Sobota dzień stopa « Pod Zwrotnikami


Sobota dzień stopa

Szabas za nami. Zapowiadał się kiepsko, okazał się wcale nie taki straszny.

Przygotowując się do wyjazdu czytaliśmy, że sobota (liczona od piątkowego zmierzchu do zmierzchu sobotniego) to w Izraelu dziwny czas. Tydzień temu za bardzo tego nie dostrzegliśmy – łaziliśmy po Górze Oliwnej i kościołach, kręciliśmy się po dzielnicy muzułmańskiej starego miasta Jerozolimy. Był to dzień, jak każdy inny. Wczoraj okazało się, że teraz może być trudniej. Wcześniej zaplanowaliśmy wypad z Ein Gedi do Masady, a po południu – przejazd przez Jerozolimę do Tel Awiwu. Zupełnie przy tym zapomnieliśmy, że w czasie Szabasu nie jeżdżą autobusy Eggedu – tutejszego PKSu. Autobus odjeżdżający do Jerozolimy w piątek o 14 był ostatnim – kolejny miał się zjawić w sobotę… po 19.

Kolejny dzień w wiosce na pustyni? Ta perspektywa na tyle przeraziła Adę, że zdecydowaliśmy się wziąć sprawę we własne ręce. Kciuk do góry i… łapiemy stopa! Pierwszy etap podróży poszedł całkiem nieźle. Minęło może 5 minut gdy zatrzymała się młoda dziewczyna (tę notkę pisze Łukasz: młoda = ok. 30 lat) słuchająca Tegan i Sary (w tym miejscu pozdrowienia dla Aleksandry B.!). Masada leży jakieś 16 km od Ein Gedi więc po chwili byliśmy już na miejscu – dziewczę podwiozło nas pod samą bramę, nadkładając dobre półtora kilometra lokalnej drogi.

Niedługo później chodziliśmy po ruinach starożytnej twierdzy wybudowanej przez Heroda. Wzniesiona na szczycie góry budowla jest bardzo ciekawa, choć decyduje o tym raczej jej położenie, niż stan zachowania. Kilka budowli tego typu już widzieliśmy, więc wymijająco możemy napisać: ot, takie Erebuni tylko dużo ładniej położone. Zamki w Syrii czy Persepolis robiły jednak dużo większe wrażenie.

Bardziej niż sama budowla zastanawia nas jednak cały patos tego miejsca. W skrócie – to w zasadzie takie „żydowskie Westerplatte”, które było ostatnim miejscem oporu w trakcie Powstania Żydowskiego (66-73)… „Woleli zabić siebie, swoje i swoje dzieci niż żyć jako niewolnicy!” słyszeliśmy dziś kilkanaście razy z ust kilkunastu przewodników. Turyści z podziwem kiwali głowami. W czasach, kiedy coraz głośniej dyskutuje się nad zasadnością Powstania Warszawskiego tu sławi się męstwo uczestników Powstania zakończonego totalną klęską, śmiercią prawie miliona Żydów i zniszczeniem największej ich świętości – Świątyni w Jerozolimie. Cóż…

W Masadzie zabawiliśmy jakieś 2 godzinki, chwilę później łapaliśmy kolejne okazje – krótką podwózkę do autostrady i kolejną (3 dziewczyny + pies!), do Ein Gedi gdzie zostawiliśmy bagaże. Gdy dojeżdżaliśmy – zaczęło kropić. Po raz pierwszy od kiedy jesteśmy w Izraelu.

Kolejnym celem po odebraniu bagaży miała być Jerozolima. Stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać, chociaż na serio się rozpadało. Podobnie chyba stwierdził kierowca pierwszego przejeżdżającego samochodu…
Zanim wsiedliśmy poinformował nas, że nie jedzie do Jerozolimy, a do Petah Tikva.
To mniejsze miasto, za Jerozolimą.
Pod Tel Awiwem.
Po jakimś czasie stwierdził, że… w zasadzie to może jechać i przez Tel Awiw.
Koniec końców podwiózł nas pod sam hostel.

Tak oto do Tel Awiwu nie dotarliśmy o 23 jak zakładał czarny scenariusz powrotu autobusami. Nie dotarliśmy też ok. 19 jak mieliśmy nadzieje dojechać jeśli uda nam się złapać okazję do Jerozolimy i tam przesiąść się w autobus. Byliśmy na miejscu przed 16 – niecałe 3 godziny po wyjściu z Masady.

Limit szczęścia chyba wyczerpaliśmy: w Tel Awiwie ciągle leje. Urządziliśmy sobie spacerek, ale ciężko mówić, że cokolwiek w mieście zwiedziliśmy. Cóż – zostały nam 2 dni. Teraz pozostaje liczyć, że poprawa pogody pozwoli realizować kolejne szalone plany.

 


Tagi: ,