Posty otagowane jako ‘Indonezja’

400 słów: Real Madrid? Real Masjid!

Sierpień 27th, 2014

Piłkarze z Madrytu zaprezentowali wczoraj trzeci komplet strojów, w których występować będą w tym sezonie. Z klasycznych z pozoru czarnych strojów straszy nietypowy jak na koszulki piłkarskie wizerunek smoka.

Wśród komentarzy na temat stworzonego przez japońskiego projektanta wzoru przeważa jedna opinia: To koszulki stworzone na rynek azjatycki! Real Madryt, jedna z najpopularniejszych drużyn świata, pragnie zaskarbić sobie sympatie kibiców z Chin, Japonii i Południowo-Wschodniej Azji, tak jak wcześniej postarała się o sympatię kobiet wprowadzając koszulki w kolorze… różowym.

Koszulki można od dziś kupić w sklepach Adidasa na całym świecie. W Polsce dostępne są za, bagatela, 349 złotych…

Czy w Indonezji, Malezji, Tajlandii czy Wietnamie koszulki ze smokiem będą przebojem?
W jednym z wcześniejszych wpisów wspominałem, że zagraniczna piłka jest w Indonezji szalenie popularna. Nigdzie na świecie nie widziałem tylu ludzi na codzień noszących piłkarskie koszulki. Sęk jednak w tym, że koszulki są popularne bo… są bardzo tanie. Choć w 99% są produkowane przez oryginalne fabryki Nike czy Adidasa i posiadają oryginalne metki i certyfikaty, to od sprzedawanych w Europie oryginałów różnią się prostym detalem – hologramem i metką wszywaną „bezpośrednio w klubie”. Innymi słowy: Koszulka Barcelony wygląda identycznie jak oryginał, ma wszelkie metki Nike, ale nigdy nie była w Europie, nie ma metki ani hologramu FC Barcelona, a drużyna z Barcelony nie dostanie ani grosza za jej sprzedaż. Zabieg ten zmniejsza cenę o ponad 90% – „prawie oryginalne” koszulki Realu, Barcelony, Manchesteru czy Milanu można kupić już za 20 złotych. Te mniej popularnych drużyn za 25-30 zł. „Prawdziwe oryginały” można obejrzeć w sklepie Adidasa – kosztują 10 razy tyle, a w Europie: 20 razy tyle.
Koszulki ze smokiem będą tu pewnie tak samo popularne jak wszystkie inne. I pewnie jak we wszystkich innych przypadkach – ze sprzedaży w Indonezji Real nie zobaczy nawet złotówki.

Pieniądze zobaczą za to twórcy bardzo popularnej w Indonezji serii komiksów o fajnie brzmiącej nazwie… „Real Masjid” czyli „Real Meczet”.

Co jak co, ale trzeba pogratulować im pomysłu: wykorzystując popularność „królewskich” starają się dotrzeć do młodych ludzi promując liberalny islam. Książeczki to w zasadzie kolekcje krótkich historyjek opowiadających o codziennym życiu zafascynowanej futbolem grupki przyjaciół. Liga Mistrzów w TV, a muezin wzywa do modlitwy? Real Meczet!

Piłka, szkoła, zwykłe codzienne problemy i… teologia. Na dużym dziale z literaturą religijną książeczki z tej serii wyraźnie się wyróżniają, a kolejne części serii świadczą o jej popularności. Ostatnio twórcy komiksu poszli jeszcze dalej wydając nową książeczkę pod jeszcze ciekawszym tytułem : „Muslim United” (Zjednoczeni Muzułmanie).

Real dzięki koszulkom ze smokiem nie stanie się w Indonezji bardziej popularny ani nie zyska więcej kibiców. Tu mechanizm działa w drugą stronę – to indonezyjskie firmy starać się będą wykorzystać Real Madryt i inne kluby, by same coś zarobić. Kilkanaście Indonezyjskich firm wykłada grube miliony, by reklamować swoje produkty wykorzystując wielkie gwiazdy i kluby.
Tak jak Extra Joss reklamowany przez Ronaldo:

Tak jak oficjalny sponsor Realu – producent orzeszków ziemnych Dua Kelinci:


Albo jak herbatniki reklamowane przez Cesca Fabregasa…

Biznes więc kręci się bardzo dobrze, ale koszulek w to nie mieszajmy.



400 słów: W lewo, bracie!

Sierpień 21st, 2014

Język indonezyjski jest prosty.
Szczątkowa gramatyka, brak koniugacji, deklinacji, czasów – wyrażanie myśli jest tak proste, że momentami język wydaje się wręcz suchy, pozbawiony tego za co tak bardzo kochamy polszczyznę. W indonezyjskim nie da się powiedzieć: „zrobimy!”, „mogłam”, „zjadłbym”. Można powiedzieć „robić”, „móc”, „jeść”, a informacje o rodzaju, liczbie, czasie czy trybie wymagają dołożenia kolejnych słów: „My zrobić jutro!”, „Ja mogę rok temu”.
Z drugiej strony, jak już kiedyś wspominaliśmy, prostota ta nie sprawia, że język jest jednoznaczny. Te same słowa mają dziesiątki różnych znaczeń, te same zwroty wykorzystuje się w różnych sytuacjach („Dokąd jedziesz?”, „Gdzie chcesz jechać?”, „Gdzie idziesz?”, „Dokąd to?”, „Gdzie zmierzasz?” to po prostu „Mau Kemana?”).
Jednym z ciekawszych elementów bahasa indonesia jest sposób, w jaki wyraża się GRZECZNOŚĆ.

Chyba każdy przybywający do Indonezji zszokowany jest tym, że nikt miejscowy nie odezwie się do turysty bez użycia słowa „mister”, czyli pan. Wszyscy czują się z tym raczej nieswojo. Nic dziwnego, podróżując po świecie używamy języka angielskiego, w którym do wszystkich mówi się „na Ty”, a formy grzecznościowe zostawia się dla lordów i władców. Angielskie słowo „mister” chociaż teoretycznie tłumaczy się jako „pan” jest bardzo formalne: używa się go wobec nauczycieli, ludzi starszych. Ale nie w Indonezji! Tu „mister” usłyszy każdy wyglądający na gościa zza granicy: niezależnie od wieku, koloru skóry czy… płci. Tak tak! Mister Ada może potwierdzić!
Skąd się to bierze? Większość turystów widzi w tym spuściznę kolonializmu. Jeszcze 70 lat temu każdy biały był w Indonezji panem. Białym należało okazywać szacunek, a chociaż czasy się zmieniły, jakiś element tego „rasowego szacunku” pozostał.
Nie da się ukryć – jest w tej teorii nutka prawdy. Wciąż każdego dnia możemy spotkać dzieci machające do nas i wołające „bule, bule” (pozytywnie zabarwiony „białas”, pierwotne znaczenie: albinos), a zdjęcie z bule stanowi obiekt westchnień większości indonezyjskich dziewcząt.
Z czasem zrozumieliśmy jednak, że słówko „mister” nie ma z tym aż tyle wspólnego, ile mogłoby się wydawać.

Słowo „mister” wyraża najzwyczajniejszą w świecie grzeczność.
Zwracając się do kogoś po indonezyjsku wypada, byśmy użyli specjalnej, jak najwłaściwszej formy grzecznościowej: określili ładnie osobę, do której się zwracamy.
Wspomniane wcześniej „Mau Kemana?” jest proste i suche. Kulturalny rozmówca widząc mężczyznę w swoim wieku zapyta więc dodając słówko opisujące osobę, którą pyta. Najczęściej powie „Mau kemana, mas?” – „Dokąd idziesz bracie?”. „Mas”, tłumaczone przez moich kolegów w pracy jako „Brachu”, jest uniwersalnym słowem używanym dla mężczyzn w naszym wieku. Nie każdy jednak jest „brachem”. Takich słówek jest więc przynajmniej kilkanaście. Zbieramy je od dłuższego czasu, najwyższy czas tą wiedzą się podzielić:

„Mas” – dosłownie „brat” – używane do mężczyzn w naszym wieku i młodszych
„Mbak” – dosłownie „siostra” – używane do kobiet w naszym wieku i młodszych
„Bepak”, w skrócie „Pak” – dosłownie „ojciec” – używane do starszych mężczyzn
„Ibu” – dosłownie „matka” – używane do starszych kobiet
„Saudara” – dosłownie „krewniak” – używane do mężczyzn w naszym wieku, ale mające więcej szacunku niż mas
„Om” – dosłownie „wujek” – czasem używane dla starszych mężczyzn
„Tante” – dosłownie „ciotka” – czasem dla starszych kobiet
„Encek”, w skrócie „Cek” – używane dla młodych sprzedawców pochodzenia chińskiego
„Engko”, w skrócie „Ko” – używane dla starszych sprzedacwców pochodzenia chińskiego
„Tuan” – używane dla starszych, poważanych mężczyzn
„Nyonya” – dla zamężnej kobiety
„Abang”, w skrócie „Aba” lub „Ba” – dosłownie „Starszy Brat” w języku betawi – używane w Dżakarcie do kierowców angkotów, sprzedawców jedzenia itp itd.
„Kakak”, w skrócie „Kaka” – dosłownie „Starsza Siostra” w języku betawi – używane dla opiekunek dzieci, sprzątaczek
„Akang”, w skrócie „Kang”, „A”, „Ang”, „Aa” – brat w języku sundajskim, używane dla sundajczyków
„Teteh”, w skrócie „Teh” oraz „Ceuceu”, „Ceu” – siostra w języku sundajskim, używane dla sundajczyków
i…
no właśnie, „Mister” jest jednym z tych słówek używanym wyłącznie do obcokrajowców.

Gdy jadąc angkotem chcemy by kierowca się zatrzymał wystarczy krzyknąć „kiri!”. Krótkie te słówko znaczy po prostu „lewo” (panuje ruch lewostronny, więc wysiada się lewą stroną pojazdu).
„Kiri” teoretycznie wystarczy, ale indonezyjska grzeczność nakazuje rozwinąć wypowiedź. To co w Polsce załatwiamy zwrotem „Czy byłby pan tak miły i zatrzymał się na chwilkę bym mógł wysiąść” jest zbędne. Tu wystraczy prosty, ale i miły przekaz:
„Kiri, Ba!” – „W lewo bracie!”



Spacerek do domu

Marzec 17th, 2014

Nie lubimy znęcać się nad zdjęciami. Szkoda nam czasu na ślęczenie w fotoszopie: wystarczy, że przeglądając setki zdjęć spędzamy godziny wybierając te kilka najlepszych kadrów. Poniższa galeria dowodzi, że od każdej reguły jest jednak wyjątek.

Nasza okolica, dzielnica Kelapa Gading (dosłownie: „Kokos z Kości Słoniowej”) wbrew swojej uroczej nazwie nie należy do najpiękniejszych. Pomysł, żeby udokumentować drogę Łukasza z pracy do domu był więc dość ryzykowny. Tu właśnie z ratunkiem przyszły najnowsze zdobycze techniki. Odpowiednie filtry, chwilę kombinowania i brudna, błotnista droga zmieniła się w piękne holiłudzkie kadry…

Widok na Italian Walk, jedną z uliczek Mall of Indonesia.
Ada pracuje 50 metrów dalej, zaraz za 7-Eleven.Widok na Italian Walk, jedną z uliczek Mall of Indonesia.
Ada pracuje 50 metrów dalej, zaraz za 7-Eleven.

Widok na Italian Walk, jedną z uliczek Mall of Indonesia.
Ada pracuje 50 metrów dalej, zaraz za 7-Eleven.

Czarny kot wspomniany w poprzedniej notce. Rano łazi, wieczorem leży na schodku.Czarny kot wspomniany w poprzedniej notce. Rano łazi, wieczorem leży na schodku.

Czarny kot wspomniany w poprzedniej notce. Rano łazi, wieczorem leży na schodku.

Kelapa Gading Bukit Indah, czyli "centrum biurowe", w którym pracuje Łukasz.Kelapa Gading Bukit Indah, czyli "centrum biurowe", w którym pracuje Łukasz.

Kelapa Gading Bukit Indah, czyli "centrum biurowe", w którym pracuje Łukasz.

Piękny chodniczek, jeszcze na terenie Bukit Indah...Piękny chodniczek, jeszcze na terenie Bukit Indah...

Piękny chodniczek, jeszcze na terenie Bukit Indah...

 
...niespodziewanie kończy się bramką prowadzącą wprost do ulicznej knajpki....niespodziewanie kończy się bramką prowadzącą wprost do ulicznej knajpki.

...niespodziewanie kończy się bramką prowadzącą wprost do ulicznej knajpki.

Dalej, przed knajpką, chodniczek nie jest już tak fajny.Dalej, przed knajpką, chodniczek nie jest już tak fajny.

Dalej, przed knajpką, chodniczek nie jest już tak fajny.

Kolejne knajpki, na mniej zatłoczonym odcinku drogi.Kolejne knajpki, na mniej zatłoczonym odcinku drogi.

Kolejne knajpki, na mniej zatłoczonym odcinku drogi.

Kierowcy Ojeków godzinami tną w szachy.Kierowcy Ojeków godzinami tną w szachy.

Kierowcy Ojeków godzinami tną w szachy.

 
Widoczek na Mall od Indonesia od strony wschodniej. My mieszkamy, po stronie zachodniej.Widoczek na Mall od Indonesia od strony wschodniej. My mieszkamy, po stronie zachodniej.

Widoczek na Mall od Indonesia od strony wschodniej. My mieszkamy, po stronie zachodniej.

Ostatni fragment spaceru do domu - tu "chodnik" pozostawia najwięcej do życzenia, a ruch i smog jest zdecydowanie największy.Ostatni fragment spaceru do domu - tu "chodnik" pozostawia najwięcej do życzenia, a ruch i smog jest zdecydowanie największy.

Ostatni fragment spaceru do domu - tu "chodnik" pozostawia najwięcej do życzenia, a ruch i smog jest zdecydowanie największy.

Nie jest źle - gdy pada w tej okolicy tworzy się ogroooomna kałuża.Nie jest źle - gdy pada w tej okolicy tworzy się ogroooomna kałuża.

Nie jest źle - gdy pada w tej okolicy tworzy się ogroooomna kałuża.

 
Home Sweet Home. Główne wejście do MOI.Home Sweet Home. Główne wejście do MOI.

Home Sweet Home. Główne wejście do MOI.

Na zakończenie codziennego spaceru - kapliczka pod świątynią. Świątynią, nietypową, bo zajmującą jedno z biur w Centrum Handlowym na Italian Walk.Na zakończenie codziennego spaceru - kapliczka pod świątynią. Świątynią, nietypową, bo zajmującą jedno z biur w Centrum Handlowym na Italian Walk.

Na zakończenie codziennego spaceru - kapliczka pod świątynią. Świątynią, nietypową, bo zajmującą jedno z biur w Centrum Handlowym na Italian Walk.

 


Wspomnienie z Jawy

Marzec 10th, 2014

Mija miesiąc naszego pobytu w Indonezji. Dzieje się dużo – na tyle dużo, że póki co nie mamy czasu zebrać myśli i pisać na blogu. Dlatego oddamy głos komuś, kto był tu dłużej i już wrócił do kraju. Od jego powrotu dużo się zmieniło, ale wiele z obserwacji pozostaje aktualnymi. Poznajcie Profesora Raciborskiego!

„Na Jawę wyjechałem w r. 1897. Droga djabelnie daleka, bo trwająca cały miesiąc, i trochę kosztowna, bo pochłaniająca tysiąc austrjackich guldenów, ale propozycja była zbyt kusząca, aby przejść nad nią do porządku dziennego. Przyjąłem i pojechałem.
(…)
Profesor Raciborski
Klimat jawajski jest wyborny, oczywiście wykluczywszy natury, specjalnie czułe na zmianę klimatycznych warunków. Jest coś niewypowiedzianie rozkosznego i nad wyraz oryginalnego w tej nieprzerwanej jednostajności ciepłoty, która się waha od 22 do 28*, w tym braku wiosny, lata, jesieni, zimy, równie jak w braku świtów i zmierzchów. Jak rok długi, trwa dzień od szóstej rano do szóstej wieczorem i zaczyna się i kończy nagle, jak na komendę. W przeciągu pięciu minut miejsce dnia, ozłoconego wspaniałem słońcem równikowem dnia, zajmuje zupełna, czarna noc to też jeżeli się jest w porze zachodu oddalonym od domu, w dzikszej okolicy, trzeba dobywać całej siły nóg, aby nie być zaskoczonym przez nieprzebite ciemności. A mnie takie spóźnienia przytrafiały się dość często, bo znaczną część pobytu mego na Jawie spędziłem na wycieczkach naukowych.
(…)
Stosunki wyspy są pod wielu względami nadzwyczaj ciekawe. Przedewszystkiem Jawa jest wyspą przeludnioną. Pominąwszy okolice wulkaniczne (gdzie 100 czynnych wulkanów zionie lawą!), każda piedź ziemi niemal jest zajęta. Na całym obszarze wyspy mieszka 29 miljonów ludności malajskiej, którą rządzi garstka: zaledwie 60 tysięcy holendrów. I to właśnie jest zjawiskiem zajmującem.
– Zapewne ludność stoi na bardzo nizkim szczeblu rozwoju?
Otóż właśnie, że nie. Jawajczyk posiada przedewszystkiem bardzo starą i świetną swoją kulturę, o czem opowiem później, a powtóre jest człowiekiem uzdolnionym i niezmiernie łatwo przyswaja sobie nabytki cywilizacji europejskiej. Jest to dziwne stworzenie, jedną połową tkwi bowiem w kulturze własnej, ogromnie starożytnej i zupełnie niepodobnej do naszej, a drugą – oddycha swobodnie i wygodnie europeizmem – jak urodzony europejczyk. Dzieje się to w ten sposób, że z własnych zasobów czerpie wszystko, co się odnosi do życia uczuciowego, a więc pojęcia obyczajowe, religijne, artystyczne – a od nas bierze wszystkie zdobycze postępu technicznego. Że jawajczyk obsługuje wybornie telegraf, telefon, maszynę parową, to mniejsza, ale w obserwatorium obliczenia matematyczne robi służba, co już chyba zaświadcza o zdolności rasy.
Wyższa warstwa umysłowa malajska nie wytworzyła się tylko dlatego, że wykształcony jawajczyk nie miałby co robić, bo kraj jest rolniczy, chłopski. Ale ma on swoje narodowe szkoły po wsiach, kolosalny procent umiejących czytać i pisać, naturalnie czcionkami i literami łacińskiemi, których stale używa, ma swoje narodowe teatry, a nawet – dzienniki.
Dzienniki te, wydawane w języku jawajskim w trzech głównych ogniskach tamtejszego życia narodowego, w Surobaja, Samarang i Batawji (dziś: Dżakarcie, przyp. Łukasz), są coprawda parodją naszego dziennikarstwa, żywią się głównie przekładami z gazet holenderskich i przeważnie zostają w rękach mieszkańców malajsko-europejskich, którzy robią na nich doskonałe interesy.
(…)
– Czy p. profesor mówi po jawajsku?
Każdy biały musi się nauczyć, inaczej nie dałby sobie rady w takiej ogromnej masie innojęzycznej, zwłaszcza, że cała służba na Jawie rekrutuje się z ludności miejscowej, od lokaja i pokojówki aż do konduktora kolejowego. Ale też język ten jest jednym z najłatwiejszych na świecie, a dodajmy odrazu: jest używany, jako wyższy język towarzyski, przez wszystkie plemiona malajskie na olbrzymiej przestrzeni archipelagi od Cejlonu aż do Japonji.
Jawajczyk nie zna deklinacji, ani konjugacji i konstruuje wyrazy w sposób niesłychanie prosty. Jeżeli np. człowiek nazywa się orang to ludzie będą się nazywali orang-orang. Jeżeli las nazywa się utang to leśniczy: orang-utang i t.d.
(…)
– Czy p. profesor spotkał na Jawie polaków?
Na Jawie niewielu. W Batawji mieszka od lat dwudziestu rodzina urzędnicza pp. Masłowskich, dwóch urzędników w kopalniach nafty, jeden weterynarz i jeden kolonista, który porzucił ziemię i został konuktorem tramwajowym. Razem było nas siedm dusz polskich. Ale pamiętną rolę odegrał na sąsiedniej wyspie Sumatrze polak Michalski…
– Dlaczego pan powiedział słowo sąsiedniej z takim naciskiem?
Bo z Jawy jedzie się tam, proszę pana, cztery dni wodą. To po drugiej stronie równika.
Michalski zostawił po sobie na Sumatrze nadługo niezatartą pamięć, zwłaszcza w sferach tamtejszych miljonowych przedsiębiorców, do których sam należał, bo, opuszczając wyspę, wywiózł ze sobą kilka miljonów majątku. Był to wielki przedsiębiorca plantacyj tytoniowych. Wyjeżdżając, sprzedał je kompanji holenderskiej Deli Maatschapy pod warunkiem, że plantacje zatrzymają nazawsze nadaną im przez niego nazwę Polonia. Warunku tego dotrzymano ściśle. Zczasem na gruncie, odciętym od plantacyj Michalskiego, powstało wytworne miasteczko Medaan, posiadające elektryczność, pyszne hotele, setki automobilów – słowem, typowa siedziba bogatych holendrów. Otóż najpiękniejsza ulica Medaanu, a raczej wspaniała aleja will i pałacyków, stanowiąca centrum miasta, nosi do dziś nazwę Polonia.
– Nie wybiera się pan kiedy na Jawę tak… w odwiedziny do dawnych znajomych?
Nie wiem, panie. Cały miesiąc drogi… tysiąc guldenów… a przytem: dobrze mi jest wśród swoich. Nie ma, jak powietrze polskie!”

Rozmowa z botanikiem profesorem Marianem Raciborskim zamieszczona została w magazynie „Kraj” w 1901 roku.
113 lat później Jawa wciąż jest przeludniona. Na wyspie żyje 5 razy więcej ludzi niż wówczas, a wspomniane 29 milionów to populacja samej aglomeracji Dżakarty.
Podróżuje się trochę szybciej i taniej, ale co najciekawsze: jedna z dzielnic Medan oraz leżące tam lotnisko wciąż nazywają się „Polonia”.