Sun, sand, sea, Russians

XXI wiek – wczoraj rano błąkaliśmy się jeszcze po Jerozolimie, żeby zachód słońca zobaczyć w Jaffie. Chwilę później oglądaliśmy już mecz Makkabi Tel Awiw – Hapoel Hajfa, żeby zaraz po nim znaleźć się w autobusie nocnym do Eilatu. Dziś słońce praży, jest z 25 stopni, ale na szczęście wieje lekki wiatr, więc pogoda w sam raz do opalania. Tak też robimy: dzisiejszą notkę sponsoruje plaża miejska w Eilacie, nad Morzem Czerwonym.

Wrócę jednak do wczoraj – plan, który sobie założyliśmy był dość ryzykowny i w sumie mamy dużo szczęścia, że udało nam się go zrealizować. Zacząć trzeba od tego, że… pospaliśmy sobie. Planowaliśmy wstać jak najwcześniej, wejść na Wzgórze Świątynne i zobaczyć meczety, które póki co podziwialiśmy tylko z dystansu. „Jak najwcześniej” okazało się być godziną 11, co gorsza okazało się, że Wzgórze można odwiedzać tylko po 12. Cóż – do Jerozolimy wracamy za 4 dni, więc Wzgórze poczeka. Namierzyliśmy autobus na dworzec kolejowy i pojechaliśmy do Tel Awiwu. Wiedzieliśmy, że o 20:00 ma się odbyć szlagierowy mecz, ale nie mieliśmy pojęcia czy znajdą się dla nas bilety. Zaraz po meczu chcieliśmy ruszyć dalej – nasz couchsurfer zmienił plany i nie mieliśmy noclegu w Tel Awiwie. Stwierdziliśmy, że zamiast siedzieć w stolicy, którą na pewno odwiedzimy jeszcze później, możemy zobaczyć Eilat – jedyne miasto na południu kraju, malowniczo położone nad Morzem Czerwonym wzdłuż króciutkiej izraelskiej linii brzegowej (ma zaledwie 11 km), pomiędzy egipską Tabą a jordańską Akabą. Początkowo nie planowaliśmy zapuszczać się tak daleko. Dowiedzieliśmy się również, że do Eilatu kursuje nocny autobus. Sęk w tym, że linia jest dość oblegana i mogło się okazać, że biletów już nie ma.
W czarnym wariancie:
a) jednak zostajemy w Tel Awiwie (nie mając zaklepanego hostelu)
b) meczu i tak nie zobaczymy
Na szczęście – nic z tych rzeczy: stadion był niemal pełen, ale że byliśmy wcześniej – bilety kupiliśmy bez problemu. Podobnie z biletami na autobus. Ba: okazało się, że chociaż przechowalnia bagażu otwarta jest tylko do 18 – możemy zostawić nasz klamoty i odebrać je do północy na dworcowej knajpce.

Sam mecz był jednym z ciekawszych jakie dane nam było oglądać w trakcie naszych podróży. Dwie najsilniejsze drużyny Izraela, wspomniany już pełen stadion, kilkudziesięciu gości z Hajfy, kilka sektorówek, pierwszy gol w pierwszej minucie, a co najważniejsze – grad bramek. Obrona i bramkarze zadbali o nas – mecz zakończył się wynikiem 6:2! Chyba po raz pierwszy w dziejach blogaska umieścimy pełną relacje zdjęciową – jest co oglądać.

Tymczasem teraz odpoczywamy w turystyczny kurorcie i wspaniałe miejscu do plażowania. Tak właśnie spędziliśmy prawie cały dzisiejszy dzień. Z ciekawostek możemy zdradzić, że Ada znowu zapomniała kostiumu i robiliśmy napad na lokalny bazar. Tym sposobem prawdopodobnie zgromadzimy kolekcję kostiumów kąpielowych nie do zdarcia do końca życia – ostatnia tego typu przygoda zdarzyła nam się w Dubaju.

A z okazji zbliżającego się wielkimi krokami Nowego Roku chcielibyśmy złożyć naszym wytrwałym czytelnikom najlepsze życzenia:
– żeby pogoda zawsze była taka jak w Eilacie
– żeby zawsze Wam się udawało, tak jak nam z kupnem biletów w ostatniej chwili
– samych zwycięstw, i to takich jak Makkabi z Hapoelem
– pełnego zrozumienia, akceptacji i tolerancji dla innych, które potrzebne jest zawsze i wszędzie, a szczególnie tu, gdzie teraz jesteśmy
– przeżyć i wspomnieć tak słodkich jak najprawdziwsza baklawa
– tyle wolnego czasu, ile niespodziewanie dostajemy podczas lotu transatlantyckiego. I dużo lotów transatlantyckich dla wszystkich, którzy by chcieli! 🙂

PS: Poniżej galeryjka i skrót meczu 🙂

 


Tagi: , , , , ,