Szanghaj, Szanghaj, Szanghaj « Pod Zwrotnikami


Szanghaj, Szanghaj, Szanghaj

To już nasz trzeci dzień w Szanghaju . Z tej okazji pospaliśmy do 13-tej, o 14-tej zjedliśmy śniadanie i pewnie nie wyjdziemy z domu do wieczora, kiedy to planujemy wyjście na mecz. Dlaczego? Bo mamy mnóstwo czasu i nie musimy – jak zawsze – jak wariaci biegać od zabytku do zabytku z językiem na wierzchu 😉

Przylecieliśmy w czwartek o 15 lokalnego czasu. Chociaż z lotniska do miasta jest ponad 30 kilometrów – zdecydowaliśmy się na najtańszą i najwolniejszą formę transportu – metro. Dlaczego? Bo absolutnie nam się nie spieszy! Chociaż super-szybki (450 km/h!) pociąg Maglev dojeżdża do miasta w 7 minut to nie daliśmy się skusić i zamiast zapłacić za bilet 25 zł za osobę zapłaciliśmy w sumie 6 złotych za bilety na metro.
Oczywiście szybko okazało się, że azjatyckie metro również jest nie lada atrakcją – łatwo je znienawidzić od pierwszego wejrzenia. Kiedy wagony podjeżdżają na stację, po obu stronach drzwi stoi zazwyczaj kilkunastoosobowy tłum gotowy do startu w wyścigu. Drzwi się otwierają, a obie grupy nacierają prosto na siebie i przy użyciu wszystkich dostępnych łokci, toreb, tobołków i dzieci pchają się na oślep. Na nic apele władz miasta i wyświetlane w metrze filmiki prezentujące prosty mechanizm: do butelki pełnej kuleczek nie da się zmieścić dodatkowych kuleczek, póki kuleczki już obecne w butelce się z niej nie wysypią… Cóż – jak dotąd edukacja ta pozostaje bez efektów.

Niedogodności wielogodzinnej podróży zostały nam wynagrodzone. Tak jak pisałam w poprzedniej notce zostaliśmy „zakwaterowani” w mieszkaniu znajomej naszego znajomego. Mieszkamy w nowoczesnym wieżowcu, mamy do dyspozycji bardzo duże mieszkanie z dwoma łazienkami, przestronną sypialnią i ogromnym salonem oraz kota na własność. Jest cudownie.

Tego typu gościnność bardzo nam się podoba. Uwielbiamy Couchsurfing, kiedy to możemy gościć w gruncie rzeczy zupełnie obcych ludzi. Udostępnianie swojego mieszkania na czas wyjazdu to naturalne rozwinięcie tej idei. Właśnie w ten sposób spędziłam ostatnio ponad tydzień w Barcelonie (dzięki jeszcze raz dla Oli i Krzyśka!) i muszę przyznać, że to wspaniała sprawa. W mieszkaniu, nawet jeśli nie jest nasze, zawsze czujemy się bardziej komfortowo, niż nawet w najlepszym hotelu. Oprócz tego to oczywiście ogromna oszczędność, która pozwala podróżować dłużej. Dlatego sami nie mieliśmy nic przeciwko, żeby ledwo poznana przez Kanadyjka Kaisu została w naszym mieszkanku pod naszą nieobecność – zaufanie jest w takich sytuacjach kluczowe. Bardzo by nas ucieszyło, gdyby ten sposób otwartości i życzliwości na innych ludzi zdobywał coraz większą popularność 🙂

Wracając do Szanghaju: jak dotąd zwiedzaliśmy centrum – jedną z dwóch najważniejszych ulic: Huaihai, Stare Miasto i Bund, czyli kolonialne nabrzeże. Podobno, Szanghaj jest wspaniały do mieszkania, ale niezbyt ciekawy do zwiedzania. Trudno się z taką opinią nie zgodzić. Starówka może i byłaby dość urokliwa, gdyby nie niesamowita cepeliada, która ją opanowała, straszny kicz i nieprzebrane tłumy chińskich turystów. Instynkt podróżnika podpowiada nam, że dużo ciekawsze, lepiej zachowane i bardziej klimatyczne miejsca zobaczymy w dalszej części naszej chińskiej podróży.

Największą atrakcją Bundu, obok przedwojennych kamienic jest zapierający dech w piersiach widok na Pudong – nowoczesną dzielnicę biurowców usytuowaną po drugiej stronie rzeki Huangpu. Mieliśmy szczęście dotrzeć tam przed zachodem słońca, dzięki czemu widzieliśmy panoramę za dnia oraz (pół godziny później) w wersji nocnej, migającą kolorowymi światłami i ciągle zmieniającymi się reklamami.

Na dziś koniec, zmiana stref czasowych nieco nas męczy, więc jutro postaramy się dokładniej omówić największe atrakcje „Perły Azji”. 


Tagi: ,

Komentarze

  1. Mama Ady napisał(a):

    Nie wierzę???? I ja Wam pozwoliłam wyjechać???? No ale cóż….stało się, teraz tylko pozostaje być z Wami każdego dnia na Waszym Blogu, ale to prawdziwa uczta dla ducha 🙂
    mocno ściskam i bardzo tęsknię ……
    ps. Zbyszkowi dziękuję, że opiekuje się tak dzielnie Marysią 😉 pozdrawiam K.