Bosfor, Galatasaray i polska wódeczka

Dzisiaj cudowne, prawie że pocztówkowe momenty przeplatały się ze scenami prosto z thrilleru. Od rana wybrałyśmy się na planowany Bosfor Tour. Kolejnym cudem, który nas to spotkał było to, że udało nam się tam dotrzeć, co więcej na czas i co więcej nawet zjadłyśmy śniadanie w pobliskiej knajpce przed „odjazdem” statku. Myślę, że dużą rolę mógł odebrać w tym „cudzie” przyjaciel Agaty Sinan, który rano zawiózł nas do portu i pokazał miejsce, w którym mamy czekać.

 

 

Na końcu Bosforu stoją ruiny zamku na wzgórzu. Droga na górę była raczej męcząca, ale widoki – zapierające dech w piersiach.

 

 

Koniec Bosforu! Na horyzoncie Morze Czarne.

 

 

Do powrotu zostało nam trochę czasu, więc starym tureckim sposobem wypiłyśmy herbatkę w miejscowej kafejce przy partyjce backgamona.

 

Później zaczęły się schody,  więc pozwolę sobie skrócić opisywanie tych katuszy. W drodze powrotnej okazało się, że statek WYJĄTKOWO nie zatrzymuje się na stacji Besiktas, skąd miałyśmy opracowaną drogę na stadion. Oczywiście okazało się za późno, aby wysiąść na wcześniejszej stacji, skąd również wiedziałyśmy jak tam dojechać. Wylądowałyśmy baaardzo daleko, pytałyśmy wieeeeelu ludzi o pomoc i baaardzo pomieszali nam w głowach. Powiem tylko że wylądowałyśmy w autobusie jadącym w przeciwnym kierunku. Warto wspomnieć, że komunikacja miejska w Stambule zorganizowana jest w stylu azjatyckim – wszystko jedzie nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd, nie wiadomo kiedy i nikt nie umie niczego przetłumaczyć. Nie ma rozkładów, nie ma tras, nie ma zasad. Nie będąc miejscowym, nie masz szans się ogarnąć.

 

Na szczęście spotkałyśmy wreszcie człowieka w szaliku Galatasaray mówiącego po angielsku, który dowiózł nas na stadion. Za organizację eventu daję Turcji najwyższą notę.

 

Jak się okazało jest specjalna metra (dla odmiany dobrze oznaczona na rozkładach) dojeżdżająca tylko na stadion. Stacja jest dostosowana specjalnie do przyjęcia tłumów kibiców: zamiast bramek jak wszędzie indziej specjalne kołowrotki skutecznie porcjujące tłum, tunel chroniący tłum od wepchnięcia się nawzajem na tory. Dalej: zamówione i opłacone przez Internet bilety bez kolejek przed meczem odebrać w kasie za okazaniem 5-cyfrowego numeru rezerwacji i dokumentu ze zdjęciem. Kibice byli bardzo kulturalni i grzeczni, acz z charakterem.

 

 

 

 


Turcy na meczu bawili się przednio. Przed zresztą też (video prosto z mojego małego, różowego aparatu!):

Mam nadzieję, że przynajmniej tak samo dobrze bawili się nasi starzy znajomi 12 września 1924:

Galatasaray Konstantynopol – Polonia 2:2

Wściekły wiatr nie zmusił naszego kapitana do obrania boiska z nim; słońce zdecydowało obiór. A był to, jak się okazało, błąd pokaźny, gdyż drużyny tureckie źle naogół trenowane, grają naprawdę 20 minut, a najwyżej do przerwy, „puchnąc” potem zupełnie.
To też Galata wspomagana wiatrem gniotła cały czas, w rezultacie, przy zupełnym braku umiejętności strzału, wygniotła dwie bramki, które ma absolutnie na swoim sumieniu Gross, niezdecydowany i grający nogą przy pierwszej, a zbyt myślący o swej skórze i „dzieciach” przy drugiej. Cała drużyna zresztą grała zupełnie słabo.

Powrót do domu okazał się trochę łaskawszy dla nas. Powiem Wam jedno – polska wódeczka z wspaniałym Couchsurferem syryjskiego pochodzenia, który nas ugościł to lekarstwo na wszystkie niemiłe sytuacje dzisiejszego dnia 😉

 

 


Tagi: , ,