Posty otagowane jako ‘Jawa’

Puncak, czyli gdzie Dżakarta wyjeżdża na weekend

Wrzesień 9th, 2014

Puncak (czyt. Punciak), czyli po indonezyjsku „szczyt”, to nazwa okolicy będącej ulubionym miejscem weekendowych wypadów mieszkańców Dżakarty. Niecałe 60 kilometrów na południe od centrum stolicy wznoszą się stożki ogromnych wulkanów Gede (2958 mnpm) i Pangrango (3019mnpm) oraz kilka mniejszych wzniesień – dawnych kraterów. Puncak, wbrew swojej nazwie, nie jest szczytem, a leżącą nieopodal wulkanów, znajdującą się na wysokości ok. 600 metrów przełęczą.

Im wyżej tym temperatura niższa i przyjemniejsza, a powietrze mniej zanieczyszczone. Nic dziwnego, że w okolicy rozwinęła się ogromna infrastruktura turystyczna będąca w stanie „ugościć” dziesiątki tysięcy weekendowych gości.
Nic tylko korzystać!

Niestety – 60 kilometrów od Dżakarty to „blisko” tylko na pozór.
Legendy o problemach z dojazdem do Puncaku słyszeliśmy wiele razy. Prowadzi tam tylko jedna droga, która nawet na codzień stanowi indonezyjską wersję Zakopanki. Wielogodzinne stanie w korkach i brak sensownego połączenia autobusowego pomiędzy Bogor a Puncakiem skutecznie nas odstraszały, dlatego nigdy nie próbowaliśmy wybrać się tam na własną rękę.
W końcu jednak nadarzyła się okazja: Dżakarcka społeczność CouchSurfingowa zorganizowała grupowy wyjazd. W dużej grupie mogliśmy mocno zminimalizować koszty.
Plan był prosty: jednodniowy wyjazd z uwagi na długość przejazdów nie wchodzi w grę, a że noclegi hotelowe na miejscu są bardzo drogie (zwłaszcza w weekend) musimy zebrać jak najwięcej chętnych i wspólnie wynająć dużą willę. Udało się – w trzydziestoosobowej grupie koszt noclegu wyniósł zaledwie 12 zł od osoby (w hotelu byłoby to 10 razy tyle). Dojazd, chociaż tani, łatwy nie był.

Droga z Bogor do Puncak.

Droga z Bogor do Puncak.

 

Z Kelapa Gading na stację kolejową dotarłem w nieco ponad godzinę (taksówką: 17 zł).
50 kilometrów z Dżakarty do Bogor pociąg pokonał w kolejne dwie godziny (2 zł).
Później już z górki: podzieliliśmy się na grupy i wynajęliśmy angkoty, które z Bogor dowiozły nas do Puncaku. Dystans jakichś 20 kilometrów zajął nam kolejne półtorej godziny (2 zł)…
Podsumowując: z domu wyszedłem o 9:00, na miejsce dojechaliśmy grubo po 15:00.

W niedzielny poranek ponownie podzieliliśmy się w podgrupy i angkotami ruszyliśmy w góry (kolejne 45 minut..). Pierwotny plan zakładał atrakcję w postaci lotu na paralotni, ale bezwietrzna pogoda sprawiła, że musieliśmy obejść się smakiem. Po kilku godzinach oczekiwania wybraliśmy się więc na spacer (hucznie nazywany trekkingiem) po okolicznych plantacjach herbaty.

Okolica faktycznie jest przeurocza. Herbata rośnie gdzie okiem sięgnąć, a wijąca się między plantacjami ścieżka co rusz wnika wgłąb dżungli, by po chwili znów wyprowadzić wędrowca między herbaciane krzewy.

Nasza kolumna szybko się rozproszyła, więc z tym większą przyjemnością można było spacerować przez kilkanaście minut nie widząc żywej duszy. Piękne widoki, cisza, zieleń, spokój, temperatura dużo niższa niż w Dżakarcie – warto było się przemęczyć te kilka godzin, żeby tu dotrzeć. I kolejne siedem, by wrócić do Dżakarty…

Droga z Bogor do Puncak.Droga z Bogor do Puncak.

Droga z Bogor do Puncak.

Wieczorna odprawa w willi.Wieczorna odprawa w willi.

Wieczorna odprawa w willi.

 
Pięknej urody reklama Gerindry, czyli Ruchu Partii Wielkiej Indonezji (czyli partii Prabowo, który brał udział w tegorocznych wyborach prezydenckich i przegrał z Jokowim)Pięknej urody reklama Gerindry, czyli Ruchu Partii Wielkiej Indonezji (czyli partii Prabowo, który brał udział w tegorocznych wyborach prezydenckich i przegrał z Jokowim)

Pięknej urody reklama Gerindry, czyli Ruchu Partii Wielkiej Indonezji (czyli partii Prabowo, który brał udział w tegorocznych wyborach prezydenckich i przegrał z Jokowim)

Gunung Pangrango, szczyt wyższy niż Rysy czy Gerlach.Gunung Pangrango, szczyt wyższy niż Rysy czy Gerlach.

Gunung Pangrango, szczyt wyższy niż Rysy czy Gerlach.

 
 
 
Droga powrotna z Puncaku.Droga powrotna z Puncaku.

Droga powrotna z Puncaku.

 


Pulau Seribu – Tysiąc Wysp

Lipiec 19th, 2014

Mieszkanie w Dżakarcie ma podobno tylko jeden plus – zawsze można wyskoczyć na weekend na Bali. Tak przynajmniej żartują sobie nasi znajomi ekspaci. Nie powiem, że nie ma w tym ziarna prawdy. Okazuje się jednak, że rajskie plaże i błogi wypoczynek można znaleźć jeszcze bliżej. Jednym z najpopularniejszych celów weekendowych wypadów dżakartczyków jest archipelag Tysiąca Wysp – Thousand Islands po angielsku, a Pulau Seribu po indonezyjsku.

Nazwa może być trochę myląca, bo wysp jest „tylko” około 110 i rozciągają się na długości 45 km na północ od Dżakarty. Część z nich jest zamieszkana, ale zdecydowana większość to malutkie kawałki lądu wystające tylko odrobinę ponad powierzchnię wody. Co ciekawe, wiele wysp należy do rodziny drugiego prezydenta Indonezji, Suharto. 30 lat dyktatury nie poszło na marne: jego rodzina, posiadająca również między innymi spore udziały w państwowych liniach lotniczych oraz monopoliście na indonezyjskim rynku paliwowym, firmie Pertamina, jakiś czas temu zaczęła odsprzedawać niektóre wyspy prywatnym inwestorom. Oni zaś, na odciętym od cywilizacji kawałku rajskiego lądu budują luksusowe kurorty. Na szczęście nadal większość wysp pozostaje niezamieszkana. Część wysp jest do dyspozycji miejscowych i turystów, powstał tu także Park Narodowy.
Palau Seribu Mapa
Miałam szczęście – na Tysiąc Wysp wybrałam się w środę i to podczas muzułmańskiego miesiąca postu, Ramadanu. Mogłam cieszyć się ciszą i spokojem, który ponoć wcale nie jest tak oczywisty podczas weekendów, kiedy Indonezyjczycy i nieliczni zagraniczni turyści odwiedzają rajskie wyspy.

Najłatwiejszym sposobem dostania się na którąś z wysp jest wyczarterowanie prywatnej łódki. Pakiety wraz z wyżywieniem i noclegiem sprzedaje mnóstwo lokalnych agencji turystycznych. Ich ceny są zazwyczaj dość rozsądne (czasem można nawet upolować specjalne oferty, kiedy pełną dwudniową wycieczkę można kupić za niecałe 300.000 IDR czyli ok. 75 zł), chociaż czasem (szczególnie dla Europejczyków) potrafią być też wysokie. Ja, jak zawsze, stwierdziłam, że jeżeli można zorganizować coś trudniej i w bardziej skomplikowany sposób, to jest to wersja dla mnie. Z pomocą Fahmi, kolegi z Couchsurfingu, wyruszyliśmy na wycieczkę na własną rękę. Towarzyszami naszej podróży była Ola, moja przyjaciółka, która wpadła z wizytą do Indonezji oraz Denis i Frank, przeuroczy Tajwańczycy, którzy byli akurat moimi Couchsurfingowymi gośćmi.

od lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frankod lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frank

od lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frank

 

Lokalne promy na wyspę Harapan (po indonezyjsku Nadzieja) odpływają z portu Muara Angke w zachodniej Dżakarcie codziennie o 7 rano. Odniosłam jednak wrażenie, że godzina wypłynięcia jest raczej umową społeczną, niż obowiązującą normą. Nasz kolega-przewodnik kazał nam być w porcie już o 5.30, żeby załapać się na łódkę, a ostateczną godziną odjazdu okazała się raczej 8 niż 7. O 7 rano, po wschodzie słońca, dzień w porcie właściwie się kończył.

Rybacy odpoczywali na swoich kutrach, a sprzedawcy ryb po promocyjnych cenach sprzedawali ostatnie kalmary i ośmiornice. Tu, tak samo jak w każdym innym rybackim porcie, życie toczy się przede wszystkim w nocy, kiedy aktywność fauny podwodnej jest wzmożona.

widok na Dżakartęwidok na Dżakartę

widok na Dżakartę

 
tradycyjne indonezyjskie śniadanie - zupka instant Pop Mietradycyjne indonezyjskie śniadanie - zupka instant Pop Mie

tradycyjne indonezyjskie śniadanie - zupka instant Pop Mie

 
zasłużony odpoczynekzasłużony odpoczynek

zasłużony odpoczynek

 
 
 

Po 3 godzinach całkiem przyjemnego rejsu dotarliśmy do wyspy Harapan, gdzie przesiedliśmy się na małą, drewnianą, rybacką łódź, która obwoziła nas przez kolejne dwa dni po najlepszych snorkelingowych punktach i małych knajpkach usytuowanych na pobliskich wyspach. Noc spędziliśmy w namiotach na bezludnej wyspie – takiej, która była tylko nasza na jedną noc.

Cennik wyprawy zorganizowanej dla 5 osób:
Prom z Dżakarty na Pulau Harapan – 40.000 od osoby w jedną stronę (10 zł)
Opłata za drewnianą łódź, kierowcę, przewodnika, żonę kierowcy (która nie odstępowała nas na krok) i duży baniak wody – 900.000 za dwa dni (225 zł do podziału na wszystkich członków wycieczki)
Wynajem sprzętu kempingowego (2 namioty, maty do spania, kuchenka gazowa i podstawowy sprzęt kuchenny) – 400.000 (100 zł do podziału)
Jedzenie – we własnym zakresie, do kupienia w najbliższym hipermarkecie.
W sumie: 335 zł na 5 osób czyli 67 zł od osoby

Wyspy były piękne. Szczególnego uroku dodaje im drastyczne porównanie z brzydką i brudną Dżakartą, która jest przecież tak blisko. Niestety, oba miejsca mają jedną wspólną cechę – mnóstwo śmieci w wodzie i na lądzie… Matka natura i ja czekamy, aż Indonezyjczycy pójdą po rozum do głowy i zaczną wreszcie produkować tylko tyle śmieci, ile są w stanie przetworzyć.

od lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frankod lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frank

od lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frank

po wyjściu z portu obsługa promu zaniepokoiła się zderzeniem z kupą śmieci. szybki nurek, żeby sprawdzić stan techniczny pojazdu - uff, test zaliczony!po wyjściu z portu obsługa promu zaniepokoiła się zderzeniem z kupą śmieci. szybki nurek, żeby sprawdzić stan techniczny pojazdu - uff, test zaliczony!

po wyjściu z portu obsługa promu zaniepokoiła się zderzeniem z kupą śmieci. szybki nurek, żeby sprawdzić stan techniczny pojazdu - uff, test zaliczony!

śmieci na Morzu Jawajskim w odległości 1-2 km od Dżakarty. okropność.śmieci na Morzu Jawajskim w odległości 1-2 km od Dżakarty. okropność.

śmieci na Morzu Jawajskim w odległości 1-2 km od Dżakarty. okropność.

standard promustandard promu

standard promu

 
jedna zpierwszych wysp, które ukazały się naszym oczomjedna zpierwszych wysp, które ukazały się naszym oczom

jedna zpierwszych wysp, które ukazały się naszym oczom

jedna z tysiąca wyspjedna z tysiąca wysp

jedna z tysiąca wysp

 
przewóz osób ;)przewóz osób 😉

przewóz osób 😉

 
roślinność na wyspach była dla mnie wielkim zaskoczeniem. spodziewałam się rajskich palm i egzotycznych plaż, a wyspy były porośnięte... klasyczną dżungląroślinność na wyspach była dla mnie wielkim zaskoczeniem. spodziewałam się rajskich palm i egzotycznych plaż, a wyspy były porośnięte... klasyczną dżunglą

roślinność na wyspach była dla mnie wielkim zaskoczeniem. spodziewałam się rajskich palm i egzotycznych plaż, a wyspy były porośnięte... klasyczną dżunglą

Fahmi, nasz lokalny kolega. chwali się, że jest rodowitym dżakartczykiem, jego rodzina pochodzi z BatawiiFahmi, nasz lokalny kolega. chwali się, że jest rodowitym dżakartczykiem, jego rodzina pochodzi z Batawii

Fahmi, nasz lokalny kolega. chwali się, że jest rodowitym dżakartczykiem, jego rodzina pochodzi z Batawii

to nie Grecja, to nie Chorwacja, to wyspa Harapanto nie Grecja, to nie Chorwacja, to wyspa Harapan

to nie Grecja, to nie Chorwacja, to wyspa Harapan

 
przystań na wyspieprzystań na wyspie

przystań na wyspie

pierwsze kroki na naszej prywatnej, bezludnej wyspiepierwsze kroki na naszej prywatnej, bezludnej wyspie

pierwsze kroki na naszej prywatnej, bezludnej wyspie

Ola na łódceOla na łódce

Ola na łódce

 
nasza własna wyspa!!! tej nocy byliśmy tam tylko my i szczurynasza własna wyspa!!! tej nocy byliśmy tam tylko my i szczury

nasza własna wyspa!!! tej nocy byliśmy tam tylko my i szczury

nasz przewodniknasz przewodnik

nasz przewodnik

Ola i kokosOla i kokos

Ola i kokos

 
zachód słońca, relaks po wielogodzinnym podglądaniu rybekzachód słońca, relaks po wielogodzinnym podglądaniu rybek

zachód słońca, relaks po wielogodzinnym podglądaniu rybek

 
wschód słońcawschód słońca

wschód słońca

napis głosi: uwaga, uwaga, dużo dzieci, szkoła! czy to nie urocze? :)napis głosi: uwaga, uwaga, dużo dzieci, szkoła! czy to nie urocze? 🙂

napis głosi: uwaga, uwaga, dużo dzieci, szkoła! czy to nie urocze? 🙂

 


Pelabuhan Ratu – u Królowej Morza Południowego

Lipiec 14th, 2014

Jawę otaczają dwa zupełnie różne morza. Te na północy, Morze Jawajskie, znane jest ze spokojnych wód. Od zawsze bardziej łączyło niż dzieliło umożliwiając transport między indonezyjskimi wyspami. To tu rozwijały się wszystkie cywilizacje, tędy prowadziły szlaki lokalnych i zamorskich handlarzy. Tu powstały też największe miasta Indonezji: Dżakarta i Surabaja.
Mapa
A południe? Południe jest zupełnie inne. To wybrzeże oblewa groźne Laut Selatan – Morze Południowe.
Tu o wiele trudniej żeglować – fale mają po kilkanaście metrów, a prądy są silne i szybko znoszą daleko od brzegu. Pogoda jest dużo bardziej kapryśna i jakby tego było mało – wzdłuż wybrzeża przebiega granica płyt tektonicznych. Region regularnie nawiedzają teoretycznie niegroźne trzęsienia ziemi wywołujące fatalne w skutkach fale tsunami.
Nigdy nie słyszeliście o Morzu Południowym? Nic dziwnego – morze takie nie istnieje. Podobnie jak legendarne dla starożytnych Rzymian „Morze Atlasa” okazało się być ogromnym Atlantykiem, tak cały świat nazywa dziś „Morze Południowe” Oceanem Indyjskim.

Widok z Tanjung Layar na północny zachód.

Widok z Tanjung Layar na północny zachód.

 

Mieszkający na południu Jawy sundajczycy traktują wielką wodę z ogromnym respektem obdarzając ją niemal religijną czcią. Od setek lat wierzą w Królową Morza – Nyai Roro Kidul, która decyduje o życiu i zdrowiu wszystkich mieszkańców wybrzeża. Do dziś panuje przesąd, że wchodząc do wody nie należy zakładać na siebie zielonego, zarezerwowanego dla królowej koloru. Do dziś również portret królowej znajdziemy w każdym okolicznym hotelu. Ba! W niektórych znajdują się podobno pokoje urządzone i zarezerwowane tylko dla niej.
Sympatyczny nadmorski kurort położony raptem 100 kilometrów od Dżakarty nazwano właśnie na jej cześć: Pelabuhan Ratu to po sundajsku „Zatoka Królowej”.

100 kilometrów? To co w Europie oznacza nieco ponad godzinę podróży – w Indonezji nie jest takie proste. Dojazd komunikacją publiczną (pociągami/autobusami) zająć może nawet 10 godzin. Od czego jest jednak nasz ulubiony Couchsurfing?! Ryan, fan surfingu z Dżakarty, regularnie jeździ nad morze zupełnie pustym samochodem. Tym razem na weekendowy wyjazd zebrał małą ekipę ekspatów, którzy swoje wolne dni chcą spędzić jak najdalej Wielkiego Duriana: nas oraz dwójkę Holendrów. Razem spędziliśmy bardzo sympatyczny, chociaż dość deszczowy weekend.

Pelabuhan Ratu to małe miasteczko, którego przedmieścia ciągną się kilometrami wzdłuż wybrzeża oceanu. Wielkie fale przyciągają amatorów surfingu z kraju i zagranicy, ciężko jednak powiedzieć, że miejsce jest popularne. Okoliczne plaże o ciemnym piasku, chociaż bardzo malownicze są raczej puste: pojedyncze osoby surfują co kilkaset metrów.
Kursy surfingu są tu wyraźnie tańsze niż choćby na Bali. Cały dzień szkolenia to raptem 150.000 rupii, czyli jakieś 35 złotych. Adzie szło na tyle dobrze, że i Łukasz planował przyłączyć się następnego dnia. Misterny plan pokrzyżowała jednak pogoda.

Chociaż pochmurna sobota zmieniła się deszczową niedzielę okazało się, że nie będziemy narzekać na nudę. Nie bez znaczenia była tu kreatywność Ryana, organizatora eskapady, który był doskonale przygotowany na taką ewentualność.

Godzinę jazdy na zachód od Pelabuhan Ratu znajduje się miasteczko Sawarna, a na wybrzeżu obok niej miejscowa atrakcja – skały Tanjung Layar (dosłownie: Przylądek Żagiel). Miejsce te jest areną długotrwałej walki: bariera twardych bazaltowych skał od wieków nie daje się pokonać napierającemu „Południowemu Morzu”.

Ogromne, kształtem przypominające żagle samotne skały widać podobno świetnie od strony morza. Od zawsze fascynowały też miejscowych – i dziś silna jest tu wiara w Królową Morza.

Niedaleko, 2 kilometry od Sawarny znajdziemy kolejny ciekawy punkt: jaskinię Lalay. W cenie biletu (1.25 zł od osoby) uwzględniono opiekę dwóch służących oświetleniem przewodników pomagającym poruszać się po wypełnionym wodą, błotnistym wnętrzu.

W jaskini Lalay.

W jaskini Lalay.

 

W okolicę jaskini i na przylądek nie sposób dostać się samochodem: drogi do nich są wąziutkie i prowadzą przez wiszące mosty. Najlepszą alternatywą dla kilkukilometrowego spaceru jest więc wynajęcie ojeka w Sawarnie. Przyjemność taka (przejazd Sawarna – Tanjung Layar – jaskinia Lalay – Sawarna) kosztuje raptem 50.000 rupii czyli 12 złotych od osoby.

Wracając z Sawarny zahaczyliśmy o jeszcze jedną atrakcję – gorące źródła Cisolok. To miejsce zrobiło na nas największe wrażenie, co może być zaskakujące, bo dotarliśmy tam grubo po zachodzie słońca i na dobrą sprawę… niewiele widzieliśmy.
W pogodne dni Cisolok jest podobno szalenie popularnym uzdrowiskiem. W weekendy przyjeżdżają tu podobno tysiące „kuracjuszy” chcących zaznać leczniczych właściwości wód, które ogrzewa leżący nieopodal wulkan Salak. W pochmurne deszczowe noce jest jednak zupełnie inaczej – nasz samochód był jedynym na ogromnym ciemnym parkingu. Nie znalazł się też nikt kto chciałby pobrać od nas 7 złotych opłaty wstępu. Na szczęście Ryan był w Cisolok nie raz. Po przebraniu się w kostiumy przeszliśmy przez szpalery zamkniętych sklepów i bez problemu trafiliśmy do rzeki i gejzerów.
Oświetlając sobie drogę telefonami szliśmy wzdłuż ciepłego, śmierdzącego siarkowodorem strumienia. Z czasem temperatura wody zaczęła wzrastać, szum wody stawał się coraz głośniejszy, a słabiutki strumień światła z telefonu zaczął być przysłaniany coraz większą ilością pary. Kiedy wyłączyliśmy przemoknięte komórki, a lampa błyskowa w aparacie odmówiła współpracy pozostało iść dalej w totalnej ciemności. Ostrożnie stawiając każdy krok i unikając gorących kałuż szliśmy po omacku do miejsca, gdzie zimna woda rzeki miesza się z wytryskującym spod ziemi ukropem z gejzeru. Dalej iść nie było sensu – ściana wrzątku. Tam, na wymacanych przez siebie kamieniach mogliśmy usiąść i rozkoszować się gorącym prysznicem i absurdem tej sytuacji.

Spotkanie z „niewidzialnym” gejzerem, który w każdej sekundzie pompuje 35 litrów wrzątku na wysokość 5 metrów było dla nas totalną abstrakcją: trochę jak w niebie, ale trochę jak w piekle.

Wyprawa do królestwa Nyai Roro Kidul bardzo, ale to bardzo nam się podobała. Chociaż Wielki Durian strasznie nas pochłonął i był to na dobrą sprawę nasz pierwszy taki weekendowy wyjazd – już nie możemy się doczekać podobnych eskapad.

Resort 77 Sunset Plaza zaraz po przyjeździe w środku nocy.Resort 77 Sunset Plaza zaraz po przyjeździe w środku nocy.

Resort 77 Sunset Plaza zaraz po przyjeździe w środku nocy.

Ryan na Sunset Beach.Ryan na Sunset Beach.

Ryan na Sunset Beach.

 
 
Nasz hotel.Nasz hotel.

Nasz hotel.

 
 
i praktyka.i praktyka.

i praktyka.

 
 
 
Gry i zabawy jawajskich dzieci: Pogrzeb.Gry i zabawy jawajskich dzieci: Pogrzeb.

Gry i zabawy jawajskich dzieci: Pogrzeb.

 
 
 
 
 
Zatoka Pelabuhan Ratu. Nasza plaża daleeeko w głębi.Zatoka Pelabuhan Ratu. Nasza plaża daleeeko w głębi.

Zatoka Pelabuhan Ratu. Nasza plaża daleeeko w głębi.

 
Fale na Tanjung Layar.Fale na Tanjung Layar.

Fale na Tanjung Layar.

Widok z Tanjung Layar na północny zachód.Widok z Tanjung Layar na północny zachód.

Widok z Tanjung Layar na północny zachód.

Tanjung Layar.Tanjung Layar.

Tanjung Layar.

 
Modlitwa przy Tanjung Layar.Modlitwa przy Tanjung Layar.

Modlitwa przy Tanjung Layar.

 
 
W jaskini Lalay.W jaskini Lalay.

W jaskini Lalay.

 
 
 
 
 
Niewidzialny gejzer w Cisolok.Niewidzialny gejzer w Cisolok.

Niewidzialny gejzer w Cisolok.

 


Najcięża praca świata. Kopalnie siarki Kawah Ijen

Czerwiec 26th, 2014

Emocje po Bromo nie zdążyły jeszcze opaść, a my już musieliśmy ruszyć w dalszą drogę. Całej naszej trójce trochę się spieszyło i stracenie całego dnia na odpoczynek nie wchodziło w grę. W końcu jesteśmy na wakacjach, kto by myślał o odpoczywaniu?!

Kolejnym punktem naszego wspólnego programu była kopalnia siarki w kraterze wulkanu Kawah Ijen na wschodniej Jawie. Nadal trochę nie wierzę, że udało nam się tam dotrzeć – byliśmy po prawie w ogóle nieprzespanej nocy na Bromo, zostaliśmy wsadzeni do złego autobusu, nie mieliśmy zaklepanego żadnego noclegu na miejscu, a cała podróż przedłużyła się do 10 godzin. Siedząc jeszcze w hostelu w Malang, popijając zimne piwko i rozkoszując się tak przyziemną przyjemnością jak prysznic (choćby zimny), powiedzieliśmy sobie jasno: dzisiejsza podróż będzie koszmarna. Wszyscy robiliśmy co się dało, żeby jej uniknąć, ale jak już przytelepiemy się tymi autobusami na miejsce, jutro rano będziemy bardzo szczęśliwi, że mamy to już za sobą. I tak właśnie było.

Celem naszej podróży była miejscowość Banyuwangi na wschodnim wybrzeżu Jawy. Skontaktowałam się z CouchSurferką, u której planowałam się zatrzymać. Przyprowadzenie dwóch kolejnych gości „na krzywy ryj” nie wchodziło oczywiście w grę, ale moja znajoma poleciła nas Guest House Cevilla, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Za 100 000 IDR (25 zł) za dwie osoby dostaliśmy bardzo zadbany i czysty pokój z dzieloną, ale naprawdę przytulną łazienką zaopatrzoną w ciepły prysznic, a do tego śniadanie (nasi pecel – ryż serwowany z sałatką warzywną polaną sosem z orzechów ziemnych, pychotka!) i odbiór z dworca o absurdalnej 4 rano. Właścicielem przybytku okazał się Pepe, sprytny 24-latek, który płynną angielszczyzną podzielił się z nami swoją historią. Jego do przesady zamartwiająca się mama przekonała go do porzucenia niebezpiecznej pasji, czyli moto crossu. Za pieniądze odzyskane ze sprzedaży całego sprzętu kupił jeepa, którego nazwał PEPE TOURS i rozkręca mini-agencją turystyczną. Jego zaradność wzbudziła mój pełen podziw.

Za kolejne 150 000 IDR od osoby (37 zł) zaoferował nam pakiet wycieczkowy do Kawah Ijen. Cena zawierała przejazd komfortowym jeepem, wszystkie bilety wstępu, a gratis obiecał nam podwiezienie potem do przystani, z której odpływają promy na Bali i swoją pomoc merytoryczną, która kilka godzin później okazała się nieoceniona. Początkowy plan zakładał samodzielną wyprawę do kopalni oddalonej o niewiele ponad 20 km od miasta skuterami, ale tym razem wygoda wzięła górę nad rządzą przygód.

Jak się okazało – bardzo słusznie. Droga była kręta, źle oznakowana i przebiegająca przez siejące zgrozę zamglone lasy. Czując nadal zakwasy w różnych częściach ciała po moto crossach byliśmy naprawdę szczęśliwi, że raz ktoś nas gdzieś dowiezie, poczeka i odstawi z powrotem do pokoju.

Trekking z parkingu na szczyt krateru trwa 1-1,5 godziny. Z jednej strony nie należy do trudnych, bo prowadzi wydeptaną, szeroką ścieżką, ale z drugiej kąt wspinaczki jest bardzo nietypowy. Nie jest to ani spacer, ani regularny szlak górski. Zmęczyłam się jak mysz! Zanim nawet dotarliśmy na samą górę, opary siarki zrobiły się na tyle gęste i drażniące, że musieliśmy włożyć maski przeciwgazowe, w które zaopatrzył nas Pepe.

Już widok z góry robił wrażenie. Na dnie krateru znajduje się lazurowe jeziorko otoczone nieregularnymi skałami. Czasem unosi się nad nim malownicza para. Jednak dopiero odrobina wiedzy o budowie geologicznej tego miejsca pozwala w pełni je zrozumieć i przeistoczyć swój zachwyt w przerażenie. Otóż ciecz, którą widzimy nie jest czystą, przezroczystą wodą, tylko czystym kwasem siarkowym w stężeniu ponad 90%. Jej pH wynosi 0.5, czyli tyle ile akumulatora samochodowego. Jezioro uznawane jest za największy zbiornik kwasu siarkowego na świecie. Jego głębokość dochodzi do 200 metrów, a całkowita objętość płynnego kwasu to 36 milionów metrów sześciennych. Szperając w Internecie w poszukiwaniu wszystkich tych ciekawostek znalazłam też foto relację szalonego podróżnika, który w 2008 wybrał się tam na… przejażdżkę pontonem. Tu można obejrzeć zdjęcia z tego wyczynu

Podobnie jak większość odwiedzających to miejsce turystów minęliśmy wielki znak ODWIEDZAJĄCYM WSTĘP SUROWO WZBRONIONY NA DNO KRATERU. Po drodze przyłączył się do nas jeden z górników, który postanowił zostać tego dnia naszym przewodnikiem. Po zakończonej wycieczce poprosił nas o 30 000 IDR wynagrodzenia, czyli 10 000 od osoby (10 000 to 2,5 zł, za całą nasza trójkę 8 zł), ale daliśmy mu 50 000. Na nasze pytania odpowiadał zazwyczaj „tak” albo „nie”, nawet jeżeli pytaliśmy „ile”, „dlaczego” i „skąd” 😉 Przydała nam się jednak jego pomoc w odnalezieniu najwygodniejszej ścieżki w dół krateru, ponieważ kamienie i odłamki skał poukładane są tam tak chaotycznie, że samemu można zabrnąć przypadkiem w niewygodne miejsce. W Internecie można znaleźć wzmianki o nieszczęsnym francuskim turyście, który w 1997 roku nieopatrznie zachwiał się nad samą krawędzią jeziora i… nie było najmniejszych szans go uratować.

Nazwanie tego miejsca piekłem na ziemi na przynajmniej kilka wytłumaczeń. Po pierwsze, temperatura wewnątrz wulkanu osiąga nawet 600 stopni Celsjusza. Kawah Ijen jest jednym z kilkudziesięciu indonezyjskich czynnych wulkanów i sporadycznie zdarzają się tu mniejsze lub większe erupcje potencjalnie niebezpieczne dla znajdujących się w pobliżu ludzi. Kopalnię siarki założono tu w 1968. Nie jest ona zbyt zaawansowana technologicznie – ceramiczne rury wmontowano kilka metrów w głąb ziemi, aby usprawniały wydobywanie się gorących i trujących oparów, które transportują cenną substancję. Siarka zbiera się u wylotów rur, stamtąd górnicy ją zbierają, chłodzą, aby zmieniła barwę z krwistoczerwonej na blado żółtą i konsystencję z płynnej na stałą.

Warunki pracy górników również zasługują na miano piekielnych. Nikt nie martwi się ich bezpieczeństwem i komfortem. Niektórzy mają ochronne kalosze, ale większość chodzi w plastikowych japonkach. Ciężko pracują fizycznie, więc nie przejmują się ubiorem – noszą stare, brudne i często dziurawe spodnie dresowe i byle jakie koszulki. Najbardziej przerażający jest chyba jednak fakt, że większość z nich nie ma żadnego zabezpieczenia przed trującymi oparami. Nam trudno było oddychać tam przez godzinę i to w porządnej masce gazowej. Oni spędzają tam wiele godzin każdego dnia. Niektórzy wkładają do ust kawałek zmoczonego ręcznika, które ma ich chronić przed palącym dymem. Ale nie tylko drogi oddechowe wymagają w tym miejscu ochrony. Cała nasza trójka bardzo narzekała na pieczenie w oczach, a kiedy wiatr owiewał nas oparami siarki często musieliśmy się zatrzymać i zamknąć oczy na kilka chwil.

Górnicy wykonują dziennie zazwyczaj dwa pełne kursy (po siarkę i z powrotem do wioski, w sumie 3 km spaceru plus kilkadziesiąt metrów wspinaczki na szczyt krateru). Kosze, które noszą na swoich barkach ważą 75-100 kg. Za 1 kg siarki dostarczony do wioski dostają wynagrodzenie wysokości 700 IDR, czyli 15 groszy. Mnożąc to przez ilość kursów i kilogramów oraz odejmując 20-30% „prowizji”, która muszą zapłacić kopalni za wydanie „licencji” można obliczyć, że zarabiają dziennie ok. 20-30 zł. Oczywiście to bulwersując niska płaca, należy jednak pamiętać, że Indonezja jest bardzo tanim i biednym krajem i nawet tak marny zarobek może być kuszący dla mężczyzny w pełni sił, który ma rodzinę na utrzymaniu.

Pomimo wyniszczających zdrowie komplikacji praca w kopalni cieszy się dużą renomą w okolicy. Można ją dostać tylko przez koneksje. Średni wiek życia górników to 40 lat. Pytaniem, które zadawałam sobie przez cały spędzony tam czas było: dlaczego nikt nie wprowadzi tu trochę technologii i nie ułatwi tym ludziom życia? Odpowiedzi są co najmniej dwie. Jedna natury prawnej, druga finansowej. Kawah Ijen lezy na terenie parku narodowego, więc zamontowanie tam specjalistycznej aparatury byłoby na pewno związane e skomplikowanymi procedurami. No i operacja ta byłaby na pewno dużo droższa, niż opłacenie codziennie kilkudziesięciu górników, którzy w pocie czoła pracują na utrzymanie swoich żon i dzieci oraz zapewnienie im godnego życia po ich przedwczesnej śmierci.

Górnicy z Kawah Ijen przedstawiani są często jako wykonawcy jednego z najcięższych zawodów świata. Discovery Chanel nakręciło o nich już kilka reportaży. W relacjach innych podróżników można zawsze przeczytać, że pokojowo nastawieni górnicy chętnie pozują do zdjęć w zamian za odrobinę luksusu, czyli kilka papierosów. Jednak moim najsmutniejszym wspomnieniem z tego dnia będzie fakt, że kilku górników pytało nas, czy nie mamy przypadkiem czegoś słodkiego na pokrzepienie sił. A my całą torbę wafelków i cukierków zostawiliśmy w samochodzie, dwie godziny spaceru wcześniej. Jeżeli wybierzecie się kiedyś do kopalni siarki na Jawie, pamiętajcie żeby wziąć torebkę cukierków. Albo nawet dwie.

świeżo wydobyta i schłodzona siarkaświeżo wydobyta i schłodzona siarka

świeżo wydobyta i schłodzona siarka

 

belok kanan - po indonezyjsku: skręć w prawobelok kanan - po indonezyjsku: skręć w prawo

belok kanan - po indonezyjsku: skręć w prawo

pierwsza siarka na drodzepierwsza siarka na drodze

pierwsza siarka na drodze

jeden z napotkanych górników. już na dole, więc z uśmiechem na twarzyjeden z napotkanych górników. już na dole, więc z uśmiechem na twarzy

jeden z napotkanych górników. już na dole, więc z uśmiechem na twarzy

 
coraz wyżej, opary siarki stają się coraz bardziej uciążliwecoraz wyżej, opary siarki stają się coraz bardziej uciążliwe

coraz wyżej, opary siarki stają się coraz bardziej uciążliwe

 
krajobraz iście apokaliptycznykrajobraz iście apokaliptyczny

krajobraz iście apokaliptyczny

nasz "przewodnik". chwalił się, jaką profesjonalną ma maskęnasz "przewodnik". chwalił się, jaką profesjonalną ma maskę

nasz "przewodnik". chwalił się, jaką profesjonalną ma maskę

w pewnym momencie oddychanie stało się bardzo uciążliwew pewnym momencie oddychanie stało się bardzo uciążliwe

w pewnym momencie oddychanie stało się bardzo uciążliwe

 
na szczęście nasz kierowca zaopatrzył nas w porządne maski gazowena szczęście nasz kierowca zaopatrzył nas w porządne maski gazowe

na szczęście nasz kierowca zaopatrzył nas w porządne maski gazowe

 
schodzimy na dół krateru, czyli tam, gdzie turystom absolutnie nie wolno wchodzićschodzimy na dół krateru, czyli tam, gdzie turystom absolutnie nie wolno wchodzić

schodzimy na dół krateru, czyli tam, gdzie turystom absolutnie nie wolno wchodzić

 
egzemplarz pokazowyegzemplarz pokazowy

egzemplarz pokazowy

 
100 kilo na jednym barku? żaden problem100 kilo na jednym barku? żaden problem

100 kilo na jednym barku? żaden problem

a jednak Sebastian, sportowiec i zapalony rugbysta ledwo dał radęa jednak Sebastian, sportowiec i zapalony rugbysta ledwo dał radę

a jednak Sebastian, sportowiec i zapalony rugbysta ledwo dał radę

 
 
na dole, w obozie i miejscu pracy górnikówna dole, w obozie i miejscu pracy górników

na dole, w obozie i miejscu pracy górników

 
świeżo wydobyta i schłodzona siarkaświeżo wydobyta i schłodzona siarka

świeżo wydobyta i schłodzona siarka

 
pomimo posiadania bardzo profesjonalnej maski, nasz przewodnik średnio z niej korzystałpomimo posiadania bardzo profesjonalnej maski, nasz przewodnik średnio z niej korzystał

pomimo posiadania bardzo profesjonalnej maski, nasz przewodnik średnio z niej korzystał

 
 
miejsce odpoczynku górnikówmiejsce odpoczynku górników

miejsce odpoczynku górników

spalone korzenie drzew na szczycie krateruspalone korzenie drzew na szczycie krateru

spalone korzenie drzew na szczycie krateru

 
doszczętnie brudne nogi - no nie, znowu?!doszczętnie brudne nogi - no nie, znowu?!

doszczętnie brudne nogi - no nie, znowu?!