Po raz pierwszy za równikiem « Pod Zwrotnikami


Po raz pierwszy za równikiem

Gdzie są Seszele?
To pytanie słyszeliśmy dość często. Odpowiedź jest trudniejsza niż mogłoby się wydawać: najczęściej po początkowym „Na północ od Madagaskaru” musimy doprecyzować, że na wschód od Somalii i Kenii. Kiedy i ta odpowiedź nie wystarcza dodajemy – „Na prawo od Afryki, na Oceanie Indyjskim”.
Sam kraj też jest ciężki do opisania jednym zdaniem… ale może zaczniemy od początku.

Nie wszyscy chyba wiedzą, że w Polsce trwa wojna. Arabowie znad Zatoki Perskiej toczą bitwę o polskich pasażerów, walcząc jak najniższymi cenami połączeń lotniczych. Zaczęli ci z Qatar Airlines – jeszcze w zeszłym roku ogłosili trzydniową promocję i… kupili nas (chociaż chyba jednak to my kupiliśmy ich).
Zdecydowaliśmy się na nietypowy dla nas kierunek: Seszele. W zbiorowej świadomości kojarzą się z nie wiadomo jak drogimi hotelami i nie wiadomo jak wielkimi luksusami. Przed nabyciem biletów trochę jednak poczytaliśmy i kupując je byliśmy pewni, że nie będziemy się tu nudzić.

Pierwsze atrakcje czekały nas jeszcze… w powietrzu. Trochę już lataliśmy i tak jak ogólnie średnio nam pasuje atmosfera „tanich linii” tak najsłabiej wspominamy lot Aerosvitu z Dubaju do Kijowa. Samolot pełen podchmielonych Ukraińców w skórzanych kurtkach zapamiętaliśmy jako „mało komfortowy”. Zupełnie nie przewidywaliśmy, że ten „rekord” zostanie pobity w locie Qatar Airlines z Warszawy do Dohy. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że darmowy alkohol to fajna sprawa, a wyjazd w daleką podróż powodować może małą euforię. Są jednak pewne granice, których przekraczać nie należy. Nie należy np. chodzić po pokładzie w koszulce z wypisanym swoim imieniem i częstować wódeczką z wolnocłówki opowiadając o kłopotach wychowawczych współczesnej młodzieży i polityce. Panie Marku, nie należy i już!

Przesiadka w Dosze jak i kolejny lot był już na zupełnie innym poziomie. Cisza, spokój, dużo miejsca. Warto tu wspomnieć o pokładowych „rozrywkach”, jakie QA funduje pasażerom. 7 lat temu zachłysnąłem się nowoczesnością, kiedy na pokładzie British Airways zafundowano mi własny monitorek z kilkoma kanałami filmowymi do wyboru. Dziś technologia poszła „troszkę” do przodu. Każdy pasażer ma taki monitorek z kilkuset filmami, programami TV, grami… Wśród nich wiele filmów, które albo właśnie wchodzą do polskich kin, albo dopiero w nich będą, kandydaci do oskarów, klasyka itp itd. Bardzo fajna sprawa, chociaż cichy dźwięk sprawił, że rozkoszowaliśmy się głównie koreańską kinematografią (miały angielskie napisy, w odróżnieniu od amerykańskich filmów).

I w końcu – dolecieliśmy! Przywitał nas tropikalny mokry upał i szalenie pomocna obsługa na Międzynarodowym Lotnisku w Victorii, które wielkością i rozmachem przypominałoby lotnisko w Żurominie, gdyby takie istniało. Słońce miło łaskotało po twarzy, a woda parowała zewsząd – przez naszym przylotem musiało solidnie padać, na co wskazywały kałuże. Jak zawsze bez problemu dostaliśmy się do naszego hotelu korzystając z transportu publicznego, który wyjątkowo przypadł nam do gustu. Jeden przejazd kosztuje niewiele ponad złotówkę, autobusy jeżdżą często, a podróżowanie nimi jest absolutnie przyjazne nawet dla turysty.

Nie czekaliśmy zbyt długo na umoczenie dupki w oceanie 😉 Już oczekując na pokój udaliśmy się na skromną lecz jakże urokliwą plażę przy naszym hotelu, gdzie razem z naszymi kolegami Burkiem i Azorem sprawdzaliśmy czy woda nadaje się do dwutygodniowego plażowania.

Zmordowani podróżą ucięliśmy krótką drzemkę, a zaraz potem ruszyliśmy na południe, gdzie wedle przewodnika szukać powinno się rajskich plaż. Pierwszym przystankiem była plaża nad zatoką Boileau Lazar, gdzie podziwialiśmy pierwszy raz niespotykane granitowe skały. W połączeniu z aksamitnie wprost gładkim i białym piaskiem i lazurową wodą robią cudowne wrażenie. Po krótkiej pieszej wędrówce przez prawdziwą dżunglę dotarliśmy na Anse Takamaka – plażę porośniętą drzewami takamaka (po naszemu brzmi mniej egzotycznie: Gumiak), od których plaża wzięła nazwę. Tam Łukasza opętał męski instynkt przetrwania i gołymi rękoma (zaledwie przy pomocy kilkutonowych skał) rozłupał dla mnie kokosa znalezionego pod pobliską palmą. Trzeba przyznać, że ta naturalna i świeża przekąska (pozdrowienia dla Lipka!) była jedną z pyszniejszych rzeczy, jakie zdarzyło mi się jeść 🙂

Nawet pogorszenie się pogody nie zepsuło naszych nastrojów. Odkrywanie kolejnych rajskich plaż zostawiliśmy sobie na jutro. Dzisiejszy wieczór poświęciliśmy na planowanie kolejnych dni (zostajemy jeszcze jedną noc w tym hotelu, w którym jesteśmy teraz, a w sobotę rano jedziemy do Victorii na poranny targ lokalnych pyszności, spotkanie z naszą couch surferką i karnawał!) oraz sprawdzanie z uporem młodego odkrywcy czy to prawda, że po drugiej stronie równika woda spływając w kranie wiruje w drugą stronę. Jak sądzicie – prawda? 😉 


Tagi: , , , ,