Lądowanie we Władysławowie « Pod Zwrotnikami


Lądowanie we Władysławowie

Poszło lepiej niż się spodziewaliśmy.

Boeing 737 LOTu wystartował, zamknęliśmy oczy, a po chwili stewardessa oznajmiła, że za chwilę lądujemy. Lotnisko Ben Guriona pod Tel Awiwem robi ogromne wrażenie, chyba nawet większe niż port lotniczy w Dubaju. Ogromne przestrzenie, ściany wyciosane z białego piaskowca – wszystko to „wkręca” w starożytny klimat. Niestety – klimat klimatem, a już po chwili czekała nas dość trywialna procedura, której (jak wiecie) trochę się obawialiśmy. Wybraliśmy tą jedną spośród kilkudziesięciu budek odprawy paszportowej i ustawiliśmy się w krótkiej kolejce. Pani celnik (młoda dziewucha – pewnie ze służby zasadniczej) szybko zorientowała się w materii. Po kilku kurtuazyjnych pytaniach (po co jedziemy? gdzie? na ile? ile mamy pieniędzy? szekle czy złotówki? jaki limit na kartach kredytowych? gdzie będziemy spać? jaki hostel? CO TO JEST COUCHSURFING? Czy znamy naszego couchsurfera? Jak na na imię? Jak będziemy się przemieszczać?) przeszła do konkretów (po co byliśmy w Iranie? jak długo? czemu w paszporcie Łukasza nie ma wizy? czemu wymienił paszport?). Pokonsultowała się z koleżankami z budek obok, kilka razy gdzieś przedzwoniła, poczekała jakieś 2 minutki i… wbiła nam stemple graniczne.

Cóż, wygląda na to że nieprędko przyjdzie nam wrócić do „wrogich krajów”. Tak czy siak – parę minut później czekaliśmy już na pociąg w kierunku Tel Awiwu, a po godzince z haczkiem byliśmy w drodze do pierwszego celu naszej podróży – Jerozolimy.

Garść nieuporządkowanych spostrzeżeń:

– Nigdzie nie widzieliśmy tylu uzbrojonych ludzi. Na dworcu oprócz uzbrojonej ochrony – mnóstwo żołnierzy „w cywilu” z karabinami przewieszonymi przez ramię (M4A1, żadne tam kałasze).
– Rzuca się w oczy różnorodność wśród Żydów: Aszkenazyjczycy (z Europy), Sefardyjczycy (z Afryki) – różni, ale zachowują się i mówią podobnie. Co innego Rosjanie – bez żadnych ogródek mówiący do siebie po rosyjsku i.. emigranici z Somalii/Etiopii. Jak na dłoni widać, że asymilacja przebiega tu bardzo nierównomiernie.
– Ceny są nieco wyższe niż w Polsce (przynajmniej w Jerozolimie), ale taksówki znacznie tańsze.
– Palestyńczycy chcą być i są widoczni. Taksówkarz słucha radia Filistine; arabski słyszy się w Jerozolimie niemal tak samo często jak hebrajski; na targu w muzułmańskiej dzielnicy mnóstwo koszulek o „Wolnej Palestynie”.
– Hebrajski jest podobny w brzmieniu do Niemieckiego. Wg Ady, ale ja jej wierzę.

– Jerozolima jest pięknym miastem. Łukaszowi bardzo przypomina Damaszek – ten był bardziej zielony, ale Jerozolima jest z kolei ciekawiej położona (mnóstwo ulic w górę, w dół, mnóstwo pięknych widoków).
– Tylu pielgrzymek nie widzieliśmy w życiu.

Mieszkamy w ciekawym hostelu. Z jednej strony – pokój jest mały, drogi i raczej nieciekawy. Z drugiej – mieści się w najciekawszym budynku w jakim przyszło nam mieszkać i w doskonałym punkcie wypadowym – na Starym Mieście, minutę od głównej ulicy; 2 minuty od Bramy Jaffy; 7 minut od Ściany Płaczu; 7 minut od Kościoła Grobu Pańskiego. Jakby tego było mało – taras na dachu zapewnia piękny widok w każdą stronę. Cudo.

Właśnie zaczął się Szabas. Nachodziliśmy się dziś za wszystkie czasy (wspominałem o ulicach w górę i w dół? setki stopni.) więc udajemy się na zasłużony odpoczynek.
Jutro… w sumie nie wiemy co jutro. Może przejedziemy się do Betlejem albo wpadniemy na Górę Oliwną? Się zobaczy, a póki co pozdrawiamy! 


Tagi: