Pozdrowienia z Hiszpanii!

Sierpień 17th, 2015

Od naszej wielkiej azjatyckiej przygody minął już rok. W tym czasie nasze głowy zaprzątał głównie powrót do warszawskiego stylu życia, sposoby radzenia sobie z przeraźliwym mrozem +4 stopnie Celsjusza i obmyślanie strategii zdobycia władzy nad światem. W wolnych chwilach pracowaliśmy, a zarobione pieniądze lokowaliśmy w funduszu wsparcia wszystkim znanego baru na rogu Chmielnej i Jana Pawła. Na szczęście pomimo tej odpowiedzialnej roli, którą zdecydowaliśmy się wziąć na swoje barki, udało nam się odłożyć kilka milionów indonezyjskich rupii i 10 sierpnia pojechałam na Moje Wielkie Wakacje.

Kocio Tours poleca: Muzułmańska Europa i pierwsze kroki na Czarnym Lądzie

Organizując tę wycieczkę pomyślałam sobie, że gdybym pracowała w jednym z dużych biur podróży i była odpowiedzialna za wymyślanie tych wszystkich marketingowych bzdur, to właśnie tak nazwałabym moją wyprawę. Brzmi frapująco i niebezpiecznie, a chyba właśnie tego szukają wszyscy wczasowicze wybierający się na wakacje z biurem podróży?

Po kilkutygodniowych pertraktacjach z samą sobą, wielokrotnym sprawdzeniu cen biletów i przeanalizowaniu kilku innych czynników zdecydowałam się na południową Hiszpanią, czyli Andaluzję oraz Maroko. Nie powiem, żeby była to jakoś dogłębnie przemyślana decyzja, ponieważ czynnik emocjonalny i wrodzona spontaniczność zrobiły swoje. Było jednak kilka aspektów, które brałam pod uwagę.

Po pierwsze szukałam miejsca ciekawego i interesującego, co akurat nie było dużym wyzwaniem. Zależało mi też na dobrym stosunku ceny przelotu i kosztów utrzymania na miejscu oraz otwartości lokalnych mieszkańców i innych podróżników na nowe znajomości. Miało to duże znaczenie o tyle, że wiedziałam że jadę sama. Nie chciałam więc zanudzić się na śmierć, bo miesiąc sama ze sobą to trochę za długo dla takiej gaduły jak ja. Ale co też idzie za samotnym wyjazdem – brałam pod uwagę bezpieczeństwo w regionie. Wiem, że pod tym względem być może Maroko nie jest najlepszym z możliwych wyborów, ale nauczyłam się już, że odpowiednia dawka ostrożności i zdrowego rozsądku może uratować każdego podróżnika przed wieloma hipotetycznymi nieprzyjemnościami. Nie bez znaczenia pozostał też fakt, że Hiszpania jest moim odwiecznym niezrealizowanym marzeniem (kiedyś tam zamieszkam, zobaczycie!), a Maroko przyciągało naszą uwagę od dłuższego czasu – przed naszą pierwszą wyprawą do Iranu w 2010 roku do ostatniego momentu było naszą alternatywą na opcję nie otrzymania wiz na Bliski Wschód.

I oto jestem! Moje dwa tygodni w Andaluzji i trzy w Maroko rozpoczęły się wspaniale. Późnym wieczorem w poniedziałek wylądowałam w Maladze. Powitał mnie przyjemny upał i moja pierwsza Couchsurfingowa gospodyni – Olga. Olga pochodzi z Mińska, jest Białorusinką i po wielu doświadczeniach podróżniczych zdecydowała, że to właśnie Malaga będzie jej miejscem na Ziemi. Ostatecznie sprowadziła się tutaj zaledwie 3 miesiące temu, ale tyle czasu wystarczyło jej, żeby doskonale się tu zaklimatyzować. Ma mnóstwo znajomych, wszystkie knajpy i knajpeczki w centrum zna jak własną kieszeń i udało jej się już nawet poznać i przywłaszczyć sobie przystojnego Hiszpana.

Malaga – Tourist Guide dla leniwych
Malaga to miasto portowe, co dla niezorientowanych oznacza że leży na wybrzeżu. Możemy więc spodziewać się tu plaży. Radziłabym jednak pohamować swoją wyobraźnię, ponieważ plaża miejska (jak zawsze) nie zachwyca. Owszem, jest gdzie się wykąpać i wystawić boczki na słońce, ale żwirowaty piasek i czyhające za plecami wielkie miasto nie zachęcają do wielogodzinnego plażowania. Warto raczej poszwędać się po wąskich uliczkach w centrum miasta, odwiedzić kilka tapas barów, a na końcu kupić tinto de verano w plastikowej butelce, jednorazowe kubeczki i worek lodu i zakończyć pierwszy dzień wakacji nocną posiadówą na plaży i kąpielą w morzu po ciemku. Substytut hiszpańskich wakacji w polskich warunkach można stworzyć rozkładając dmuchany basen na balkonie i przygotowując „wakacyjne wino” w domu – do marnej klasy czerwonego, wytrawnego wina dorzucamy sporo lodu, po plasterku cytryny i pomarańczy i dopełniamy Spritem albo Fantą. Ten specyfik piją tu wszyscy i nazywają go rozkosznie „sangrią dla ubogich”.

Pierwszą informacją, jaką tylko uraczyła mnie Olga po przybyciu była zapowiedź najlepszej imprezy w roku – ferii! Feria to ponad tygodniowy (weekend + 5 dni roboczych + weekend) festiwal rozlewający się na całe miasto i przyciągający tłumy turystów głównie w innych hiszpańskich miast, ale również z zagranicy. Swój początek miała w 1491 roku, kiedy mieszkańcy świętowali 4 rocznicę przejęcia miasta przez chrześcijan (18 sierpnia 1487). Początkowo obchody miały łączony charakter – obowiązkowym elementem była procesja i msza święta, lecz dziś pozostał już tylko hedonistyczny aspekt zabawy, tańca i pijaństwa.

Feria zaczyna się w piątek o północy pokazem fajerwerków, a wszystkie atrakcje usytuowane są w dwóch lokalizacjach. W historycznym centrum miasta odbywa się „feria de dia”, czyli dzienna odsłona szaleństwa kolorów, muzyki na ulicach i Cartojal (słodkie, młode, białe wino będące jedną z największych atrakcji ferii. Sprzedawane jest w butelkach dwóch różnych wielkości i różowymi jednorazowymi kieliszkami o pojemności ok. 100ml). Wieczorem („feria de la noche”) większość biesiadników przenosi się do specjalnie zbudowanego na ten wyjątkowy tydzień miasteczka na przedmieściach. Tam różne restauracje, bary i kluby budują swoje tymczasowe lokale, gdzie można zjeść, potańczyć i obejrzeć występu przewidzianych artystów. Teren jest ogromny i bardzo zróżnicowany – do niektórych „boksów” nie zostaliśmy wpuszczeni ze względu na niewystarczająco elegancki wygląd, gdzie indziej piliśmy duże piwo po 1 €, a w jeszcze innym miejscu oglądaliśmy występy przedszkolaków w oryginalnych strojach do flamenco. Nie muszę chyba więc tłumaczyć, jak bardzo jestem rozczarowana sobą, że tego dnia zapomniałam aparatu…

Plan mojego wyjazdu z założenia miał być elastyczny, ale nie spodziewałam że dam się zbałamucić już 10 minut po przyjeździe. Bez wątpliwości zmodyfikowałam plany tak, żeby wylądować w Maladze z powrotem na weekend i na własnej skórze doświadczyć szaleństwa Ferii. W międzyczasie udało mi się odwiedzić Granadę i owianą ogromną sławą twierdzę Alhambra. Na szczęście tym razem nie zapomniałam aparatu, więc kolejna notka będzie bogatsza w relację wizualną 😉

Couchsurfingowe śniadankoCouchsurfingowe śniadanko

Couchsurfingowe śniadanko

będa grane naleśniki z owocamibęda grane naleśniki z owocami

będa grane naleśniki z owocami

 
stoisko z folklorem ;)stoisko z folklorem 😉

stoisko z folklorem 😉

ulice Malagi przystrojone na ferieulice Malagi przystrojone na ferie

ulice Malagi przystrojone na ferie

 
włoski lunch w hiszpańskim wydaniuwłoski lunch w hiszpańskim wydaniu

włoski lunch w hiszpańskim wydaniu

 
tańcem ferii jest sevillana, czyli uproszczona i usystematyzowana wersja flamencotańcem ferii jest sevillana, czyli uproszczona i usystematyzowana wersja flamenco

tańcem ferii jest sevillana, czyli uproszczona i usystematyzowana wersja flamenco

 
najlepsza ekipa na świecie - od lewej machaja Miguel, Marina, Olga i Gucionajlepsza ekipa na świecie - od lewej machaja Miguel, Marina, Olga i Gucio

najlepsza ekipa na świecie - od lewej machaja Miguel, Marina, Olga i Gucio

 
 
 
 
kolega w czarnej koszulce zapewniał, że jest bardzo znany i jeśli wrzucę jego zdjęcie na bloga to zapewni mi to splendor po wszeczasykolega w czarnej koszulce zapewniał, że jest bardzo znany i jeśli wrzucę jego zdjęcie na bloga to zapewni mi to splendor po wszeczasy

kolega w czarnej koszulce zapewniał, że jest bardzo znany i jeśli wrzucę jego zdjęcie na bloga to zapewni mi to splendor po wszeczasy

 
 


Lee Kuan Yew – ojciec Miasta Lwa

Marzec 21st, 2015

Rok 2015 to dla Singapuru jedno wielkie święto. Wszechobecnym hasztagiem #SG50 oznacza się kolejne elementy obchodów 50 rocznicy niepodległości.
Zaczęło się już w styczniu. Każde urodzone w 2015 roku dziecko otrzymuje od państwa specjalną okolicznościową wyprawkę zawierającą książeczki, album, pieluszki, husty oraz… medal.
20960986
Chociaż najważniejsze obchody przypadną na 7. sierpnia (okrągłą rocznicę deklaracji Niepodległości), to praktycznie codziennie dzieje się coś z rocznicą związanego.
Koncerty, targi, największa sportowa impreza w regionie czyli Igrzyska Południowo-Wschodniej Azji, dziesiątki wydarzeń plenerowych, ale i mnóstwo okazji do świętowania na codzień.



human-sg50-logo
SG50-Slogans
hankook-tyres-sg50-promotion
Chinese-Fine-Dining-SG50-Soup-Promotion
Perfekcyjnie zaplanowane święto nie będzie jednak tak udane, jak można by się było spodziewać z jednego, prostego powodu. Ojciec założyciel Singapuru, żywa legenda, premier Lee Kuan Yew od kilku miesięcy leży w szpitalu, a jego stan pogarsza się każdego dnia.

singapore-economy-book_-03_37360021
Premier Lee urodził się w 1923 roku w szanowanej i wykształconej rodzinie należącej do etnicznej grupy Hakka (czasem nazywanej „Żydami Azji”). Jego dziad i ojciec pracowali w brytyjskich urzędach. Zdając sobie sprawy z wagi edukacji rodzina zadbała o jak najlepsze wykształcenie syna. Gdy w 1942 roku do Singapuru wkroczyli Japończycy Lee był już jednym z najlepszych studentów, płynnie mówiącym po mandaryńsku, angielsku i malajsku. Tylko dzięki temu uniknął masakry Chook Sing (Japończycy przejmując miasto „oczyścili” je z Chińczyków mordując od 50.000 do 100.000 osób).

Pomnik cywilnych ofiar japońskiej okupacji.Pomnik cywilnych ofiar japońskiej okupacji.

Pomnik cywilnych ofiar japońskiej okupacji.

 

Podczas okupacji szybko nauczył się japońskiego dzięki czemu dostał posadę w Hobudu – biurze propagandy okupantów. Pracował jako tłumacz nad przechwyconymi angielskimi komunikatami. To, co przyjmując polskie standardy nazwalibyśmy kolaboracją, pozwoliło mu przetrwać wojnę. Zaraz po niej wyjechał do Anglii gdzie ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Cambridge (z małym epizodem na London School of Economics – pozdrowienia dla Kuby K.).
To w Anglii zainteresował się polityką. Gdy po kilku latach, w 1949, wrócił do Singapuru myślał już nie tylko o prakytyce prawniczej, ale i przyszłej partii.
6 lata później, w 1954 wraz z kilkoma kolegami założył Partię Akcji Ludowej. Lawirowanie między burżuazyjnymi władzami kolonialnymi, a zdobywającym coraz większe poparcie komunizmem zapewniło partii ogromną popularność. W wyborach w 1959 roku partia zdobyła 87% głosów i… do dziś rządzi w Mieście Lwa.

Lee Kuan Yew rządził partią i miastem w najtrudniejszych i najważniejszych dla miasta momentach. Premierem był przez 31 lat, od 1959 do 1990 roku. To on wywalczył od Anglików autonomię, to on zgodził się, by Singapur stał się częścią Malezji, oraz by kilka lat później z Malezji wystąpił i ogłosił niepodległość. W wywiadach podkreśla, że w swoim życiu śpiewał 4 różne hymny państwowe: brytyjski, japoński, malezyjski i singapurski.
To głównie jego decyzje sprawiły, że PKB na mieszkańca wzrosło z 400 dolarów w latach 50 do 50.000 dolarów, a państwo zamieszkuje dziś trzy razy tyle mieszkańców co jeszcze 50 lat temu.

Widok z Elgin Bridge na Boat Quay i centrum.Widok z Elgin Bridge na Boat Quay i centrum.

Widok z Elgin Bridge na Boat Quay i centrum.

 

Droga wybrana przez premiera, przeplata ze sobą elementy kilku różnych systemów politycznych. Był w niej wolny rynek, ale i państwowe budownictwo mieszkaniowe. Była wolnośc otwierania firm i handlu, ale nie było wolności wypowiedzi. Był zakaz żucia gumy – jest cenzura internetu i drakońskie kary za najmniejsze nawet złamanie prawa.

Wisienka na torcie: "Branie udziału w zamieszkach nie prowadzi do niczego poza CHŁOSTĄ i więzieniem."Wisienka na torcie: "Branie udziału w zamieszkach nie prowadzi do niczego poza CHŁOSTĄ i więzieniem."

Wisienka na torcie: "Branie udziału w zamieszkach nie prowadzi do niczego poza CHŁOSTĄ i więzieniem."

 

Dziś premierem Singapuru jest syn Lee Kuan Yew, Lee Hsien Loong. Charyzmatyczny i błyskotliwy jest bez dwóch zdań najpopularniejszym współczesnym politykiem Singapuru. Czy jednak może równać się ze swoim ojcem?
Prowincjonalne miasteczko sprzed stu lat wciąż się rozwija będąc najstabilniejszym i najbogatszym państwem regionu. A każdy serwis informacyjny zaczyna się od wiadomości o stanie zdrowia ojca założyciela i migawek sprzed szpitala, gdzie tysiące ludzi modli się o jego zdrowie.

Post użytkownika Lee Hsien Loong.


Uzupełnienie: Lee Kuan Yew zmarł w nocy 23 marca, dwa dni po opublikowaniu tego posta.

Post użytkownika Lee Hsien Loong.



Puncak, czyli gdzie Dżakarta wyjeżdża na weekend

Wrzesień 9th, 2014

Puncak (czyt. Punciak), czyli po indonezyjsku „szczyt”, to nazwa okolicy będącej ulubionym miejscem weekendowych wypadów mieszkańców Dżakarty. Niecałe 60 kilometrów na południe od centrum stolicy wznoszą się stożki ogromnych wulkanów Gede (2958 mnpm) i Pangrango (3019mnpm) oraz kilka mniejszych wzniesień – dawnych kraterów. Puncak, wbrew swojej nazwie, nie jest szczytem, a leżącą nieopodal wulkanów, znajdującą się na wysokości ok. 600 metrów przełęczą.

Im wyżej tym temperatura niższa i przyjemniejsza, a powietrze mniej zanieczyszczone. Nic dziwnego, że w okolicy rozwinęła się ogromna infrastruktura turystyczna będąca w stanie „ugościć” dziesiątki tysięcy weekendowych gości.
Nic tylko korzystać!

Niestety – 60 kilometrów od Dżakarty to „blisko” tylko na pozór.
Legendy o problemach z dojazdem do Puncaku słyszeliśmy wiele razy. Prowadzi tam tylko jedna droga, która nawet na codzień stanowi indonezyjską wersję Zakopanki. Wielogodzinne stanie w korkach i brak sensownego połączenia autobusowego pomiędzy Bogor a Puncakiem skutecznie nas odstraszały, dlatego nigdy nie próbowaliśmy wybrać się tam na własną rękę.
W końcu jednak nadarzyła się okazja: Dżakarcka społeczność CouchSurfingowa zorganizowała grupowy wyjazd. W dużej grupie mogliśmy mocno zminimalizować koszty.
Plan był prosty: jednodniowy wyjazd z uwagi na długość przejazdów nie wchodzi w grę, a że noclegi hotelowe na miejscu są bardzo drogie (zwłaszcza w weekend) musimy zebrać jak najwięcej chętnych i wspólnie wynająć dużą willę. Udało się – w trzydziestoosobowej grupie koszt noclegu wyniósł zaledwie 12 zł od osoby (w hotelu byłoby to 10 razy tyle). Dojazd, chociaż tani, łatwy nie był.

Droga z Bogor do Puncak.

Droga z Bogor do Puncak.

 

Z Kelapa Gading na stację kolejową dotarłem w nieco ponad godzinę (taksówką: 17 zł).
50 kilometrów z Dżakarty do Bogor pociąg pokonał w kolejne dwie godziny (2 zł).
Później już z górki: podzieliliśmy się na grupy i wynajęliśmy angkoty, które z Bogor dowiozły nas do Puncaku. Dystans jakichś 20 kilometrów zajął nam kolejne półtorej godziny (2 zł)…
Podsumowując: z domu wyszedłem o 9:00, na miejsce dojechaliśmy grubo po 15:00.

W niedzielny poranek ponownie podzieliliśmy się w podgrupy i angkotami ruszyliśmy w góry (kolejne 45 minut..). Pierwotny plan zakładał atrakcję w postaci lotu na paralotni, ale bezwietrzna pogoda sprawiła, że musieliśmy obejść się smakiem. Po kilku godzinach oczekiwania wybraliśmy się więc na spacer (hucznie nazywany trekkingiem) po okolicznych plantacjach herbaty.

Okolica faktycznie jest przeurocza. Herbata rośnie gdzie okiem sięgnąć, a wijąca się między plantacjami ścieżka co rusz wnika wgłąb dżungli, by po chwili znów wyprowadzić wędrowca między herbaciane krzewy.

Nasza kolumna szybko się rozproszyła, więc z tym większą przyjemnością można było spacerować przez kilkanaście minut nie widząc żywej duszy. Piękne widoki, cisza, zieleń, spokój, temperatura dużo niższa niż w Dżakarcie – warto było się przemęczyć te kilka godzin, żeby tu dotrzeć. I kolejne siedem, by wrócić do Dżakarty…

Droga z Bogor do Puncak.Droga z Bogor do Puncak.

Droga z Bogor do Puncak.

Wieczorna odprawa w willi.Wieczorna odprawa w willi.

Wieczorna odprawa w willi.

 
Pięknej urody reklama Gerindry, czyli Ruchu Partii Wielkiej Indonezji (czyli partii Prabowo, który brał udział w tegorocznych wyborach prezydenckich i przegrał z Jokowim)Pięknej urody reklama Gerindry, czyli Ruchu Partii Wielkiej Indonezji (czyli partii Prabowo, który brał udział w tegorocznych wyborach prezydenckich i przegrał z Jokowim)

Pięknej urody reklama Gerindry, czyli Ruchu Partii Wielkiej Indonezji (czyli partii Prabowo, który brał udział w tegorocznych wyborach prezydenckich i przegrał z Jokowim)

Gunung Pangrango, szczyt wyższy niż Rysy czy Gerlach.Gunung Pangrango, szczyt wyższy niż Rysy czy Gerlach.

Gunung Pangrango, szczyt wyższy niż Rysy czy Gerlach.

 
 
 
Droga powrotna z Puncaku.Droga powrotna z Puncaku.

Droga powrotna z Puncaku.

 


400 słów… i przepisów na zupki błyskawiczne

Wrzesień 2nd, 2014

Jakie jest narodowe danie Indonezji? Złośliwi mówią, że sambal, czyli ostry sos chili. Ja nie chcę być złośliwa, ale powiedziałabym, że raczej będą to… zupki w proszku. Popularność zupek ekspresowych (zwanych u nas również „chińskimi”) w Azji nie powinna dziwić. Je się je na potęgę w całym regionie i spotykaliśmy się z nimi w każdym kraju odwiedzanym po drodze.
W Indonezji ich popularność wchodzi jednak na zupełnie inny poziom. Dość powiedzieć, że gdy w Polsce najpopularniejsza firma (Vifon) sprzedaje 100 milionów opakowań zupek rocznie, to w Indonezji w tym samym czasie produkuje się ich 15… miliardów!
Największy ich producent, firma Indomie (mie to w bahasa „kluski”) jest dumą Indonezyjczyków: wielokrotnie słyszeliśmy opowieści o tym, że zupki eksportuje się do Australii i Ameryki, a koncern je produkujący ma fabryki nawet w krajach Afrykańskich! Nigeria, Ghana, Kenia – wszędzie tam Indomie otwiera fabryki, a nazwa firmy jest znana każdemu.

3922841552_6207db2f5e
970118_605040289520202_1036914852_n
Pierwszego dnia w swojej pracy Łukasz dowiedział się, że firma zapewnia dowolne ilości kawy, herbaty i… indomie. Te ostatnie można zrobić sobie samemu, albo poprosić o to Office Boya.
Zadziwiająca popularność zupek wiąże się z niesamowitą kreatywnością, z jaką panie domu podchodzą do tego wdzięcznego w interpretacji dania. Oczywiście zalane chochlą wrzątku noodle można zjeść w każdym (dosłownie: każdym) sklepiku przy ulicy i nie są one niczym nadzwyczajnie smacznym, ani pożywnym. Przez te kilka miesięcy zdarzyło mi się jednak jeść kilka wariacji noodlowych, które były nie tylko zaskakująco smaczne, ale i całkiem sycące. Nie pamiętam wszystkich, ale oto kilka pomysłowych patentów, które utkwiły w mojej głowie.
1) Podając gotową zupkę instant gościom gospodynie często silą się na odrobinę inwencji, aby swojej potrawie dodać trochę wykwintności. Wystarczy dorzucić trochę zieleniny (pasuje wszystko, od pietruszki i szczypiorku aż do kangkung, czyli niepopularnego w Polsce szpinaku wodnego), a na stół postawić świeże limonki, kecap manis (słodki sos sojowy) i ostry sambal, a każdy sam doprawi sobie danie do smaku
2) Kolejnym stopniem wtajemniczenia jest dodawanie do noodli jajka. Wersji jest kilka – można na odcedzone i wymieszane z przyprawami kluski położyć jajko sadzone, można do zupy wrzucić jajko ugotowane na twardo i z satysfakcją patrzeć, jak klient męczy się atakując je plastikową łyżką albo – hit! – wbić jajko wprost do zupy i podgotować aż zetnie się jak jajko po benedyktyńsku. Zaskakujące, ale jakie pyszne!
3) Innym, równie ciekawym dodatkiem do zupki chińskiej jest w Indonezji ketupat, czyli ryżowa kulka ściśle zawinięta w liście i ugotowana. Rozwija się naturalne opakowanie i zbity ryż łyżką wkraja do rosołu z proszku.
4) Klasyka kuchni indonezyjskiej to mie goreng – noodle instant zasmażane ze słuszną ilością słodkiego sosu sojowego, jajkiem i ewentualnie jakimiś warzywami. Zawsze podawane z chrupkami krewetkowymi.
5) Noodle instant można zamówić jako dodatkowy składnik do bakso – wątpliwej jakości klopsików, zazwyczaj z kurczaka, podawanych w bulionie mięsnym. Uzupełnione o makaron będą bardziej sycące i chociaż odrobinę smaczniejsze.
6) Jadłam też pierożki smażone na głębokim tłuszczu nadziewane ugotowanymi noodlami. Smakowało podobnie wytrawnie, jak brzmi.
7) Makaron ze skromnym dodatkiem warzyw można zalać na patelni jajkami i usmażyć w formie omleta, żeby potem podać go z ryżem jako pełnowartościowy obiad.
8) A jeżeli komuś nie chce się bawić w omlety, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wyłowione z zupy kluski podać wprost na ryżu. Takie połączenie to baza do popularnego dania nasi kuming.

Fanami zupek ekspresowych mimo wszystko nie zostaniemy. W odróżnieniu od tego londyńczyka – rapera rodem z Nigerii: