Posty otagowane jako ‘Jawa’

Niespodziewanie w Malang. Dlaczego elastyczny plan podróży jest cudowny

Czerwiec 14th, 2014

Kolejnym miejscem na liście obowiązkowych do odwiedzenia podczas każdej wycieczki po Indonezji jest park narodowy Bromo-Tengger-Semeru i wulkan Bromo. Mały wypierdek (to określenie nie jest przypadkowe, o szczegółach opowiem jutro) położony w niespotykanie pięknej okolicy. Atrakcja łatwa do zaliczenia, należy wspiąć się na punkt widokowy, a potem przejść przez „morze piasku”, żeby wreszcie zajrzeć do wnętrza krateru. Wszystko jasno oznaczone i opisane, w sumie 3 godziny zwiedzania. Największym problemem jest jednak dostanie się do samego parku.

Najpopularniejsza i najprostsza droga wiedzie przez miejscowość na północnym wybrzeżu wschodniej Jawy – Probolinggo. Można dojechać tam pociągiem. Z dworca kolejowego na autobusowy podjeżdża się angkotem, czyli lokalnym busikiem i stamtąd już tylko 2 godziny, czyli 45 km minibusem do miejscowości Cemoro Lawang, zaraz obok Bromo. Większość turystów próbuje dostać się do Probolinggo z Yogyakarty (8 godzin pociągiem). Można zabrać się jednym z dwóch pociągów dziennie. Pierwszy odjeżdża o 7.20 rano, drugi około godziny później, a dojeżdżają na miejsce odpowiednio o 15.35 i ok. 17.

Minusy tego planu? Wychodząc z dworca kolejowego spotkamy udające transport publiczny busiki, które kasują turystów za normalny bilet i podwożą prosto pod drzwi agencji turystycznej zamiast na dworzec. Tam pracownicy zajmują się wmawianiem, że nie ma żadnych połączeń do Cemoro Lawang i jedyny sposób, żeby zobaczyć Bromo to wykupić wycieczkę w ich agencji. A jeżeli nawet uda nam się wsiąść w dobry autobus i dotrzemy do dworca autobusowego, okazuje się, że faktycznie nie ma już dzisiaj żadnego autobusu pod Bromo! Lokalne minibusy przestają kursować ok. 3-4 po południu i jedyna opcja, żeby dostać się do wioski to „wyczarterowanie” całego autobusu, który kosztuje ok. 100 zł.

Najlepszym sposobem jest więc spędzenie nocy w Probolinggo, które ponoć do najciekawszych i najpiękniejszych miejsc na świecie nie należy. Zgodnie z tym planem następnego dnia rano, po bożemu, jedzie się minibusem do Cemoro Lawang i tam nerwowo oczekuje kolejny dzień i noc, bo Bromo spektakularnie wygląda o wschodzie słońca. Po zaliczeniu klasycznego poranka na punkcie widokowym wraca się do Probolinggo w ten sam sposób. Całość zajmuje 4 dni, chociaż właściwego zwiedzania jest może ze 3 godziny.

Średnio mi się podobał ten pomysł. Wsiadając do pociągu Yogyakarta – Probolinggo nadal wahałam się, jak skrócić sobie ten czas podróży. Niespodziewanie obok mnie usiedli dwaj inni podróżnicy – Timo, Holender i Szwajcar Sebastian. Droga do Surabai trwa 6 godzin, mieliśmy więc dużo czasu, żeby zweryfikować swoje dalsze plany. Wreszcie postanowiliśmy pojechać w zupełnie innym kierunku – do Malang, miasta na południe od Surabai, po przeciwnej stronie parku narodowego, niż Probolinggo.

Zatrzymaliśmy się w hotelu, który skradł moje serce. I to nie tylko dlatego, że ma prysznice z ciepłą wodą i normalne, zachodnie sedesy! Jest też fajnie zaprojektowany. Na zdjęciach widać dormitoria z kilkunastoma ciekawie zainstalowanymi łóżkami oraz łóżka dwu- i trzyosobowe dostępne w dormitoriach. Mają zimne piwo, co w Indonezji jest nie lada luksusem, a cena za 1 nocleg to tylko 55 000 IDR, czyli 13 zł.

Hostel Kampong Tourist znajduje się na dachu hotelu Helios (a to Ci dopiero nietypowa lokalizacja!), można znaleźć go w przewodnikach Lonely Planet.
IMG-20140614-WA0000

A już za chwilę, już za chwileczkę… Wraz z moimi nowymi europejskimi przyjaciółmi i Ibasem, Indonezyjczykiem, który dzięki Couchsurfingowi został naszym przewodnikiem na ten weekend, atakujemy Bromo! Ale w zupełnie inny i nietypowy sposób. Już nie mogę się doczekać tych fantastycznych zdjęć! 🙂

część hotelowej restauracjiczęść hotelowej restauracji

część hotelowej restauracji

widok na dormitorium i prysznice w tlewidok na dormitorium i prysznice w tle

widok na dormitorium i prysznice w tle

widok na Malangwidok na Malang

widok na Malang

dumnie prezentuję moją nową koszulkę z Couchsurfingu w Jogjidumnie prezentuję moją nową koszulkę z Couchsurfingu w Jogji

dumnie prezentuję moją nową koszulkę z Couchsurfingu w Jogji

 
dormitorium, moje łóżko po lewej (materac w odświeżaniu)dormitorium, moje łóżko po lewej (materac w odświeżaniu)

dormitorium, moje łóżko po lewej (materac w odświeżaniu)

trzyosobowe łóżko w dormitorium - nie lada gratkatrzyosobowe łóżko w dormitorium - nie lada gratka

trzyosobowe łóżko w dormitorium - nie lada gratka

 
dwuosobowe łóżka w dormitoriumdwuosobowe łóżka w dormitorium

dwuosobowe łóżka w dormitorium

Sebastian, mój nowy SzwajcarSebastian, mój nowy Szwajcar

Sebastian, mój nowy Szwajcar

 
 


Kurczak? Kościół? Czy kościół-kurczak?

Czerwiec 12th, 2014

Budowla, którą dzisiaj państwo podziwiają to kościół-kurczak. Po angielsku znana jest jako chicken church, a po indonezyjsku geraja burung (kościół-ptak), a rzadziej geraja ayam. Znajduje się bardzo blisko Borodubur, niecałe 4 km za zachód.

kurczak w perspektywie z Ulrichem

kurczak w perspektywie z Ulrichem

 

Miejsce to zostało nam polecone przez Siti i Martina, naszych Couchsurfingowych przyjaciół. Nie jest to znana atrakcja turystyczna i mieliśmy ogromne problemy, żeby wreszcie tam trafić. I to nawet pomimo mojej biegłej znajomości indonezyjskiego (albo raczej podstawowej i ogromnego przekonania o własnej genialności)! Ludzie mieszkający w okolicy zazwyczaj odpowiadali, że owszem, znają takie miejsce, ale gdzie to jest…? To już trudno powiedzieć. Byliśmy bliscy zrezygnowania, kiedy podczas jednego z wielu postoi, kiedy ja zachwycona fotografowałam otaczające nas pola i rolników przy pracy, Emma wypatrzyła sylwetkę wielkiego kurczaka na wzgórzu pośród drzew. Wreszcie! Teraz przynajmniej wiedzieliśmy w jakim kierunku mamy podążać.

Udało nam się dotrzeć do bambusowego mostu podejrzanej konstrukcji, który jest charakterystycznym punktem informującym, że jest się u celu. Wspinaczka na szczyt trwała już tylko 10 minut, chociaż nie była łatwa ani przyjemna.

Kurczak powitał nas w pełnej krasie. Jest ogromny, murowany (nie wiedzieć czemu zarówno ja, jak i Emma i Ulrich spodziewaliśmy się konstrukcji z drewna), pomalowany i ma otwarty dziób.

aż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAKaż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAK

aż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAK

 

Pytanie, jakie zadawaliśmy sobie my i które zadają sobie nasi znajomi z Yogyakarty oraz turyści, którzy na swoich blogach opisują tą niespotykaną budowlę brzmi: kto, do czorta, to zbudował? Dlaczego? I dlaczego nigdy nie zostało to skończone? Odpowiedzi niestety nikt nie zna.

Dwie wersje wydają się najbardziej prawdopodobne. Jedna, zasłyszana na miejscu, mówi o misjonarzach holenderskich, którzy zrealizowali ten dość ekscentryczny projekt, ale z braku wiernych w okolicy zmuszeni byli go porzucić przed ukończeniem. Holendrzy wynieśli się z Indonezji w 1945 roku, oznaczało by to więc, że budynek ma ponad 70 lat… Tłumaczyłoby to poniekąd dlaczego mieszkańcy lokalnych wiosek nie mają pojęcia o jego pochodzeniu – pytani odpowiadają zawsze, że kościół stał tu za czasów ich ojców i dziadków, więc w lokalnej świadomości był czymś oczywistym i nikt nigdy nie pytał, skąd on się tam wziął. W tradycji jawajskiej historia nie gra zbyt dużej roli, jest mniej ważna od tradycji i wierzeń, dlatego trudno dziś uzyskać jakiekolwiek wiarygodne informacje.

Druga wersja mówi o konkretnym człowieku imieniem Daniel Alamsjah, który ożenił się z kobietą pochodzącą z pobliskiej wioski. Daniel pewnej nocy miał sen-objawienie, kiedy to Bóg kazał zbudować mu kościół w kształcie gołębia na wzgórzu. W miejscu tym miało dokonać się ostateczne zjednoczenie Chrześcijan z całego świata. Dość odważny plan jak na niewielki kościół w kształcie kurczaka, ale zobaczmy, jak historia Daniela potoczyła się dalej… Wizja ta wracała do niego przez wiele nocy. Pewnego dnia przyszły budowniczy wraz z żoną udali się w odwiedziny do teściowej. Daniel pchany nieznaną siłą zaczął wspinać się na wzgórze. Na szczycie długo modlił się i dostał z niebios odpowiedź na dwa pytania: Tak, to jest miejsce, do którego kierował go Bóg i Tak, Bóg pomoże mu zrealizować to nieprawdopodobne przedsięwzięcie. W 6 miesięcy udało mu się ponoć wykupić 2,5 hektara ziemi pod przyszłą inwestycję i w 1994 roku (pojawia się tu bardzo konkretna data!) rozpoczął budowę. W tym czasie Indonezja pogrążyła się w ogromnym kryzysie gospodarczym i doświadczyła hiperinflacji, która spowodowała, że Danielowi niespodziewanie szybko skończyły się przygotowane pieniądze, a nieliczni sponsorzy się wycofali. Kościół był ukończony w 70%, ale architekt-szaleniec nigdy nie stracił nadziei, że uda mu się ukończyć projekt.

Czy ta wersja jest prawdziwa? Nie sądzę. Według niej Daniel nadal żyje i zbiera fundusze na ukończenie prac, choć w rzeczywistości budynek popada w kompletną ruinę i nie wygląda, jak by ktokolwiek się o niego troszczył. W Internecie można znaleźć sporo wątków na forach i blogach poświęconych zagadce gigantycznego kurczaka. Jeżeli naprawdę istnieje ktoś, kto szuka sponsorów na ukończenie budowy w jego interesie powinno leżeć nagłośnienie i rozreklamowanie sprawy. Tymczasem wszystkie ważne pytania nadal pozostają bez odpowiedzi.


Kolejne, coraz mniej prawdopodobne teorie mówią, że w środku kurczaka znajdowała się kiedyś klinika odwykowa. Tak naprawdę jednak budynek wygląda, jak by nigdy nie został ukończony i oddany do użytkowania. Wewnątrz znajdują się dwa piętra – wyższe, z oknami i dziurą w kształcie krzyża w sklepieniu przypomina faktycznie nieukończone wnętrze kościoła. Budynek jest ponoć bezpieczny i można wejść do środka. Piętro niżej znajduje się ciemny korytarz prowadzący przez środek i dwa rzędy mikroskopijnych pokoików bez okien po obu stronach. Na końcu znajdują się pomieszczenia przeznaczone na łazienki w indonezyjskim standardzie. Jakie miało być przeznaczenie tego piętra? Absolutnie nie mam pojęcia, ale zimne i ciemne pomieszczenia przypominają mi jedynie dziwny magazyn albo przerażające więzienie. Chociaż o tej drugiej opcji wolałabym nie myśleć w tak absurdalnym miejscu.

Nieukończony kościół popada w ruinę i nie dba o niego nikt. Jak każde tego typu miejsce pełni niechlubną funkcję lokalnej meliny, spacerując wewnątrz można natknąć się na zużyte prezerwatywy, puste butelki, a pewnie i inne pamiątki. Warto pamiętać, że w muzułmańskiej Indonezji seks przedmałżeński jest jeszcze większym wykroczeniem przeciw moralności, niż w Polsce.

Jeżeli traficie na jakieś ciekawe ślady w sprawie kurczaka-giganta, dajcie znać! Jestem szalenie ciekawa o co tu chodzi.

bajkowe krajoobrazy na centralnej Jawiebajkowe krajoobrazy na centralnej Jawie

bajkowe krajoobrazy na centralnej Jawie

...momentalnie zaczęliśmy coś podejrzewać...momentalnie zaczęliśmy coś podejrzewać

...momentalnie zaczęliśmy coś podejrzewać

a Ty byś przeszedł/przeszła?a Ty byś przeszedł/przeszła?

a Ty byś przeszedł/przeszła?

 
aż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAKaż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAK

aż naszym oczom ukazał się najprawdziwszy w świecie KURCZAK

kurczak trochę się rozpadałkurczak trochę się rozpadał

kurczak trochę się rozpadał

ale nadal można było domyśleć się, jakie było jego przeznaczenieale nadal można było domyśleć się, jakie było jego przeznaczenie

ale nadal można było domyśleć się, jakie było jego przeznaczenie

 
 
kurczak w perspektywie z Ulrichemkurczak w perspektywie z Ulrichem

kurczak w perspektywie z Ulrichem

 

PS Historia o architekcie Danielu pochodzi z tego bloga.



Mleko i bambus – opowieść o mutantach

Marzec 13th, 2014

W Indonezji nie ma sera.
W dużych, dobrze zaopatrzonych supermarketach cośtam się nawet znajdzie (np. 2 kilogramy na cały, ogromny sklep), ale wtedy z kolei odstrasza cena.
Mleko? Na pierwszy rzut oka jest z nim trochę lepiej – ceny tylko trochę wyższe niż w Polsce. Dopiero przyglądając się bliżej zwrócimy uwagę, że zawartość kartoników powstała w większość z mleka w proszku.

Czemu? Tak jest od zawsze. W Południowo-Wschodniej Azji mleka się nie pije i już. Skoro się nie pije, to się też nie produkuje.
Żeby nie być gołosłownym: W Finlandii roczne spożycie mleka na mieszkańca to ponad 300 litrów, w Polsce – 190 litrów. W Indonezji litrów 13.
Skąd te dysproporcje?
Wbrew pozorom ma to swoje logiczne wytłumaczenie. Logiczne, bardzo proste i na tyle ciekawe, że bardzo nas dziwi, że w szkołach nie mówi się o tym ani słowa.

Cały sekret w tym, że wbrew pozorom gatunek Homo Sapiens… nie trawi mleka!
Zawarta w mleku laktoza jest trucizną dla wszystkich organizmów, które nie wytwarzają laktazy: enzymu odpowiedzialnego za rozbicie laktozy na cukry przyswajalne przez ciało. Enzym ten wytwarzany jest w organizmach dzieci (dlatego one mogą pić mleko bez problemów) lecz z wiekiem przestaje być wydzielany. W rezultacie – dla wszystkich naszych prapraprzodków mleko było trucizną.
Dopiero 11000 lat temu jakiś niezwykle odważny, żyjący na Bliskim Wschodzi osobnik zauważył, że z trujące mleko można przetworzyć i sprawić, że nada się do spożycia. Jogurt, kefir czy zsiadłe mleko zawierają dużo mniej laktozy – na tyle mało, by hodujący je rolnicy mogli bezpiecznie je pić zapewniając sobie całoroczny dostęp do źródła białka. Odkrycie te miało gigantyczne konsekwencje. Niedługo później inni pionierzy mogli wyruszyć na północ i zasiedlić mniej przyjazne rejony ówczesnego świata.
Kilka tysięcy lat później na terenie dzisiejszej Polski po raz pierwszy wytworzono ser (który zawiera o 90% mniej laktozy niż mleko). Lata spożywania nabiału, przyzwyczajanie ciała do laktozy powoli owocowały – europejscy rolnicy zaczynali mutować… Gen odpowiadający za „wyłączenie produkcji” laktazy zmienił się sprawiając, że trucizna stała się przysmakiem.

Dziś, tysiące lat po rozpoczęciu tego procesu, laktozę toleruje zaledwie 30% ludności świata. Mimo to „nietolerancja laktozy” figuruje w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób. Ciekawe, prawda? „Choroba”, która jest w 100% naturalna i wrodzona dla większości ludzi na Ziemi…

W Polsce zmutowany gen występuje u 80% populacji. W Chinach, Kambodży czy Indonezji: u mniej niż 5%. Idealnie pokazuje to poniższa mapka:
Procent ludzi tolerujących laktozę.

To dlatego wszędzie na trasie naszej podróży łatwiej było o mleko sojowe, kokosowe czy ryżowe – nie chodzi o dostępność składników, a o to, że w odróżnieniu od mleka krowiego nie zawierają one laktozy.
Takie drobne różnice najbardziej nas zadziwiają: niby detal, a jednak sprawia, że inaczej patrzymy na cały świat.

Kolejną ciekawostką jest sposób smażenia potraw. Kuchnia azjatycka nie bez kozery kojarzy się z wokiem. Wszystko smaży się błyskawicznie, w wysokiej temperaturze – to dlatego w Polsce słowo „chińczyk” jest w zasadzie synonimem Fast foodu. Dlaczego wok, a nie zwykła patelnia? Czemu pijący mleko rolnicy z Europy żywili się gotowanym kilka godzin gulaszem, a w Indonezji potrawą narodową jest przyrządzany w 3 minuty smażony ryż? Tym razem obyło się bez mutacji genetycznych – jedynym powodem jest wykorzystanie bambusa.
Bambus, w odróżnieniu od „naszego drewna” rośnie bardzo szybko. Pali się dobrze – nic więc dziwnego, że przez wieki wykorzystywano go jako podstawowy materiał opałowy. Najważniejszą jednak różnicą jest jednak to, że bambus spala się błyskawicznie wyzwalając bardzo wysoką temperaturę. Tyle! Kuchnia chińska, którą dzisiaj znamy wzięła się – jak wszystko inne – z potrzeby dostosowania do warunków wokół.
Najśmieszniejsze jednak, że różnice te wyczuć możemy do dziś nie tylko w smaku potraw, ale i choćby w wielkości palników w kuchni. Mały ogień? Dobre sobie. Maleńki płomień mogliśmy ustawić w Warszawie – tu ten najmniejszy wciąż wygląda jak pochodnia.

Starczy nauki na dziś, ale jakby ktoś chciał napisać na ten temat pracę magisterską, to służymy materiałami źródłowymi.



Jawajskie rozmaitości

Marzec 12th, 2014

O różnicach między Indonezją a Polską napisano wiele. Najciekawsze według nas są jednak drobne szczegóły, o których nie czytaliśmy i nie słyszeliśmy wcześniej. Język, klimat, wulkany – wspomina się o tym w każdej publikacji o Indonezji. Fajnie, ale… czemu nikt nie wspomniał o mrówkach i badmintonie? Czas na trochę informacji o drobnych detalach, które czasem dość mocno przekładają się na życie.

Zwierzątka
Nasza jeżyna została w Warszawie. Szkoda, bo dobrze by się bawiła. Tutejszy klimat sprzyja automatycznej biodegradacji wszelkich resztek: zostawione na wierzchu owoce czy jakiekolwiek słodkości szybko stają się ofiarą mrówek. Nie jest to domena naszego mieszkania – wszędzie wszystko żyje, wszelkie resztki znikają same z siebie. Co cieszy: karaluchów w naszym bloku jakimś cudem nie ma. Widzi się je za to na ulicy.
Na oddzielny akapit zasługują tutejsze bezpańskie (?) koty. W okolicy jest ich kilka. Każdy ZAWSZE siedzi w tym samym miejscu: rudy na wycieraczce salonu fryzjerskiego, czarny na schodkach przy biurze itp. Świątek, piątek czy niedziela – wracając z pracy muszę pamiętać, żeby nie stanąć na schodku, bo przestraszę kota, który leży tam cały czas.

Z jawajskiego garnka
Chociaż Indonezja to ogromny kraj – jej kuchnia bardzo różni się od tradycji kulinarnych innych dużych państw. W odróżnieniu od Indii czy Chin, które rozciągają się na tysiącach kilometrów z północy na południe – Indonezja rozciąga się na podobnym dystansie, ale WZDŁUŻ równika. Co z tego wynika?
Ano, zarówno w Chinach jak i w Indiach mamy kilkanaście kuchni regionalnych, a potrawy z mroźnej północy bardzo różnią się od potraw z tropikalnego południa. Są regiony słynne z owoców, ryb, a są takie znane z tłustych gulaszy i warzyw. W kuchni indonezyjskiej również wyróżnić można tradycje regionalne, ale nie są one aż tak różnorodne: klimat (a zatem i dostęp do składników) w całym kraju jest bardzo zbliżony. Tu każdy region obfituje w owoce, ryby, palmy kokosowe.
Innymi słowy: jest dość różnorodnie, ciekawie, PYSZNIE, ale różnych potraw są dziesiątki i setki, a nie tysiące jak w Chinach. Najważniejsze jednak, że jest to kuchnia skrojona dla nas – pełna wpływów indyjskich i chińskich, a jednocześnie nasycona mleczkiem kokosowym i orzechami.
Gado-gado, sate, soto, nasi uduk, nasi goreng… każdą z tych specjalności opiszemy osobno w przyszłości.

Hamburger i kimchi
Kultura centrów handlowych niesie ze sobą kulturę Food Courtów czyli… hmmm.. „dziedzińców z jedzeniem”? W Polsce podobne dziedzińce to chyba jednak rzadkość. Owszem, w Arkadii czy Złotych Tarasach można usiąść i zjeść hamburgera bądź sałatkę z jednej z kilku knajpek, ale w Indonezji zjawisko to jest o wiele potężniejsze. Food Court to kilkanaście bądź kilkadziesiąt małych restauracji oferujących przeróżne smakołyki. Tajwańskie pierożki? Sushi? Kimchi? Przysmaki z Jawy, Sumatry? Chińskie pieczone kaczki? Amerykańskie steki, włoskie spaghetti? Teriyaki? Ramen? Tokayaki? Wszystko na wyciągniecie reki. Podobnie z reszta w supermarketach: Ada wprost zaczęła się trząść po znalezieniu słoika z pesto… Nie ma mowy o kulinarnej monotonii.

Wężowy owoc
Uwielbiamy tropikalne owoce. Uwielbiamy banany, mandarynki, mango, longana, papaje. Uwielbiamy też mangostan, chociaż znalezienie go w Polsce graniczy z cudem. Pyszny jest rambutan, lubimy karambole… Tu owoce te można dostać w każdym sklepie. Ba! Dostać można też śmierdzącego duriana w kilku odmianach, sawo, duku czy salak, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, a który zadziwia wyglądem.
DSC_7448
Salak, czyli po naszemu Oszpilna Jadalna (??) rośnie wyłącznie na Jawie i Sumatrze. Wężowa skórka skrywa fajny, czosnko-podobny miąższ o ciekawym smaku: trochę jabłko-gruszka, trochę migdał.
To oczywiście nie wszystko – w sklepach widzimy dziesiątki owoców i warzyw, których nazwy nic nam nie mówią. O tym również będziemy pisać już niedługo.

Szara terenówka
Ciekawostka pierwsza: palące słoneczko sprawia, że kolorowe samochody są tu wyjątkowo niepraktyczne. W rezultacie – po ulicach jeżdżą wyłącznie samochody w odcieniach szarości.
Ciekawostka druga: stan dróg i ogromne korki sprawiają, że rolę samochodów osobowych przejmują skutery i motorki. Jeśli ktoś decyduje się na samochód – decyduje się raczej na vana lub samochód terenowy w wersji miejskiej.
Ciekawostka pierwsza w połączeniu z drugą: Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że parking przy centrum handlowym to dziwny komis samochodowy: 3/4 samochodów to szarobure vany i terenówki, pozostałe – szarobure osobówki.
Co tu dużo pisać – poniższe zdjęcie przedstawia obecną sytuację drogową pod „naszym centrum handlowym”.
Nasza okolica

Keep calm and wear hidjab
Chociaż Dżakarta to stolica największego i najludniejszego muzułmańskiego kraju świata i, przy okazji, największe muzułmańskie miasto świata – podejście do religii jest tu zupełnie inne niż na Bliskim Wschodzie. Obowiązuje tu, tak jak w Turcji, rozdział religii od państwa, religijność i jej eksponowanie jest więc sprawą zupełnie osobistą. Na ulicach widzi się dziewczyny w Hidżabach, ale stanowią może 10% wszystkich kobiet. Doskonale widać, że większość z nich nosi je z własnej, nieprzymuszonej woli. W Iranie przymus noszenia hidżabu owocuje tym, że dziewczyny noszą je od niechcenia – jak chustkę zarzuconą na włosy. Tu sytuacja jest zgoła inna: często widzi się wymalowane, fajnie ubrane dziewczyny, które traktują Hidżab jako naturalne uzupełnienie ubioru. Widok dziewuchy w obcisłych dżinsach, hidżabie i koszulce z hasłem „Keep calm and wear hidjab!” nikogo nie dziwi.

Ojek, angkot i bajai
Wspominaliśmy poprzednio, że komunikacja miejska pojawiła się w Dżakarcie raptem 2 lata temu i obejmuje dziś raptem kilkanaście linii autobusowych. Sytuacja nie jest jednak aż tak tragiczna: to, czego nie udaje się realizować władzom miejskim organizują prywaciarze. Oprócz taksówek i metrobusów korzystać można z szeregu innych rozwiązań.
Angkot to nic innego jak malutki autobus, „marszrutka” zrobiony ze zwykłego vana bądź osobówki combi. W środku, prócz kierowcy, mieści się (o dziwo!) 15 osób. Angkoty jeżdżą na trasach w obrębie jednej dzielnicy, a przejazd kosztuje 3000 rupii czyli 75 groszy: na tyle mało, że Łukasz codziennie jeździ tak do pracy.
Ojek to „motocyklowa taksówka”. Na każdym rogu, przy każdym wyjeździe z terenu centrum handlowego czeka grupka motocyklistów, która przechodzącego białasa wita serdecznym „ojek, ojek!”. Cena za usługę zależy tu od umiejętności negocjacyjnych pasażera – ustala się ją wcześniej.
Kolejnym tutejszym wynalazkiem jest motoriksza nazywana tu Bajai. Przejazd nią nie należy jednak do przyjemności: Brak wentylacji w połączeniu z ogromną ilością spalin, wysoką temperaturą i wysokim kosztem takiej podróży sprawia, że często dużo lepszym i tańszym rozwiązaniem jest regularna taksówka.

Taksówka regularna i nieregularna
Mieszkańcy Dżakarty spędzają w taksówkach mnóstwo czasu. Nic dziwnego, że korporacje taksówkowe wychodzą im na przeciw starając się w jakiś sposób urozmaicić im codzienne podróże.
Najdroższą, a mimo to polecaną przez każdego korporacją jest „Blue Bird”. Ich błękitne Toyoty stanowią bardzo charakterystyczny element krajobrazu wielu miast Indonezji. Jak słusznie zauważył nasz przyjaciel Kacper – korporacja traktowana jest (zwłaszcza przez obcokrajowców) jak instytucja zaufania społecznego.
Kierowca Blue Bird (każdy ubrany w batikową, błękitną koszulę z logo firmy) nie oszuka pasażera. Ba! Jeśli pasażer cokolwiek zostawi w taksówce – może być pewnym, że zguba do niego wróci. Świadczą o tym liczne świadectwa zadowolonych pasażerów zamieszczane w… magazynie pokładowym. Tak! W każdej taksówce znajdziemy miesięcznik „Blue Bird”, w którym rolę „listów od czytelników” stanowią maile i smsy opisujące perypetie pasażerów. Taksówki są dużo wygodniejsze, pojemniejsze od taksówek warszawskich. Pasażer może słuchać w nich przyniesionej przez siebie muzyki!
Luksusy „Blue Birda” to jednak dla niektórych za mało. Dla nich powstał „Silver Bird” – biznes klasa wśród taksówek. Więcej miejsca, najlepsi kierowcy…

Sport narodowy
Piłka nożna, zwłaszcza w zagranicznym wydaniu jest bardzo popularna. Publiczne kanały telewizji transmitują mecze ligi angielskiej, francuskiej, hiszpańskiej, niemieckiej i, oczywiście, indonezyjskiej. Z tą ostatnią jest jednak jak w Polsce – interesuje wyłącznie największych zapaleńców. Koledzy z biura Łukasza mówią wprost: poziom słaby, a na meczach rozróby. Lepiej kibicować Arsenalowi lub Manchesterowi.
Indonezyjczyków fascynuje jednak również inna dyscyplina. Taka, w której bywają najlepsi na świecie.
„Skokami narciarskimi” Indonezji jest… Badminton. W niewdzięczną rolę Schmidta i Hannavalda wcielają się tutaj Chińczycy – rywalizacja z nimi trwa od dziesiątek lat. Spośród wszystkich 27 medali, które Indonezyjczycy wywalczyli na olimpiadach aż 18 zdobyto w tej dyscyplinie. Co ciekawe, z siedmiu pierwszych igrzysk Indonezyjczycy wracali z niczym. Przełomem były igrzyska w Barcelonie – to tam badminton zadebiutował jako dyscyplina olimpijska rozpruwając tym samym worek z medalami.
W pierwszym w historii turnieju singla mężczyzn Indonezyjczycy zdobyli komplecik: złoto, srebro i brąz, a kolejne dwa medale wywalczyły panie i debel.
Turnieje badmintonowe lecą w TV tak, jak u nas skoki albo piłka. Musimy się kiedyś na takowy wybrać.