Posty otagowane jako ‘Malezja’

Sobota w kuchni i niedziela na wsi

Styczeń 19th, 2014

Weekend minął jak z bicza strzelił. W sobotę Ada pichciła polskie dania dla całej rodziny. Obyło się bez szoku kulturowego: wszystkim smakowało. I krokiety, i barszczyk, i gołąbki, i ciasta wyszły super (chociaż nie obyło się bez przygód: kto mógł przewidzieć, że „sos pomidorowy” z Tesco okaże się tanim keczupem?). W niedzielę – wyjechaliśmy za miasto świętować urodziny nestora rodu.

Ada promuje polska kuchnie: buraczki wyjęte z barszczu.Ada promuje polska kuchnie: buraczki wyjęte z barszczu.

Ada promuje polska kuchnie: buraczki wyjęte z barszczu.

Ada promuje polska kuchnie 2: azjatyckie "pieczarki" w sam raz do krokietów.Ada promuje polska kuchnie 2: azjatyckie "pieczarki" w sam raz do krokietów.

Ada promuje polska kuchnie 2: azjatyckie "pieczarki" w sam raz do krokietów.

 
Ada promuje polska kuchnie: Kapusta na golabki już ugotowana.Ada promuje polska kuchnie: Kapusta na golabki już ugotowana.

Ada promuje polska kuchnie: Kapusta na golabki już ugotowana.

 
 
 
 
Poranne atrakcje w okolicy.Poranne atrakcje w okolicy.

Poranne atrakcje w okolicy.

 
Rodzina WooRodzina Woo

Rodzina Woo

Zupa z małżyZupa z małży

Zupa z małży

 
Do walki z krabem przydaje się dziadek do orzechów.Do walki z krabem przydaje się dziadek do orzechów.

Do walki z krabem przydaje się dziadek do orzechów.

Ada dostała mięsko z policzka!Ada dostała mięsko z policzka!

Ada dostała mięsko z policzka!

 
Rodzinny obiadekRodzinny obiadek

Rodzinny obiadek

 
Prezentacja owoców morza.Prezentacja owoców morza.

Prezentacja owoców morza.

 
Prezentacja owoców morza II.Prezentacja owoców morza II.

Prezentacja owoców morza II.

Nabrzeże podczas odpływu wyglada dość słabo...Nabrzeże podczas odpływu wyglada dość słabo...

Nabrzeże podczas odpływu wyglada dość słabo...

 
WęgorzeWęgorze

Węgorze

 
 
Dom śliczny, jeśli dobrze wykradrować...Dom śliczny, jeśli dobrze wykradrować...

Dom śliczny, jeśli dobrze wykradrować...

 
 
...bo okolica nie poraża uroda....bo okolica nie poraża uroda.

...bo okolica nie poraża uroda.

 
Uwaga, rozwiazanie konkursu: Na fotografii widzimy domki wykorzystywane do hodowania jaskółczych gniazd. Ptaszki wlatuja do środka i przy pomocy śliny lepia gniazda, które sprytny hodowca zbiera, myje i sprzedaje po ok. 2500 USD za kilogram. Gniazda sa przysmakiem w Chinach - robi się z nich zupkę i napoje (piliśmy w Tajlandii: puszka zawiera ok. 1g gniazda).Uwaga, rozwiazanie konkursu: Na fotografii widzimy domki wykorzystywane do hodowania jaskółczych gniazd. Ptaszki wlatuja do środka i przy pomocy śliny lepia gniazda, które sprytny hodowca zbiera, myje i sprzedaje po ok. 2500 USD za kilogram. Gniazda sa przysmakiem w Chinach - robi się z nich zupkę i napoje (piliśmy w Tajlandii: puszka zawiera ok. 1g gniazda).

Uwaga, rozwiazanie konkursu: Na fotografii widzimy domki wykorzystywane do hodowania jaskółczych gniazd. Ptaszki wlatuja do środka i przy pomocy śliny lepia gniazda, które sprytny hodowca zbiera, myje i sprzedaje po ok. 2500 USD za kilogram. Gniazda sa przysmakiem w Chinach - robi się z nich zupkę i napoje (piliśmy w Tajlandii: puszka zawiera ok. 1g gniazda).

Pola ryżowe i hodowle gniazd, czyli widoczek ze stanu Selangor.Pola ryżowe i hodowle gniazd, czyli widoczek ze stanu Selangor.

Pola ryżowe i hodowle gniazd, czyli widoczek ze stanu Selangor.

 
Jackfruit, czyli bochenkowiec (nie mylić z chlebowcem!). Najsmaczniejszy owoc jaki w życiu jedliśmy.Jackfruit, czyli bochenkowiec (nie mylić z chlebowcem!). Najsmaczniejszy owoc jaki w życiu jedliśmy.

Jackfruit, czyli bochenkowiec (nie mylić z chlebowcem!). Najsmaczniejszy owoc jaki w życiu jedliśmy.

A to papajaA to papaja

A to papaja

 
 


Kuala Lumpur – Skrzyżowanie Kultur

Styczeń 15th, 2014

Lubimy oprowadzać po Warszawie. Ile razy kogoś gościmy – mamy możliwość spacerowania po ulubionych okolicach i dzielenia się anegdotami. Opowiadamy o Powstaniu, o Warszawie przedwojennej, o sporcie (a jakże!) i tym co najbardziej się w Warszawie zmieniło – ludziach. O mieście, którego nie ma: pełnym Polaków, ale i polskich żydów, Rosjan, rodzin o korzeniach niemieckich, czeskich, węgierskich i tatarskich. Pełnym też kupców z Anglii i Francji. Opowiadamy i tęsknimy.

Czemu zebrało nam się na wspomnienia? Ano Malezja daje jakiś odległy smak tego, jak Polska mogła wyglądać 80 lat temu.

Często nie zdajemy sobie sprawy, że nasza homogeniczna, w 95% zamieszkana przez rodaków ojczyzna jest w swojej homogeniczności bardzo wyjątkowa. Wbrew pozorom – niewiele jest państw zamieszkanych przez jeden, jedyny naród. Wystarczy z resztą spojrzeć na mapę. Im kolor bardziej czerwony – tym bardziej jednolite jest państwo.



Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że Malezja, chociaż różnorodna, nie różni się tak bardzo od, np. Tajlandii czy Iranu. Nic bardziej mylnego. W tych dwóch ostatnich państwach społeczeństwo jest różnorodne, ale różne narody zamieszkują różne części kraju. Innymi słowy: ogromny Iran to tak naprawdę kilka „państw w państwie”. 90% mieszkańców np. Tabrizu to Azerowie, 90% mieszkańców Teheranu to Persowie. W Malezji, a zwłaszcza w okolicach Kuala Lumpur jest inaczej. Tu mieszkają WSZYSCY NA RAZ.
Na pierwszy rzut oka – wszystko jest ok.
44% Malajczyków, 43% Chińczyków, 10% Hindusów i kilka innych nacji.
Schody zaczynają się w momencie, gdy uświadomimy sobie, że ci „Chińczycy” to przecież kilka różnych grup etnicznych (w Chinach najwięcej jest narodowości Han – tu grup Hoklo i Hakka). Każda z grup posiada własne tradycje, własną kuchnie, własny język. Ba – przez setki lat obecności powstały tu zupełnie nowe narody, jak Baba Nyonya – Chińczycy, którzy przyjęli malajskie obyczaje, tradycje. Tak samo jest z Hindusami i… Malajczykami! Tak, nawet rdzenni mieszkańcy kraju mówią w kilkunastu (!!!) różnych językach, mają własne obyczaje i potrawy. Mają też różne religie, chociaż oficjalna wykładnia nazywa „Malajczykami” tylko tych, którzy wyznają islam. [Nasz niedawny gospodarz, pochodzący z Sarawaku na Borneo Leonard jest Dajakiem czyli „łowcą głów”. Nie wyznaje islamu, więc… nie jest Malajczykiem, chociaż oczywiście tu się urodził, wychował, mówi po Malajsku itp itd.]
Każda grupa ma swoje media – dzienniki, kanały TV i radiowe. Każda mówi w kilku różnych językach i… stołuje się w różnych restauracjach.

Ostatnie kilka dni spędzamy pracując. Za pomocą stronki help-x.net wynaleźliśmy fajną propozycję: w zamian za wikt i opierunek pomagamy w pracy biura podróży. I owszem – brzmi to tak samo interesująco, jak jest naprawdę!
Nasze biuro to tak na prawdę dwie firmy należące do jednej rodziny – wspomniane biuro podróży zajmuje te same pomieszczenia co hurtownia śrub, tłoków i wszelkich metalowych części. Właściciele, podobnie jak większość pracowników, to chińscy Malezyjczycy. Prócz nich przy biurkach siedzą też Malezyjczycy (a właściwie Malezyjki) właściwi i jedna Hinduska. Co chwila dzwoni telefon, co chwila ktoś go więc odbiera i rozmawia. Najczęściej słychać chyba mandaryński. Często też kantoński i malezyjski. Raz na jakiś czas – angielski, tamilski i hokien. Cóż poradzić – przynajmniej bez krępacji rozmawiamy po polsku.
Szaleństwo zaczyna się jednak dopiero podczas przerwy na lunch. O 13 wychodzimy z biura, jedziemy do knajpy (wcześniej wybranej przez współpracowników) i jemy „miejscowe” specjały, np. Bak Kut Teh (zupę typową dla ludów Taochew i Hokien) czy Hokkien Mee (kluchy ludu Hokien). Jednak zanim zjemy – trza jedzenie zamówić. A to, chociaż niby proste, nie jest tu takie oczywiste. Kelner, do którego ktoś mówił po kantońsku albo w hokien odpowiada po mandaryńsku, ktoś dorzuca trzy grosze po malajsku i pyta nas (po angielsku) czego się napijemy. Gdy już (po polsku) ustalimy i (po angielsku) odpowiemy, ktoś przekazuje to kelnerowi (po mandaryńsku).

Chociaż taka koegzystencja wygląda kolorowo i sympatycznie – zdajemy sobie sprawę, że to tylko połowa prawdy. Malezyjczycy jako naród, czują się strasznie zagrożeni dużą ilością „obcych” (i to obcych, którzy żyją tu od wieków, a wciąż zachowują swoje tradycje i język). Nie ma się co czarować – rząd Malezji robi wszystko, by utrudnić życie obcym (wyższe podatki, ceny mieszkań, brak szkół), a ułatwić „prawowitym mieszkańcom” (przeróżne ulgi). W efekcie od utworzenia Malezji rok rocznie przybywa „prawdziwych Malezyjczyków”. A Chińczycy i Hindusi? Żyją w przeświadczeniu, że kraj chce z nich zrobić obywateli drugiej kategorii… Szkoda. Nasze biuro bardzo nam się podoba.



Weekend z piratami

Styczeń 9th, 2014

…no, niezupełnie. Wyjechaliśmy w poniedziałek, wróciliśmy w środę – gdyby nie ten drobny szczegół możnaby stwierdzić, że Malakka była pierwszym punktem w naszym planie „weekendowego podróżowania”. Przez ostatnie kilka miesięcy zupełnie odzwyczailiśmy się od tego typu krótkich wypadów – na szczęście pod wieloma względami są nawet fajniejsze niż „duże wyjazdy”. Zapakowaliśmy się w mały plecak (duże bagaże zostawiliśmy u przyjaciół w KL) i… 2 godziny później byliśmy na miejscu.

Malakka to małe miasteczko, które na listę UNESCO zostało wpisane razem z George Town. Razem stanowią „historyczne miasta cieśniny Melakka”. Cieśniny, która od setek lat stanowi jedną z najważniejszych tras handlowych świata.
1661_w
To właśnie na tym 800 kilometrowym odcinku pomiędzy Sumatrą, a Półwyspem Malajskim od tysięcy lat odbywa się wymiana handlowa pomiędzy wielkimi cywilizacjami. To tu przybywali Hindusi i Tamilowie szukający chińskich wyrobów, Chińczycy rozglądający się za przyprawami, a także Arabscy kupcy, którzy zakupione towary sprzedawali dalej, do Wenecji, skąd trafiały do całej Europy. Nic dziwnego, że cieśnina uchodziła za niebezpieczną – kilkukilometrowe przewężenie stało się idealnym miejscem dla piratów, a okoliczne państewka (np. sumatrzańskie Aceh) na piractwie opierały swoją gospodarkę. Totalna anarchia trwała do XV wieku, gdy handlem w regionie postanowił „zaopiekować się” Sułtanat Malakki. W ciągu kilkudziesięciu lat piractwo udało się ukrócić, a handel… opodatkować.

Jak to w historii bywa – nic nie trwa wiecznie. Łańcuch handlarzy transportujących towar i ceł płaconych w kolejnych portach sprawiał, że ceny porcelany, herbaty, kamfory, sandałowca, jedwabiu czy przypraw były w Europie setki razy wyższe niż w miejscu produkcji. Europejskim monarchiom, które już myślały o podbijaniu zamorskich terytoriów było to wyjątkowo nie w smak…

W 1511 roku portugalska flota wykorzystała błahy pretekst by napaść miasto i zmusić sułtana do ucieczki. Flotą dowodził Gubernator Portugalskich Indii, Viceroy Alfonso d’Albuquerque. Słynął on z podobnej „dyplomacji” – zdobył też wyspę Hormuz (na cieśninie Hormuz, którą płynęliśmy 2 lata temu z Iranu do Emiratów), Muscat w Omanie i Goa w Indiach (gdzie Łukasz był w 2006 roku) tworząc podstawy Portugalskiego Imperium. Od tego czasu to Portugalczycy mieli odnosić korzyści z przepływu towarów i… nawiązywać kontakty umożliwiające dotarcie do źródeł wszelakich dóbr. Zaraz po zdobyciu miasta Gubernator wysłał poselstwa do Syjamu, Birmy, Chin i na nieznane Europejczykom wcześniej indonezyjskie Moluki zwane też „Wyspami Korzennymi”. To właśnie tam rosły tajemnicze, niespotykane nigdzie indziej przyprawy: gałka muszkatołowa i goździki! (Swoją drogą – czy to nie ciekawe, że polska nazwa gałki muszkatołowej wprowadza trochę w błąd? Muscat/Maskat był tylko miejscem, z którego przyprawa przybywała do Europy).

Sułtan Malakki nie dawał za wygraną – pozostając na „emigracji” w Johorze raz po raz atakował najeźdźców z Europy. Ci z kolei – wybudowali w Malakce fort, by skuteczniej się bronić i… co jakiś czas próbowali atakować leżący kilkaset kilometrów na południe Johor. Jakby tego było mało – miastu zagrażali też Chińczycy i piraci z Aceh. Choć sytuacja Portugalczyków daleka była od idealnej, a rozwijający się Johor kilka razy poważnie im zagroził (najdłuższe oblężenie miasta trwało ponad 4 lata!) sytuacja ta utrzymywała się 130 lat, a zmienić miało dopiero wejście kolejnego gracza – Holendrów. Holenderska Kompania Wschodnioindyjska od początku XVI wieku toczyła nieustanne wojny z Portugalczykami i kilka razy atakowała miasto, by po jakimś czasie… dogadać się z Sułtanem Johoru i w 1641 roku zdobyć Malakkę.

Zgodnie z umową z sułtanem – Holendrzy przejęli miasto. Czemu Sułtan zgodził się na takie rozwiązanie? Malakka była w tym momencie totalnie zniszczona, a przez ponad sto lat Johor z prowincjonalnego portu zmienił się w wielki ośrodek handlu. Holendrzy mieli odbudować Malakkę, ale obiecali narzucić odpowiednio wyższe podatki – tak, by kupcy woleli zatrzymywać się w innych portach: Johorze i… większej, holenderskiej Batavii (której dzisiejsza nazwa, choć inna – również fascynuje).

Płyty nagrobne w ruinach katedry św. Pawła.Płyty nagrobne w ruinach katedry św. Pawła.

Płyty nagrobne w ruinach katedry św. Pawła.

 

Kolejne półtora wieku to dla Malakki moment bardzo spokojnego rozwoju: miasto powoli rozbudowywano, jednak port obsługiwał głównie statki lokalne i holenderskie.

Nikt miasta nie atakował, stary portugalski fort powoli się rozpadał, a kolejne przetasowanie miało nastąpić blisko 150 lat później za sprawą… Francuzów. Szalejące w Europie wojska Napoleona sprawiły, że w 1795 roku Brytyjczycy z Penang i Singapuru „prewencyjnie” zajęli Malakkę (skoro cała Holandia została podbita, to przecież holenderskie kolonie mogły wkrótce stać się zagrożeniem dla Zjednoczonego Królestwa). Zaraz po upadku Napoleona miasto oddano Holendrom, szybko jednak postanowiono lepiej się dogadać: podzielić strefy wpływów w Indochinach. Holendrzy mieli otrzymać wszystkie brytyjskie kolonie na południe od Cieśniny Malakka (by kontrolować całą Indonezję), Brytyjczycy – wszystkie holenderskie na północ od niej (by mieć kontrolę nad Indiami i Malezją). W ten sposób w 1818 roku Malakka stała się miastem brytyjskim.

Do takiej właśnie – wymieszanej portugalsko-holendersko-angielsko-hindusko-chińsko-malajskiej Malakki pojechaliśmy, by porównać ją z równie szalonym, choć nieco mniej międzynarodowym George Town. Jak było?

Malakka jest miastem podobnej wielkości co George Town, jednak „stare miasto” jest dużo mniejsze niż to na Penang. W George Town spędziliśmy bodaj pięć dni i wyjeżdżając mieliśmy wrażenie, że nie widzieliśmy wszystkiego. Tu – półtora dnia wystarczyło, by trochę się wynudzić.
Miasto jest piękne. Kolonialne domy, China Town, hinduskie sklepy i holenderskie kościoły tworzą fajną mieszankę, ale… czegoś nam tu brakowało. Spacer brzegiem rzeki i położony tuż przy niej uroczy hostel robił wrażenie, ale tylko przez kilka godzin. Tak – na wyjazd weekendowy było to w porządku, ale nie wyobrażamy sobie co można by tam robić dłużej niż 48 godzin.

Chińskie sklepy.Chińskie sklepy.

Chińskie sklepy.

 

Wydaje się, że włodarze miasta zdają sobie z tego sprawę – oprócz atrakcji historycznych na turystów czekają też dziesiątki tanich muzeów. Gdy ktoś zwiedzi już całe miasto – może odwiedzić Muzeum Marynistyki, Muzeum Latawców, Muzeum Ludów Malezji, Muzeum Piękna, Muzeum Rybołówstwa, Muzeum Islamu, Muzeum Meteorów…
Odwiedziliśmy cztery pierwsze.
Wynudziliśmy się jeszcze bardziej.

Muzeum marynistyki.Muzeum marynistyki.

Muzeum marynistyki.

 

Ekspozycje we wszystkich muzeach przypominają prace domowe uczniów szkół podstawowych. Ot – są pełne tablic zapełnionych tekstem na jakiś temat. Czasem tekst jest interesujący, ale częściej całą tablice można by zmieścić w jednym zdaniu, obrazie lub animacji. Żeby było ciekawiej – czasem tablice nie są ustawione po kolei.

Jak jest "latawiec" po europejsku?Jak jest "latawiec" po europejsku?

Jak jest "latawiec" po europejsku?

 

Czym takie muzeum różni się więc od książki albo tekstu z internetu? Ano różni się kukłami. Kukły udają marynarzy, kukły trzymają latawce, kukły mają kolczyki. Tekst + Kukły = Muzeum w Malakce.
Straszna szkoda, bo niektóre muzea dotyczą fajnych zagadnień (np. Muzeum Piękna, w którym poczytać można o różnych formach „upiększania” ciała: kolczykach, tatuażach, gorsetach, ale i skaryfikacjach, bandażowaniu stóp, głów, zakładaniu obręczy na szyje, ostrzeniu zębów i innych przeróżnych pomysłach, na które wpadają niektóre ludy i plemiona).

Reasumując – jeśli kiedyś będziecie w okolicy – Malakkę warto odwiedzić. Warto nawet spędzić w niej noc. Ale nie warto wydawać tych paru złotych na żadne muzeum. Lepiej iść do kina: seanse przed 12 za 7 złotych!

Widok z hostelowego lobby.Widok z hostelowego lobby.

Widok z hostelowego lobby.

Chińskie sklepy.Chińskie sklepy.

Chińskie sklepy.

 
Muzeum marynistyki.Muzeum marynistyki.

Muzeum marynistyki.

 
 
Czarne chmury nad Malakka.Czarne chmury nad Malakka.

Czarne chmury nad Malakka.

 
Pomnik poświęconym poległym w walce z... Malajczykami.Pomnik poświęconym poległym w walce z... Malajczykami.

Pomnik poświęconym poległym w walce z... Malajczykami.

 
Jak jest "latawiec" po europejsku?Jak jest "latawiec" po europejsku?

Jak jest "latawiec" po europejsku?

 
Płyty nagrobne w ruinach katedry św. Pawła.Płyty nagrobne w ruinach katedry św. Pawła.

Płyty nagrobne w ruinach katedry św. Pawła.

 
 
 
 


Jak ugryźć KL

Styczeń 4th, 2014

W stolicy Malezji bawimy już blisko tydzień. Wciąż jednak ciężko nam zrozumieć to miasto. Chaotyczny miks nowoczesności, ekskluzywnych galerii handlowych, placów budowy, blokowisk, rozpadających się, opuszczonych kamienic i kilometrów powyginanych fantazyjnie dróg i wiaduktów. Każdego dnia staramy się zwiedzać i każdego mamy wrażenie, że nic jeszcze nie zobaczyliśmy – że „prawdziwe zwiedzanie” dopiero przed nami.

CentrumCentrum

Centrum

Wnętrze centrum handlowego SuriaWnętrze centrum handlowego Suria

Wnętrze centrum handlowego Suria

Herbata z rosołem w China TownHerbata z rosołem w China Town

Herbata z rosołem w China Town

 
Wszędzie budowy...Wszędzie budowy...

Wszędzie budowy...

 
Kolacja u Hindusa - 8 złKolacja u Hindusa - 8 zł

Kolacja u Hindusa - 8 zł

Kuala Lumpur Sentral - centralna stacja kolejowaKuala Lumpur Sentral - centralna stacja kolejowa

Kuala Lumpur Sentral - centralna stacja kolejowa

 
KL SentralKL Sentral

KL Sentral

Siedziba Kolei MalezyjskichSiedziba Kolei Malezyjskich

Siedziba Kolei Malezyjskich

Meczet Narodowy - motorków dużo, bo godzina modlitwyMeczet Narodowy - motorków dużo, bo godzina modlitwy

Meczet Narodowy - motorków dużo, bo godzina modlitwy

 
 
Budynki Sadu przy placu MerdekaBudynki Sadu przy placu Merdeka

Budynki Sadu przy placu Merdeka

Katedra Św. MariiKatedra Św. Marii

Katedra Św. Marii

 

Coś w tym może być – dziwnie się złożyło, że póki co nasze zwiedzanie bardziej przypomina „normalne życie”: nocujemy o prywatnym mieszkaniu poznanego przez Couchsurfing Leonarda, załatwiamy sprawy w urzędach, wieczorami chodzimy do kina i tanich knajp.
Wczoraj po raz pierwszy trafiliśmy jednak na perełkę – pierwsze w KL (w Azji praktycznie nikt nie używa pełnej nazwy miasta) miejsce, które nas zachwyciło. Choć słyszeliśmy wcześniej, że Muzeum Sztuki Islamskiej warto odwiedzić, nie wydawało nam się, że aż tak może nam się spodobać.

Położone kawałek od metra i autobusów, na przeciwko Meczetu Narodowego muzeum mieści się w nowoczesnym, dopracowanym budynku. Kosztujący 12 złotych bilet uprawnia do oglądania szalenie interesującej ekspozycji stałej (prezentującej historię i rozwój sztuki islamu w całej Azji i Afryce) oraz ekspozycji czasowych. Ta, jak się okazało, była fantastyczna i dotyczyła Współczesnej Kaligrafii Islamskiej.

Kaligrafia. Dla kultury zachodu to zwyczajne – ładne pisanie, które dawno porzucono na rzecz eksperymentowania z typografią. W Dalekiej Azji, Chinach czy Japonii – forma sztuki wymagająca precyzji, cierpliwości i delikatności. W świecie islamskim – dużo więcej.
Wystawa, na której zaprezentowano blisko 30 prac artystów z całego świata (choć musimy być szczerzy – zdecydowaną większość stanowili artyści z Iranu) to niesamowity przykład tego jak litery, słowa, zdania mogą tworzyć obrazy i uczucia. Ale nie będziemy przynudzać – zapraszamy do galerii.

Muzeum Sztuki IslamskiejMuzeum Sztuki Islamskiej

Muzeum Sztuki Islamskiej

 
 
 
 
 
 
 
 
 
Tu byliśmy 2 lata temu.Tu byliśmy 2 lata temu.

Tu byliśmy 2 lata temu.

 
A tu byliśmy niecałe 3 lata temu.A tu byliśmy niecałe 3 lata temu.

A tu byliśmy niecałe 3 lata temu.