Posty otagowane jako ‘Ao Nang’

1000 wysp

Grudzień 14th, 2013

W turystycznym Ao Nang czas płynie bardzo wolno i leniwie. Chociaż okolica obfituje w atrakcje, to niemal wszystkie wymagają większego lub mniejszego nakładu finansowego: bilety wstępu, przejazdy. Początkowo zdecydowaliśmy się nie nadwyrężać naszego budżetu i czas spędzaliśmy głównie na miejscowej plaży. W końcu jednak daliśmy się skusić – dwa ostatnie dni spędziliśmy zwiedzając nieco dalsze rejony, nieosiągalne na piechotę ani transportem kołowym.

Rai Leh, czyli wyspa bez wyspy

Naszym pierwszym przystankiem była plaża Rai Leh, którą turyści nazywają bardziej z angielska: Railay. Chociaż okolica ta leży zaledwie kilka kilometrów od Ao Nang, to za sprawą ogromnych skał rozdzielających ją od reszty lądu – osiągalna jest tylko drogą morską. Z Ao Nang raz po raz odpływają łodzie, które za zaledwie 150 bathów/15 zł (przy zakupie biletu w 2 strony: tylko 20 zł!) wożą turystów w te i nazad.

Miejsce wszędzie opisywane jest jako największa atrakcja okolicy i… coś w tym chyba jest. W ciągu kilku minut z kurortu a’la Władysławowo można przenieść się w spokojną, cichą (izolacja sprawia, że nie ma tu dróg ani samochodów) i piękną okolicę. Wielkie wapienne skały wytyczają granice kilku plaż, a dodatkowo stają się wyzwaniem dla fanów wspinaczki.

Skoro tak tu cudownie, to czemu nie zatrzymaliśmy się tam od początku? Ot – Railay jest sporo droższe niż dużo większe i bardziej zatłoczone Ao Nang. Za ciszę i spokój się płaci… podobnie jak za dostęp do słodkiej wody (do odizolowanego półwyspu nie dochodzi przecież żaden rurociąg) czy innych dóbr, które na Railay trafiają w łodziach. Głupi naleśnik z ulicznej budki kosztuje nie 4, a 8 złotych…
Zaraz obok, kilka minut od Railay leży kolejna piękna plaża – Phra Nang. Tak jak plażę Railay ograniczają wapienne skały, tak ta jest jeszcze ciekawsza: u jej końca znajduje się ogromna jaskinia. Po wejściu do środka i kilku chwilach spaceru po głazach można zanurzyć się w morzu po drugiej stronie półwyspu. Szkoda tylko, że malutka plaża jest tak strasznie zatłoczona…

Koh Poda, Koh Tub i Chicken Island, czyli wyspy trzy i pół

Wczoraj, idąc za ciosem, postanowiliśmy zapuścić się jeszcze dalej. Za 45 zł od osoby wykupiliśmy półdniową wycieczkę na 4 okoliczne wyspy. Nie mieliśmy zbyt wysokich oczekiwań – czego można się spodziewać po atrakcji za taką cenę? Okazało się, że można spodziewać się bardzo wiele: i pięknych plaż, i dużo czasu na miejscu, i wody, i nurkowania, i obiadu, i owoców w cenie!

Program wycieczki obejmował wizyty na wyspach Poda, Tub, Chicken i… na plaży Phra Nang, gdzie byliśmy dzień wcześniej, więc wiedzieliśmy, że to żadna wyspa, a niedostępny półwysep. Co tu dużo mówić – pomimo tego, że na dobrą sprawę wszystkie te wyspy wyglądają podobnie (plaża, słońce, ocean) to wycieczka była rewelacyjna. Widoki, plaże – bajeczne. Nurkowanie (snorkeling) na rafie – niesamowity. Dopiero tam, na tych malutkich wyspach stwierdziliśmy, że tutejsze plaże jednak mogą konkurować z tymi z Seszeli.

PS: Google poinformował mnie, że automatycznie ulepszył jedno ze zdjęć, które wrzuciliśmy do internetu. Rezultat nas powalił…

DSC05828-SNOW



Plażowanie i ruiny

Grudzień 11th, 2013

Dziś nadajemy do Państwa z okolic miasta Krabi na południu Tajlandii. Po ponad dwóch tygodniach spędzonych na zwiedzaniu ruin w dżungli w Kambodży postanowiliśmy zafundować sobie trochę odpoczynku. Atmosfery relaksu w tym rejonie świata szukać właśnie tu. Wąski pasek lądu między wybrzeżem Morza Andamańskiego na zachodzie i Zatoką Tajlandzką na wschodzie sprawia wrażenie, jakby wody i plaż było tu więcej niż stabilnego gruntu. Obrazu dopełniają setki małych wysepek wyłaniających się z wód morskich w przeróżnych kształtach i pod dziwnymi kątami.

Zaraz po przylocie na popularne lotnisko w Krabi udaliśmy się do miejscowości nazywającej się tak, jak pobliska plaża – Ao Nang. Lokalizacja ta jest świetna jako punktu wypadowy na jednodniowe wycieczki do okolicznych urokliwych wysepek (najbardziej znana to oczywiście Phi Phi oraz na przykład Hong Island, Chicken Island). Na każdym kroku natknąć się można na stoliki pełniące funkcję mini biur podróży, gdzie można wykupić kursy popularnym „long boat”, czyli tradycyjnymi kutrami rybackimi przystosowanymi do przewodu turystów.

No właśnie – ci turyści… To doprawdy nasza zmora. Liczba ludności na świecie ciągle wzrasta, społeczeństwa się bogacą, na świecie (a przynajmniej w niektórych jego rejonach) staje się coraz bezpieczniej, linie lotnicze dostosowują ceny swoich usług do popytu, a podróżowanie po dalekich regionach nie jest już tak trudne jak kiedyś dzięki dostępności wszelakich informacji w Internecie. Szczerze wierzymy, że w syberyjskiej tajdze lub w spalonym słońcem Burkina Faso można odnaleźć ciszę i ślady zwierząt nie zadeptane jeszcze przez tłumy obcych przybyszów. Aż tak wytrawnymi globtroterami jeszcze nie jesteśmy i na razie chcielibyśmy zobaczyć bardziej „oswojone”, lecz nie mniej ciekawe rejony. Niestety, to, co zazwyczaj udaje nam się ostatnio zobaczyć to nieprzebrana masa pełna rosyjskich, chińskich, amerykańskich, szwedzkich i polskich twarzy. Podobnie jest tu. Ao Nang to miasteczko – chciałoby się powiedzieć – kurortowe, niestety, z kurortem niewiele ma wspólnego. To nie Jurata, to Mielno, a w najlepszym razie Władysławowo.

Siedzimy sobie więc tu, w naszym nowym domku. Pierwszy, który zarezerwowaliśmy przez Internet przed przylotem tu nazywał się Full Moon Resort i – jak się na miejscu okazało – znajdował się ponad 2 km od plaży przy głównej, turystycznej drodze. Był jedyną opcją odpowiadającą naszemu budżetowi, którą udało nam się znaleźć on-line. Kosztował 500 bathów, czyli 50 zł. Był jednak daleko od plaży i średnio nam się podobał. Wyruszyliśmy więc na spacer po centrum, aby poszukać czegoś innego. Okazało się, że lokalne Guesthouse’y i Hostele nie oferują nic poniżej dwukrotności naszej pierwotnej ceny. Dlaczego? Bo skoro turystów jest na pęczki i każdy przyjeżdża na swój wymarzony dwutygodniowy urlop to na pewno nie planuje trzymać się mocno za portfel, a raczej bez krępacji wydawać na prawo i na lewo spore sumy w zamian za królewski serwis. Niestety, to jedna z najprzykrzejszych konsekwencji wzrostu ruchu turystycznego. Dla zarabiającego o wiele więcej od nas, Polaków, Norwega różnica czy zapłaci za piwo na plaży 2 czy 10 zł jest naprawdę żadna. Dlatego też wietrzący oczywisty interes lokalni biznesmeni windują ceny na wszystkim – noclegach, jedzeniu, taksówkach, drobnych usługach. Efekt jest taki, że obsługa recepcji w odpowiedzi na nasze pytanie o dostępne pokoje oferuje nam wypasiony pokój z klimatyzacją nie wspominając nawet, że mają też trochę gorszy w standardzie pokój z wiatrakiem za połowę ceny. A za kilka lat pewnie z dolarów zostawionych przez turystów te pokoje też wyremontują i wyjdzie na to, że w kraju, gdzie obiad na ulicy kosztuje 4 zł nie będzie można dostać pokoju za mniej niż 100.

Jak skończyła się nasza historia? Wchodziliśmy w kolejne uliczki odchodzące od głównej ulicy i wreszcie dotarliśmy do Hillock Bungalows usytuowanych niecałe 400 metrów od plaży. Mamy swój własny domek, który ma pewnie ze 40 metrów kwadratowych i – można rzec – dwie łazienki za 500 bathów, ale tylko dlatego, że musieliśmy zdecydować się na wersję z klimatyzacją. Po prostu wszystkie pokoje z wiatrakami (400 bathów) były już zajęte. Standard jest na pewno gorszy, niż w sąsiedzkim Vogue Resort, ale jest czysto i na pewno żaden mazurski właściciel agroturystyki nie powstydziłby się takich pokoi.

Od jutra zaczynamy jednodniowe wycieczki na pobliskie wysepki, a dopóki nie mamy setek nowych, zachwycających zdjęć pozwólcie, że opowiemy Wam jeszcze trochę o naszych ostatnich dniach w Kambodży.

Ostatki Angkor WatOstatki Angkor Wat

Ostatki Angkor Wat

 
Beng Mealea - ruiny światyni z XII wieku.Beng Mealea - ruiny światyni z XII wieku.

Beng Mealea - ruiny światyni z XII wieku.

To najciekawsze chyba miejsce w okolicach Angkoru: jedyne, w którym nie stara się zrekonstruować budowli, przez co pozostaje trudno dostępnea dla turystów.To najciekawsze chyba miejsce w okolicach Angkoru: jedyne, w którym nie stara się zrekonstruować budowli, przez co pozostaje trudno dostępnea dla turystów.

To najciekawsze chyba miejsce w okolicach Angkoru: jedyne, w którym nie stara się zrekonstruować budowli, przez co pozostaje trudno dostępnea dla turystów.

 
Zwiedzanie kupy kamiennych bloków nie jest łatwe, ale tylko tu czuć atmosferę zrujnowanych budowli.Zwiedzanie kupy kamiennych bloków nie jest łatwe, ale tylko tu czuć atmosferę zrujnowanych budowli.

Zwiedzanie kupy kamiennych bloków nie jest łatwe, ale tylko tu czuć atmosferę zrujnowanych budowli.

 
 
 
 
 
 
 
Szczeniaczki - strażnicy Kbal SpeanSzczeniaczki - strażnicy Kbal Spean

Szczeniaczki - strażnicy Kbal Spean

 
Radość ze wspinaczki.Radość ze wspinaczki.

Radość ze wspinaczki.

 
Kbal Spean - rzeźbione dno rzeki z XII wieku odkryte w 1969 roku.Kbal Spean - rzeźbione dno rzeki z XII wieku odkryte w 1969 roku.

Kbal Spean - rzeźbione dno rzeki z XII wieku odkryte w 1969 roku.

 
 
 
 
 
Plaskorzeźby w Banteay Srei.Plaskorzeźby w Banteay Srei.

Plaskorzeźby w Banteay Srei.

Wybudowane w 967 roku miniaturowe budyneczki pokryte sa misternymi plaskorzeźbami.Wybudowane w 967 roku miniaturowe budyneczki pokryte sa misternymi plaskorzeźbami.

Wybudowane w 967 roku miniaturowe budyneczki pokryte sa misternymi plaskorzeźbami.

 
Kala, mityczna istota symbolizujaca Siwę. Chociaż bardziej przypomina jeża.Kala, mityczna istota symbolizujaca Siwę. Chociaż bardziej przypomina jeża.

Kala, mityczna istota symbolizujaca Siwę. Chociaż bardziej przypomina jeża.

 
 
 
 
Ekipa z dżipa, czyli polsko-amerykańsko-szwedzko-szkocko-grecko-brazylijskie towarzystwo, które zebraliśmy coby zwiedzić odległe światynie taniej.Ekipa z dżipa, czyli polsko-amerykańsko-szwedzko-szkocko-grecko-brazylijskie towarzystwo, które zebraliśmy coby zwiedzić odległe światynie taniej.

Ekipa z dżipa, czyli polsko-amerykańsko-szwedzko-szkocko-grecko-brazylijskie towarzystwo, które zebraliśmy coby zwiedzić odległe światynie taniej.