Posty otagowane jako ‘Bali’

Dlaczego warto kupować przypadkowe książki. Wprowadzenie do Lomboku

Sierpień 4th, 2014

Kochana Mamusiu!

Właśnie spełniam moje kolejne marzenia i odwiedzam kolejny punkt na mapie. Płynę promem z Bali na Lombok.

Dwa lata temu, pewnego słonecznego czerwonego dnia, poszliśmy z Łukaszem na kiermasz książek używanych i kupiliśmy tam mocno przechodzony przewodnik Lonely Planet pod tytułem „Bali i Lombok”. Tego dnia nabyliśmy też „Północne Indie”, coś o Ameryce Południowej i kilka innych niepotrzebnych tytułów. „Bali i Lombok” kosztował 2 zł i bardzo ekscytowałam się faktem, że nie jestem do końca pewna, gdzie na mapie znajdują się te egzotyczne wyspy. Posiadanie przewodnika na półce przybliżało mnie jednak troszeczkę do tych miejsc. Z zapałem marzyłam, że któregoś dnia usiądę spokojnie, poprzeglądam zużyte strony i dowiem się więcej o Bali, o Indiach i innych miejscach na świecie. Że zaplanuję kolejną podróż.

Tego marzenia nie udało mi się spełnić. Literatura, którą muszę czytać na zajęcia oraz stosy reportaży i beletrystyki, które zawsze zalegają na mojej szafce nocnej nigdy nie pozwoliły mi dowiedzieć się, gdzie leży Lombok. Dopóki tam nie pojechałam.

Decyzja o naszej rocznej podróży nie zapadła spontanicznie, ale też nie była specjalnie nieprzemyślana. Nie poświęciliśmy jednak miesięcy na dokładnie planowanie. Założyliśmy, że już w trasie będziemy organizować kolejne etapy. A jako że Indonezja miała być ostatnim krajem, jaki odwiedzimy, do tej wizyty nie przygotowywaliśmy się prawie w ogóle. Jedyną decyzją, jaką musieliśmy podjąć przed wyjazdem, było… zostawienie naszego jedynego przewodnika po tym kraju, „Bali i Lombk”, w Warszawie. Szalone byłoby przecież noszenie go na plecach przez rok, żeby wykorzystywać go przez kilka ostatnich tygodni! Tym sposobem czekając na lotnisku Chopina na mój samolot do Szanghaju przez Dubaj w październiku zeszłego roku, nadal nie wiedziałam gdzie leży Lombok.

O Bali słyszeli wszyscy. Balijski raj, przepiękne obrzędy i tarasy ryżowe to klasyka rajskiej Indonezji. Na pewno takie właśnie odczucia mają wszyscy turyści przybywający na wyspę wraz z zorganizowanymi wycieczkami. Drogie hotele dbają, żeby ich goście doświadczyli balijskiej gościnności, ciszy, spokoju i relaksu. Jestem przekonana, że w takim Bali można się zakochać bez pamięci. Szczególnie, jeżeli jest się zapracowanym biznesmenem, który szuka wytchnienia podczas jedynego w roku urlopu albo znudzoną panią domu zachwyconą kolorową egzotyką. Gorzej, jeżeli na Bali dociera się wolnym promem z Jawy, który potrzebuje aż godziny, żeby pokonać cieśninę o szerokości trzech kilometrów. Tym gorzej, jeżeli ma się w pamięci gościnność nieprzyzwyczajonych do białych turystów Jawajczyków i nieopisany urok zaśmieconej i przeludnionej, ale nadal dziewiczej Jawy. Najgorzej, jeżeli chce się Bali poznawać i eksplorować. Szybko trzeba wtedy poradzić sobie z faktem, że jest się spóźnionym. I to prawie o 100 lat.

Po trzech tygodniowych wizytach na Bali zaczynam odczuwać spełnienie – już trochę je poznałam i na pewno zdążyłam pokochać. Teraz czas na kolejną przygodę, bo wreszcie dowiedziałam się, gdzie leży Lombok. A moja wiedzą mocno się utwierdziła, odkąd w naszym dżakarckim mieszkaniu zawisła mapa Indonezji.

Lombok po raz pierwszy tak naprawdę odwiedziłam w lutym, kiedy razem z Tobą, Mamo, byłam na archipelagu Gili. Trzy małe, naprawdę rajskie wysepki znajdują się na północny-zachód od Lomboku, a nasza łódka z powrotem na Bali miała krótki postój w porcie Sanggiri. Płynąc wzdłuż zalesionych, nieregularnych pagórków Lomboku czułam, że to jest miejsce, które muszę odwiedzić, zwiedzić, poczuć i oczywiście pokochać.

Więc jadę. A właściwie płynę. Płynę tak zwanym „wolnym”, czyli najprostszym, najtańszym i najpopularniejszym promem z Bali na Lombok. Podróż trwa 4 godziny, chociaż w tym czasie prom przepływa niecałe 70 km. Trochę buja, trochę pryska słoną wodą z fal rozbijających się o burtę, trochę nie mogę się doczekać, co mnie czeka na brzegu. Jedyne, czego jestem pewna, to że Łukasz już tam jest i czeka na mnie. Reszta jest wielką, wspaniałą, niespodzianką.



Bali – w pogoni za marzeniami

Lipiec 21st, 2014

Dziś będzie inaczej. Dłużej, ale i ogólniej. O podróżach i tym co sprawia, że wstajemy od telewizora i lecimy na drugi koniec świata. O marzeniach i pogodni za ideałem.
W trakcie naszych wojaży poznaliśmy dziesiątki podobnych nam turystów, podróżników i backpackerów. Iran, Chiny, Kambodża, Indonezja – niemal wszyscy podróżują szukając tego samego: Prawdziwych, autentycznych doświadczeń. My także. Problem jednak w tym, że z czasem zdajemy sobie sprawę, że poszukiwanie ich jest najczęściej pogonią za własnymi wyobrażeniami o danym miejscu. Wyobrażeniami, które nie raz nijak się mają do rzeczywistości. Nic dziwnego – powstają w oparciu o źródła, które powstają nie by informować, a by sprzedawać wykreowany wcześniej obraz: Foldery reklamowe, piękne zdjęcia, filmy i artykuły w popularnej prasie.

Bywa też tak, że piękna, tworzona przez dziesiątki lat wizja przyćmiewa rzeczywistość i zaczyna żyć własnym życiem. Tak jest z naszym europejskim wyobrażeniem o orientalnych, egzotycznych Chinach, które nijak ma się do faktycznego wyglądu Chin. Tak jest podobno ze Stanami Zjednoczonymi, które według Wojciecha Orlińskiego zwyczajnie nie istnieją. Tak jest też z najbardziej znaną i ulubioną przez turystów wyspą Indonezji – legendarną Bali.

Jeszcze 100 lat temu Bali nikomu nie kojarzyła się z „rajską wyspą”. Holendrzy pisali o Balijczykach jako ludziach perfidnych, nieufnych i leniwych, nieszczególnie zachwycali się też przyrodą wyspy. Symbolem Bali nie były palmy i plaże, a malajski sztylet – kris. Do XIX wieku wyspa znana była też z niewolników: pięknych, popularnych zwłaszcza wśród chińskich klientów kobiet, oraz wojowniczych mężczyzn. Ostoja hinduizmu na muzułmańskim archipelagu zadziwiała, ale i przerażała niezrozumiałymi tradycjami z Satie – „paleniem wdów” na czele. Kolejne bunty budowały zupełnie inny od dzisiejszego obraz wyspy. Bali kojarzyło się z wojną.
Charakterystyki Bali, czy nawet najmniejszej wzmianki o wyspie nie znajdziemy w indonezyjskiej relacji Henryka Sienkiewicza z 1882 roku. W wydanej w 1914 roku książce czytamy, że „ze wszystkich wysp najwspanialsza jest Jawa. Nazywają ją też „królową wysp”.

W podobnym tonie wypowiadał się mieszkający parę lat w Bogor prof. Raciborski w licznych wywiadach publikowanych w 1901 roku.

Pierwsze wzmianki o Bali jako spokojnym miejscu pojawiają się dopiero w XX wieku. Wzmianki, które szybko zmieniają się w lawinę informacji.

W 1921 roku powstaje pierwszy amerykański film o wyspie – „Nieznana Bali”. Kilka lat później w światowej prasie zaczyna roić się od artykułów opisujących Zapomniany, Cudowny Raj. Nie inaczej jest w Polsce. W 1925 roku w polskiej prasie przeczytać możemy artykuły o „Ziemskim raju” i „Uroczym zakątku świata”.

Artykuł z Gazety Bydgoskiej z 15 listopada 1925Artykuł z Gazety Bydgoskiej z 15 listopada 1925

Artykuł z Gazety Bydgoskiej z 15 listopada 1925

Artykuł z majowego wydania magazynu Katolik w 1925 rokuArtykuł z majowego wydania magazynu Katolik w 1925 roku

Artykuł z majowego wydania magazynu Katolik w 1925 roku

 

Niedługo później powstają kolejne amerykańskie filmy „niby dokumentalne”, których fabuła opiera się na prezentowaniu półnagich „dzikich kobiet”. „Bali – Wyspiarski Raj”, „Legong: Taniec Dziewic”, „Goona Goona – autentyczny melodramat z wyspy Bali” i „Rajska Wyspa” będące na dobrą sprawę prymitywnymi erotykami dołożyły swój kamyczek do kształtującego się wizerunku wyspy.

"Zobacz Balinezyjskie Piękności w CAŁEJ ICH KRASIE" 
"Dziewice Bali"
"Pieszczone gwiazdami ciała na wyspie lotosu ZAPOMNIANEGO RAJU!""Zobacz Balinezyjskie Piękności w CAŁEJ ICH KRASIE"
"Dziewice Bali"
"Pieszczone gwiazdami ciała na wyspie lotosu ZAPOMNIANEGO RAJU!"

"Zobacz Balinezyjskie Piękności w CAŁEJ ICH KRASIE"
"Dziewice Bali"
"Pieszczone gwiazdami ciała na wyspie lotosu ZAPOMNIANEGO RAJU!"

Prawdziwe, naprawdę kręcone na Bali. Miejscowe zwyczaje, miejscowa muzyka, miejscowa obsada.Prawdziwe, naprawdę kręcone na Bali. Miejscowe zwyczaje, miejscowa muzyka, miejscowa obsada.

Prawdziwe, naprawdę kręcone na Bali. Miejscowe zwyczaje, miejscowa muzyka, miejscowa obsada.

 

W 1927 roku w Denpasar powstaje pierwszy hotel i na wyspę przypływają pierwsi turyści. Wtedy też na Bali osiedla się niemiecki malarz, późniejszy wielki propagator balijskiej kultury Walter Spies. Fama o pięknej, przyjaznej artystom (i, co nie bez znaczenia, homoseksualistom) wyspie zatacza coraz szersze kręgi. Na Bali ściąga bohema – kolejni artyści, kompozytorzy, malarze i pisarze.
W 1933 roku w książce „Bali – Zaczarowana wyspa” Helena Yates pisze o „zapomnianej średniowiecznej wspólnocie, gdzie brązowoskóre piękności przechadzają się w stroju Ewy, nikt się nie śpieszy i wszyscy żyją w pokoju.” (Szczytem „rajskich porównań jest slogan jednego ze wspomnianych wyżej filmów: „W tym raju jest mnóstwo Ew!”)

Wyspa zaczęła się zmieniać – stawać się taką, jaką chcieli ją widzieć przybysze. Najjaskrawszym tego przykładem jest dzisiejszy symbol Bali – Kecak, czyli „Ramajana – Pieśń Małp”.

„To jest to! To jest to fascynujące Bali, to jest ta Indonezja, którą sobie wyobrażaliśmy” czytamy w relacji z pokazu „Kecak Dance” na jednym z blogów. „Duchowy cel tego tańca – kontakt z bogami w celu zrozumienia ich oczekiwań wobec ludzi – jednoznacznie świadczy o jego randze (…) Po uprzednim oczyszczeniu świętą wodą przez kapłana i zapaleniu ognia, mężczyźni wchodzą w trans. Odbywa się to dzięki głębokim oddechom, śpiewaniu mantr oraz ciągle wymawianemu słowu keczak” pisze serwis ezoter.pl. Po chwili jednak dodaje, że taniec wykonywany jest „w różnych obszarach wyspy od 80 lat”…
Nie od dwustu, nie od pięciuset. Od 80 – czyli od lat trzydziestych XX wieku. To właśnie wtedy wspomniany wcześniej Walter Spies i balijski tancerz Wayan Limbak wykorzystali elementy starożytnego tańca sanghyang do adaptacji fragmentów Ramajany. Kecak powstał z myślą o turystach i z myślą o turystach został rozpropagowany wśród zespołów tanecznych na wyspie. Szybko stał się wizytówką Bali. Wizja stała się rzeczywistością: dziś Kecak jest elementem Indonezji, którą wyobrażają sobie turyści.
Na poniższej kronice filmowej z 1932 roku, oprócz przechadzających się toples balijek można obejrzeć pierwsze nagranie Kecaku (około 4:50):


W roku 1938 dodatek dziecięcy Ilustrowanego Kuriera Codziennego zamieścił kolejny opis Bali:
„Zakątek, którego cywilizacja poszła innymi drogami i doprowadziła do innych zdobyczy, jest to zakątek w którym nie ma chorób, nie ma bezrobocia, nie ma niepogody. (…) Na wyspie Bali wszyscy pracują, lecz nie ma między nimi żadnych kłótni, żadnych problemów. Pieniądze istnieją, lecz nikt nie walczy o bogactwo. Każdy zadowala się zaspokojeniem swoich potrzeb, i uczuć i niewielką sumą pieniędzy. Żebractwo tam nie istnieje. Wszyscy wiedzą, że spokój, miłość i piękno są ważniejsze od pieniędzy. I nic nie zmąci prawdziwej społeczności tych ludzi: jeśli plon sąsiada dojrzał do żniwa, wszyscy sąsiedzi dobrowolnie pomagają mu w pracy. Tak rozumieją społeczność.”
Proces tworzenia legendy Bali trwał dobre kilkadziesiąt lat. Wyidealizowany obraz wyspy wciąż budowały kolejne powieści (m.in. wydana w 1937 roku „Miłość i śmierć na wyspie Bali” Vicki Baum) i filmy („Miesiąc miodowy na Bali” z 1939).

Nowośći ksiażkowe 1938.Nowośći ksiażkowe 1938.

Nowośći ksiażkowe 1938.

 

To zadziwiające, że procesu nie powstrzymały nawet takie wydarzenia jak trauma wojny światowej (Japończycy utworzyli w Denpasarze jeden z okrytych przerażąjącą sławą obozów „kobiet do towarzystwa”) czy krwawe rozrachunki z Komunistyczną Partią Indonezji (w 1966 roku na Bali zamordowano ponad 80000 sympatyków PKI, ponad 5% populacji!). Marketing trwał, Bali wciąż było rajem.

Za kolejnym kamień milowy można uznać głośny musical „Południowy Pacyfik”. Wystawiony na Broadwayu w 1949, a zekranizowany 9 lat później, nie budował dosłownego wizerunku realnej wyspy. Wprost na odwrót – w „Południowym Pacyfiku” prawdziwe Bali się nie pojawia. Pojawia się za to raj nad rajami, niedostępna dla śmiertelników utopia nazywana… Bali Hai. A wraz z rajem – szlagierowa, do dziś popularna piosenka.

Cóż, geograficzne niuanse nigdy nie były mocną stroną Hollywood: Akcja „Południowego Pacyfiku” ma miejsce gdzieś na wyspach Polinezji, a owa wyśniona wyspa miała wyglądać jak wyspy na Hawajach. Najważniejsze jednak, że nazwa Bali Hai utrwaliła proste skojarzenie: Bali = Raj. Przez kilkanaście dobrych lat piosenka w różnych wersjach pojawiała się w anglojęzycznych stacjach radiowych, telewizjach i w kolejnych wersjach musicalu.
Wyrastały na niej całe pokolenia, nawet dziś w USA zna ją niemal każdy, a Bali Hai użycza nazwy m.in. Indonezyjskiemu browarowi i znanemu na całym świecie koktajlowi na bazie rumu.


Szał na Bali i jego idealny obraz utrwalany przez kolejne filmy to jedno. Wciąż jednak na wyspę przybywali nieliczni. W latach sześćdziesiątych Na wyspie było zaledwie kilka hoteli, nie było lotniska, a cały ruch turystyczny obsługiwały dwa porty morskie. To miało dopiero przyjść. Najważniejsze, że w przeddzień boomu Bali znał już i kojarzył cały świat. Nawet małe dzieci.


W 1969 roku na południu wyspy otworzono pierwsze (i jedyne) na Bali lotnisko.
Tego roku na wyspę przybyło niecałe 30.000 turystów.
3 lata później rząd Indonezji zatwierdził plan rozwoju turystyki na wyspie. Plan, realizowany ze środków Funduszu Rozwoju ONZ i Banku Światowego oznaczał masowy rozwój infrastruktury turystycznej. Machina ruszyła, a wraz z nią -kolejne fale turystów.
O skali tego rozwoju najlepiej świadczy historia małej wioski rybackiej, Kuty, która w 1970 rok liczyła 9000 mieszkańców.
W 1972 roku (3 lata od otwarcia lotniska) do Kuty i jej dwóch hotelików przyjechało w sumie 6095 turystów. Dwa lata później – 18000. W 1980 roku było ich już ponad 60000, a zatrzymywali się w ponad 100 hotelach.
Kuta nie jest tu ewenementem. Boom, który zaczął się w wtedy trwa do dzisiaj, a w cyfry aż ciężko uwierzyć.

W tym roku Bali odwiedzi ponad 3.5 miliona zagranicznych turystów. Wśród nich – ponad 7000 osób z Polski (cztery razy tyle, co 10 lat temu). Jak wielka jest to ilość? Wystarczy porównać te cyfry z turystycznymi potęgami. Dziś na samym tylko Bali (wyspie wielkości województwa mazowieckiego) gości rocznie tyle turystów, co w 2004 przybyło do CAŁYCH wielkich jak Europa Indii. Tyle, co w 1998 roku odwiedziło CAŁY Egipt.

Chociaż tuż obok znajduje się piękny Lombok, chociaż nieopodal kusi Celebes, Flores, zupełnie pusty Belitung, maleńkie Gili i dziesiątki innych wysp – to Bali jest wciąż synonimem raju. To Bali budzi emocje i obiecuje egzotyczne, mistyczne doznania rodem z bestselera i kinowego hiciora „Jedz, módl się i kochaj”.
Bali wciąż jest piękne i interesujące. Ale czy piękniejsze i bardziej interesujące od setek innych wysp? Co jest „prawdziwsze”: wyćwiczony do perfekcji Kecak, czy może zaśmiecona rybacka wioska na Belitungu?



Od wulkanów po plaże. Bali

Lipiec 5th, 2014

Obraz Bali jako wyspy, gdzie życie toczy się głównie na wybrzeżu i jest skoncentrowane na morza jest jak najbardziej mylny. Bali to przede wszystkim niziny zagospodarowane na pola ryżowe oraz wzgórza i wieńczące je wulkany. To właśnie one uznawane są przez Balijczyków za miejsca kumulacji boskiej energii i w tym kierunku spoglądają, żeby bogom się przypodobać. Rozwój wiejskiej kultury górskiej na wyspie jest ewenementem w porównaniu do innych kultur wyspiarskich. Balijczycy morze utożsamiają ze złymi demonami i większość świątyń za zadanie ma ubłaganie ich łaski.

Zalew turystów, który nastąpił w drugiej połowie XX wieku, a bezpośrednią jego przyczyną było wybudowanie lotniska na wyspie pozytywnie wypłynął jednak na relacje mieszkańców wyspy z otaczającymi je wodami. Turyści kochają plaże, a Balijczycy kochają turystów i ich portfele pełne amerykańskich i australijskich dolarów. Żeby jednak choć odrobinę zrozumieć tę wyspę należy wjechać w jej głąb. Dlatego w ostatni weekend mojego pobytu zdecydowałam się spełnić ostatni z moich ambitnych planów – wspięłam się na wulkan Batur.

zdobyte!zdobyte!

zdobyte!

 

Batur nie jest największym ani najbardziej imponującym balijskim wulkanem. To zaszczytne miano należy do Gunung (po indonezyjsku: góra) Agung, aktywnego wulkanu, który mierzy 3142 m n. p. m. i stanowi najwyższy punkt na wyspie. Trekking tam najlepiej zaplanować na 2 dni i zabrać ze sobą sprzęt campingowy. Batur to tylko 1717 m i teoretycznie na „zaliczenie” go wystarczą 3 godziny (godzina podejścia, godzina na obejście krateru i godzina na zejście), ale nam zajęło to cały dzień, bo widoki były tak wspaniałe, że nie chcieliśmy się spieszyć.

bali mapa

Batur wygląda na niepozorną górkę. Z każdej strony otoczony jest rozproszonymi wioskami, polami uprawnymi i lasami. Trekking nie należy do trudnych, w Internecie chwalą, że nawet osoba ze średnią kondycją jest w stanie wejść na szczyt. Każdy napotkany przechodzień, sprzedawca czy kierowca ciężarówki proponuje swoje usługi w charakterze przewodnika na szczyt. Na szczęście nie trzeba z nich korzystać – wtedy wyprawa jest darmowa i… dość skomplikowana. Dróg na szczyt jest wiele i każda tak naprawdę jest podobna. Największym problemem jest znalezienie początku którejś z nich. Słyszeliśmy o dwóch głównych szlakach, ale nie udało nam się ich znaleźć. Wjechaliśmy wreszcie między domy, małą, piaszczystą Ścieszką podjeżdżaliśmy coraz wyżej między plantacje chilli a krowie pastwiska i wreszcie, kiedy nie dało się już skuterem jechać dalej, rozpoczęliśmy trekking. Przez pierwsze pół godziny ścieżka wiodła przez las i nie wiedzieliśmy, czy doprowadzi nas na szczyt. Wreszcie wyszliśmy na wyższe partie góry i nasze tempo znacznie spadło, bo co chwila zatrzymywaliśmy się, aby podziwiać coraz ciekawsze widoki.

widok na jezioro Baturwidok na jezioro Batur

widok na jezioro Batur

 
 

Na szczycie na turystów czeka kilka prostych restauracji w prowizorycznych drewnianych szałasach. Można tam napić się herbaty albo zjeść zupkę w proszku. Kolejnym etapem trasy jest obejście krateru. Można liczyć na ciekawe widoki i sporo adrenaliny, bo ścieżka nie wygląda najbezpieczniej.

Zejście z góry nie jest trudne, ale wymaga dużo uwagi – bardzo zależało nam, żeby zejść w to samo miejsce z którego zaczynaliśmy, bo tam czekał nasz skuter. Mimo nieustannego nakładania nowych warstw kremu z filtrem moja twarz po tym dniu miała lekko różowy kolor. Dorobiłam się też obtarć na stopach, siniaka na prawej ręce w miejscu, gdzie uderzyłam się własnym aparatem i obtarć na lewym boku – koszula nie była wystarczającym zabezpieczeniem przed ostrymi kamieniami, na których wylądowałam po poślizgnięciu się. Ale złapałam bakcyla – coraz poważniej myślę o najwyższym na Bali wulkanie Agung, a może odważę się nawet na 4-dniowy trekking na Rinjani, malowniczy wulkan na Lomboku?

Druga część mojej podróży po dobrach naturalnych Bali to oczywiście plaże. Ogromnym zaskoczeniem wydać się może, że plaże na Bali wcale nie są tak niebiańskie i piękne. Wybierać możemy z właściwie kilku miejsc, z czego zdecydowana większość znajduje się na południu wyspy. Północ to przede wszystkim czarne plaże, którym nie odmawiam uroku, ale lojalnie przyznaję, że spełniają naszych europejskich oczekiwań podsycanych wyfotoszopowanymi zdjęciami z katalogów reklamowych biur podróży.

Z gór zjechaliśmy na wschodnie wybrzeże i zatrzymaliśmy się w Candi Dasa (wśród anglojęzycznych turystów znanego jako Candidas). To dawna wioska rybacka, która sprawnie poradziła sobie z napływem turystów i mocno rozwinęła się w latach 70-tych i 80-tych. Niestety, nagła rozbudowa infrastruktury mocno naruszyły stabilność nabrzeża i ponoć urokliwa przed laty plaża została wzmocniona cementowymi elementami i dziś nie wzbudza większego podziwu. Około 10 km na północ od miasta znajduje się jedna z „ukrytych plaż Bali” – Pantai Putih, czyli po angielsku White Sand Beach.

O co chodzi z ukrytymi plażami? Tak jak pisałam wybrzeże Bali w większości nie nadaje się do plażowania. W niektórych miejscach jednak natura zostawiła ludziom miłe niespodzianki, czyli małe, trudno dostępne, ale przepiękne piaszczyste plaże. Odwiedzanie ich to jedyna opcja na uratowanie swoich wakacji na Bali. Na White Sand Beach jednak byłam tak obrażona na aparat, który uderzył mnie dzień wcześniej i tak pochłonięta skakaniem przez ogromne fale, że nie zrobiłam żadnego zdjęcia. Czego dzisiaj bardzo żałuję i postanowiłam już nigdy nie popełnić tego błędu.

Przed wylotem do Dżakarty wybrałam się na ostatnią jak na razie plażę – Bias Tugel. To urokliwe miejsce ukryte jest za rogiem od największego na Bali portu Padang Bai. Stamtąd odpływają wolne, lokalne promy na Lombok i szybkie łódki na wyspy Gili. Zatoka, w której znajduje się przystań pełna jest mniejszych i większych obiektów pływających zacumowanych przy brzegu i dalej w głąb morza. A już kilkaset metrów dalej… a zresztą – co ja będę opowiadać. Sami zobaczcie.

jedna z "ukrytych" plaż na Bali - Bias Tugeljedna z "ukrytych" plaż na Bali - Bias Tugel

jedna z "ukrytych" plaż na Bali - Bias Tugel

 
 
lokalna infrastruktura oferująca pełen wachlarz usług - napoje, jedzenie, masaż, ubrania i pamiątkilokalna infrastruktura oferująca pełen wachlarz usług - napoje, jedzenie, masaż, ubrania i pamiątki

lokalna infrastruktura oferująca pełen wachlarz usług - napoje, jedzenie, masaż, ubrania i pamiątki

 
plaża usytuowana jest zaraz obok największego portu na Bali - Padang Baiplaża usytuowana jest zaraz obok największego portu na Bali - Padang Bai

plaża usytuowana jest zaraz obok największego portu na Bali - Padang Bai

 

wioska Kintamani i zapierający dech w piersiach widok na wulkan Agungwioska Kintamani i zapierający dech w piersiach widok na wulkan Agung

wioska Kintamani i zapierający dech w piersiach widok na wulkan Agung

widok na jezioro Baturwidok na jezioro Batur

widok na jezioro Batur

taki kontakt z naturątaki kontakt z naturą

taki kontakt z naturą

 
ścieżka na szczytścieżka na szczyt

ścieżka na szczyt

nasz przyjaciel, przewodnik i zwierzak w jednym. warto zwrócić uwagę na ścieżkę biegnącą szczytem krateru i parę wydobywająca się spod zieminasz przyjaciel, przewodnik i zwierzak w jednym. warto zwrócić uwagę na ścieżkę biegnącą szczytem krateru i parę wydobywająca się spod ziemi

nasz przyjaciel, przewodnik i zwierzak w jednym. warto zwrócić uwagę na ścieżkę biegnącą szczytem krateru i parę wydobywająca się spod ziemi

 
trekking nie był trudny, ale nie należał też do najbezpieczniejszychtrekking nie był trudny, ale nie należał też do najbezpieczniejszych

trekking nie był trudny, ale nie należał też do najbezpieczniejszych

 
zdobyte!zdobyte!

zdobyte!

wioski wewnątrz kalderywioski wewnątrz kaldery

wioski wewnątrz kaldery

"ścieżka" prowadząca w dół. przejście jej na pieszo było bolesne, ale wygodniejsze niż w sandałach"ścieżka" prowadząca w dół. przejście jej na pieszo było bolesne, ale wygodniejsze niż w sandałach

"ścieżka" prowadząca w dół. przejście jej na pieszo było bolesne, ale wygodniejsze niż w sandałach

 
jedna z "ukrytych" plaż na Bali - Bias Tugeljedna z "ukrytych" plaż na Bali - Bias Tugel

jedna z "ukrytych" plaż na Bali - Bias Tugel

krabie krabie, pokaż rogikrabie krabie, pokaż rogi

krabie krabie, pokaż rogi

lokalna infrastruktura oferująca pełen wachlarz usług - napoje, jedzenie, masaż, ubrania i pamiątkilokalna infrastruktura oferująca pełen wachlarz usług - napoje, jedzenie, masaż, ubrania i pamiątki

lokalna infrastruktura oferująca pełen wachlarz usług - napoje, jedzenie, masaż, ubrania i pamiątki

 
plaża usytuowana jest zaraz obok największego portu na Bali - Padang Baiplaża usytuowana jest zaraz obok największego portu na Bali - Padang Bai

plaża usytuowana jest zaraz obok największego portu na Bali - Padang Bai

 
widoki z autostrady Padang Bai - Denpasarwidoki z autostrady Padang Bai - Denpasar

widoki z autostrady Padang Bai - Denpasar

 


Bali, wątek religijny. Świątynia i niespodzianka od dobrych duszków

Czerwiec 30th, 2014

Wreszcie przestałam się spieszyć i gnać przed siebie. W czwartek rano nic nie stanęło mi na przeszkodzie, żeby odespać w pół zarwaną noc, którą poświęciłam na futbolowe ekscytacje i zjeść pyszne, przedłużające się w nieskończoność śniadanie. Przy tej okazji chciałabym zwrócić Waszą uwagę na azjatyckich fanów piłki nożnej. Mecze, które ustawione są pod Europę i zaczynają się o 18 czasu polskiego, u nas trwają od 23 do 1, a czasem nawet 2 w nocy. Dodam jeszcze, że Łukasz jest na tyle zakręcony, że nie raz ustawiał budzik na 3, żeby włączyć kolejny mecz fazy grupowej (wygodna 22 czasu europejskiego), a raz czy dwa wytrwał nawet do ostatniego meczu, który emitowany był o 5 rano. Co za poświęcenie!

Poranek spędziłam kręcąc się po Ubud. Można się zapierać rękami i nogami, mówić, że to miejsce to okropna komercja i europeizacja egzotycznych kultur, ale zapach świeżo mielonej kawy łagodzi wszelkie obiekcje. Dlatego też, kiedy już zarówno ja, jak i Timo nie mogliśmy znieść słodkiej muzyki i leniwej atmosfery wylewającej się z każdej mijanej kawiarni, skusiliśmy się wreszcie na kawę i ciastko. Muszę przyznać, że dwa desery w moim życiu wspominam najcieplej. Jeden to domowej roboty lody chałwowe polane słodkim mlekiem skondensowanym i posypane okruszkami prawdziwej chałwy, które jadłam ze dwa lata temu w warszawskiej restauracji Bezgraniczna. Istotnym elementem tego wspomnienia było na pewno to, że mój deser zawierał tyle cukru, że poziom insuliny we krwi nie dawał mi zasnąć do rana. Drugi tak fenomenalny deser jadłam właśnie w Ubud, w jednej z tysiąca przytulnych kafejek. Była to wariacja na temat szarlotki – płatki jabłek zapieczone pod posypką z płatków owsianych, musli, cynamonu i rodzynek, podawane – a jakże – z lodami waniliowymi. Podczas pierwszych kilku kęsów nie mogłam wydobyć z siebie żadnego cywilizowanego odgłosu. Fenomenalne, po prostu fenomenalne!!! Skuszeni wybornymi słodkościami zostaliśmy jeszcze na świeżo wyciskane soki (papaja, limonka i miód!) i koniec końców z krótkiej, porannej kawy wyszliśmy o 15. Tego dnia czekał nas jeszcze kawałek drogi do przejechania, jedna świątynia i jedna absolutna niespodzianka.

Po drodze zatrzymaliśmy się w świątyni Pura Tirta Empul (wstęp dla turystów 15 000 IDR, czyli ok. 4 zł, sarong do wypożyczenia na miejscu za drobny datek). To miejsce znane wszystkim Balijczykom – świątynia została wybudowana w miejscu odkrycia źródeł uważanych przez hinduistów za święte. Swoją funkcję pełni już ponad 1000 lat…! Wierni z całej wyspy przybywają tutaj kilka razy do roku, aby w odpowiednio przygotowanych kamiennych basenach dokonać rytualnej ablucji. Co może wydać się dla nas nietypowe, podczas takiej kąpieli należy być w pełni ubranym. Eksponowanie ciała, szczególnie przez kobiety, nie leży w dobrym guście w miejscach świętych. Wierni często zabierając świętą wodę do domu we wcześniej przygotowanych baniakach. Jest ona później używana podczas ceremonii religijnych. W wielu miejscach w Internecie znalazłam informację, że źródła w świątyni są gorące. Otóż nic bardziej mylnego! Woda w basenach jest lodowata i wiele osób wychodzących z kąpieli porządnie się trzęsło. Myślę, że ten błąd wynika z niefortunnych tłumaczeń z angielskiego.

Po odwiedzinach w świątyni ruszyliśmy dalej na północ. Naszym celem była górska wioska Kintamani, gdzie planowaliśmy spędzić kolejną noc. Droga była ciekawa, zagapiliśmy się na przydrożna stragany i… przegapiliśmy właściwy skręt. Nie chcąc zawracać i nadkładać drogi szybko wypatrzyliśmy na mapie alternatywną trasę. Hop, z drogi głównej skręciliśmy w mniejszą, niemal polną i za pierwszym zakrętem naszym oczom ukazał się niezwykły widok. Wszyscy mieszkańcy wioski czekali przed swoimi domami, odświętnie ubrani, a na końcu ulicy jawiła się idąc w naszym kierunku procesja. Zaparkowaliśmy skuter na poboczu i przez kilka minut, pozdrawiani uśmiechami Balijczyków i Balinezyjek, uczestniczyliśmy w ich święcie. Zafascynowały nas tradycyjne sarongi we wszystkich odcieniach tęczy oraz gracja i sprawność, z jaką balijskie kobiety noszą ogromne dzbany z ofiarami dla bogów na swoich głowach. To jedno z takich niespodziewanych przeżyć, które sprawia, że podróżnikom rosną skrzydła. Można było przecież jechać główną drogą, albo zjawić się w wiosce 10 minut później… Ale widać szczęście sprzyja tym, którzy nie boją się nowych przygód 🙂 A może… czuwały nad nami dobre balijskie duszki?

zachód słońca na trasie Pura Tirta Empul - Kintamanizachód słońca na trasie Pura Tirta Empul - Kintamani

zachód słońca na trasie Pura Tirta Empul - Kintamani

 
wycieczka Hindusówwycieczka Hindusów

wycieczka Hindusów

 
 
świątynia położona jest przy źródłach uznawanych przez Balijczyków za święteświątynia położona jest przy źródłach uznawanych przez Balijczyków za święte

świątynia położona jest przy źródłach uznawanych przez Balijczyków za święte

przed Pura Tirta Empul, podobnie jak przed każdą większą atrakcją turystyczną na Bali, znajduje się spory zadaszony taras, gdzie kierowcy czekają na swoich pasażerów. dziś, wyjątkowo, zamiast lokalnej telewizji, pokazywany jest Mundialprzed Pura Tirta Empul, podobnie jak przed każdą większą atrakcją turystyczną na Bali, znajduje się spory zadaszony taras, gdzie kierowcy czekają na swoich pasażerów. dziś, wyjątkowo, zamiast lokalnej telewizji, pokazywany jest Mundial

przed Pura Tirta Empul, podobnie jak przed każdą większą atrakcją turystyczną na Bali, znajduje się spory zadaszony taras, gdzie kierowcy czekają na swoich pasażerów. dziś, wyjątkowo, zamiast lokalnej telewizji, pokazywany jest Mundial