Posty otagowane jako ‘Historia’

Po Dżakarcie z Sienkiewiczem

Kwiecień 16th, 2014

Jeszcze 100 lat temu Dżakarta była rajem i piekłem jednocześnie. Świetna pogoda, pyszne owoce, cudowna przyroda, życie za bezcen. Z drugiej strony – zabójcze tropikalne choroby.
W polskiej literaturze niewiele jest relacji opisujących ówczesną Indonezję. Jedną z najciekawszych jest ta napisana przez… Henryka Sienkiewicza. Książka „Wspomnienia sierżanta Legji Cudzoziemskiej” wydana została nakładem Gebethnera i Wolffa w 1914 roku. Wbrew pozorom autor nie jest znanym wszystkim noblistą, a jego imiennikiem, dalszym kuzynem.

Sierżant Sienkiewicz był jednym z pierwszych Polaków, którym przyszło odwiedzić Batawię, czyli dzisiejszą Dżakartę. W latach 1882-1883 żył tu służąc w Armii Holenderskiej w trakcie wojny z Sułtanatem Aceh na północnej Sumatrze. Jego wspomnienia czyta nam się rewelacyjnie: Przez 100 lat niektóre rzeczy zmieniły się zupełnie, a niektóre wcale. W pierwotnym tekście nie ma ilustracji – tu z pomocą przyszły nam zbiory holenderskich bibliotek. Zapraszamy do lektury!

Pierwsze wrażenie, jakie wywiera na europejczyku Jawa, trudno określić. Każdy jest zdumiony i oczarowany tą pięknością przyrody.

Batawja ma z górą 200,000 mieszkańców. Jest to miejscowość bardzo niezdrowa, zamieszkana przez Jawańczyków i Chińczyków. Europejczycy wszyscy, pomimo że mają rozległe interesy handlowe, przebywają tutaj tylko dorywczo, a mieszkają w miejscowości Veltenfriden [Welte Vreeden], położonej wyżej o jakie 10 kilometrów.

Nadzwyczaj miłe na nas robi wrażenie pierwsze przyjęcie. Oficerowie, którzy nas oczekują, prowadzą nas do specjalnych namiotów, gdzie kilku cywilnych z paniami krząta się koło stołów. Podają kawę mrożoną, jakieś ciasta, rodzaj plum-puddingu i wiele owoców zupełnie nam nieznanych. Jest także wino i limonada mrożona.

Po krótkim wypoczynku wsiadamy do tramwaju konnego. Całą droga do Veltenfriden [Welte Vreeden], a stąd do Mister-Cornelis nie da się opisać. Z jednej i drugiej strony drogi wspaniałe wille z werandami, rodzaj pałacyków, a wszystkie toną w otoczeniu palm najrozmaitszych gatunków, kokosów i bananów. Klomby ze wspaniałymi, nieznanymi mi kwiatami, a dalej pola, piętrzące się tarasami, najdoskonalej zirygowane, a wszędzie spotyka się mrowie ludzi, noszących w koszach na głowie, lub też na bambusach rozmaite produkty. Co jest charakterystyczne, że ci ludzie nie chodzą, ale biegną zawsze kłusem, pomimo szalonego gorąca.

Lud tu nie jest dziki i wszędzie nas witają uprzejmie. Co chwila słyszymy: „Tabe, tohan” (witaj, panie). To nie Algerja z Arabami, którzy z podełba na nas patrzą.
Przybywszy do Mister-Cornelis, umieszczeni zostaliśmy w wygodnych koszarach.

Wszystko tu zastosowane do warunków klimatycznych, sale wielkie, przewiewne, dachy spuszczające się nizko, korytarze na zewnątrz wzdłuż gmachu; przy każdej sali łazienki z natryskami.
Zdumieni jesteśmy temi wygodami dla żołnierzy, a co najwięcej nas zaciekawia, to setki kobiet krajowych, kręcących się po salach i korytarzach. W armji francuskiej kobiecie nie wolno przestąpić progu. Tutaj stoi garnizonem II-ty bataljon a wszystkie te piękności jawańskie należą do niego.

Po rozejrzeniu się w koszarach, wychodzimy na spacer do dzielnicy chińskiej. Jest to zupełnie odrębne miasto, odrębna struktura domów i inne sklepy. Cała ludność nadzwyczaj czynna i zarazem hałaśliwa. Podróżnikowi zdaje się, że jest w Państwie Niebieskiem. Pełno wszędzie smoków porcelanowych i jakichś przedpotopowych zwierząt, jako ozdoba domów.

Wchodzimy do jakiejś okazałej restauracji chińskiej, ale tu już wszystko po europejsku, bo oprócz pałeczek, są łyżki, widelce i noże.
Podają nam wcale niezłe wino francuskie, kurę pieczoną wprawdzie na oleju kokosowym, ale wcale smaczną i sałatę z młodych pędów bambusowych z krewetkami, a na deser gałki muszkatołowe w cukrze. Wszystko to nam smakuje, ale kawa czarna obrzydliwa, pomimo że gatunki kawy jawańskiej są najlepsze. Nie umieją jej dobrze palić ani mleć, a tem mniej przyrządzać. Wszędzie pije się niesmaczną, chyba, że ktoś sam ją sobie przyrządzi.

(…)
Na Jawie od lat kilkudziesięciu nie było nigdy żadnego buntu.
Salatiga jest uważana jako miejscowość najzdrowsza. Cholery tu nie znają, a i febry nie są tak złośliwe, a co najważniejsza, niema tu wcale moskitów. Miasteczko niewielkie, cywilnych europejczyków bardzo mało, za to Chińczyków pełno. Oni tu odgrywają tę samą rolę, co u nas w Polsce Żydzi.
(…)
Pożywienie żołnierskie bardzo obfite, przystosowane do tutejszych warunków. Podstawą jego jest ryż. Rano o godz. 5-tej i pół kawa czarna i bułka pszenna, pół funta naszej wagi, posmarowana masłem europejskiem, z serem lub szynką.
O godz. 9-tej i pół obiad, składający się z zupy na mięsie, zwanej „Sajor” ; jest to zupa narodowa, za podstawę ma mleko, wyciśnięte z orzecha kokosowego, pomieszana z rozmaitemi korzeniami. Jest to zupa bardzo smaczna. Je się ją z ryżem, który jest ugotowany na parze. Do ryżu robią rodzaj sosu z pieprzu djabelskiego [sambal]. Sos ten jest tak szalenie mocny, że aż język drętwieje. Z początku trudno się do tego przyzwyczaić, ale potem bardzo smakuje.
Już to wogóle wszystkie potrawy przyrządzają bardzo korzennie i ostro. Do tego dodają mięsa pół funta z jakąś jarzyną i owoce, ananasy, banany lub mangi.
O godz. 4-tej po południu takie samo danie, z tą różnicą, że mięso jest smażone, czasem drób je zastępuje. Kawa, herbata cały dzień, ile kto chce, zamiast wody, którą tu uważają za niezdrową.
(…)
W Mister Cornelis zadziwiała nas masa kobiet w koszarach. Rzecz ta jest zupełnie legalna i uprawniona przez rząd. Każdy żołnierz ma prawo mieć w koszarach tak zwaną urzędownie „opiekunkę domu”. Są to wogóle młode dziewczęta jawańskie; przepędzają cały czas w salach razem z żołnierzami, a wychodzą tylko na czas inspekcji oficerskich do specjalnie urządzonego baraku w koszarach. W razie jakiejś ekspedycji wojennej, kobiety pozostają w koszarach pod dozorem starszego podoficera, aż do powrotu swoich panów, a przez ten czas otrzymują pół racji żołnierskiej i czwartą część żołdu.
Dla kobiet tych jest specjalny regulamin. W razie wykroczenia przeciw niemu, co się rzadko zdarza, żandarmerja odprowadza je do miejsca urodzenia, czego one bardzo się obawiają.

Indje Wschodnie, holenderskie, składają się z grupy wysp. Do największych należą: Jawa, Sumatra. Madura, Borneo, Moluka, Celebes, Timor, Banka i wiele drobniejszych. Główny zarząd tych wysp jest na Jawie.
Generał-gubernator rezyduje w Boitenzorg [Bogor], niedaleko Batawji. Ogólna ludność dochodzi 60-u miljonów. Sama jawa ma przeszło 22 miljony i jest najludniejsza. Sumatra, która jest trzy razy większa, ma 12 miljonów ludności.
Najmniej znana ze wszystkich jest Borneo. Brzegi tylko są faktycznie w posiadaniu Holendrów. którzy tu mają kilka miast i posterunków wojskowych. W środku wyspy są obszary ogromne, lasy nie do przebycia, moczary.
W tych lasach zamieszkują dzicy Dajacy. jeszcze dotąd ludożercy.
Holendrzy powoli wdzierają się w głąb kraju. Trzeba go przedewszystkiem osuszać, bo najsilniejszy organizm europejski nie wytrzymuje wyziewów z tych rozpalonych nizin.


Ze wszystkich wysp najwspanialsza jest Jawa. Nazywają ją też „królową wysp”. Zadna z miejscowości na kuli ziemskiej nie przewyższa jej pod względem roślinności i urodzajności, a w dodatku ma Jawa wszystko, co mają kulturalne państwa w Europie, a więc ład i porządek administracyjny i bezpieczeństwo dla europejczyków bezwzględne. Komunikacja: szosy, drogi, koleje, wszystko we wzorowym stanie.
W ludność wszczepione jest poszanowanie dla europejczyka, którego jawańczyk uważa za istotę uprzywilejowaną.
Zadne państwo nie może się poszczycić tak mądrą kolonizacją, nie wyłączając Anglików. Do utrzymania w karbach posłuszeństwa tych 60-u miljonów Holandja ma tylko 30 tysięcy żołnierzy, z których tylko połowę tworzą europejczycy. Na niektórych wyspach, jak na Sumatrze, Celebes i po części w Borneo, są szczepy bardzo wojownicze. Od czasu do czasu trzeba je poskramiać i nieraz duże straty w ludziach ponosić.
Holandja ma wielkie trudności z kompletowaniem armji kolonialnej. Konstytucja holenderska nie pozwala swych wojsk wysyłać za morza, posiłkować się więc musi tylko ochotnikami.
Jawańczycy – można powiedzieć – rządzą się sami: policja, żandarmerja, sądy. wszystko to jest w ich rękach, przy mądrym nadzorze holenderskim. Rząd ani nie narzuca im swego języka. ani nie gwałci ich zwyczajów narodowych. Wszędzie są szkoły z językiem malajskim, a w Batawji istnieje nawet akademja lekarska.
Niewolnictwo od bardzo dawna zniesione, każdy człowiek jest tu wolny. Poboru wojskowego niema, w armji służą tylko ochotnicy.
Lud jawański czuje się bez porównania szczęśliwszym, niż za dawnych czasów. Dla ułatwienia płacenia podatków rząd pobiera część ich w naturze. Każda gmina ma swoje magazyny z zarządem i kontrolą. Dwa razy do roku odbywa się sprzedaż. Kupcy się zjeżdżają i przez licytację kupują.

Jawa dotąd ma jeszcze swego cesarza i bardzo liczną arystokrację. Za moich czasów, w r. 1883-im, cesarz ówczesny był starcem 70-letnim. Na rezydencję miał wyznaczoną Surakarte. Pensji pobierał 3 miljony guldenów rocznie. Oddawano mu wszystkie honory, miał nawet tytuł generał-lejtnanta holenderskiego a ubierał się w mundur raz do roku, to jest w Nowy rok przy składaniu mu życzeń przez europejskiego gubernatora.
Gwardja jego składa się z pięciuset ludzi ale bez broni palnej. Dla oddawania mu honorów stoi przy nim szwadron kawalerji europejskiej; w rzeczywistości pilnują go. Jest to więzień w złotych kajdanach do tego stopnia, że nie może nawet poza miasto wyjechać bez zawiadomienia gubernatora. Pałace jego są pod strzałami armatnimi fortu, w którym zawsze stoi silny bataljon europejczyków.

Jawańczycy są wszyscy mahometanami, ale kobiety nie zakrywają twarzy, są wolne, może nawet za wolne w naszem pojęciu o moralności.


Życie na Jawie bajecznie jest tanie. Kura n.p. kosztuje 20 groszy, pikol kawy, to jest naszych 100 funtów, 10 guldenów; ryby, mięso bawole, wszystko za bezcen. A co za owoce i jaka ich rozmaitość! Ananasy, banany w kilku gatunkach, mangi różnych wielkości i smaku (rodzaj naszych brzoskwiń). Nanki [?] wielkości naszych dyń, dorium [durian], jamba [guawa], pompelmusy [pomelo] – rodzaj pomarańczy wielkości ludzkiej głowy i wiele innych owoców. A za to niema tu wcale winogron, fig, daktyli i żadnych europejskich owoców.
Wszystko co z Europy przychodzi jest bardzo drogie. Mleko, masło, sprowadza się z Europy. Funt masła kosztuje półtrzecia guldena. Piwo – guldena za butelkę. Wino, koniak – wszystko to się drogo płaci; a wymagania europejczyków są wielkie. Każdy chce mieć wszystko, jak u siebie.
Europejczyków pracujących fizycznie niema tu wcale, są tylko: armja, urzędnicy, plantatorzy i pracownicy domów handlowych. Biały nie może być kucharzem lub lokajem, nie jest to nawet tolerowane przez rząd. Cała służba składa się z jawańczyków, a kucharzami prawie wszędzie są Chińczycy.

c.d.n.



Mleko i bambus – opowieść o mutantach

Marzec 13th, 2014

W Indonezji nie ma sera.
W dużych, dobrze zaopatrzonych supermarketach cośtam się nawet znajdzie (np. 2 kilogramy na cały, ogromny sklep), ale wtedy z kolei odstrasza cena.
Mleko? Na pierwszy rzut oka jest z nim trochę lepiej – ceny tylko trochę wyższe niż w Polsce. Dopiero przyglądając się bliżej zwrócimy uwagę, że zawartość kartoników powstała w większość z mleka w proszku.

Czemu? Tak jest od zawsze. W Południowo-Wschodniej Azji mleka się nie pije i już. Skoro się nie pije, to się też nie produkuje.
Żeby nie być gołosłownym: W Finlandii roczne spożycie mleka na mieszkańca to ponad 300 litrów, w Polsce – 190 litrów. W Indonezji litrów 13.
Skąd te dysproporcje?
Wbrew pozorom ma to swoje logiczne wytłumaczenie. Logiczne, bardzo proste i na tyle ciekawe, że bardzo nas dziwi, że w szkołach nie mówi się o tym ani słowa.

Cały sekret w tym, że wbrew pozorom gatunek Homo Sapiens… nie trawi mleka!
Zawarta w mleku laktoza jest trucizną dla wszystkich organizmów, które nie wytwarzają laktazy: enzymu odpowiedzialnego za rozbicie laktozy na cukry przyswajalne przez ciało. Enzym ten wytwarzany jest w organizmach dzieci (dlatego one mogą pić mleko bez problemów) lecz z wiekiem przestaje być wydzielany. W rezultacie – dla wszystkich naszych prapraprzodków mleko było trucizną.
Dopiero 11000 lat temu jakiś niezwykle odważny, żyjący na Bliskim Wschodzi osobnik zauważył, że z trujące mleko można przetworzyć i sprawić, że nada się do spożycia. Jogurt, kefir czy zsiadłe mleko zawierają dużo mniej laktozy – na tyle mało, by hodujący je rolnicy mogli bezpiecznie je pić zapewniając sobie całoroczny dostęp do źródła białka. Odkrycie te miało gigantyczne konsekwencje. Niedługo później inni pionierzy mogli wyruszyć na północ i zasiedlić mniej przyjazne rejony ówczesnego świata.
Kilka tysięcy lat później na terenie dzisiejszej Polski po raz pierwszy wytworzono ser (który zawiera o 90% mniej laktozy niż mleko). Lata spożywania nabiału, przyzwyczajanie ciała do laktozy powoli owocowały – europejscy rolnicy zaczynali mutować… Gen odpowiadający za „wyłączenie produkcji” laktazy zmienił się sprawiając, że trucizna stała się przysmakiem.

Dziś, tysiące lat po rozpoczęciu tego procesu, laktozę toleruje zaledwie 30% ludności świata. Mimo to „nietolerancja laktozy” figuruje w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób. Ciekawe, prawda? „Choroba”, która jest w 100% naturalna i wrodzona dla większości ludzi na Ziemi…

W Polsce zmutowany gen występuje u 80% populacji. W Chinach, Kambodży czy Indonezji: u mniej niż 5%. Idealnie pokazuje to poniższa mapka:
Procent ludzi tolerujących laktozę.

To dlatego wszędzie na trasie naszej podróży łatwiej było o mleko sojowe, kokosowe czy ryżowe – nie chodzi o dostępność składników, a o to, że w odróżnieniu od mleka krowiego nie zawierają one laktozy.
Takie drobne różnice najbardziej nas zadziwiają: niby detal, a jednak sprawia, że inaczej patrzymy na cały świat.

Kolejną ciekawostką jest sposób smażenia potraw. Kuchnia azjatycka nie bez kozery kojarzy się z wokiem. Wszystko smaży się błyskawicznie, w wysokiej temperaturze – to dlatego w Polsce słowo „chińczyk” jest w zasadzie synonimem Fast foodu. Dlaczego wok, a nie zwykła patelnia? Czemu pijący mleko rolnicy z Europy żywili się gotowanym kilka godzin gulaszem, a w Indonezji potrawą narodową jest przyrządzany w 3 minuty smażony ryż? Tym razem obyło się bez mutacji genetycznych – jedynym powodem jest wykorzystanie bambusa.
Bambus, w odróżnieniu od „naszego drewna” rośnie bardzo szybko. Pali się dobrze – nic więc dziwnego, że przez wieki wykorzystywano go jako podstawowy materiał opałowy. Najważniejszą jednak różnicą jest jednak to, że bambus spala się błyskawicznie wyzwalając bardzo wysoką temperaturę. Tyle! Kuchnia chińska, którą dzisiaj znamy wzięła się – jak wszystko inne – z potrzeby dostosowania do warunków wokół.
Najśmieszniejsze jednak, że różnice te wyczuć możemy do dziś nie tylko w smaku potraw, ale i choćby w wielkości palników w kuchni. Mały ogień? Dobre sobie. Maleńki płomień mogliśmy ustawić w Warszawie – tu ten najmniejszy wciąż wygląda jak pochodnia.

Starczy nauki na dziś, ale jakby ktoś chciał napisać na ten temat pracę magisterską, to służymy materiałami źródłowymi.



Wspomnienie z Jawy

Marzec 10th, 2014

Mija miesiąc naszego pobytu w Indonezji. Dzieje się dużo – na tyle dużo, że póki co nie mamy czasu zebrać myśli i pisać na blogu. Dlatego oddamy głos komuś, kto był tu dłużej i już wrócił do kraju. Od jego powrotu dużo się zmieniło, ale wiele z obserwacji pozostaje aktualnymi. Poznajcie Profesora Raciborskiego!

„Na Jawę wyjechałem w r. 1897. Droga djabelnie daleka, bo trwająca cały miesiąc, i trochę kosztowna, bo pochłaniająca tysiąc austrjackich guldenów, ale propozycja była zbyt kusząca, aby przejść nad nią do porządku dziennego. Przyjąłem i pojechałem.
(…)
Profesor Raciborski
Klimat jawajski jest wyborny, oczywiście wykluczywszy natury, specjalnie czułe na zmianę klimatycznych warunków. Jest coś niewypowiedzianie rozkosznego i nad wyraz oryginalnego w tej nieprzerwanej jednostajności ciepłoty, która się waha od 22 do 28*, w tym braku wiosny, lata, jesieni, zimy, równie jak w braku świtów i zmierzchów. Jak rok długi, trwa dzień od szóstej rano do szóstej wieczorem i zaczyna się i kończy nagle, jak na komendę. W przeciągu pięciu minut miejsce dnia, ozłoconego wspaniałem słońcem równikowem dnia, zajmuje zupełna, czarna noc to też jeżeli się jest w porze zachodu oddalonym od domu, w dzikszej okolicy, trzeba dobywać całej siły nóg, aby nie być zaskoczonym przez nieprzebite ciemności. A mnie takie spóźnienia przytrafiały się dość często, bo znaczną część pobytu mego na Jawie spędziłem na wycieczkach naukowych.
(…)
Stosunki wyspy są pod wielu względami nadzwyczaj ciekawe. Przedewszystkiem Jawa jest wyspą przeludnioną. Pominąwszy okolice wulkaniczne (gdzie 100 czynnych wulkanów zionie lawą!), każda piedź ziemi niemal jest zajęta. Na całym obszarze wyspy mieszka 29 miljonów ludności malajskiej, którą rządzi garstka: zaledwie 60 tysięcy holendrów. I to właśnie jest zjawiskiem zajmującem.
– Zapewne ludność stoi na bardzo nizkim szczeblu rozwoju?
Otóż właśnie, że nie. Jawajczyk posiada przedewszystkiem bardzo starą i świetną swoją kulturę, o czem opowiem później, a powtóre jest człowiekiem uzdolnionym i niezmiernie łatwo przyswaja sobie nabytki cywilizacji europejskiej. Jest to dziwne stworzenie, jedną połową tkwi bowiem w kulturze własnej, ogromnie starożytnej i zupełnie niepodobnej do naszej, a drugą – oddycha swobodnie i wygodnie europeizmem – jak urodzony europejczyk. Dzieje się to w ten sposób, że z własnych zasobów czerpie wszystko, co się odnosi do życia uczuciowego, a więc pojęcia obyczajowe, religijne, artystyczne – a od nas bierze wszystkie zdobycze postępu technicznego. Że jawajczyk obsługuje wybornie telegraf, telefon, maszynę parową, to mniejsza, ale w obserwatorium obliczenia matematyczne robi służba, co już chyba zaświadcza o zdolności rasy.
Wyższa warstwa umysłowa malajska nie wytworzyła się tylko dlatego, że wykształcony jawajczyk nie miałby co robić, bo kraj jest rolniczy, chłopski. Ale ma on swoje narodowe szkoły po wsiach, kolosalny procent umiejących czytać i pisać, naturalnie czcionkami i literami łacińskiemi, których stale używa, ma swoje narodowe teatry, a nawet – dzienniki.
Dzienniki te, wydawane w języku jawajskim w trzech głównych ogniskach tamtejszego życia narodowego, w Surobaja, Samarang i Batawji (dziś: Dżakarcie, przyp. Łukasz), są coprawda parodją naszego dziennikarstwa, żywią się głównie przekładami z gazet holenderskich i przeważnie zostają w rękach mieszkańców malajsko-europejskich, którzy robią na nich doskonałe interesy.
(…)
– Czy p. profesor mówi po jawajsku?
Każdy biały musi się nauczyć, inaczej nie dałby sobie rady w takiej ogromnej masie innojęzycznej, zwłaszcza, że cała służba na Jawie rekrutuje się z ludności miejscowej, od lokaja i pokojówki aż do konduktora kolejowego. Ale też język ten jest jednym z najłatwiejszych na świecie, a dodajmy odrazu: jest używany, jako wyższy język towarzyski, przez wszystkie plemiona malajskie na olbrzymiej przestrzeni archipelagi od Cejlonu aż do Japonji.
Jawajczyk nie zna deklinacji, ani konjugacji i konstruuje wyrazy w sposób niesłychanie prosty. Jeżeli np. człowiek nazywa się orang to ludzie będą się nazywali orang-orang. Jeżeli las nazywa się utang to leśniczy: orang-utang i t.d.
(…)
– Czy p. profesor spotkał na Jawie polaków?
Na Jawie niewielu. W Batawji mieszka od lat dwudziestu rodzina urzędnicza pp. Masłowskich, dwóch urzędników w kopalniach nafty, jeden weterynarz i jeden kolonista, który porzucił ziemię i został konuktorem tramwajowym. Razem było nas siedm dusz polskich. Ale pamiętną rolę odegrał na sąsiedniej wyspie Sumatrze polak Michalski…
– Dlaczego pan powiedział słowo sąsiedniej z takim naciskiem?
Bo z Jawy jedzie się tam, proszę pana, cztery dni wodą. To po drugiej stronie równika.
Michalski zostawił po sobie na Sumatrze nadługo niezatartą pamięć, zwłaszcza w sferach tamtejszych miljonowych przedsiębiorców, do których sam należał, bo, opuszczając wyspę, wywiózł ze sobą kilka miljonów majątku. Był to wielki przedsiębiorca plantacyj tytoniowych. Wyjeżdżając, sprzedał je kompanji holenderskiej Deli Maatschapy pod warunkiem, że plantacje zatrzymają nazawsze nadaną im przez niego nazwę Polonia. Warunku tego dotrzymano ściśle. Zczasem na gruncie, odciętym od plantacyj Michalskiego, powstało wytworne miasteczko Medaan, posiadające elektryczność, pyszne hotele, setki automobilów – słowem, typowa siedziba bogatych holendrów. Otóż najpiękniejsza ulica Medaanu, a raczej wspaniała aleja will i pałacyków, stanowiąca centrum miasta, nosi do dziś nazwę Polonia.
– Nie wybiera się pan kiedy na Jawę tak… w odwiedziny do dawnych znajomych?
Nie wiem, panie. Cały miesiąc drogi… tysiąc guldenów… a przytem: dobrze mi jest wśród swoich. Nie ma, jak powietrze polskie!”

Rozmowa z botanikiem profesorem Marianem Raciborskim zamieszczona została w magazynie „Kraj” w 1901 roku.
113 lat później Jawa wciąż jest przeludniona. Na wyspie żyje 5 razy więcej ludzi niż wówczas, a wspomniane 29 milionów to populacja samej aglomeracji Dżakarty.
Podróżuje się trochę szybciej i taniej, ale co najciekawsze: jedna z dzielnic Medan oraz leżące tam lotnisko wciąż nazywają się „Polonia”.



Książka i film, czyli dwie recenzje

Luty 21st, 2014

Indonezja to koniec świata.
Człowiek zdaje sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy chce dowiedzieć się czegoś więcej – sprawdzić coś w Internecie, przeczytać o czymś w Wikipedii (która przyzwyczaiła nas do tego, że jest w niej wszystko).
Dla przeciętnego Polaka Indonezja pozostanie jednak jeszcze długo totalną terra incognita. Przykłady? W Indonezji żyje blisko 50 grup etnicznych. W polskiej Wikipedii opisano tylko kilka. 40 milionom Sundajczyków poświęcono dokładnie 6 zdań.
W tym samym miejscu historii Indonezji poświęcono zdań 13, w tym dokładnie 3 na opisanie historii powojennej (dla porównania: Historia Kirgistanu na Wikipedii jest dwa razy dłuższa, historia Gruzji, Azerbejdżanu liczy kilkanaście stron, a do Chin czy Japonii w ogóle nie ma sensu porównywać.).
Oczywiście wikipedia nie jest wyjątkiem, a właśnie jedynym polskim internetowym źródłem jakichkolwiek informacji. Cóż – pozostaje cieszyć się, że nieco lepiej jest z wikipedią angielską.

Podobnie jest z literaturą. Książki o Chinach? Przed wyjazdem przeczytaliśmy około tuzina. Portal lubimyczytac.pl przedstawia listę 263 polskojęzycznych pozycji o Państwie Środka. W tym samym miejscu możemy poznać raptem 12 pozycji o Indonezji, z których 8 to mapy i przewodniki, a 4 pozostałe napisano 30 lat temu… Jak wyżej – na szczęście są też źródła angielskojęzyczne.

Kino? Sytuacja analogiczna.

Jeżdżąc po świecie zawsze staramy się poznać miejsce oglądając filmy – czy to oparte na historii, czy luźno umiejscawiające fabułę w danym kraju.
Jadąc do Iranu mogliśmy przebierać w świetnej i nawet popularnej w Polsce kinematografii irańskiej (np. oskarowe „Rozstanie”), a także w szeregu innych filmów (jak nominowane do oskara „Persepolis”).
W Kambodży oglądaliśmy „Pola Śmierci” (trzy oskary) czy „Same same but different” (strasznie słaby, ale przynajmniej pokazujący realia dzisiejszego Phnom Penh).
Chiny to świetne pozycje klasyczne (oskarowe „Zawieście czerwone latarnie”), fabularyzowana historia (wojenny „Nankin, Nankin”, „Ustanowienie republiki”) ale i współczesne kino chińskie czy hongkońskie („Chongqing Blues”, „Chungking Express”, czy nawet „Wejście Smoka”).

A w Indonezji?
Nic.

Największa na świecie baza filmowa – IMDB podpowiada, że o Indonezji wspomina się szerzej w CZTERECH filmach.
Pierwszy z nich, „Jedz, módl się, kochaj”, z grzeczności pominę milczeniem.
W drugim, „Spekulancie” z Evanem McGregorem przez dobre 5 minut możemy podziwiać knajpki Dżakarty, po czym akcja przenosi się do Singapuru.
Trzeci, „Rok niebezpiecznego życia” jest zdecydowanie najlepszym z wcześniej wymienionych. Oskarowy dramat z Melem Gibsonem i Sigourney Weaver momentami strasznie przynudza, ale koniec końców całkiem nieźle pokazuje rzeczywistość Dżakarty lat sześćdziesiątych i… niewiele więcej.

Tu do niedawna lista się kończyła. Kinematografia indonezyjska, chociaż podobno całkiem dobra, nie otwiera się bowiem na zagranicznego widza – znalezienie indonezyjskiego filmu z angielskimi napisami graniczy z cudem.

Na szczęście – trafiamy do Indonezji w niezwykle ciekawym momencie.
Oto w ciągu ostatniego roku ukazały się dwie pozycje, które nazwać można rewolucyjnymi.
Obie wypełniają OGROMNĄ niszę poruszając tematy dla większości świata zupełnie nieznane. Ba! Z powodów politycznych zupełnie nieznane i przemilczane również w Indonezji.
Pierwszą jest film dokumentalny Joshuy Oppenheimera „The Act of Killing”.
Drugą – książka Łukasza Bonczola „Zrozumieć Indonezję”.
Zacznę może od książki, nie tylko dlatego, że warto przeczytać ją przed seansem.

Historical Non-Fiction

Choć jest to w założeniu dzieło naukowe – czyta się je jak dobry kryminał. Autor dokonuje rzeczy niesamowitej: w obiektywny sposób opisuje wszystkie wydarzenia starając się jednocześnie zrozumieć motywacje bohaterów i genezę zdarzeń. Zdarzeń w Polsce przemilczanych i przez to tym bardziej szokujących.
Okładka
Historia XX-wiecznej Indonezji przedstawiona została niczym intryga w „Grze o Tron”. Tu nie ma, i nie było, postaci dobrych i złych. Wszyscy przeciwko wszystkim knują – czy to z pobudek ideologicznych, czy „dla dobra kraju”, czy w końcu – dla pieniędzy i władzy. Wszystkie informacje podparte są oczywiście odpowiednimi cytatami ze źródeł, które (trzeba pamiętać) bardzo często są ze sobą sprzeczne. Dla autora nie jest to jednak problem, a doskonała okazja do dalszych analiz – wskazania słabszych punktów innych publikacji oraz wyjaśnienia procesów, które doprowadziły do powstania błędów, przeinaczeń i zakłamań.
To bardzo ważne, zwłaszcza w sytuacji, gdy jeden tylko bohater dramatu podawał w wywiadach kilka różnych wersji tego samego wydarzenia. Autor radzi sobie z tym idealnie: podaje wszystkie wersje jednocześnie wyjaśniając, które z nich mają słabsze punkty, które nie trzymają się kupy.

Sensacyjny, pełen napięcia, a zarazem tragiczny i przerażający scenariusz napisało życie – Łukasz Bonczol „tylko” streścił go do kilkuset stronicowej książeczki. Zrobił to rewelacyjnie. Chociaż czytałem podobne opracowania o wielu krajach – tylko tą jedną książkę mogę polecić nawet tym, którzy nie są zafascynowani tematem.
Pozycja to w miarę świeża, wydana w listopadzie przez wydawnictwo akademickie Dialog na stronie którego można kupić ebooka (raptem 17 zł). Gorąco polecam. Dawno nie zarywałem nocy przez książkę.

Drugą rewolucją, tym razem na skalę ogólnoświatową jest film „The Act of Killing”.
Chociaż nakręcony 2 lata temu, dopiero teraz stało się o nim głośno – znalazł się bowiem wśród dokumentów nominowanych do Oskara.

Rzeźnik z Medanu

Film to dziwny, długi, strasznie nierówny, łączący zwykły film dokumentalny z czymś zupełnie innym, niespotykanym.



Wyobraźcie sobie następującą sytuację: „40 lat po wygranej przez hitlerowców wojnie amerykański dokumentalista odwiedza Niemcy i postanawia nakręcić film o wojennych przeżyciach zbrodniarzy z Wehrmachtu”. Brzmi intrygująco, prawda? Oppenheimer poszedł nawet krok dalej…

Nieudany zamach stanu z 30 września 1965 roku stanowi najbardziej zagadkowy moment w historii Indonezji. Lata napięć i wewnętrznej rywalizacji pomiędzy poszczególnymi siłami politycznymi i wojskiem sprawiły, że totalnie niezaplanowany, niemający prawa się udać przewrót i zabójstwo generalicji stało się pretekstem do trwających kilka miesięcy rzezi.

Kto i dlaczego próbował dokonać przewrotu? Nie wiadomo, bo dokonała go nieznana wcześniej anonimowa grupka. Teoretycznie wszystko wskazuje na PKI – Komunistyczną Partię Indonezji. Czemu PKI, partia z 50% poparciem w kraju próbowała dokonać wojskowego przewrotu, skoro cieszyła się poparciem prezydenta-dyktatora i w cuglach wygrałaby ewentualne wybory? Czemu chciałaby działać anonimowo, skoro firmując przewrót otwarcie mogłaby dokonać prawdziwej rewolucji? Czemu zdecydowano się na zamach wiedząc jak ogromne mogą być konsekwencje? Kto inspirował zamach? Chińczycy, którzy od dawna wspierali PKI, czy Amerykanie, którzy koniec końców najbardziej na zmianach w Indonezji zyskali? A może zamach był zaplanowany przez prezydenta, który obawiał się rosnącej roli wojska? Może, w końcu, były to wewnętrzne rozgrywki Armii? Każda teoria może być prawdziwą, każda jednak jest niepełna, jakiś element się w niej nie zgadza.

O tym wszystkim przeczytamy w książce „Zrozumieć Indonezję”. Film tyczy bowiem tego co nastąpiło później – samej masakry, tytułowego „Procesu zabijania”. Procesu, w którym śmierć poniosło ponad pół miliona ludzi.

Rzezie „komunistów” bez cienia wątpliwości inspirowane były przez wojsko, ale dokonywali ich wszyscy. Polowanie na czarownice stało się okazją do wyrównywania starych porachunków, konfliktów z sąsiadami, a także drogą do kariery dla wielu pospolitych bandytów i szemranego elementu. Ci ostatni, nazywani w Indonezji „preman” to wszelkiego rodzaju cwaniaczkowie, kombinatorzy, zdemobilizowani żołnierze (stąd określenie preman, free man – wolny człowiek). To oni mordowali najwięcej, to oni nigdy nie zostali za morderstwa ukarani. I to o nich opowiada dokument.

Premani funkcjonują w Indonezji do dziś. Chociaż w filmie preman tłumaczone jest słowem „Gangster” – wielu z nich, np. bohater filmu Anwar Congo, cieszy się szacunkiem i poważaniem.
Anwar mordował komunistów i chętnie o tym opowiada. Nie widzi w tym nic złego – trzeba było to robić, bo wszyscy mówili, że komuniści są źli.
Reżyser filmu namawia więc Anwara na niesamowity eksperyment: odtworzenie masakr na potrzeby filmu. Filmu niezwykłego – takiego, który pokazywałby nie tylko zdarzenia, ale i odczucia jakie towarzyszyły zbrodniarzom. Anwar i jego znajomi chętnie wchodzą w grę – przebierają się, charakteryzują, odgrywają rolę tak oprawców jak i ofiar. Czasem udają amerykańskich gangsterów rodem z Ojca Chrzestnego, czasem przenoszą się na dziki zachód wcielając się w bohaterów filmów, których oglądali za młodu. Tańczą, śpiewają. Efektem jest surrealistyczna impresja rodem z dzieł Jodorovskyego.



Eksperyment udaje się połowicznie.

Film jest z pewnością arcydziełem – niesamowitą analizą umysłu zbrodniarza, której nie było jeszcze w historii kinematografii. Niektórych scen nie zapomnę nigdy.
Z drugiej strony – jest bardzo długi i momentami strasznie nudny. Akcja rozkręca się bardzo, bardzo, bardzo powoli. Niektóre (trwające po 15-20 minut!) fragmenty wydają mi się zupełnie niepotrzebne i z pewnością znużą mniej wytrwałego widza. Inne – mogą być niezrozumiałe dla nie znających historii Indonezji. Tym bardziej polecam obejrzenie filmu do końca. Bo to o koniec w nim chodzi.

W Indonezji trwa teraz publiczna dyskusja porównywalna do polskich kontrowersji po „Pokłosiu”.
Czy film obraża Indonezję?
Czy Oppenheimer zdradził zaufanie ludzi, którzy zgodzili się z nim rozmawiać i zrobił z nich potwory?
Czy może oni SĄ potworami?
W Indonezji mówi się o masakrach, ale przedstawia się jako oddolną reakcje ludzi oburzonych przewrotem komunistów. Wojsko masakry miało jedynie przerwać i, koniec końców, przejąć władzę w państwie na 30 lat. Anwar mówi wprost – permani mordowali, „do spółki” z wojskiem.
Czy Indonezyjczycy powinni zrewidować swoją historię?
Czy najważniejsze osoby w historii państwa były zamieszane w ludobójstwo? Wielu w ogóle nie dopuszcza takiej myśli – nie chce słyszeć o obrazoburczym filmie. Jakby tego było mało – filmie zrobionym przez Amerykanina! Co?! Amerykanie, którzy najbardziej skorzystali z Indonezyjskiego „kursu w prawo” nie mają dziś prawa osądzać Indonezji! Wielu w końcu zastanawia się czy pokazywanie filmu na świecie nie wpłynie na obraz Indonezyjczyków wśród turystów?
Każdy z artykułów o filmie wywołuje dyskusję, a gazety piszą o nim niemal codziennie.
Niezależnie od tego co dyskusja da – film trzeba zobaczyć. Oskary już za chwilę: może debata będzie jeszcze głośniejsza.

Łukasz Bonczol – Zrozumieć Indonezję
The Act of Killing