiu. Wystawę ciekawą, omawiającą temat dokładnie (żadne tam „Polskie Obozy Zagłady” – Maksymilian Kolbe i rtm. Pilecki). I tylko ten tekturowy piec krematoryjny ze sztucznym ogniskiem w środku trochę psuł efekt. Cóż poradzić – pewnie do wielu przemówił bardziej, niż lektura plansz i zdjęcia. Ważne, żeby coś w głowie zostało.

Error fetching Flickr photos: WP HTTP Error: cURL error 7: couldn't connect to host

.