Posty otagowane jako ‘Celebes’

Celebes – Makasar Kota

Wrzesień 1st, 2014

Moją podróż po Sulawesi* zaczęłam w Makasarze.

MapaCelebes

Miasto to jest stolicą południowej prowincji wyspy, centrum przemysłowym i świetną bazą przesiadkową. Doskonale skomunikowane dzięki dużemu lotnisku, sprawnej sieci autobusowej i dużemu portowi towarowo-pasażerskiemu stanowi dla większości turystów jedynie punkt startowy. Mało kto zostaje tu na dłużej, niż jeden dzień. Mi natomiast upłynęły już dwa tygodnie, a nadal siedzę w Makasarze! Wszystko za sprawą fajnych znajomych i nowej perspektywy, z której spojrzałam na podróżowanie.

Fort RotterdamFort Rotterdam

Fort Rotterdam

 

Podczas naszej wspólnej podróży przez Azję pierwszy raz pozwoliliśmy sobie „zasiedzieć się” w Guilin, malowniczej okolicy w Chinach. Kolejny dłuższy przestój zaliczyliśmy na Koh Chang, wyspie na północy zatoki tajskiej, gdzie wytęskniony widok na morze i hamak w przyjemnym cieniu nie pozwoliły nam się ruszyć przez długie kilka dni. Ostatnim miejscem, które nas „wciągnęło” było Kuala Lumpur. Tam historia potoczyła się tak samo, jak w Makasarze – dzięki CouchSurfingowi poznaliśmy wspaniałych ludzi, zawiązaliśmy prawdziwe przyjaźnie i… nie było siły, żeby wyjechać! Z małymi przerwami spędziliśmy w KL prawie miesiąc.

Pierwszy weekend zaraz po przylocie na Sulawesi spędziłam na biwaku w Ramma, gdzie miałam wystarczająco dużo czasu, aby poznać moich współtowarzyszy. Po powrocie do miasta zostałam gorąco przyjęta jak nowy członek ich paczki i było mi tu tak fajnie, że bez wątpliwości zmieniłam swoją dalszą trasę. Wymieniłam prawie 5 dni turlania się autobusami i promami z Tana Toraja przez Togiany do Manado na kilka dni leniuchowania w Makasarze – a sumując ceny wszystkich biletów i noclegów po drodze i odejmując bilet lotniczy do Manado, może nawet udało mi się co nieco zaoszczędzić.

lokalne jedzenie, czyli Coto Makassat - intensywny wywar wołowy z mięsem i podrobami podawany z ryżem gotowanym w liściachlokalne jedzenie, czyli Coto Makassat - intensywny wywar wołowy z mięsem i podrobami podawany z ryżem gotowanym w liściach

lokalne jedzenie, czyli Coto Makassat - intensywny wywar wołowy z mięsem i podrobami podawany z ryżem gotowanym w liściach

 
parking motorowyparking motorowy

parking motorowy

 
w mieszkaniu Ceby, studenta sztukiw mieszkaniu Ceby, studenta sztuki

w mieszkaniu Ceby, studenta sztuki

 

Oprócz nieliczonych partii w domino i wielu filiżanek kawy, którą pije się tu z takim zamiłowaniem jak piwo w Polsce, udało mi się też trochę pozwiedzać. Dla wszystkich ciekawych świata i tych, którzy planują podczas swojej podróży spędzić dzień-dwa w Makasarze, przedstawiam subiektywny Przewodnik po Południowym Celebesie. Część 1 – Makasar Kota (miasto)

Makasar, Fort Rotterdam


Niewielka fortyfikacja wybudowana przez holenderskich i portugalskich kolonizatorów zachowała się w bardzo dobrym stanie i pełni dziś rolę specyficznego starego miasta. Teren jest zamknięty, a przy wejściu należy wpisać się do specjalnej księgi i zostawić symboliczną darowiznę (2.000 IDR czyli 0,50zł zostało przyjęte z uśmiechem). Obejście całego obiektu zajmuje może 10 minut i dla Europejczyka przyzwyczajonego do brukowanych, wąskich uliczek i kamienic z małymi okienkami w południowoeuropejskim stylu nie stwarza nawet ciekawych możliwości fotograficznych. Fort Rotterdam warto zobaczyć, jeżeli nie ma się nic do roboty, ale nie ma sensu uwzględniać go w planie swojego zwiedzania.

Fort RotterdamFort Rotterdam

Fort Rotterdam

 
Fort RotterdamFort Rotterdam

Fort Rotterdam

 
Fort RotterdamFort Rotterdam

Fort Rotterdam

 
Fort RotterdamFort Rotterdam

Fort Rotterdam

 

Makasar, Pantai Losari

„Plaża” miejska jest tak naprawdę wybetonowanym nabrzeżem gęsto zastawionym plastikowymi stolikami i rozstawianymi co wieczór wózkami z jedzeniem. Mocno rozczarujemy się oczekując nadmorskich klimatów, można za to poczuć w tym miejscu fajny klimat indonezyjskich miast. Na naprawdę spektakularny zachód słońca schodzi się tu mnóstwo ludzi – można podpatrzeć jak spędza czas młodzież i rodziny z dziećmi. Warto przysiąść w jednej z knajpek, zamówić „pisang epe”, czyli grillowane banany polane wyborem upiornie słodkich sosów, a jeżeli się dobrze poszuka, pośród stoisk z bananami można nawet znaleźć wózki serwujące najprawdziwszą na świecie kawę z ekspresów ciśnieniowych. Wstyd się przyznać, ale dla tej kawy właśnie trochę tutaj zostałam 😉
10636054_4416780514282_5517860794157702804_n
Makassar, Pantai Akarena

Mniej popularna, bo położona odrobinę na uboczu plaża miejska z prawdziwego zdarzenia. Jest piasek, choć nie do końca biały, jest molo, są dobre lody (duży deser lodowy 20.000 IDR czyli 5 zł) i zachód słońca też niczego sobie. Bez wątpienia nie jest to najładniejsza plaża w Azji. Czytałam za to, że wycieczko objazdowe po okolicznych wyspach są nawet warte uwagi i całkiem tanie. Sądzę jednak, że prawdziwi amatorzy plaż będą się spieszyć na Togiany, Wakatobi albo choćby do Tanjung Bira oddalonego od Makassaru o 4 godziny drogi.

Akarena o zachodzie sloncaAkarena o zachodzie slonca

Akarena o zachodzie slonca

 
Akarena, jedna z plaż miejskich w MakassarzeAkarena, jedna z plaż miejskich w Makassarze

Akarena, jedna z plaż miejskich w Makassarze

 

* – Sulawesi to indonezyjska nazwa wyspy, którą po polsku nazywamy Celebesem. Wiemy, że nieładnie używać takich zapożyczeń, ale Ada nie może się powstrzymać.



Przygody świnki na szlaku. Trekking z Malino do Ramma, południowy Celebes, Makassar

Sierpień 26th, 2014

Moja inszallah przyszła teściowa, czyli mama Łukasza, opowiedziała nam kiedyś ciekawą anegdotkę. Pewnego dnia na spacerze po Marymoncie spotkała miłego pana, który wyprowadzał na spacer swoje zwierzątko domowe, czyli… świnkę. Mocno zdziwiona niespotykaną sytuacją zagadnęła właściciela świnki, co to za szalony pomysł trzymać wieprzka w domu. Okazało się, że świnka dumnie nazywa się Boczuś i jest potulnym, udomowionym zwierzątkiem. Po miłej pogawędce pożegnali się, a pan od świnki pochwalił się, że to nie pierwszy raz obcy ludzie interesują się Boczusiem i jest już przyzwyczajony do odpowiadania na wciąż powtarzające się pytania.

W pierwszy weekend po przyjeździe na Sulawesi poczułam się trochę jak Boczuś. Właśnie rozpoczęłam moją półtoramiesięczną podróż, a pierwszym przystankiem na mojej trasie był Makassar, stolica południowego Sulawesi. W piątek wieczorem z lotniska odebrał mnie Ceba, mój nowy i naprawdę wspaniały przyjaciel z Makassaru. Ceba jest znajomym Asonka, Jawajczyka, który mieszka i pracuje na Bali i chyba żadna moja wizyta tam nie zakończyła się sukcesem bez jego nieopisanej pomocy. Kiedy dowiedział się, że teraz zmierzam w kierunku Sulawesi, od razu zorganizował mi opiekę Ceby.

Moja trasa miała rozpocząć się z kopyta – z lotniska pojechaliśmy do pokoju, który wynajmuje Ceba, gdzie zrobiliśmy szybkie przepakowywanie i ruszyliśmy w góry na 3-dniową wycieczkę. Jeszcze nie wyjechaliśmy z miasta, kiedy podczas krótkiego przystanku na poprawienie ułożenia bagaży na motorku zagadnął nas przypadkowy przechodzień. Najpierw, jak to Indonezyjczycy mają w zwyczaju, nieproszony przyłączył się do naszych zmagań z wielkim plecakiem, a na odchodne zagadnął „bule darimana?”, co w kontekście sytuacji znaczyło oczywiście uprzejme „a biały skąd pochodzi?”, chociaż w moich uszach zabrzmiało bardziej jak „a białasa skąd wziąłeś?”. Pytanie puściłam mimo uszu, ale kiedy kilka godzin później, na szlaku, mijani wędrowcy zapytali Cebę, czy jest moim porterem, poczułam się jak kompletny Boczuś. Fakt, że mieliśmy tylko jeden plecak i akurat niósł go Ceba nie znaczył przecież, że jako biały w górach potrzebuję pomocy tragarza…! Koniec tego dobrego – pomyślałam. Jedyne rozwiązanie to zachowywać się jak Indonezyjczycy, a nie świnka na wybiegu. Zgodnie z tą myślą złamałam chyba wszystkie zasady, których przestrzeganie zalecają przewodniki po dalekich krajach.

ostatni fragment trasy - strome zejście do Ramma - pokonaliśmy już  sobotę rano

ostatni fragment trasy - strome zejście do Ramma - pokonaliśmy już sobotę rano

 

1. Nasz trekking zaczęliśmy o 1 w nocy i maszerowaliśmy po ciemku do 4 rano. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia, ale uznałam, że ta rozwianie tej tajemnicy wspinaczki wcale mi nie ułatwi, a odejmie za to romantycznego absurdu całej sytuacji.
2. Powiedzenie, że przez 3 dni się nie myłam nie oddałoby sedna sprawy. Mówiąc obrazowo, jak ubrałam się w piątek rano w Dżakarcie, tak zdjęłam te ubrania w niedzielę wieczorem. Warto dodać, że pierwszego i trzeciego dnia spociłam się i to nie jak świnka, tylko jak mysz.

po wielu sporach udało mi się ustawić flagę Indonezji we właściwa strone

po wielu sporach udało mi się ustawić flagę Indonezji we właściwa strone

 

3. Jedną z części mojego ciała, których chyba ani razu nie umyłam przez te 3 dni były moje dłonie. Ma to duży wpływ na punkt czwarty, który mówi o tym, jak…
4. Wreszcie przekonałam się do jedzenia rękami. W asortyment naszej kuchni biwakowej wchodziły tylko 2 łyżki i tak się złożyło, że zanim się którejś z nich doczekałam, wypadało zacząć jeść. Rozejrzałam się, jak radzą sobie pozostali i okazało się, że tym razem nie mam wyboru.
5. Podczas jednego ze spacerków po okolicy piłam alkohol nieznanego pochodzenia…
6. … którym częstowali mnie nieznajomi.
7. Dokładniej – trzy różne rodzaje alkoholu…
8. …z jednego kieliszka z 10 innymi osobami bez zbędnego mycia.
9. Przez pierwsze dwa dni usilnie powstrzymywałam się od picia wody ze strumyka płynącego środkiem polanki. Ugotowany w niej ryż, makaron i kawę tłumaczyłam faktem, że przecież bakterie w 100 stopniach… i tak dalej. Trzeciego dnia zorientowałam się, że przecież z tego samego strumyczka zaczerpniemy wody do bidonów na drogę powrotną, a nie oszukujmy się – nie dam rady przecież przejść 4 godzin górami bez łyka wody.
10. Kolejnym argumentem przemawiającym za wodą ze strumyka był fakt, że nawet jak się jej nie napiję, to muszę umyć w niej zęby i umyć naczynia…
11. …a woda, jak to w górskich strumykach bywa, była przeraźliwie zimna, więc żadna z tych dwóch czynności nie należała do przyjemnych.
12. Momentem przeistoczenia się ze świnki w człowieka okazała się jednak droga powrotna. Trekking powrotny zaczyna się bardzo ostrym i długim podejściem pod górę, które jest zdecydowanie najtrudniejszym fragmentem całej trasy. Założyłam sobie w duchu, że jak już pokonamy pierwszą górkę i zrobi się łatwiej, bohatersko zaproponuję Cebie, że mogę trochę ponieść 20-kilogramowy plecak. Podczas nocnej przeprawy zmieniłam go na niecałą godzinę i nogi mocno się pode mną uginały… Dość niespodziewanie Ceba po kilkunastu minutach marszu zapytał czy może nie poniosłabym plecaka przez chwilę pod górę, bo on jest już zmęczony. Udało chyba mi się ukryć panikę w oczach i dzielnie przejęłam bagaż. A jak już się rozpędziłam pod tą górkę… to doniosłam go aż do samego końca ku szalonej radości wszystkich naszych towarzyszy! Koledzy i jedyna koleżanka prawie piali z zachwytu, jaki to odważny białas im się trafił, a ich znajomi, których notorycznie spotykaliśmy po drodze patrzyli z zazdrością na Boczusia obciążonego 20-kilogramowym plecakiem, z którego lał się pot. A Boczuś szedł jak taran przed siebie skupiając się na śliskiej i stromej ścieżce zamiast na oszałamiających widokach.

Chyba się udało. Na polance zwanej Ramma oprócz nas biwakowało kilkaset osób – młodzieży z Makassaru i okolic. Kilku lub kilkunastoosobowe grupy znajomych przybywały przez cały piątek, sobotę i noc pomiędzy nimi. W niedzielne popołudnie na wąskiej ścieżce zrobiło się bardzo tłoczono w odwrotnym kierunku. Przy każdym obozowisku wisiała flaga Indonezji (w niedzielę obchodzono Dzień Niepodległości), a przy niektórych oficjalne flagi paczek znajomych.

Dwa dni w górach upłynęły wszystkim na słodkim lenistwie, spaniu w namiotach lub przed, gotowaniu obiadów na turystycznych palnikach i spacerowaniu po okolicy owiniętym w sarongi. Wieczorem paliły się ogniska i słychać było indonezyjskie piosenki przy akompaniamencie gitar. Urzekło mnie w całym spędzie to, że byłam chyba jedyną osobą w promieniu kilku kilometrów, która mówiła po angielsku, nie wspominając nawet o tym, że być może byłam pierwszym białym w ten miejscu – Ramma to popularne miejsce trekkingowe tylko dla lokalnych amatorów wspinaczek. Mój widok budził duże poruszenie, ale jak mantrę odpowiadałam „z Dżakarty” na nagminnie powtarzające się pytanie „skąd jesteś?” tak bojowym tonem, jak tylko małe świnki potrafią.

Jeżeli w ciągu najbliższego tygodnia nie będę pisała relacji z pobytu w indonezyjskiego szpitala, cały weekendowy wypad uznam za wielki sukces. Udało mi się odczuć coś, czego nigdy nie zaznałam w podróżach – przyjemnej nudy, spokoju i zatrzymania. Poleżałam w hamaku, piłam kawę za kawą i empatycznie partycypowałam w przyjemnej atmosferze. Moja znajomość indonezyjskiego pozwalała mi tylko na załapanie tematu rozmowy bez zbędnych niuansów takich jak sens żartów albo podział na role w dyskusji. Pomimo tego było naprawdę super. A najbardziej chyba cieszę się, że pod koniec weekendu nie byłam już Boczusiem. Chyba za którymś razem, kiedy moje zachowanie niezgodne z oczekiwaniami moich znajomych w stosunku do zmanierowanej Europejki wzbudziło ich niewielki podziw, zmieniłam się w jakieś inne zwierzątko. Inszallah był to jeż białobrzuchy.

pierwsi przyjaciele podróży: wulkany widziane z okien samolotupierwsi przyjaciele podróży: wulkany widziane z okien samolotu

pierwsi przyjaciele podróży: wulkany widziane z okien samolotu

tym razem widziałam ich aż 5. po lewej Sumbing, a po prawej Sindorotym razem widziałam ich aż 5. po lewej Sumbing, a po prawej Sindoro

tym razem widziałam ich aż 5. po lewej Sumbing, a po prawej Sindoro

po 2 godzinach jazdy motorem z Makassaru dojechaliśmy na poczatek szlaku. punkt rejestracji otwary cala dobępo 2 godzinach jazdy motorem z Makassaru dojechaliśmy na poczatek szlaku. punkt rejestracji otwary cala dobę

po 2 godzinach jazdy motorem z Makassaru dojechaliśmy na poczatek szlaku. punkt rejestracji otwary cala dobę

 
nasz pierwszy nocleg w Talung - punkcie na szczycie górynasz pierwszy nocleg w Talung - punkcie na szczycie góry

nasz pierwszy nocleg w Talung - punkcie na szczycie góry

na miejsce dotarliśmy o 4 rano i przespaliśmy dwie godziy do wschody słońcana miejsce dotarliśmy o 4 rano i przespaliśmy dwie godziy do wschody słońca

na miejsce dotarliśmy o 4 rano i przespaliśmy dwie godziy do wschody słońca

Ceba pije pyszna, poranna kawe w kubku wycietym z butelki po wodzie. zapomnielismy kubkow!Ceba pije pyszna, poranna kawe w kubku wycietym z butelki po wodzie. zapomnielismy kubkow!

Ceba pije pyszna, poranna kawe w kubku wycietym z butelki po wodzie. zapomnielismy kubkow!

 
nasze pierwsze "obozowisko", gdzie przespaliśmy 2 godziny w temperaturze ok. 10 stopni. brrr!nasze pierwsze "obozowisko", gdzie przespaliśmy 2 godziny w temperaturze ok. 10 stopni. brrr!

nasze pierwsze "obozowisko", gdzie przespaliśmy 2 godziny w temperaturze ok. 10 stopni. brrr!

na wzgórzu również biwakowało sporo ludzina wzgórzu również biwakowało sporo ludzi

na wzgórzu również biwakowało sporo ludzi

 
pierwszy widok na Ramma - cel naszej wspinaczkipierwszy widok na Ramma - cel naszej wspinaczki

pierwszy widok na Ramma - cel naszej wspinaczki

wyczekiwane słońce, które ogrzało nasze wymarźnięte ciaławyczekiwane słońce, które ogrzało nasze wymarźnięte ciała

wyczekiwane słońce, które ogrzało nasze wymarźnięte ciała

widok za zachód, w oddali Makassarwidok za zachód, w oddali Makassar

widok za zachód, w oddali Makassar

 
ostatni fragment trasy - strome zejście do Ramma - pokonaliśmy już  sobotę ranoostatni fragment trasy - strome zejście do Ramma - pokonaliśmy już sobotę rano

ostatni fragment trasy - strome zejście do Ramma - pokonaliśmy już sobotę rano

Ramma. widok w sobotę o świcie, przez cały dzień docierali kolejni podróżnicy i namiotów robiło się więcej i więcejRamma. widok w sobotę o świcie, przez cały dzień docierali kolejni podróżnicy i namiotów robiło się więcej i więcej

Ramma. widok w sobotę o świcie, przez cały dzień docierali kolejni podróżnicy i namiotów robiło się więcej i więcej

 
roti bakar, czyli indonezyjskie tosty. podawane ze skonensowanym mlekiem słodzonym albo... majonezemroti bakar, czyli indonezyjskie tosty. podawane ze skonensowanym mlekiem słodzonym albo... majonezem

roti bakar, czyli indonezyjskie tosty. podawane ze skonensowanym mlekiem słodzonym albo... majonezem

pierwszy lunch - ryż, super-ostre omlety i IndoMie (zupki instant)pierwszy lunch - ryż, super-ostre omlety i IndoMie (zupki instant)

pierwszy lunch - ryż, super-ostre omlety i IndoMie (zupki instant)

 
kumple Ceby rozbici po drugiej stronie polanki. była grana wódeczkakumple Ceby rozbici po drugiej stronie polanki. była grana wódeczka

kumple Ceby rozbici po drugiej stronie polanki. była grana wódeczka

 
inna ekipa backpackerówinna ekipa backpackerów

inna ekipa backpackerów

"jalan-jalan" po indonezyjsku znaczy "przechadzać się, spacerować" i to własnie robilismy cała sobote"jalan-jalan" po indonezyjsku znaczy "przechadzać się, spacerować" i to własnie robilismy cała sobote

"jalan-jalan" po indonezyjsku znaczy "przechadzać się, spacerować" i to własnie robilismy cała sobote

 
Celli, Bee, ja i Dede podczas jednego ze spacerkówCelli, Bee, ja i Dede podczas jednego ze spacerków

Celli, Bee, ja i Dede podczas jednego ze spacerków

nocne kawy i kawkinocne kawy i kawki

nocne kawy i kawki

obieram ziemniaki na frytki nożykiem do tapetobieram ziemniaki na frytki nożykiem do tapet

obieram ziemniaki na frytki nożykiem do tapet

 
Celli był profesjonalnie przygotowany do wyprawyCelli był profesjonalnie przygotowany do wyprawy

Celli był profesjonalnie przygotowany do wyprawy

danie narodowe Indonezjo - IndoMie, dziś gotowane ze szczypiorkiemdanie narodowe Indonezjo - IndoMie, dziś gotowane ze szczypiorkiem

danie narodowe Indonezjo - IndoMie, dziś gotowane ze szczypiorkiem

Bee szaleje w kuchni z limonkaBee szaleje w kuchni z limonka

Bee szaleje w kuchni z limonka

 
sesja fotograficzna lunchu - dziś ryż, zupki IndoMie, omlet z makaronem instant i frytkisesja fotograficzna lunchu - dziś ryż, zupki IndoMie, omlet z makaronem instant i frytki

sesja fotograficzna lunchu - dziś ryż, zupki IndoMie, omlet z makaronem instant i frytki

Ceba doglada, czy na pewno żadnego jedzenia nie będziemy nieść z powrotemCeba doglada, czy na pewno żadnego jedzenia nie będziemy nieść z powrotem

Ceba doglada, czy na pewno żadnego jedzenia nie będziemy nieść z powrotem

poszłam umyć zęby, ale ktoś mnie uprzedził i zajal moja miejscowke...poszłam umyć zęby, ale ktoś mnie uprzedził i zajal moja miejscowke...

poszłam umyć zęby, ale ktoś mnie uprzedził i zajal moja miejscowke...

 
Ada i Celli z plecakami. cała ekipa była ze mnie bardzo dumna ;)Ada i Celli z plecakami. cała ekipa była ze mnie bardzo dumna 😉

Ada i Celli z plecakami. cała ekipa była ze mnie bardzo dumna 😉

po wielu sporach udało mi się ustawić flagę Indonezji we właściwa stronepo wielu sporach udało mi się ustawić flagę Indonezji we właściwa strone

po wielu sporach udało mi się ustawić flagę Indonezji we właściwa strone

Bee i Giant celebruja Dzień Niepodleglości IndonezjiBee i Giant celebruja Dzień Niepodleglości Indonezji

Bee i Giant celebruja Dzień Niepodleglości Indonezji

 
Ceba z flagaCeba z flaga

Ceba z flaga

i Dede z flagai Dede z flaga

i Dede z flaga

 
w drodze powrotnej dumnie szlam w koszulce "Backpacker Indonesia Makassar", która dostalam od Ceby w ramach uznania za wniesienie plecaka pod najwyzsza górę na trasie. koszulka byla jeszcze mokra od potu, mmm! ;)w drodze powrotnej dumnie szlam w koszulce "Backpacker Indonesia Makassar", która dostalam od Ceby w ramach uznania za wniesienie plecaka pod najwyzsza górę na trasie. koszulka byla jeszcze mokra od potu, mmm! 😉

w drodze powrotnej dumnie szlam w koszulce "Backpacker Indonesia Makassar", która dostalam od Ceby w ramach uznania za wniesienie plecaka pod najwyzsza górę na trasie. koszulka byla jeszcze mokra od potu, mmm! 😉

Bee i Giant - nadal nie udalo mi sie dowiedziec ile sa już paraBee i Giant - nadal nie udalo mi sie dowiedziec ile sa już para

Bee i Giant - nadal nie udalo mi sie dowiedziec ile sa już para

 
Uga, znajoma Ceby spotkana w drodze powrotnejUga, znajoma Ceby spotkana w drodze powrotnej

Uga, znajoma Ceby spotkana w drodze powrotnej

 
okolice wioski Lembanna, gdzie zaczyna się trekkingokolice wioski Lembanna, gdzie zaczyna się trekking

okolice wioski Lembanna, gdzie zaczyna się trekking

 
mój wspaniały kierowcamój wspaniały kierowca

mój wspaniały kierowca

a na pierwszy obiad w cywilizacji - IndoMie!a na pierwszy obiad w cywilizacji - IndoMie!

a na pierwszy obiad w cywilizacji - IndoMie!

 


Pakowanie ekstremalne – co zabrać w dłuuugą podróż

Sierpień 16th, 2014

Na każdym portalu i blogu podróżniczym raz na jakiś czas pojawia się artykuł z cyklu „Jak spakować się w bagaż podręczny”. Najczęściej dotyczy on krótkich wyjazdów tanimi liniami (gdzie za bagaż główny płaci się dodatkowo) – weekendu w Holandii czy kilku dni w Barcelonie. Dużo rzadziej pisze się o tym, że umiejętne pakowanie przydaje się nie tylko w trakcie tych najkrótszych wypadów, a przede wszystkim podczas tych dłuższych. Wyprawa na koniec świata to nie niedzielna przejażdżka do teściów ani wczasy nad polskim morzem – nie mamy do dyspozycji całego bagażnika. Teoretycznie można spakować się w wielki, ważący 25 kg plecak turystyczny, ale po kilku wyprawach albo kilku tygodniach w trasie każdy dotrze do punktu, w którym swój plecak przeklina wszystkimi niedozwolonymi do zacytowania słowami. Są dwie opcje: można cały bagaż w pewnym momencie porzucić w śmierdzącym hoteliku (nie polecam), albo – następnym razem – spakować się bardziej oszczędnie. I oto przedstawiam wam pierwszy w sieci poradnik „jak spakować się w bagaż podręczny na półtora miesiąca?”

Jeżeli w ostatnio zdaniu coś było żartem, to określenie tego tekstu „poradnikiem”. Lata praktyki w pakowaniu nauczyły mnie przede wszystkim, że każdy potrzebuje wziąć ze sobą coś innego, dlatego nie można napisać poradnika mówiącego jasno co brać, a czego nie. Chciałabym jednak podzielić się kilkoma wskazówkami, których wcześniejszą nieznajomość przypłaciłam dużym dyskomfortem albo nieplanowanym rajdem po sklepach. I nie mam tu na myśli wycieczki do Izraela, kiedy jadąc nad morze nie wzięłam kostiumu kąpielowego…

UBRANIA:
Przede wszystkim zaplanuj, jak często będziesz robić pranie. Maksymalna długość wyjazdu bez prania to według mnie tydzień, chociaż i w takim przypadku jedno pranie po czterech dniach zmniejsza nasz bagaż o połowę – czyż nie warto? Optymalna częstotliwość prania to 4-7 dni, co oznacza tyleż właśnie kompletów bielizny i koszulek. Co szalenie istotne, decyzję o ilości ubrań należy podjąć przez wyjazdem wspólnie ze wszystkimi współpodróżnikami. Jeżeli chcemy robić pranie co 6 dni, a jedna osoba weźmie o jeden komplet ubrań więcej, oznacza to nic więcej, jak niepotrzebny nadbagaż, bo i tak trzeba będzie robić pranie kiedy pozostali nie będą mieli już w czym chodzić.

Zawartość plecakowej „szafy” należy dokładnie dopasować do miejsca, w które jedziemy. Jeżeli jedziemy gdzieś po raz pierwszy, będzie to oczywiście mniej oczywiste i trudniejsze. Dlatego też moje pakowanie się na Sulawesi i Lombok będzie tak efektowne – znam klimat Indonezji i wiem, czego dokładnie będę potrzebować.

– Nie bierz pidżamy. Zawsze i wszędzie można spać w bieliźnie i koszulce.
– Rada dla pań: weź sportowy stanik bez fiszbin. Docenisz jego komfort podczas wszystkich lotów samolotem, długich przesiadek, nocnych przejazdów autobusem albo pociągiem, wspinaczek górskich i długich trekkingów.
– Przemyśl, co będziesz nosić ze sobą na co dzień podczas zwiedzania. Torba? Torebka? Plecak? Torba na aparat? Weź jedną rzecz, która na dodatek będzie pasować Ci do wszystkich ubrań. Podróżowanie to nie pokaz mody. Ja zawsze staram się, żeby moja codzienna torba nie była.. za duża. Kusi to do wypakowania jej po brzegi, a wtedy już po kilku godzinach zaczynają boleć mnie plecy i jedyne o czym myślę, to powrót do hotelu.
– Buty to kwestia sporna. Obydwoje z Łukaszem jesteśmy wielkimi fanami sandałów Source, które chyba faktycznie są niezniszczalne. Można się w nich kąpać pod prysznicem (nie trzeba brać dodatkowych japonek!), przechodzić przez strumyki górskie, zakopywać się po kostki w piachu, a nawet pływać w oceanie. Takie porządne buty zastąpią kilka innych par i jeżeli jedziemy w upalne rejony, jestem zwolenniczką zabierania tyko jednej pary.
– Jeżeli czekają nas jakieś specjalne atrakcje wymagające odpowiedniego ubioru warto zastanowić się, jak rozwiązać ten problem. Jadąc w długą podróż prędzej czy później nadarzy się pewnie okazja, kiedy wypadałoby ubrać się elegancko. My musieliśmy poradzić sobie z oficjalnym strojem dla Łukasza do indonezyjskiej ambasady w Kuala Lumpur (wymagane są długie spodnie i zakryte buty) oraz eleganckim przyjęciem dzień po przyjeździe do Dżakarty. Nie ma jednak co panikować – w każdym większym mieście na całym świecie znajdziemy dzisiaj H&M albo Zarę. Niespodziewanych zakupów nie wolno się bać, bo po pierwsze są nieuniknione, a po drugie są miłą nagrodą dla ego po kilku miesiącach chodzenia w tych samych ciuchach…
– Pamiętaj, że ubrania, które pakujesz, muszą być super wygodne i musisz je bardzo lubić. Będziesz w nich chodzić codziennie! Weź pod uwagę, że po tak intensywnej eksploatacji prawdopodobnie będą w tak tragicznym stanie, że nie będziesz chcieć nawet wieźć ich z powrotem do Polski… Jeżeli więc lubisz je tak bardzo, że nie chcesz się z nimi niedługo rozstawać, lepiej wybierz coś innego.

KOSMETYKI
Nie chcę wiedzieć, ile walizek kosmetyków zabiera ze sobą zawsze Kasia Tusk, ale ja opracowałam wreszcie zestaw minimum.

– krem z filtrem UV (tak, tak, tak! Najważniejszym kosmetykiem w Twoim bagażu jest krem z filtrem, a nie szczoteczka do zębów i szampon! Nasze blade, polskie lica są nieprzyzwyczajone do takich niespodziewanych dawek słońca. A nic nie zepsuje wakacji bardziej, niż piekące, czerwone plecy! Lepiej przywieźć dużą butelkę ze sobą – w większości krajów, które odwiedziliśmy kremy do opalania były bardzo drogie. Faktor 30 to według mnie absolutne minimum. Proszę się nie martwić – i tak się opalicie! Taki krem nakładam na twarz rano i wieczorem zamiast zwykłego kremu nawilżającego, dzięki czemu oszczędzam miejsce w kosmetyczce na zbędnych tubkach)
– szczoteczka do zębów (pastę biorę tylko, kiedy jadę gdzieś sama. Śpiąc u znajomych albo podróżując w grupie zawsze korzystam z czyjejś. Spójrzmy prawie w oczy – pastę do zębów ma ze sobą każdy)
– szampon i żel pod prysznic (jeżeli plecak się nie domyka, wyrzuć żel. Szampon sprawdza się zarówno do mycia włosów, jak i reszty ciała)
– jednorazowa maszynka do golenia (to jedna z tych rzeczy, których zawsze zapominam! A po kilku dniach skradam się po cichu w okularach słonecznych i kapeluszu z wielkim rondem do najbliższego kiosku przyciskając mocno ręce do tułowia, żeby poskromić dżunglę, która w międzyczasie tam wyrosła)
– spray lub krem przeciwko komarom (koniecznie trzeba mieć, warto jednak zaopatrzyć się w niego na miejscu. Miejscowe komary często bardziej uciekają od lokalnych specyfików, poza tym często są sporo tańsze niż w Polsce)
– dezodorant
– obcinacz do paznokci (paznokcie, podobnie jak włosy, nie przestają rosnąć, kiedy wyjeżdżamy z domu) i pilniczek
– pumeks (mała rzecz, a zapewni nam mnóstwo komfortu)
– patyczki do uszu (weź ich 15, niezależnie od długości wyjazdu. Nie masz pojęcia, do czego mogą Ci się przydać)
– akcesoria do włosów (odpuść suszarkę i prostownicę, jeżeli jedziesz w tropiki, serio. Z perspektywy polskiej zimy trudno sobie to wyobrazić, ale uwierz mi, że w 30-stopniowym upale nie będzie ci się chciało wcierać we włosy żadnych klejących mazideł. Warto natomiast pamiętać o spinkach, opaskach i gumkach do włosów! To kolejna rzecz, której zawsze zapominam i potem zwożę do Polski brzydkie, kupione w potrzebie spinki z Gruzji, klamerki z Indonezji i opaski z Tajlandii… Zastanów się, czego potrzebujesz na co dzień i broń boże tego nie zapomnij!)
– żel antybakteryjny (wynalazek XXI wieku, który pozwoli Ci zjeść obiad rękami nawet, jeżeli nie masz szansy umyć ich po całym dniu zwiedzania)
– wilgotne chusteczki (mogą być z niemowlakiem na zdjęciu, ale zapewniam, że będę ich używała osobiście. Odświeżą twarz i dłonie w kiepskich warunkach, a w fatalnych posłużą za instant-prysznic)
– szczoteczka do butów (brzmi jak produkt pierwszej potrzeby dla angielskiego dżentelmena, prawda? Wyobraź sobie jak będzie wyglądała moje jedyna para sandałów po kilku dniach noszenia non-stop. A po kilku tygodniach? Jeżeli nie wezmę szczotki do umycia butów, to szybko będę musiała gdzieś ją kupić!)

SPRZĘT ELEKTRONICZNY
Jak to dobrze, że żyjemy w XXI wieku! Komputer i telefon zapewnią nam spokojnie centrum wszelakiej rozrywki – możemy obejrzeć film nudząc się w pociągu, posłuchać muzyki, przejrzeć przewodnik, poczytać książkę, a nawet napisać notkę na bloga!

– komputer + ładowarka
– telefon + ładowarka
– Kindle + ładowarka
– Power bank + ładowarka (to moje najnowsze azjatyckie odkrycie. Małe urządzenie wielkości zbliżonej do smartfona, które połączone z naszą komórką ładuje baterię. Starcza na 2-3 razy zanim się rozładuje i naprawdę może uratować życie, kiedy gubimy się z automapą w wioskach gdzieś na końcu świata)
– aparat (temat robi się nagle bardziej skomplikowany, więc Łukasz napisze o pakowaniu sprzętu fotograficznego innym razem) + ładowarka i zapasowa bateria

DROBIAZGI
Niewielkie rzeczy, które dopełniają użyteczności naszego bagażu.
– krople do oczu (to drobiazg, który ratuje życie. Pomagają wypłukać słoną wodę z oczu po kąpielach w oceanie, przydają się w bardzo wietrznych miejscach, kiedy wysuszone oczy strasznie pieką oraz – indonezyjski hit – świetnie radzą sobie z piaskiem i pyłem w oczach, który gromadzi się po jeździe na skuterze zakurzonymi drogami. Naprawdę warto wrzucić krople do plecaka!)
– pęsetka (tak jak pisałam, paznokcie i włosy rosną nawet podczas podróży, zwłaszcza tych długich. Panie, które regulują sobie brwi będą mocno zniesmaczone swoim wyglądem po kilku tygodniach, jeżeli nie wrzucą pęsetki do swojej kosmetyczki)
– maseczka na twarz (nie mam tu na myśli maseczki nawilżającej ani peel-off, tylko kawałek materiału, którym możemy zasłonić usta i nos. Przydaje się przede wszystkim na drogach, a czasem też podczas wycieczek na pustynie albo wulkany. Chrońmy płuca, ponoć smog w azjatyckich metropoliach jest bardziej szkodliwy, niż palenie papierosów… Jednorazowa maseczkę, która uratuje nas w pierwszej niespodziewanej sytuacji można kupić w każdej polskiej aptece za kilkanaście groszy)
– wyciemniająca nakładka na oczy (cud technologii! Niewiarygodnie zwiększa komfort snu wszędzie, gdzie przeszkadza nam choć trochę światła. Uwielbiam używać jej w autobusach nocnych, bo pozwala przespać mi cała noc bez jednego przebudzenia, a ostatnio okazała się bardzo przydatna, bo couchsurferka u której spałam poinformowała mnie, że w domu są duchy, więc będziemy spać przy zapalonym świetle…)
– błyszczyk do ust (najzwyklejsza pomadka ochronna przyda się i zimą i latem. Słońce, mróz czy wiatr bywają bezlitosne)
– długopis (wypełnianie kart imigracyjnych na granicy, narysowanie mapy na serwetce i gra w statki to te momenty, kiedy przyda Ci się zwykły, jednorazowy długopis)

CZARNA LISTA
Czyli pomysły, które miały zracjonalizować podróżowanie, a były tylko niepotrzebnym obciążeniem…
– zatyczki do uszu (może kupiliśmy zły model, ale zachwalane przez wszystkich podróżników, nam nie przydały się ani razu)
– pianka do włosów i lakier (wiele razy ambitnie zakładałam, że będę dbać o swój wygląd. Zazwyczaj nie użyłam ani razu. Oba kosmetyki występują tylko w dużych opakowaniach.)
– kosmetyki do makijażu (podróże i elegancki wygląd nigdy nie idą w parze… może to też kwestia tego, że nie maluję się na co dzień. Jeżeli decydujesz się wziąć podstawowy zestaw ze sobą, pamiętaj też o płynie do demakijażu!)
– woda termalna w aerozolu (prezent od kochanej mamusi – miała być odrobiną luksusu na egzotycznych plażach, okazała się zbędnym bagażem. Poleciała z nami na Seszele i przejechała pół Azji. Nie użyłam jej ani razu.)
– rozdzielacz USB (odnoszę wrażenie, że nie używamy go nawet w Polsce, a nie wiedzieć czemu zawsze ląduje na dnie plecaka)
– notatnik (brzmi romantycznie, ale mamy XXI wiek i prawda jest taka, że łatwiej i szybciej coś zapisać w telefonie albo na komputerze. Wtedy też prawdopodobieństwo, że ważny zapisek zgubimy maleje, a zwiększa się szansa na odciążenie bagażu)