Posty otagowane jako ‘Eilat’

Na plaży z Żyrinowskim

Styczeń 1st, 2013

Jaki pierwszy stycznia taki cały rok? Jeśli tak, to będzie to rok bardzo leniwy, spokojny, ale nawet w tym całym rozleniwieniu – zadziwiający.
W tytule poprzedniego wpisu wspomnieliśmy o Rosjanach. Cóż – jest ich tu (zarówno w Eilacie jak i w całym Izraelu) zatrzęsienie. O ile jednak w Tel Awiwie czy Jerozolimie po rosyjsku mówią Izraelczycy (Ostatnia z fal emigrantów, czyli Aliji, nazywana jest nawet Rosyjską), o tyle tu, nad morzem, mówimy o Rosjanach typu Sharm El-Sheik. Idąc ulicą co raz słyszy się rosyjskie słowa, większość witryn sklepów i knajp zachęca napisami cyrylicą. Wstyd też przyznać, ale łapiemy się na tym, że każdego turystę odruchowo traktujemy jak potencjalnego Rosjanina: nie mówiącego po angielsku, szastającego kasą itp. Na szczęście – jest tu też gro turystów zewsząd: od Europejczyków, przez Amerykanów na Azjatach kończąc.

W tak pięknych okolicznościach przyrody Ada i Łukasz postanowili obadać dziś plaże położone nieco dalej centrum miasta, bliżej granicy z Jordanią.

Faktycznie – było tu mniej ludzi, luźniej, Woda ciepła, test aparatu robiącego foty pod wodą zakończył się pełnym sukcesem. I tak w zasadzie nie byłoby sensu zawracać nikomu głowy relacją, gdyby nie to, że po jakimś czasie obok naszych ręczników wylądował dośc nietypowy gość.

Na dobrą sprawę nie zwrócilibyśmy na niego uwagi gdyby nie to, że kilkoro Rosjan po początkowym gapieniu się przystąpiło do działania – podchodzili, robili sobie fotki i… odbierali gadżety: koszulki, czapeczki, zdjęcia z literkami LDPR. W tym właśnie momencie zapaliła nam się lampka: Koleś faktycznie wygląda dość znajomo… Po chwili byliśmy już pewni – na leżaczku 3 metry od nas leżał nikt inny jak ruski Lepper – Wladimir Wolfowicz Eidelstein znany dziś jako Wladimir Żyrinowski 😉 Nie można było przegapić tej okazji: fotka z Żyrinowskim trafi do Galerii Ludzi Niekoniecznie-pozytywnie Zakręconych.

I weź tu człowieku planuj, że danego dnia nie napiszesz notki…

Żeby nie było, że cała notka o rosyjskim populiście: poniżej kolejna garść przemyśleń i spostrzeżeń:
– Bezpieczeństwo. Podróżując widzieliśmy już posterunki policji przy drogach, wojsko sprawdzające bagaże przy wejściach na dworce. Tu ochrona sprawdza każdego wchodzącego do centrum handlowego, prześwietla się wszystko i każdego. Żołnierz na dworcu w Jerozolimie sprawdzał nam paszporty nie tylko pod względem tożsamości, ale i stemple w paszporcie. Nie musze chyba mówić, która Wiza w paszporcie Ady szczególnie go zainteresowała… Tak jak szybko przyzwyczailiśmy się do widoku ludzi z bronią automatyczną, tak ciągle zadziwiają nas wojskowe śmigłowce „rekreacyjnie” przelatujące nad miastem. Mówiąc krótko: to jakiś zupełnie nowy poziom.
– Są dwa lokalne piwa: Makkabi i Goldstar. Ponadto kilka piw „na licencji”, przede wszystkim Tuborg i Heineken. Zdecydowanie najbardziej podchodzi nam czerwona odmiana tej duńskiej marki. Oczywiście na wszystkich widnieje odpowiedni certyfikat koszerności.
– Certyfikarty koszerności można też zobaczyć przy barze w każdej knajpie, za ladą w wiekszości barów. Ot papierek ze stemplem i podpisem odpowiedniego rabina.
– Prawie nigdzie nie słychać psytrance’u 🙁 Jeden sklep z t-shirtami przy plaży to dużo mniej niż można się było spodziewać. Może w Tel Awiwie jeszcze poszukamy.

Jutro ostatnie plażowanie w Ejlacie i powrót do Jerozolimy, bo za dwa dni zwiedzamy Yad Vashem.

PS Dla ciekawskich: Sylwestra spędziliśmy spokojnie. Najpierw delektowaliśmy się możliwością pogapienia się w telewizor i przez pół wieczoru wspominaliśmy lata 80-te i 90-te razem z VH1, a potem poszliśmy do wcześniej upatrzonej knajpki aby Nowy Rok przywitać w większym gronie. Jednak dopiero dzisiaj wyczytaliśmy w przewodniku, że pub Mike’s Place polecany jest jako… lokal dla 30-latków. Jak widać Łukasz trafił do swoich nawet bez przewodnika 😉



Sun, sand, sea, Russians

Grudzień 31st, 2012

XXI wiek – wczoraj rano błąkaliśmy się jeszcze po Jerozolimie, żeby zachód słońca zobaczyć w Jaffie. Chwilę później oglądaliśmy już mecz Makkabi Tel Awiw – Hapoel Hajfa, żeby zaraz po nim znaleźć się w autobusie nocnym do Eilatu. Dziś słońce praży, jest z 25 stopni, ale na szczęście wieje lekki wiatr, więc pogoda w sam raz do opalania. Tak też robimy: dzisiejszą notkę sponsoruje plaża miejska w Eilacie, nad Morzem Czerwonym.

Wrócę jednak do wczoraj – plan, który sobie założyliśmy był dość ryzykowny i w sumie mamy dużo szczęścia, że udało nam się go zrealizować. Zacząć trzeba od tego, że… pospaliśmy sobie. Planowaliśmy wstać jak najwcześniej, wejść na Wzgórze Świątynne i zobaczyć meczety, które póki co podziwialiśmy tylko z dystansu. „Jak najwcześniej” okazało się być godziną 11, co gorsza okazało się, że Wzgórze można odwiedzać tylko po 12. Cóż – do Jerozolimy wracamy za 4 dni, więc Wzgórze poczeka. Namierzyliśmy autobus na dworzec kolejowy i pojechaliśmy do Tel Awiwu. Wiedzieliśmy, że o 20:00 ma się odbyć szlagierowy mecz, ale nie mieliśmy pojęcia czy znajdą się dla nas bilety. Zaraz po meczu chcieliśmy ruszyć dalej – nasz couchsurfer zmienił plany i nie mieliśmy noclegu w Tel Awiwie. Stwierdziliśmy, że zamiast siedzieć w stolicy, którą na pewno odwiedzimy jeszcze później, możemy zobaczyć Eilat – jedyne miasto na południu kraju, malowniczo położone nad Morzem Czerwonym wzdłuż króciutkiej izraelskiej linii brzegowej (ma zaledwie 11 km), pomiędzy egipską Tabą a jordańską Akabą. Początkowo nie planowaliśmy zapuszczać się tak daleko. Dowiedzieliśmy się również, że do Eilatu kursuje nocny autobus. Sęk w tym, że linia jest dość oblegana i mogło się okazać, że biletów już nie ma.
W czarnym wariancie:
a) jednak zostajemy w Tel Awiwie (nie mając zaklepanego hostelu)
b) meczu i tak nie zobaczymy
Na szczęście – nic z tych rzeczy: stadion był niemal pełen, ale że byliśmy wcześniej – bilety kupiliśmy bez problemu. Podobnie z biletami na autobus. Ba: okazało się, że chociaż przechowalnia bagażu otwarta jest tylko do 18 – możemy zostawić nasz klamoty i odebrać je do północy na dworcowej knajpce.

Sam mecz był jednym z ciekawszych jakie dane nam było oglądać w trakcie naszych podróży. Dwie najsilniejsze drużyny Izraela, wspomniany już pełen stadion, kilkudziesięciu gości z Hajfy, kilka sektorówek, pierwszy gol w pierwszej minucie, a co najważniejsze – grad bramek. Obrona i bramkarze zadbali o nas – mecz zakończył się wynikiem 6:2! Chyba po raz pierwszy w dziejach blogaska umieścimy pełną relacje zdjęciową – jest co oglądać.

Tymczasem teraz odpoczywamy w turystyczny kurorcie i wspaniałe miejscu do plażowania. Tak właśnie spędziliśmy prawie cały dzisiejszy dzień. Z ciekawostek możemy zdradzić, że Ada znowu zapomniała kostiumu i robiliśmy napad na lokalny bazar. Tym sposobem prawdopodobnie zgromadzimy kolekcję kostiumów kąpielowych nie do zdarcia do końca życia – ostatnia tego typu przygoda zdarzyła nam się w Dubaju.

A z okazji zbliżającego się wielkimi krokami Nowego Roku chcielibyśmy złożyć naszym wytrwałym czytelnikom najlepsze życzenia:
– żeby pogoda zawsze była taka jak w Eilacie
– żeby zawsze Wam się udawało, tak jak nam z kupnem biletów w ostatniej chwili
– samych zwycięstw, i to takich jak Makkabi z Hapoelem
– pełnego zrozumienia, akceptacji i tolerancji dla innych, które potrzebne jest zawsze i wszędzie, a szczególnie tu, gdzie teraz jesteśmy
– przeżyć i wspomnieć tak słodkich jak najprawdziwsza baklawa
– tyle wolnego czasu, ile niespodziewanie dostajemy podczas lotu transatlantyckiego. I dużo lotów transatlantyckich dla wszystkich, którzy by chcieli! 🙂

PS: Poniżej galeryjka i skrót meczu 🙂