Isfahan

Przede wszystkim chcemy zdementowac plotki, jako bysmy wchodzili w rutyne. Ostatnia notka byla pisana ze studia teheranskiej firmy produkujacej gry komputerowe, gdzie bylismy goscmi, wiec nie wypadalo nam siedziec dlugo przy laptopie szefa. Dzisiaj nadrobimy wszystkie zaleglosci, bo w koncu zaczelo sie dziac! 😉

Po cieplym przyjeciu i milo spedzonym czasie w studiu Espris popedzilismy na spotkanie z mowiaca po polsku znajoma naszej znajomej. Starym polskim zwyczajem spoznilismy sie. Cale spotkanie zostalo zorganizowane w duchu PRL-u. Mielismy jej numer zupelnie jej nie znajac, zadzwonilismy do niej z hotelu i umowilismy sie na spotkanie w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej porze. Jako ze nie mielismy jak kontaktowac sie z nia w miedzyczasie, po prostu liczylismy, ze sie uda.

Pierwszym zaskoczeniem zmiana czasu. Tak, taka sama, jak w polsce dwa razy do roku. Z naszym szczesciem miala miejsce akurat tego dnia, ktory mielismy wypelniony dwoma spotkaniami o ustalonych godzinach.

Nam udalo sie zorientowac w czasie, ale nasza kolezanka Maral przyjechala nieumyslnie godzine za wczesnie… 😉

Przywitala nas perfekcyjna polszczyzna (przez 6 lat studiowala w Warszawie) i zabrala w podroz na polnoc Teheranu – bogatsza, czystsza i zdcecydowanie ladniejsza czesc tego miasta. Pojechalismy w gory, gdzie w turysrtycznym miejscu znalezlismy urocza knajpke z fajkami wodnymi, herbata i cukrem z szafranem, tutejszym przysmakiem.

Leniuochowalo sie bardzo prztyjemnie, ale o 23.00 mielismy pociag do Isfahanu. Dotarcie na dworzec okazalo sie dla nas, starych wyjadaczy, zadnym problemem. Pozytywnie zaskoczyl nas porzadek na dworcu i wysoki stopien zorganizowania. Przed wejsciem do poczekalni byl „Boarding” – przeswietlanie bagazy, sprawdzanie biletow i paszportow (przez policje!). Na peron mogli wejsc tylko odpowiednio przesiani pasazerowie. Naprawde bardzo mila odmiana po Warszawie Centralnej 😉

Dworzec kolejowy w Isfahanie

Dworzec kolejowy w Isfahanie

 

Podroz minela nam bardzo milo i szybko – cala przespalismy 😉 W pociagu byly specjalne miejsca do spania, ktorych nigdy nie spotkalam w polskich pociagach, chociaz Lukasz caly czas upiera sie, ze naprawde istnieja (a przynajmniej widzial je w Indiach). Do Isfahanu dojechalismy po 7 rano. Na dworcu zagadnelismy europejsko wygladajacych chlopakow, czy nie chcieliby wziac z nami taksowki (w Iranie jezdzenie nie do konca zapelnionymi taksowkami to rzadko spotykany luksus). Pol godziny pozniej szukalismy juz razem hotelu na kilka nocy. Po dwoch nieudanych probach („full, full, go!”) nasz nowy kolega zaproponowal nocleg u niedawno poznanego isfahanczyka, ktory mieszka ze swoja 87-letnia matka i wynajmuje wolne pokoje w swoim pieknie polozonym domu.

Przyjal nas bardzo goscinnie (bo to chyba tutaj bardzo, bardzo typowe). Spodziewalismy sie prezentacji pokoju i uzgodnienia ceny, a wyladowalismy w salonie z herbata, lokalnymi slodyczami i mnostwem owocow ogladajac BBC News i sluchajac rodzinnych historii wlasciciela. Po naprawde bardzo dlugim powitaniu zaprowadzil nas do pokoju. Zdalismy sobie sprawe, ze wlasnie dostalismy pokoj z najlepszym widokiem w calym miescie: na wprost nas stoja dwie piekne, zdobione blekitne kopuly meczetow przy placu Imama, a w tle monumentalne gory. A wszystko po cenie bardziej atrakcyjnej, niz odwiedzonych przez nas wczesniej hostelach.

Poranek byl bardzo mily, lecz kiedy zebralismy sie na spacer i zwiedzanie miasta, okazalo sie, ze wszystko jest pozamykane, bo jest piatek, czyli „muzulanska niedziela”. Odwiedzilismy palac Czehelsotun i imponujace kilkusetletnie mosty nad wyschnieta juz dzisiaj rzeka.

Widok ludzi spacerujacych „po dnie” – bezcenny! Dotarlismy az na droga strone „rzeki” do ormianskiej (chrzescijanskiej) dzielnicy Jolfa, nazwanej tak od nazwy miasta pod granica z Azerbejdzanem, skad Ormianie zostali tu przesiedleni na zyczenie szacha Abbasa Wielkiego. Bez zmian wszystko bylo pozamykane – z wyjatkiem kosciolow. Powoli zaczynalo byc coraz gorzej – sklepy byly pozamykane, bolaly nas nogi (Ade bolaly, nie mnie, ja jestem dzielny) i… niespodziewanie skonczyla nam sie lokalna waluta! Kantory nie dzialaly. Pieniadze wlasciwie nie byly nam do niczego potrzebne – mieliosmy w planach tylko spacerowania i tak naprawde dolary w kieszeni. W koncu jednak wzielismy taksowke z dusza na ramieniu, ze nie bedziemi mieli jak za nia zaplacic, jezeli nie znajdziemy kantora 😉 Taksowkarz zapewnil, ze wymiana pieniedzy nie bedzie zadnym problemem. W pelnej konspiracji podjechal do dwoch niepozornie wygladajacy panow stojacych na rogu popularnych ulic i skinal na nich dlonia. Poczulismy sie jak w dobrym filmie sensacyjnym. Niestety, wymiana pieniedzy u cinkciarzy jest tu ZUPELNIE normalna, wiec byly to tylko nasze niesoelnione nadzieje na przygode 😉 Nowo poznany pan wsiadl do samochodu i podjechalismy za rog zapatwic interesy.

Bardzo zadowoleni z obrotu sytuacji (mielismy gotowke, wiec moglismy isc na lody, a przy okazji bylismy juz w centrum z pominieciem dosc dlugiego spacerku) chcielismy powoli wracac do domu. Na bardzo zatloczonym „przy niedzieli” placu Imama zaczepil nas czlowiek prowadzacy rower pytajac ot tak: skad jestesmy. Warto podkreslic, ze to nic nadzwyczajnego. Odbylismy juz jakies setki kurtuazyjnych rozmow na ulicy, podczas ktorych nawet sie nie zatrzymywalismy.

– Hello, where are you from?
– Poland, Lachistan!
– Great! Welcome to Iran!

Tym razem jednak cos podkusilo nas, zeby zatrzymac sie na chwilke. Na oko 40-letni pan ludzaco podobny do Javiera Bardem powiedzial nam, ze byl w Polsce kilka lat temu na zaproszenie Muzeum Etnograficznego w Poznaniu. Znal kilka slow po polsku, czym naprawde bardzo nas zaskoczyl. Po chwili pokazal kolejna swoja umiejetnosc – usmiechnal
sie jak Fernandel (czyli tak:

Byliśmy coraz bardziej zaskoczeni. Zabral nas na krotka wycieczke po placu Imama (Chomeiniego oczywiscie), a potem do swojej pracowni, w ktorej naprawia i sprzedaje dywany, gdzie dokonal krotkiej prezentacji. Zaprowadzil nas tez do sklepiku i pracowni jego ojca (zupeolnie niepodobnego do nikogo znanego – w odroznieniu od dziadka,
ktory wyglada zupelnie jak Luis de Fuines). Okazalo sie, ze ojciec Behrooza, bo tak mial na imie nasz kolega, jest znanym w calym Isfahanie tworca miniatur. Ba – nie tylko w Isfahanie. Jego zdjecie zostalo opublikowane jako ilustracja do fragmentu przewodnika Lonely Planet o Iranie, w dziale o kaligrafii. Wizyta byla bardzo mila, jako
prezent namalowal dla nas na predce portret Ady (mam do niego pewne zastrazezenie, bo mam na nim dlugie wlosy wystajace spod chusty, mysle ze to moze byc jego najbardziej wycwiczony portret kobiety), a my zostawilismy wizytowke Ady, ktora zostala umieszczona obok wizytowek innych klientow z calego swiata pod szklana szybka na stoliku.

Wieczorem Behrooz zaprowadzil nas na lokalna kolacje, ktora byla przepyszna i calkiem niedroga. Zaproponowal tez oprowadzenie po centrum miasta w normalny dzien, kiedy wszystko bedzie otwarte. Umowilismy sie na pojutrze o 10.30 rano.

Dzis rano nasz goscinny gospodarz Ali obudzil nas na sniadanie. O 7 rano.

Po posilku ruszylismy w strone najwiekszego w calym Iranie meczetu, zwanego przez tubylcow Piatkowym. Po raz kolejny sklepy byly pozamykane, bo dzis wszyscy Iranczycy swietuja jedna z wazniejszych dla szyitow rocznic – pogrzeb Imama Dzafara, tworcy szyizmu. Caly nieczynny dzis bazar przyozdobiony byl pogrzebowymi flagami. Ali zabral nas na spacer. Tym razem dla odmiany… ogladalismy dywany.

Nieumyslnie wspomnialam gdzies miedzy pietnastym a dwudziestym dziewiatym dywanem, ze w Polsce najpopularniejsze sa duze dywany, pokrywajace prawie cala powierzchnie podlogi w pokoju. Od tej chwili pokazywali nam tylko WIELKIE dywany. Kladli je jeden na drugim rozlozone na podlodze. Udalo nam sie im przerwac, kiedy kupka miala pol metra. Podziekowalismy, a oni pokazali wszystkie jeszcze raz. I jeszcze raz. I raz jeszcze. Zapewniali, ze platnoasc nie jest problemem, ze mozemy wybrac, ktory najbardziej nam sie podoba i zabrac go ze soba. Zaplacimy przelewem z Europy.

Zupelnie rozumiemy tradycje sprzedawania dywanow i wiemy doskonale, tak samo jak i oni, ze zadnego nie kupimy. Jest to bardziej inwestowanie w przyszlosc, bo przeciez kiedy bedziemy w koncu mieli bardzo duzo pieniedzy i jeszcze wiecej podlog, wiec jezeli tylko bedziemy potrzebowac jakiegos dywanu, uderzymy do Alego albo Behrooza.

Jako ze jest dzisiaj swieto narodowe i wszystko jest nieczynne to jedyna atrakcja, jaka zostala nam na dzisiaj to znalezienie kawalka wolnej trawy na placy Imama i urzadzenie pikniku.

Iranczycy to uwielbiaja. W kazdej chwili wolnego czasu (pora „luchowo-obiadowa” albo wolny dzien) wszystkie parki i skwerki zapelniaja sie wzorzystymi dywanami i kocami z calymi rodzianmi. Zabieraja ze soba turystyczna butle z gazem, garnki, chleb i zastawe i jedza posilek na swiezym powietrzu. Chetnie dziela sie ze soba nawzajem albo z przyjezdnymi. Jesli nie maja akurat ze soba dywana, butli albo chleba, po prostu klada sie na trawie (zdejmuja skarpetki, na co zwrocila duza uwage Ada) i spia. widok czlowieka spiacego na pasie zieleni pomiedzy dwoma pasami ruchu nikogo nie dziwi 😉

W tym momencie chcialam dodac, ze uwielbiam ich kulture. Po wielu nieudanych probach wyciagniecia KOGOKOLWIEK w Warszawie na piknik do parku stwierdzam, ze naprawde moglabym tu zamieszkac. To, co oni robia na codzien jest bardzo integrujace, rodzinne i po prostu przyjemne 🙂

Wazna kwestia jest to, ze w calym kraju zakazana jest produkcja, sprzedazs i spozycie alkoholu. Ludzie siedzacy na kocyku po zmroku nie wygladaja podejrzanie ani groznie – czasami po prostu rozbijaja namiot w parku dla przyjemnosci 🙂

Urzadzilismy sobie taki piknik w samym centrum miasta. Po chwili dosiedli do nas inni podroznicy – Fin rozpoczynajacy wlasnie swoja roczna podroz do Indii (wydal nam sie troche niepokojacy – strasznie zakrecony na punkcie jogi, medytacji i filozofii hindustycznej) z kolega, ktory gosci go jako couch surfera.

Po pewnym czasie zebralismy sie do bardzo lokalnej i ciezkiej do znalezienia dla podroznika kafejki z pyszna herbata i szisza. Podali nam tam fantastyczne slodycze nazywane „ucho slonia” – swego rodzaju male faworki cale umoczone w cukro-miodzie. Przerazajaco slodkie, ale Ada dala rade zjesc cala porcje dla 4 osob 😉 Tradycja mowi, zeby zawsze palac fajke wodna jesc cos bardzo slodkiego. Wyrownuje to balans organizmu i nigdy nie bedziemy „na haju”. Moga to byuc roznego rodzaju lokalne slodkosci, slodka jak ulepek herbata lub swieze daktyle. Wszystko rownie pyszne 🙂

Na jutro planujemy spotkanie z Behroozem, potem chcemy kupic bilety na nocny pociag do Szirazu, a moze od razu na pociag z Jazdu do Bandar-e-Abbas, jezeli sie uda. Wieczorem powinnismy byc juz w drodze, o ile nie zdecydujemy zostac dluzej w tym najpiekniejszym i jednym z najwazniejszych historycznie miast Iranu, bo nie bedziemy ukrywac, ze nas oczarowalo. Szczegolnie w porownaniu z ogromnym i szarym Teheranem.

PS Dzisiaj niespodziewanie przestal nam dzialac telefon, ktory – tym bardziej niespodziewanie – jak dotad dzialal w Iranie. Byc moze to tylko chwilowy problem, ale jezeli nie, to nie martwcie sie, ze w ten sposob nie bedzie z nami kontaktu. Przeciez wszystko jest w najlepszym porzadku i bawimy sie swietnie 🙂 


Tagi: , ,

Komentarze

  1. zetbull napisał(a):

    Bajka, czyta się Was z przeogromną przyjemnością, powinniście po powrocie napisać książkę.
    Pozdrawiamy

  2. Anonymous napisał(a):

    To ja Ci ślę SMSy – a Ty piszesz, że telefony przestały dzialać??? :-))) A co do tej „rozpusty” – nie wiem co gorsze – haj po sziszy, czy porcje „ucha słonia” dla 4 osób :-))) Co tu mozna napisać – chciałoby się te widoki podziwiać… Ściskam mocno.
    Tata

  3. Anonymous napisał(a):

    No proszę, Ada nawet tak daleko nie przestaje pracować i załatwie sobie ( na chwałe firmy oczywiście ) Klientów :D. Piszcie często i długo, codziennie dzień rozpoczynam kawusią i Waszym blogaskiem i przyznam że chociaż wiem że nie zawsze możecie coś napisać, to jestem rozczarowana jak nie ma nowej notki. Buziaki Gosia M.
    P.S. MNIE jakoś nie zaprosiłaś na piknik, więc nie narzekaj 🙂

  4. Anonymous napisał(a):

    Na haju…to ja jestem, za sprawą Waszej dzisiejszej notatki, chachachach 😀
    Najpierw rozbawił mnie, do łez, Łukasz swą znajomością pociągów,a właściwie ich komfortu, powołując się na hinduskie koleje, co w porównaniu z polskimi, stanowi naprawdę niewielką różnicę, szczególnie pod względem dostępu i częstotliwości korzystania z nich 😉
    To w końcu, są w pociągach, te miejsca do spania czy nie, bo wybieram się do Indii 😀
    Po drugie, Adusiu, jak Cię będą pytać skąd jesteś, to mów, że z Żuromina, to na pewno się zdziwią, a nie zachwycą, chacha….
    Po trzecie, już widzę Łukasza i Adę, w najbliższy weekend październikowy po powrocie, na pikniku, na Polach Mokotowskich, ale Łukasz koniecznie musi być bez skarpetek,chachacha bo „będzie to bardzo integrujace, rodzinne i po prostu przyjemne :)”Ciekawe tylko, czy Łukasz będzie wtedy też spał jak Irańczycy i czy Ada mu na to pozwoli? 😉
    A tak na serio, to cieszę się Córciu, że zachwyca Cię ta kultura i nie mogę doczekać się Twojego powrotu, bo na pewno coś z niej tam przeniesiesz do swojego życia. Może zmienisz mieszkanie, z widokiem na meczet?;-)
    Kochani, rozbawiliście mnie do łez, więc domniemam, ze tez sie świetnie bawicie, bo jesteście przecież głównymi bohaterami tej, jak tu Ktoś napisał”bajki”, a te dywany to juz mi sie tylko z jednym skojarzyły… z Persją, Szeherezadą i latającymi dywanami….cudnie….(pamiętasz Adusiu taką starą książkę w domu, z bajkami?)
    Bardzo, bardzo, bardzo Was pozdrawiam i tak samo tęsknię za Wami…..
    maminka :-*

  5. Anonymous napisał(a):

    ps. nie ma to jak właściwe i odpowiednio użyte słówko, trochę o rutynie i zaraz poprawa jakości, a jaka wylewność, a jakie lekkie pióro…. hohohoho
    To wszyscy czekają na Wasze neeeewsy, a Wy tak
    skromnie? I od razu lepiej :-)))))
    buziak duży :-*
    ma…..