Posty otagowane jako ‘Chiny’

Mleko i bambus – opowieść o mutantach

Marzec 13th, 2014

W Indonezji nie ma sera.
W dużych, dobrze zaopatrzonych supermarketach cośtam się nawet znajdzie (np. 2 kilogramy na cały, ogromny sklep), ale wtedy z kolei odstrasza cena.
Mleko? Na pierwszy rzut oka jest z nim trochę lepiej – ceny tylko trochę wyższe niż w Polsce. Dopiero przyglądając się bliżej zwrócimy uwagę, że zawartość kartoników powstała w większość z mleka w proszku.

Czemu? Tak jest od zawsze. W Południowo-Wschodniej Azji mleka się nie pije i już. Skoro się nie pije, to się też nie produkuje.
Żeby nie być gołosłownym: W Finlandii roczne spożycie mleka na mieszkańca to ponad 300 litrów, w Polsce – 190 litrów. W Indonezji litrów 13.
Skąd te dysproporcje?
Wbrew pozorom ma to swoje logiczne wytłumaczenie. Logiczne, bardzo proste i na tyle ciekawe, że bardzo nas dziwi, że w szkołach nie mówi się o tym ani słowa.

Cały sekret w tym, że wbrew pozorom gatunek Homo Sapiens… nie trawi mleka!
Zawarta w mleku laktoza jest trucizną dla wszystkich organizmów, które nie wytwarzają laktazy: enzymu odpowiedzialnego za rozbicie laktozy na cukry przyswajalne przez ciało. Enzym ten wytwarzany jest w organizmach dzieci (dlatego one mogą pić mleko bez problemów) lecz z wiekiem przestaje być wydzielany. W rezultacie – dla wszystkich naszych prapraprzodków mleko było trucizną.
Dopiero 11000 lat temu jakiś niezwykle odważny, żyjący na Bliskim Wschodzi osobnik zauważył, że z trujące mleko można przetworzyć i sprawić, że nada się do spożycia. Jogurt, kefir czy zsiadłe mleko zawierają dużo mniej laktozy – na tyle mało, by hodujący je rolnicy mogli bezpiecznie je pić zapewniając sobie całoroczny dostęp do źródła białka. Odkrycie te miało gigantyczne konsekwencje. Niedługo później inni pionierzy mogli wyruszyć na północ i zasiedlić mniej przyjazne rejony ówczesnego świata.
Kilka tysięcy lat później na terenie dzisiejszej Polski po raz pierwszy wytworzono ser (który zawiera o 90% mniej laktozy niż mleko). Lata spożywania nabiału, przyzwyczajanie ciała do laktozy powoli owocowały – europejscy rolnicy zaczynali mutować… Gen odpowiadający za „wyłączenie produkcji” laktazy zmienił się sprawiając, że trucizna stała się przysmakiem.

Dziś, tysiące lat po rozpoczęciu tego procesu, laktozę toleruje zaledwie 30% ludności świata. Mimo to „nietolerancja laktozy” figuruje w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób. Ciekawe, prawda? „Choroba”, która jest w 100% naturalna i wrodzona dla większości ludzi na Ziemi…

W Polsce zmutowany gen występuje u 80% populacji. W Chinach, Kambodży czy Indonezji: u mniej niż 5%. Idealnie pokazuje to poniższa mapka:
Procent ludzi tolerujących laktozę.

To dlatego wszędzie na trasie naszej podróży łatwiej było o mleko sojowe, kokosowe czy ryżowe – nie chodzi o dostępność składników, a o to, że w odróżnieniu od mleka krowiego nie zawierają one laktozy.
Takie drobne różnice najbardziej nas zadziwiają: niby detal, a jednak sprawia, że inaczej patrzymy na cały świat.

Kolejną ciekawostką jest sposób smażenia potraw. Kuchnia azjatycka nie bez kozery kojarzy się z wokiem. Wszystko smaży się błyskawicznie, w wysokiej temperaturze – to dlatego w Polsce słowo „chińczyk” jest w zasadzie synonimem Fast foodu. Dlaczego wok, a nie zwykła patelnia? Czemu pijący mleko rolnicy z Europy żywili się gotowanym kilka godzin gulaszem, a w Indonezji potrawą narodową jest przyrządzany w 3 minuty smażony ryż? Tym razem obyło się bez mutacji genetycznych – jedynym powodem jest wykorzystanie bambusa.
Bambus, w odróżnieniu od „naszego drewna” rośnie bardzo szybko. Pali się dobrze – nic więc dziwnego, że przez wieki wykorzystywano go jako podstawowy materiał opałowy. Najważniejszą jednak różnicą jest jednak to, że bambus spala się błyskawicznie wyzwalając bardzo wysoką temperaturę. Tyle! Kuchnia chińska, którą dzisiaj znamy wzięła się – jak wszystko inne – z potrzeby dostosowania do warunków wokół.
Najśmieszniejsze jednak, że różnice te wyczuć możemy do dziś nie tylko w smaku potraw, ale i choćby w wielkości palników w kuchni. Mały ogień? Dobre sobie. Maleńki płomień mogliśmy ustawić w Warszawie – tu ten najmniejszy wciąż wygląda jak pochodnia.

Starczy nauki na dziś, ale jakby ktoś chciał napisać na ten temat pracę magisterską, to służymy materiałami źródłowymi.



Kuala Lumpur – Skrzyżowanie Kultur

Styczeń 15th, 2014

Lubimy oprowadzać po Warszawie. Ile razy kogoś gościmy – mamy możliwość spacerowania po ulubionych okolicach i dzielenia się anegdotami. Opowiadamy o Powstaniu, o Warszawie przedwojennej, o sporcie (a jakże!) i tym co najbardziej się w Warszawie zmieniło – ludziach. O mieście, którego nie ma: pełnym Polaków, ale i polskich żydów, Rosjan, rodzin o korzeniach niemieckich, czeskich, węgierskich i tatarskich. Pełnym też kupców z Anglii i Francji. Opowiadamy i tęsknimy.

Czemu zebrało nam się na wspomnienia? Ano Malezja daje jakiś odległy smak tego, jak Polska mogła wyglądać 80 lat temu.

Często nie zdajemy sobie sprawy, że nasza homogeniczna, w 95% zamieszkana przez rodaków ojczyzna jest w swojej homogeniczności bardzo wyjątkowa. Wbrew pozorom – niewiele jest państw zamieszkanych przez jeden, jedyny naród. Wystarczy z resztą spojrzeć na mapę. Im kolor bardziej czerwony – tym bardziej jednolite jest państwo.



Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że Malezja, chociaż różnorodna, nie różni się tak bardzo od, np. Tajlandii czy Iranu. Nic bardziej mylnego. W tych dwóch ostatnich państwach społeczeństwo jest różnorodne, ale różne narody zamieszkują różne części kraju. Innymi słowy: ogromny Iran to tak naprawdę kilka „państw w państwie”. 90% mieszkańców np. Tabrizu to Azerowie, 90% mieszkańców Teheranu to Persowie. W Malezji, a zwłaszcza w okolicach Kuala Lumpur jest inaczej. Tu mieszkają WSZYSCY NA RAZ.
Na pierwszy rzut oka – wszystko jest ok.
44% Malajczyków, 43% Chińczyków, 10% Hindusów i kilka innych nacji.
Schody zaczynają się w momencie, gdy uświadomimy sobie, że ci „Chińczycy” to przecież kilka różnych grup etnicznych (w Chinach najwięcej jest narodowości Han – tu grup Hoklo i Hakka). Każda z grup posiada własne tradycje, własną kuchnie, własny język. Ba – przez setki lat obecności powstały tu zupełnie nowe narody, jak Baba Nyonya – Chińczycy, którzy przyjęli malajskie obyczaje, tradycje. Tak samo jest z Hindusami i… Malajczykami! Tak, nawet rdzenni mieszkańcy kraju mówią w kilkunastu (!!!) różnych językach, mają własne obyczaje i potrawy. Mają też różne religie, chociaż oficjalna wykładnia nazywa „Malajczykami” tylko tych, którzy wyznają islam. [Nasz niedawny gospodarz, pochodzący z Sarawaku na Borneo Leonard jest Dajakiem czyli „łowcą głów”. Nie wyznaje islamu, więc… nie jest Malajczykiem, chociaż oczywiście tu się urodził, wychował, mówi po Malajsku itp itd.]
Każda grupa ma swoje media – dzienniki, kanały TV i radiowe. Każda mówi w kilku różnych językach i… stołuje się w różnych restauracjach.

Ostatnie kilka dni spędzamy pracując. Za pomocą stronki help-x.net wynaleźliśmy fajną propozycję: w zamian za wikt i opierunek pomagamy w pracy biura podróży. I owszem – brzmi to tak samo interesująco, jak jest naprawdę!
Nasze biuro to tak na prawdę dwie firmy należące do jednej rodziny – wspomniane biuro podróży zajmuje te same pomieszczenia co hurtownia śrub, tłoków i wszelkich metalowych części. Właściciele, podobnie jak większość pracowników, to chińscy Malezyjczycy. Prócz nich przy biurkach siedzą też Malezyjczycy (a właściwie Malezyjki) właściwi i jedna Hinduska. Co chwila dzwoni telefon, co chwila ktoś go więc odbiera i rozmawia. Najczęściej słychać chyba mandaryński. Często też kantoński i malezyjski. Raz na jakiś czas – angielski, tamilski i hokien. Cóż poradzić – przynajmniej bez krępacji rozmawiamy po polsku.
Szaleństwo zaczyna się jednak dopiero podczas przerwy na lunch. O 13 wychodzimy z biura, jedziemy do knajpy (wcześniej wybranej przez współpracowników) i jemy „miejscowe” specjały, np. Bak Kut Teh (zupę typową dla ludów Taochew i Hokien) czy Hokkien Mee (kluchy ludu Hokien). Jednak zanim zjemy – trza jedzenie zamówić. A to, chociaż niby proste, nie jest tu takie oczywiste. Kelner, do którego ktoś mówił po kantońsku albo w hokien odpowiada po mandaryńsku, ktoś dorzuca trzy grosze po malajsku i pyta nas (po angielsku) czego się napijemy. Gdy już (po polsku) ustalimy i (po angielsku) odpowiemy, ktoś przekazuje to kelnerowi (po mandaryńsku).

Chociaż taka koegzystencja wygląda kolorowo i sympatycznie – zdajemy sobie sprawę, że to tylko połowa prawdy. Malezyjczycy jako naród, czują się strasznie zagrożeni dużą ilością „obcych” (i to obcych, którzy żyją tu od wieków, a wciąż zachowują swoje tradycje i język). Nie ma się co czarować – rząd Malezji robi wszystko, by utrudnić życie obcym (wyższe podatki, ceny mieszkań, brak szkół), a ułatwić „prawowitym mieszkańcom” (przeróżne ulgi). W efekcie od utworzenia Malezji rok rocznie przybywa „prawdziwych Malezyjczyków”. A Chińczycy i Hindusi? Żyją w przeświadczeniu, że kraj chce z nich zrobić obywateli drugiej kategorii… Szkoda. Nasze biuro bardzo nam się podoba.



Hong Kong! W Chungking Mansions i śladami Bruce’a L.

Listopad 3rd, 2013

W Hong Kongu jesteśmy już od 5 dni. Codziennie zabieraliśmy się do notki, żeby zebrać wszystkie wrażenia i odczucia, zanim staną się dla nas normalne i uciekną. Intensywność i urodzaj przeżyć był jednak tak ogromny, że na pisanie nie starczało czasu i sił. Myślę jednak, że to dobrze – dopiero dziś czuję, że widziałam wystarczająco dużo, żeby wiarygodnie opisać to miejsce, w którym jesteśmy.

Gdyby ktoś miał możliwość zobaczenia jednego tylko miasta na świecie, uważam, że powinien zobaczyć Hong Kong. To miasto zniewala swoim ogromem, tłocznością, bogactwem, wystawnością, różnorodnością, kolorami i światłem. O wielu miastach świata pisano już, że są perfekcyjnym misz-maszem, połączeniem wielu kultur i tradycji, i że odwiedzając je można zobaczyc świat w pigułce. Ja jednak dopiero po zobaczeniu Hong Kongu odsapnęłam i stwierdziłam, że widziałam już cały świat.



1. Ogonek Chin
Już sama historia terenów, na których teraz się znajdujemy jest niesamowita. Niechlubny okres kolonizacji przez pyszałkowatych Europejczyków odcisnął straszne piętno na znacznej części świata. Brytyjczykom można jednak pogratulować roztropności – w ramach rozejmu kończącego pierwszą wojnę opiumową wymyślili sobie, że niegłupio byłoby położyć łapę na malutkim obszarze położonym dokładnie w centrum przesiadkowym i przeładunkowym handlu morskiego. Żeby nie wzbudzać za dużo szumu – łaskawie zgodzili się, że osiedlą się tu tylko „na troszkę”. Po 140 latach tereny miały wrócić do przylegającego od północy dawnego właściciela, Chin. I – co chyba najbardziej zaskakujące – naprawdę wróciły! Brytyjczycy zgodnie z dżentelmeńską umową 1 stycznia 1997 roku opuścili swoją flagę, zapakowali się do wcześniej przygotowanych samolotów oraz statków i oddali Chińczykom wszystko, nad czym pracowali przez tyle lat: imponujące wieżowce, początki linii metra, tunele, drogi, port.
A co jeszcze bardziej zaskakujące – przekazanie miasta nie wpłynęło w jakiś szczególnych sposób na to, jak Hong Kong funkcjonuje. Zgodnie z hasłem „Jeden kraj, dwa systemy” miastu zagwarantowano ogromną autonomię jeszcze na 50 lat. Dość powiedzieć, że Chińczycy potrzebują paszportów, by wjechać do miasta, które (przynajmniej w teorii) należy do ich państwa. W Hong Kongu nie obowiązuje cenzura publikacji (!!!) ani Internetu (!!!!). Na ironię zakrawa zaś fakt, że system polityczny dzisiejszego Hong Kongu jest nieco bardziej „lewicowy” niż system komunistycznych Chin! Opieka społeczna, pomoc socjalna – w kontynentalnej części kraju można zapomnieć o takich udogodnieniach.



2. Półwysep Kowloon

Dzisiejszy Hong Kong to chiński „Specjalny Region Administracyjny” składający się z półwyspu Kowloon oraz wyspy o nazwie, od której nazwę wzięło całe miasto-państwo i region. Niegdyś wyspa Hong Kong była siedzibą bogatych Brytyjczyków, a Kowloon niejako „przedmieściami”, gdzie osiedlali się pracujący dla nich Chińczycy oraz marynarze z całego świata szukający szczęścia w tym modnym porcie. Dziś oczywiście poprawność polityczna nie pozwala na tak z góry ustalone podziały, ale pozostałości dawnych czasów widać nadal – w charakterze dzielnic, cenach nieruchomości oraz obserwując ludzi spacerujących na ulicach.
Pierwsi osadnicy na Kowloon byli rybakami i całe ich życie związane było z morzem. Wraz z rozwojem portu wioska zaczęła się rozrastać i dziś okolica ta pochwalić się może mianem najgęściej zaludnionego obszaru na świecie.

Na Półwyspie mocno czuć, że jesteśmy w sercu Azji. Tradycyjne uliczne targi nadal cieszą się ogromną popularnością – jest Targ Kwiatów, Targ Ptaków, Targ Babskich Ciuszków, Giełda Komputerowa (a nawet ze trzy) oraz Targ Jadeitu, nie wspominając o dziesiątkach lokalnych bazarków z jedzeniem. Ulice są gwarne, pełne wbijających się w przestrzeń miejską nachalnych reklam oraz sprzedawców głośno zachwalających oferowane dobra.

Kowloon jest bardzo otwarty w azjatycki sposób – dla każdego znajdzie się miejsce. W poszukiwaniu lepszego życia przywędrowało tu mnóstwo Afrykanów, którzy w azjatyckim otoczeniu wyglądają naprawę egzotycznie, Filipińczyków, Hindusów, Pakistańczyków, muzułmanów różnorakiego pochodzenia, a nawet Żydów. Wielu z nich dopiero zaczyna swoją karierę na obczyźnie – z praktycznych powodów często mieszkają i pracują więc blisko swoich przyjaciół.

Efektem wieloletnich imigracji było powstanie Kowloon Walled City, który został ogłoszony największym dzikim budynkiem na świecie. W swojej wielkości był o tyle imponujący, że nigdy nie został zaprojektowany jako całość. Początkowo był dużym blokiem, gdzie mieszkania były kiepskie, a przez to tanie. Upodobali go sobie najmniej zamożni imigranci. Wraz z wprowadzaniem przez mieszkańców „innowacji” (budową kolejnych przybudówek, korytarzy, wejść i przejść) nie sposób było już powstrzymać rozrastania się budynku, który zaczął żyć swoim własnym życiem. W ciągu kilkunastu lat podwoił swój rozmiar, totalnie przekształcając swoją konstrukcje.
Uznawany był za szalenie niebezpieczną okolicę. Nikt nie wiedział co dokładnie dzieje się w środku, kto gdzie mieszka, kto komu za to mieszkanie płaci oraz kto co tak naprawdę robi w swoim ślepym pokoiku o wielkości kilku metrów kwadratowych.
Zdjęcie oczywiście nie nasze - budynek już nie istnieje.
Poglądowe zdjęcie z Google

Miejsce stało się centrum handlu narkotykami i właściwie wszystkim innym, co trudno było dostać w legalnym obrocie. W wielu lokalach działały przeróżne sklepy i restauracyjki. W końcu, na początku lat 90-tych władzom miasta udało się odzyskać władzę nad tym terenem i finalnie doprowadzić do ostatecznej śmierci potwora – rozebrania budynku. Całą konstrukcję można oglądać dziś tylko na zdjęciach – na miejscu molocha znajduje się upamiętniający go park.

Do niedawna, renomę po Kowloon Walled City przejmował podobny, chociaż o wiele spokojniejszy budynek Chunking Mansion. Tak jak w Kowloon Walled City znajduje się tam niezliczona ilość punktów usługowych oraz najtańszych w okolicy mieszkań obleganych przez mniejszości afrykańskie i hinduskie. Cały budynek znajduje się pod nadzorem kamer i ochroniarzy pracujących zmianowo 24 godziny na dobę. Pogląd na wielkość całego kompleksu może dać fakt, że na jego terenie działa ponad 80 (!!!) tanich hoteli i guesthousów. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zatrzymali się w jednym z nich 🙂
Chunking Mansion, podobnie jak Kowloon Walled City stało się legendarne nie tylko dzięki szemranej działalności mieszkańców, ale przede wszystkiej – dzięki hongkońskiej kinematografii. To właśnie świetnie pokazujący życie miasta „Chunking Express” w reżyserii Wong Kar-Waia sprawił, że pierwsze kroki w mieście skierowaliśmy w stronę tego bardzo nietypowego budynku. I faktycznie – już opis dojścia do naszego hostelu daje pogląd na to, jak budynek funkcjonuje:
Po wejściu do budynku od strony Nathan Road należy minąć panów zachwalających drogie zegarki i Hindusów polecających swoje restauracyjki i iść prosto korytarzem między straganami i kantorami. Po minięciu dwóch pierwszych wind i kilku tanich sklepików z hinduskimi specjałami należy ustawić się w kolejce do windy numer 3, dokładnie na przeciwko sklepu z telefonami. Winda numer 3 obsługuje piętra 4, 6, 8, 10, 12, 14 i 16: my jedziemy na piętro dziesiąte. Kolejka do windy to nic dziwnego – w windzie mieści się tylko 7 osób, a na parterze jest mniej więcej co 5 minut. Stoimy więc i czekamy, razem z rozmawiającym przez telefon Nigeryjczykiem, parą chińskich turystów z walizami, Pakistańczykiem z wózeczkiem na towar, ubranymi w długie szaty dżentelmenami z Sudanu tudzież Etiopii i Hinduskim sikhem, którego łatwo rozpoznać po czarnym turbanie… Na przeciwko naszej kolejki: kolejka do windy numer 4 obsługującej piętra nieparzyste. Jej struktura demograficzna bardzo podobna – badania Uniwersytetu Hongkońskiego dowodzą, że w ciągu roku przez budynek przewijają się obywatele ponad 140 państw.
Winda przyjeżdża, więc pakujemy się do środka. Nigeryjczyk wciąż gada, w końcu jednak traci zasięg. „No signal?” pyta Pakistańczyk uśmiechając się od ucha do ucha.
Dojeżdżamy na dziesiąte, idziemy w lewo do klatki B6 i… jesteśmy na miejscu. Sam „hostel” to dwie klatki, około 12 pokoi wielkości pudełka zapałek. Większość bez okien lub, jak nasz, z okienkiem na szyb wentylacyjny szerokości 2 metrów.
Chungking Mansions robi wrażenie. Dziś, z kamerami, ochroną i systemem przeciwpożarowym, stanowi złagodzoną wersję tego, czym był lat temu 20. Zdecydowanie można jednak poczuć tu klimat Hong Kongu sprzed lat.

3. Hong Kong Island
Po drugiej stronie wody ulice wyglądają z goła inaczej. Tu przede wszystkim nikt spacerując nie rozgląda się na boki, tylko w górę. Ograniczony wodą i skałami teren sprawił, że ceny gruntów poszybowały do niebotycznych wartości, a co za tym idzie – jak nigdzie na świecie rozwinęło się budownictwo wzwyż. Budowanie kilkupiętrowych apartamentowców byłoby niczym innym, jak stratą pieniędzy. Planując blok trzeba liczyć się z przedsięwzięciem co najmniej kilkudziesięciu pięter, najlepiej z od razu z basenem. Ta sama zasada tyczy się oczywiście wszelkich biurowców. Przestrzenie między nimi zapełniano tym, na czym da się najlepiej zarobić, czyli centrami handlowymi. Ale kto bawiłby się w budowanie sklepów dla H&M’u czy Zary…? Na każdym rogu natknąć się można na Louis Vitton, Gucci czy Pradę.

W tej części Hong Kong Island, na północy wyspy, jest wielkomiejsko, drogo i bogato. Może to nietypowe, ale przechadzając się ulicą widzi się Porche, Bentleye i BMW, a czuć tylko zapach drogich perfum.

Byłabym w stanie uwierzyć, że cała postkolonialna część miasta wygląda dzisiaj tak, ale – na szczęście – zmuszeni byliśmy wybrać się na południową, dużo mniej popularną stronę wyspy. Tu, w dzielnicy, a właściwie miasteczku zwanym Aberdeen mieszka nasz host, który poprzez Couchsurfing zgodził się ugościć nas u siebie przez kilka dni. Podróż z centrum trwała ok. 40 minut i zaprowadziła nas w zupełnie inny świat. To właśnie tu, w porcie w Aberdeen kręcono pierwsze ujęcia „Wejścia Smoka”.

Południowa strona wyspy zasadniczo przypomina nam Seszele 🙂 Kręte drogi, po których (piętrowe!) autobusy jeżdżą w dopracowany do perfekcji sposób, małe osady skupione zazwyczaj wokół plaż w głębi niewielkich zatok. Zdecydowanie bardziej wakacyjny niż miejski klimat prawie odwrócił naszą uwagę od kilkudziesięciopiętrowych apartamentowców stojących jeden przy drugim przy brzegu morza oraz drogich samochodów, które leniwie przemieszczają się ulicami.



4. Miasto

Urzekło mnie to, że Hong Kong jest tak różnorodnym miastem. Naprawdę nie spodziewałam się zobaczyć tak wiele na tak małym obszarze.

I nawet mimo tego, że widziałam już skrajnie bogate i skrajnie biedne miasta – tutaj wszystko łączy się i przenika w niebywały sposób. Centrum Hong Kong Island wygląda jak Nowy Jork. Chungking Mansions wygląda jak Mumbaj, Karaczi i Dakar jednocześnie. Leżąca 200 metrów dalej promenada oszałamia widokiem, który porównać możemy tylko do Szanghaju, a dzielnica Mong Kok troszkę na północ – jest bardziej „chińska” niż jakiekolwiek miasto, które widzieliśmy w Chinach. Kilka kilometrów dalej, na południu, są już plaże, surfing (sport narodowy: Złoty Medal na Olimpiadzie w 1996 roku!) i klimat rodem z tropikalnych wysp. Wszystko to świetnie ze sobą skomunikowane i, co bardzo ważne, po angielsku!

Hong Kong jest drogi, ale nie bardzo drogi. Tak wielka różnorodność sprawia, że bez problemu znajdziemy knajpki z daniami po 10 złotych, jak i po 150 złotych. Zestaw, za który w warszawskim MacDonaldzie płaci się 18 zł, tutaj można dostać za złotych 13 (30 HK$). Puszka piwa 0.33 litra – 6HK$ czyli 2.5 zł. Jedynym problemem są ceny w hotelach – za coś lepszego niż klitka w Chungking Mansion musielibyśmy zapłacić dużo więcej niż 70 zł za noc. Ceny są więc normalne – warszawskie (no, może z wyjątkiem tych droższych restauracji i knajp – u nas też są miejsca z piwem po 20 zł za butelkę, ale tu jest ich dużo więcej).

A ciastka z fasolą nadal są niedobre…

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


Makau (port.)

Październik 30th, 2013

Pacholęciem będąc całe dnie spędzałem przeglądając atlas geograficzny dla dzieci. Każdemu kontynentowi poświęcono w nim cztery strony: dwie na mapę fizyczną; kolejne dwie na polityczną. To właśnie na politycznej mapie Azji zobaczyłem dwie kropeczki – ostatnie europejskie kolonie w Azji: Makau (port.) i Hong Kong (bryt.).
Kilkuletniemu szkrabowi niewiele to mówiło, ale gdy kilka lat później nauczyłem się rozszyfrowywać tajemny szyfr „Made in…” okazało się, że wiedza z atlasu nie poszła na marne. Metalowe samochodziki „Matchbox” nie były (jak 90% zabawek) „Made in China”. One były właśnie „Made in Macau”!
Wiedza zdobyta w wieku dziesięciu lat musiała mi wystarczyć na jakiś czas.
Niby w 1999 roku portugalczycy oddali Makau Chinom, ale w Polsce było o tym wyjątkowo cicho (w porównaniu z chociażby z powrotem HK do macieży…).

Skąd portugalczycy w Chinach? Jak wygląda matchboxowa ojczyzna? Planując wypad do Hong Kongu nie mogliśmy odpuścić kilkugodzinnej wizyty w tym mieście.

Historia Makau sięga czasów przed naszą erą, ale na dobrą sprawę o rozkwicie miasta można mówić od XVI wieku, kiedy to do miasta przybyli pierwsi marynarze z Portugalii. Z czasem, wraz z kolejnymi umowami miasto stawało się coraz bardziej europejskim portem, by w 1887 roku ostatecznie stać się wieczystą własnością europejskiego królestwa.
Dopiero po przejęciu władzy w Chinach przez Mao (i ogólnej zmianie w tendencji „kolonizowania świata”) Portugalczycy zaczęli rozmowy na temat opuszczenia niegdysiejszego symbolu ich morskiej potęgi.
W 1999 roku – przekazali miasto Chińczykom, w taki sam sposób jak dwa lata wcześniej zrobili to Brytyjczycy z Hong Kongiem.
Co to oznacza? W największym skrócie – Chiny obiecały przez kilkadziesiąt lat zostawić wszystko po staremu. Prawo w Makau wygląda więc trochę inaczej, obowiązuje tu inna waluta, a obywatele Chin potrzebują paszportów by odwiedzić miasto. Wciąż również portugalski jest, obok chińskiego (kantońskiego), językiem urzędowym.

Tyle tytułem przydługiego wstępu. A jakie jest miasto?
Makau jest piękne. To śliczne, śródziemnomorskie miasteczko jakby żywcem wycięte gdzieś z Hiszpanii, Włoch, Grecji lub… Portugalii. No – prawie żywcem, bo oczywiście to wciąż Azja, i wciąż Chiny. Jednak są to Chiny zupełnie inne od tych kontynentalnych – dużo bardziej „nasze”.

Po pierwsze – Makau jest małe. 30 km² to tyle co warszawskie Bielany.
Po drugie – mieszka w nim raptem 500 tyś ludzi! W „malutkim” Yinmeng, godzinę jazdy od Wuhanu, gdzie byliśmy na początku naszej podróży mieszka ich 600 tysięcy…

Po trzecie – w odróżnieniu od Chin kontynentalnych – Makau nie doświadczyło tragedii ostatnich 50 lat rządów komunistów. Zabytki Makau to zabytki w tym sensie, jaki znamy z Europy. Stare świątynie, stare kościoły, stare budynki, a nie kolorowa cepelia wybudowana kilka lat temu.

Po czwarte, a z trzeciego płynące – Makau jest pełne wierzeń, ołtarzy, składanych ofiar. Przy każdym domu, w każdym sklepie – wszędzie pełno jest małych ołtarzy i ołtarzyków, przy których palą się kadzidła. To te Chiny, o których myśleliśmy, że już ich nie ma – mistyczne, orientalne.

Reasumując: podobało nam się chyba wszystko. Ada mogła poczuć się jak w Barcelonie i odkryć, że całkiem dobrze rozumie portugalski; Ja – przejechać się autobusem po torze, który za parę dni stanie się areną zmagań kierowców w 60. Grand Prix Macau.
Wjeżdżając obawialiśmy się drożyzny, kapiących złotem kasyn i nudy. Wyjeżdżaliśmy ciesząc się, że ceny nie powalały, gdzieniegdzie kapiące złoto zupełnie nie przeszkadzało, a o nudzie nie mogło być mowy. Może nie jest to miasto, w którym chcielibyśmy spędzić resztę życia, ale kilkanaście godzin wystarczyło, by Makau polubić.