Posty otagowane jako ‘Lombok’

Wokół Rinjani

Sierpień 11th, 2014

Relaks na niebiańskich plażach Bali i Lomboku sprawia, że można wyrobić sobie mylne wrażenie, że biały piasek i bogate podwodne życie to jedyne, co te okolice mają do zaoferowania. Sercem wysp są jednak góry i wulkany.

Odwiedzając Bali Ada miała już okazję przekonać się o dwojakiej naturze tej wyspy. W odległości dwóch godzin jazdy skuterem od plaż można znaleźć zaskakująco wysokie tarasy ryżowe i prawdziwe górskie wioski. Co ciekawe – te, w odróżnieniu od zamieszkanych przez hinduistów nizin, stały się domem dla mniejszości muzułmańskiej.

Odmienność, piękno krajobrazu i przyjemny, chłodniejszy klimat położonych wyżej osad tak przypadły Adzie do gustu, że planując nasz tygodniowy pobytu postanowiliśmy objechać wyspę spędzając trochę czasu na wyżynach.

Jak wspomnieliśmy w poprzedniej notce – najwyższym szczytem Lomboku jest wulkan Rinjani. Ogromny, górujący nad całą wyspą stożek wznosi się na 3726 metrów, a jego wierzchołek niemal zawsze wystaje ponad chmury. Potęgi tej góry nie należy jednak mierzyć tylko w metrach. To Rinjani sprawia, że plony, dzięki wulkanicznym glebom, są zawsze bogate. Uroda tego szczytu przyciąga też turystów.
IMG_20140726_104604
Każdego dnia na szczyt wulkanu wyrusza kilka grup. Wspinaczka na szczyt nie jest możliwa bez pomocy przewodnika zatrudnionego przez tutejszy Park Narodowy i często wymaga pomocy porterów, czyli górskich tragarzy. Wyprawę można zamówić indywidualnie (najmniejsze grupy zawierają obsługę i dwóch uczestników), ale słyszeliśmy też o zorganizowanych wycieczkach na szczyt dla ponad pięćdziesięciu osób. Najpopularniejszą wersją zorganizowania trekkingu dla niezależnych podróżników jest jednak skrzyknięcie chętnych turystów z okolicy i wspólne opłacenie przewodnika dla 5-10 osobowej grupy. Trekking podobno zapewnia niezapomniane widoki, porządną zadyszkę (wyprawa trwa 3-4 dni) i nie należy do najtańszych. Kosztuje 1,5-2,5 miliona rupii indonezyjskich, czyli 350-700 zł za osobę.

Brzmi to wszystko bardzo ekscytująco, ale tym razem obeszliśmy się smakiem. Wyprawa i jej organizacja zajęłaby większość naszego urlopu. Zamiast stawać z wulkanem twarzą w twarz postanowiliśmy… podejść go od tyłu. Wycieczka dookoła wyspy (a tym samym – dookoła Rinjani) zajęła nam niecałe 2 dni w trakcie których przejechaliśmy 293 km.
LombokMapaITrasa
Początkowo trasa prowadziła przez niziny na południu wyspy i widoki zrobiły się ciekawsze dopiero kiedy zjechaliśmy z głównej drogi i zaczęliśmy mniejszą, lokalną drogą wspinać się wyżej i wyżej.

Naszym celem i miejscem pierwszego noclegu była wioska Sapit, której z pozoru prosta nazwa przysporzyła nam wielu problemów po drodze.

W języku indonezyjskim wszelkim podróżnym zadaje się jedno pytanie. „Mau kemana?”, które w potocznych konwersacjach brzmi podobnie literacko jak „quo vadis?” i znaczy dosłownie „dokąd chcesz (dojechać)?”. To samo pytanie zadają swoim pasażerom kierowcy taksówek, angkotów, ojeków i autobusów. Cóż, nigdy nie twierdziliśmy, że indonezyjski jest wysublimowanym językiem 😉 Na każdym postoju, ale również przy każdych światłach i za każdym razem, kiedy sprawdzaliśmy mapę, żeby upewnić się, czy jedziemy we właściwym kierunku, każdy napotkany Indonezyjczyk „atakował” nas pytaniem „mau kemana?”, a nasza wrodzona kultura osobista nie pozwalała nie odpowiadać. Za zdziwieniem zauważyliśmy, że nikt nie kojarzył nazwy Sapit. Dopiero w którymś z rzędu sklepie zorientowałam się, że źle ją wymawiam. Otóż Sapit to nie Sápit, a Sapít.

Dojechaliśmy na miejsce przed zachodem słońca i bez najmniejszego problemu odnaleźliśmy jedyny w okolicy Homestay Hati Suci. To dość urokliwe miejsce zarekomendował nam nasz były couchsurfer i dobry znajomy Tomek. Wcale nas nie zdziwiło, że właściciel doskonale go pamiętał i szalenie ucieszył się na nasze przybycie. Homestay zapewnia kompleksową obsługę swoich gości – w komplecie do bardzo skromnego pokoju z imponującym widokiem na ocean i kolejną wyspę Sumbawę dostaje się śniadanie i wszelką pomoc ze strony właściciela. Nas zabawiał rozmową po indonezyjsku i komplementami nad naszą doskonałą znajomością tego języka oraz pokazał nam proces przygotowania i suszenia tytoniu na przykładzie podwórka jego sąsiadów.

Banyak Rokok, czyli dużo palenia: wnętrze suszarni tytoniu.

Banyak Rokok, czyli dużo palenia: wnętrze suszarni tytoniu.

 

Jego homestay reklamuje się hasłem „We are often no money, some times no guest, but enjoy life, no risk no fun” – „Często nie mamy pieniędzy, czasem nie mamy gości, ale cieszymy się życiem – bez ryzyka nie ma zabawy”. Niestety coś może w tym być – byliśmy jedynymi gośćmi.

Następnego dnia wstaliśmy skoro świt, żeby wczesnym rankiem wyruszyć w trasę. Po pierwsze nie chcieliśmy spóźnić się na publiczne łódki odpływające codziennie koło południa na wyspy Gili, czyli nasz kolejny punkt wycieczki, a po drugie jak wiadomo rano światło do zdjęć jest najprzychylniejsze. Jak się okazało – absolutnie było warto!

Dalsza droga zaczynała się wielką bramą witającą w Parku Narodowym Rinjani, co wzbudziło w nas dreszcz ekscytacji. Choć nie tylko ekscytacji – wciąż podjeżdżaliśmy w górę i, szczególnie o tej porze dnia, było koszmarnie zimno. Droga była w dobrym stanie i wiodła piękną doliną po wschodniej stronie wulkanu Rinjani. Jechaliśmy przez tajemniczo wyglądający las. Aż trudno uwierzyć, że europejscy baśniopisarze nie widzieli tego miejsca, a potrafili tak dobrze oddać jego klimat! Było ciemno, wilgotno i dziko. Po około pół godzinie jazdy droga zaczęła coraz ostrzej podjeżdżać do góry i ku naszemu zdziwieniu i przerażeniu skuter powoli przestawał sobie radzić z kolejnymi podjazdami.

Automatyczna skrzynia biegów nie przełączała biegów w odpowiednim tempie i powoli, ale coraz bardziej widocznie traciliśmy prędkość. Kiedy zaczęliśmy już poważnie się martwić, naszym oczom ukazały się prowizoryczne sklepiki sprzedające kawę, zupki w proszku i inne śniadaniowe przekąski. Uff, dotarliśmy na szczyt przełęczy!

Widok z ponad 1600 metrów był spektakularny – na wprost nas rozpościerał się nierealistyczny wprost widok na wioskę spowitą poranną mgłą i otoczoną wzgórzami przypominającymi swoim kształtem materiał zielonymi , falującej sukienki. Kiedy zatrzymaliśmy się i zsiedliśmy ze skutera mogliśmy wreszcie poczuć miłe ciepło promieni słonecznych, które skutecznie ogrzewało nasze wymarznięte ciała. Zamówiliśmy po kawce rozpuszczalnej, którą Ada nazywa złośliwie cukrem o smaku kawy i podziwialiśmy widoki.

Reszta trasy wymagała już raczej używania hamulców, niż gazu. Droga prowadziła dosłownie zboczami Rinjani oplatając go od wschodu i północy i zaprowadziła nas aż nad północne wybrzeże wyspy.

Tam skierowaliśmy się na zachód, aby dotrzeć do miejscowości Bangsal, skąd odpływają łodzie na Gili Meno. Byliśmy idealnie na czas, aby zaparkować naszą brykę na kolejne 3 dni i dać nura w kierunku rajskich wysepek.

 
 
Dziewczynka z kijem pilnuje ryżu przed turystami z Europy...Dziewczynka z kijem pilnuje ryżu przed turystami z Europy...

Dziewczynka z kijem pilnuje ryżu przed turystami z Europy...

Suszarnie tytoniu.Suszarnie tytoniu.

Suszarnie tytoniu.

 
Charakterystyczny element krajobrazu Indonezji: bramy wjazdowe do miast i miasteczek.Charakterystyczny element krajobrazu Indonezji: bramy wjazdowe do miast i miasteczek.

Charakterystyczny element krajobrazu Indonezji: bramy wjazdowe do miast i miasteczek.

 
 
 
Banyak Rokok, czyli dużo palenia: wnętrze suszarni tytoniu.Banyak Rokok, czyli dużo palenia: wnętrze suszarni tytoniu.

Banyak Rokok, czyli dużo palenia: wnętrze suszarni tytoniu.

RinjaniRinjani

Rinjani

 
Wieczorem pali się śmieci z całego dnia.Wieczorem pali się śmieci z całego dnia.

Wieczorem pali się śmieci z całego dnia.

 
 
 
 
 
 
 
 
Robiłem zdjęcia krowom i ciekawym drzewom. Dopiero w domu zorientowałem się, że w tle znajduje się miejscowy cmentarzyk.Robiłem zdjęcia krowom i ciekawym drzewom. Dopiero w domu zorientowałem się, że w tle znajduje się miejscowy cmentarzyk.

Robiłem zdjęcia krowom i ciekawym drzewom. Dopiero w domu zorientowałem się, że w tle znajduje się miejscowy cmentarzyk.

 
 


Lombok – gdzie na plaże?

Sierpień 7th, 2014

Lombok dzieli od Bali raptem kilkadziesiąt kilometrów. Często nazywa się go „siostrzaną wyspą” Bali – nieco mniejszą, mniej rozwiniętą turystycznie, ale przez to wciąż nieodkrytą, dziewiczą. Sielskie życie obu wysp skoncetrowane jest na dwóch świętych wulkanach – Agung na Bali i Rinjani na Lomboku, ludzie w obu miejscach są równie przyjaźni, a plaże równie piękne. Da się jednak zauważyć i spore różnice.
Lombok (31)
Przyroda Lomboku bardzo różni się od przyrody Bali. Trzystumetrowa głębia Cieśniny Lombok sprawiła, że wyspy były od siebie oddzielone nawet w trakcie pleistoceńskich zlodowaceń. Gdy Europę pokrywała czapa lodowca poziom światowych oceanów bardzo się obniżył. Przez setki tysięcy lat Bali, Jawa i Sumatra połączone były lądem z Azją, a Lombok i wyspy na wschód od niego – z Papuą i Australią.
Dziś, dla kogoś obytego z przyrodą Azji, widać to na pierwszy rzut oka. Australia jak się patrzy.

Drugą największa różnica dotyczy kultury. Bali jest ostoją hinduizmu – miejscem „ucieczki” hinduistycznej jawajskiej szlachty podczas gdy kraj zalał islam. Na Lomboku hinduistów jest niewielu: Balinezyjczycy stanowią około 15% ludności, a większość mieszkańców wyspy stanowią Sasakowie wyznający islam (m.in. Wektu Telu – miejscowy odłam islamu łączący jego obyczaje z religiami animistycznymi). Niby detal, ale przez to „klimat” wyspy jest zupełnie inny, czego doświadczyliśmy oglądając procesje Takbiran.

Lombok liczy niecałe 5000 km^2 (tyle co 10 powierzchni Warszawy), ale blisko połowę powierzchni wyspy stanowi masyw ogromnego (drugiego co do wysokości w Indonezji) wulkanu Rinjani (3726 m.n.p.m.). Życie toczy się więc głównie na równinach na południu wyspy. Tam też znajdują się najpiękniejsze plaże i jeden z niewielu „kurortów” na wyspie – miejscowość o nazwie takiej samej, jak mekka turystów na Bali – Kuta.
LombokMapa
Kuta na Lomboku wygląda tak, jak Kuta na Bali mogła wyglądać 40 lat temu. Trzy ulice na krzyż, kilkanaście tanich hoteli i knajpek z tanim jedzeniem. Kilka kilometrów dalej Novotel – pierwszy na wyspie hotel mogący pochwalić się jakąkolwiek gwiazdką. Dużo turystów, jednak zupełnie innych niż ci z plaż Tajlandii. Tu 90% ludzi to młodzi (20-30 lat) surferzy, bardzo dużo jest samotnych dziewczyn. Bardzo mało ludzi starszych, zero „rodzin z dziećmi” czy „młodych małżeństw”.
Plaze Mapa Lombok
Plaża w Kucie nie należy do szczególnie urodziwych. Te najładniejsze znajdują się kilka kilometrów dalej, w odległości kilkunastu minut jazdy skuterem (50.000 rupii, czyli 12.5 zł za dzień wypożyczenia).

Pantai Lawan, to plaża leżąca kilka kilometrów na zachód od Kuty, po drugiej stronie kilkusetmetrowego wzgórza. Dojazd całkiem niezłej jakości drogą zajmuje nie więcej niż 25 minut, chociaż piękne widoki sprawiają, że podróż może się wydłużyć o kilka przystanków na robienie zdjęć. Kilkusetmetrowa plaża znajduje się w sporej zatoce, jednak brak rafy sprawia, że nawet tu, kilkaset metrów od otwartego oceanu fale są wyjątkowo silne. Nie ma tu mowy o spokojnym pływaniu, leżeniu w wodzie na plecach czy podglądaniu dna – dosłownie każda sekunda to walka z silnymi falami. Jest pięknie, śmiesznie, ale o relaksie można mówić wyłącznie leżąc w cieniu na białym piaseczku. Na plaży nie ma żadnych restauracyjek czy leżaków, ale piwo można kupić (po zaporowych cenach) od okolicznych „dostawców”.

Zatoka Ekas leży dobre około godziny drogi od Kuty. Jej zachodni brzeg jest jednak mało ciekawy, zajęty przez farmy krabów i krewetek. By dostać się na jej drugi, wschodni brzeg, trzeba poświęcić kolejne 2 godziny. Warto jednak poświęcić dzień na wyprawę – kilkukilometrowa plaża chociaż również średnio nadaje się do kąpieli (dużo glonów, które zbierają tłumy miejscowych dzieciaków) jest wręcz cudowna.

Raptem 10 kilometrów dalej, na wschodnim wybrzeżu Lomboku znajduje się jedna z najpopularniejszych plaż Lomboku: Pink Beach. Droga do niej to droga przez mękę.

Dziurawa jak ser szwajcarski, zakurzona, wąska co jakiś czas sugeruje znakami, że „jesteśmy tuż tuż” (wracając sprawdziliśmy – znak „Plaża za 2km” stał dwa razy za daleko). W końcu, gdy po kilkudziesięciu minutach dojechaliśmy do parkingu okazało się, że czeka nas jeszcze kilkaset metrów „spaceru” bardzo stromym podjazdem. Spodziewaliśmy się czegoś co zrekompensowałoby trudy dojazdu, a tymczasem Różowa Plaża była dla nas rozczarowaniem.

Pink Beach

Pink Beach

 

Może to kwestia tego, że trafiliśmy na odpływ, może tłumów turystów (Indonezyjczyków korzystających z pierwszego dnia Idul Fitri), może złej pory dnia. „Różowość” plaży (biorąca się od popularnych w tym rejonie szczątków czerwonych korali) była ledwo widoczna, a zaczynająca się przy samym brzegu rafa z każdą minutą osłaniała się coraz bardziej.

Farmy krabów.Farmy krabów.

Farmy krabów.

Krótki poradnik jak nie łowić ryb + klasyczna vlepka Sankt Pauli.Krótki poradnik jak nie łowić ryb + klasyczna vlepka Sankt Pauli.

Krótki poradnik jak nie łowić ryb + klasyczna vlepka Sankt Pauli.

 
Tomek i Aurelie, z którymi spędziliśmy kilka dni na południu Lomboku.Tomek i Aurelie, z którymi spędziliśmy kilka dni na południu Lomboku.

Tomek i Aurelie, z którymi spędziliśmy kilka dni na południu Lomboku.

Widok na wschodni brzeg zatoki Ekas.Widok na wschodni brzeg zatoki Ekas.

Widok na wschodni brzeg zatoki Ekas.

 
 
Tytoń jest najpopularniejszą rośliną uprawną południowego Lomboku.Tytoń jest najpopularniejszą rośliną uprawną południowego Lomboku.

Tytoń jest najpopularniejszą rośliną uprawną południowego Lomboku.

 
Suszarnie tytoniu, których minęliśmy kilkaset.Suszarnie tytoniu, których minęliśmy kilkaset.

Suszarnie tytoniu, których minęliśmy kilkaset.

 
Zatoka Ekas - plaża na wschodnim brzegu.Zatoka Ekas - plaża na wschodnim brzegu.

Zatoka Ekas - plaża na wschodnim brzegu.

 
 
Dzieciaki zbierające glony.Dzieciaki zbierające glony.

Dzieciaki zbierające glony.

 
 
Ostatnie dzikie plemiona zatoki Ekas.Ostatnie dzikie plemiona zatoki Ekas.

Ostatnie dzikie plemiona zatoki Ekas.

 
 
Kawa na Pink Beach. Drogie miejsce: prawie 2 zł.Kawa na Pink Beach. Drogie miejsce: prawie 2 zł.

Kawa na Pink Beach. Drogie miejsce: prawie 2 zł.

Droga dojazdowa do Pink Beach.Droga dojazdowa do Pink Beach.

Droga dojazdowa do Pink Beach.

 
 
 

Ostatnią z odwiedzonych przez nas plaż była piękna Tanjung Aan. Ją odwiedziliśmy jednak jeszcze następnego dnia jadąc na przejażdżkę wokół wyspy – o niej więc w następnej notce.



Ramadan w Dżakarcie i Takbiran na Lomboku

Sierpień 5th, 2014

Ostatni miesiąc upłynął nam pod znakiem Ramadanu.
W Dżakarcie, mieście bardzo otwartym i liberalnym, miesiąca postu nie przestrzega się jakoś wyjątkowo rygorystycznie. W całym biurze Łukasza, na ponad 30 osób pościło zaledwie 4 kolegów (w tym dwóch office boysów). Da się jednak zauważyć, że otwarta jest tylko połowa spośród ulicznych wózków z jedzeniem, a w ciągu dnia knajpy i restauracje świecą pustkami. Sytuacja zmienia się po zmroku: Każde miejsce z jedzeniem wypełnia się ludźmi, a office boysi przygotowują iftar (po arabsku) czyli Buka Puasa (po indonezyjsku) – przerywającą ścisły post „kolację”. Skąd cudzysłów? W Polsce posiłek składający się głównie ze słodkości – owoców, mleka kokosowego, lodów, galaretek i cukru nazwalibyśmy raczej „deserem”. Pomijając jednak te detale życie płynie jednak normalnie i o trwającym Ramadanie przypominają głównie wszechobecne dekoracje w sklepach i kolejki taksówek ustawiające się w okolicach meczetów po zmroku.

Zakończenie Ramadanu to najważniejsze święto świata islamu i jednocześnie najważniejsze święto w Indonezji. Nazywane tu Idul Fitri (z arabskiego: Eid Al-Fitr, tak nazywa się je od Maroka po Zatokę Perską) rozpoczęło się oficjalnie w poniedziałek 28 lipca i trwało przez trzy następne dni. Kolejne dwa dni również są ustawowo wolne, tym razem „w prezencie od władz”. W efekcie świętowanie nie trwa trzech, pięciu, ani siedmiu dni. Bez ani jednego dnia urlopu odpoczywa się w sumie dni DZIEWIĘĆ.

Idul Fitri to święto rodzinne, podobne klimatem do naszego Bożego Narodzenia. Mówiąc wprost – cały kraj wyjeżdża do domu. Już w poprzedzającym Eid tygodniu odbiliśmy się od drzwi kilku pralni, których właściciele postanowili jeszcze przedłużyć sobie wakacje, a telewizja każdego dnia informowała którędy najlepiej wyjechać z Dżakarty by ominąć największe korki (tak, jakby było to w ogóle możliwe…).
W czwartek zorganizowano w moim biurze coś co nazwalibyśmy „śledzikiem/jajeczkiem”. Zostaliśmy dłużej, żeby wspólnie z poszczącymi kolegami przerwać post – zjeść zamówione specjalnie przez szefostwo pyszności (skusiłem się na Gulai Otak czyli curry z wołowego mózgu).
10570565_10204458995814394_9029415694817404115_n
W piątek wyszliśmy z pracy wcześniej, a w sobotni poranek miasto było już wyludnione, a na ulice wyjechało podobno mniej niż 20% taksówek. Na szczęście, bez problemu udało mi się dostać na lotnisko taksówką zamówioną dzień wcześniej.

W niedzielny wieczór, już na Lomboku, dokładnie pod naszym hostelem rozpoczęły się przygotowania do odświętnej procesji nazywanej Takbiran. Arabskie słowo „takbir” to nic innego jak znany wszystkim zwrot „Allahu Akbar” – „Bóg jest wielki”. Faktycznie – cała noc minęła pod znakiem tej wyrażającej radość frazy. Słyszeliśmy ją najpierw z dziesiątek udekorowanych platform, które jechały ulicami Kuty, a następnie z setek głośników wszystkich okolicznych meczecików i sal modlitewnych.

Procesje Takbiran, charakterystyczne dla całej muzułmańskiej Indonezji, organizowane są podobno coraz rzadziej. Wspólnoty wiernych maszerujące wiele kilometrów do największego okolicznego meczetu na tyle skutecznie blokowały ruch drogowy, że w Dżakarcie zupełnie ich zakazano.

Na prowincji są jednak wciąż popularne – w tak małym miasteczku jak Kuta zobaczyliśmy platformy zorganizowane przez przynajmniej 20 różnych okolicznych wspólnot. Bębny, fajerwerki, petardy i „Allahu Akbar” przez całą noc.



Dlaczego warto kupować przypadkowe książki. Wprowadzenie do Lomboku

Sierpień 4th, 2014

Kochana Mamusiu!

Właśnie spełniam moje kolejne marzenia i odwiedzam kolejny punkt na mapie. Płynę promem z Bali na Lombok.

Dwa lata temu, pewnego słonecznego czerwonego dnia, poszliśmy z Łukaszem na kiermasz książek używanych i kupiliśmy tam mocno przechodzony przewodnik Lonely Planet pod tytułem „Bali i Lombok”. Tego dnia nabyliśmy też „Północne Indie”, coś o Ameryce Południowej i kilka innych niepotrzebnych tytułów. „Bali i Lombok” kosztował 2 zł i bardzo ekscytowałam się faktem, że nie jestem do końca pewna, gdzie na mapie znajdują się te egzotyczne wyspy. Posiadanie przewodnika na półce przybliżało mnie jednak troszeczkę do tych miejsc. Z zapałem marzyłam, że któregoś dnia usiądę spokojnie, poprzeglądam zużyte strony i dowiem się więcej o Bali, o Indiach i innych miejscach na świecie. Że zaplanuję kolejną podróż.

Tego marzenia nie udało mi się spełnić. Literatura, którą muszę czytać na zajęcia oraz stosy reportaży i beletrystyki, które zawsze zalegają na mojej szafce nocnej nigdy nie pozwoliły mi dowiedzieć się, gdzie leży Lombok. Dopóki tam nie pojechałam.

Decyzja o naszej rocznej podróży nie zapadła spontanicznie, ale też nie była specjalnie nieprzemyślana. Nie poświęciliśmy jednak miesięcy na dokładnie planowanie. Założyliśmy, że już w trasie będziemy organizować kolejne etapy. A jako że Indonezja miała być ostatnim krajem, jaki odwiedzimy, do tej wizyty nie przygotowywaliśmy się prawie w ogóle. Jedyną decyzją, jaką musieliśmy podjąć przed wyjazdem, było… zostawienie naszego jedynego przewodnika po tym kraju, „Bali i Lombk”, w Warszawie. Szalone byłoby przecież noszenie go na plecach przez rok, żeby wykorzystywać go przez kilka ostatnich tygodni! Tym sposobem czekając na lotnisku Chopina na mój samolot do Szanghaju przez Dubaj w październiku zeszłego roku, nadal nie wiedziałam gdzie leży Lombok.

O Bali słyszeli wszyscy. Balijski raj, przepiękne obrzędy i tarasy ryżowe to klasyka rajskiej Indonezji. Na pewno takie właśnie odczucia mają wszyscy turyści przybywający na wyspę wraz z zorganizowanymi wycieczkami. Drogie hotele dbają, żeby ich goście doświadczyli balijskiej gościnności, ciszy, spokoju i relaksu. Jestem przekonana, że w takim Bali można się zakochać bez pamięci. Szczególnie, jeżeli jest się zapracowanym biznesmenem, który szuka wytchnienia podczas jedynego w roku urlopu albo znudzoną panią domu zachwyconą kolorową egzotyką. Gorzej, jeżeli na Bali dociera się wolnym promem z Jawy, który potrzebuje aż godziny, żeby pokonać cieśninę o szerokości trzech kilometrów. Tym gorzej, jeżeli ma się w pamięci gościnność nieprzyzwyczajonych do białych turystów Jawajczyków i nieopisany urok zaśmieconej i przeludnionej, ale nadal dziewiczej Jawy. Najgorzej, jeżeli chce się Bali poznawać i eksplorować. Szybko trzeba wtedy poradzić sobie z faktem, że jest się spóźnionym. I to prawie o 100 lat.

Po trzech tygodniowych wizytach na Bali zaczynam odczuwać spełnienie – już trochę je poznałam i na pewno zdążyłam pokochać. Teraz czas na kolejną przygodę, bo wreszcie dowiedziałam się, gdzie leży Lombok. A moja wiedzą mocno się utwierdziła, odkąd w naszym dżakarckim mieszkaniu zawisła mapa Indonezji.

Lombok po raz pierwszy tak naprawdę odwiedziłam w lutym, kiedy razem z Tobą, Mamo, byłam na archipelagu Gili. Trzy małe, naprawdę rajskie wysepki znajdują się na północny-zachód od Lomboku, a nasza łódka z powrotem na Bali miała krótki postój w porcie Sanggiri. Płynąc wzdłuż zalesionych, nieregularnych pagórków Lomboku czułam, że to jest miejsce, które muszę odwiedzić, zwiedzić, poczuć i oczywiście pokochać.

Więc jadę. A właściwie płynę. Płynę tak zwanym „wolnym”, czyli najprostszym, najtańszym i najpopularniejszym promem z Bali na Lombok. Podróż trwa 4 godziny, chociaż w tym czasie prom przepływa niecałe 70 km. Trochę buja, trochę pryska słoną wodą z fal rozbijających się o burtę, trochę nie mogę się doczekać, co mnie czeka na brzegu. Jedyne, czego jestem pewna, to że Łukasz już tam jest i czeka na mnie. Reszta jest wielką, wspaniałą, niespodzianką.