Pierwszy dzień w Turcji

Alfred Hitchcock powiedział; „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. Jeżeli ta zasada ma też tyczyć się mojego wyjazdu, to muszę przyznać, że zaczęło się z kopyta 😉
Jakież było moje zdziwienie, gdy po raz pierwszy w życiu usłyszałam moje nazwisko w komunikacie na lotnisku! Zdziwiona zgłosiłam się we wskazane miejsce – a moje zdziwienie wcale nie zmniejszyło się, gdy dowiedziałam się, że mój bagaż został zwrócony. Że co?!

Muszę przyznać, że był to dość ciekawy sposób poinformowania pasażerów o tym, że ze względu na trudne warunki (uznałam że napisanie „mgła na lotnisku w Zurychu” będzie niepoprawne politycznie ;)) nie zdążą na przesiadkę. Miła pani z obsługi Swissa naprawdę szczerze przepraszała mnie, że zmuszeni byli zamienić z tego powodu mój przesiadkowy na bezpośredni z Warszawy do Stambułu 😉

Jestem słabą Kasią Tusk, bo zapomniałam zrobić zdjęcia ciastka i kawy na lotnisku. Postanowiłam nadrobić fotką w lustrze.

 

Agata czekała na mnie na lotnisku. Przygoda się zaczęła!!!

Najpierw poznałyśmy chłopca, który okazała się być barmanem w klubie Klan przy placu Taxim, w którym nigdy nie byłyśmy, ale aby wyrobić sobie kontakty kupiłyśmy mu świeżo wyciskany sok z pomarańczy w ramach podziękowania za wskazanie drogi 😉

Pół godziny później chodziłyśmy jak wariatki wokół Haga Sofia i Błękitnego Meczetu pytając każdego mówiącego choć trochę po polski, niemiecku, angielsku, turecku lub rosyjsku o pomoc w dotarciu na pokaz Tańczących Derwiszów. Nikt nie potrafił nam pomóc, poznałyśmy za to miłego Rosjanina, który siedział z iPadem samotnie na ławeczce w parku i spontanicznie spędził potem z nami resztę wieczoru 😉

Muszę przyznać, że to, że trafiłyśmy w miejsce, które nie wiedziałyśmy jak się nazywa, gdzie właściwie znajduje ani jak o nie pytać 10 minut przed rozpoczęciem pokazu było kolejnym cudem tego pięknego dnia. Pokaz był poruszający. Zaskoczyła mnie muzyka – nastawiałam się raczej na widowisko wizualne, a okazało się, że najciekawsza i najbardziej zaskakująca była właśnie muzyka na żywo.

 

Naszemu nowemu rosyjskiemu koledze też bardzo się podobało 🙂

 

Potem popędziłyśmy już na spotkanie z naszym couchsurferem, na którego sofie właśnie siedzę i przez Internet jego sąsiadów wrzucam tą notkę. Spotkaliśmy się z nim i jego znajomymi w jednej z tysiąca knajpek pod mostem Galaty. Pachniało świeżą rybą, a widok na miasto był zniewalający.
A’propos ryb! Przypomniało mi się, że jestem szalenie głodna. Yahja (tak ma na imię nasz host syryjskiego pochodzenie) zaprowadził nas na „kebab z rybą”.

 

 

 

Świeżo złowiona makrela, delikatnie grillowana, do tego grubo cięta pietruszka, cebula, pomidor, posypane obficie  solą i pieprzem, skropione cytryną i podane w grubej bułce. Nieopisane…!

 

Gorzki koniec tej bajkowej opowieści niech będzie taki, że dopiero dotarliśmy do mieszkania naszego hosta. Cały dzień z 16-kilogramowym plecakiem i niewiele lżejszym bagażem podręcznym 🙁 


Tagi: