Leniwy spacer po Szile, pokrzywy i krewetki

Mamusiu, wybacz! Nie udało mi się wytrwać w poprawności. Dzisiaj wyszłam z domu bez kurtki. W grudniu. Czekam na karę z niebios.

Tato, nie będziesz ze mnie dumny. Wstałam dzisiaj o 11, bo moi przyjaciele uznali za właściwe pozwolić mi spać tak długo, jak będę tego potrzebowała. Niestety, nie liczyli się chyba z moimi możliwościami…

Po moim maratonie spania wybraliśmy się na (tradycyjne już chyba) późne śniadanie na mieście. Sinan zabrał nas do Yenikoy – małej wioski zamieszkanej kiedyś przez Greków. Po pierwszej wojnie światowej zmuszeni byli wynieść się z Turcji i na odchodne… spalili wszystkie swoje domy, żeby Turcy nie mogli w nich zamieszkać. Jedyne, co zostało to ruiny najsolidniejszych budynków – na przykład kościoła. Byliśmy tam i naprawdę trudno byłoby samemu dojść że w tym miejscu, na łące na wzgórzu był kiedyś tak wielki budynek. Jedyny ślad jaki po nim pozostał to kilka rozrzucanych kawałków muru i zarośnięte fundamenty. Sinan opowiadał, że po wyjeździe Greków w 1924 roku przez wiele lat miejsce to stało puste. Potem stopniowo przybywało nowych osadników. Wioska została nazwa (jak wiele innych w Turcji) Yenikoy, czyli Nowa Wieś.

W małej lokalnej restauracji stworzonej typowo dla mieszkańców i ich znajomych zamówiliśmy specjalny placek (cienki i przypominający polskie podpłomyki robione tylko z mąki i wody) nadziany pokrzywami. Pomysł narodził się spontanicznie – wyjątkowo dużo rosło ich w okolicy, zaczęliśmy rozmawiać o tym, że mimo bolesnych poparzeń, których można się nabawić przy ich dotykaniu są jadalne, co więcej – bardzo zdrowe i smaczne. Poprosiliśmy więcej właścicieli o przygotowanie placka z właśnie takim nadzieniem. Usiedliśmy do stolika, dostaliśmy zwyczajową herbatkę… a pani zajmująca się kuchnią poszła nazbierać pokrzyw do naszego posiłku 🙂

 

Smakowało trochę jak szpinak, trochę jak szczaw. Zapieczone z dodatkiem sera – pycha!

 

Później Sinan zaprosił nas na kawę do swoich rodziców. Agata rozmawiała na miarę swoich możliwości po turecku z mamą Sinana, potem obie już swobodnie zamieniłyśmy kilka słów po angielsku z tatą. Bardzo miło było nam ich poznać. Powieźli nas do centrum Szile, żebyśmy wreszcie mogły rozkoszować się atmosferą Kołobrzegu po sezonie. Droga nie obyła się bez przygód… Jechał z nami pies rodziców Sinana, a raczej jego pupa, bo głowę miał wystawioną za okno.

Zwiedzanie zaczęliśmy od starej latarni morskiej, potem nabrzeżem przeszliśmy się w stronę portu, podziwialiśmy widoki z bardzo długiego falochronu, żeby wreszcie kupić świeże krewetki na kolację (mniam!!!) i reprezentacyjnym bulwarem wrócić na dworzec. W ostatniej chwili zrobiliśmy szybkie zakupy – mandarynki, sok i zmywacz do paznokci dla mnie i mini-busem dojechaliśmy do domku w którym mieszka Sinan. To dawny domek letni jego rodziny. O tej porze roku okolica jest raczej pusta, a domy bardzo wychłodzone – tradycyjnie nie montuje się w nich raczej ogrzewania, bo z założenia służą właścicielom tylko w lecie, aby wyrwać się z miasta. Nie są to jednak domki letniskowe w polskim rozumieniu. Jutro, przy lepszym świetle zrobię zdjęcia i postaram się je wrzucić. Dziś słabo działa Internet – podobno tego typu trudności od czasu do czasu są normalne w Turcji.

 

 

 

Po konsumpcji krewetek i niesamowicie pysznego deseru, który zrobiła siostra Sinana zostało nam jeszcze trochę czasu dzisiaj na przeczytanie książki, pomalowanie paznokci i… pogranie na komputerze 😉 Życzę Wam – kochani – miłego tygodnia 🙂 Od jutra będę pisać do Was z Eskiszahir 🙂 


Tagi: , ,