Ada na szlaku: pierwsze dni w Yogyakarcie « Pod Zwrotnikami


Ada na szlaku: pierwsze dni w Yogyakarcie

Zawód nauczyciela ma ponoć dwa plusy – lipiec i sierpień. W Indonezji sprawa ma się trochę inaczej, bo zdecydowana większość szkół jest tutaj prywatna, a to daje im między innymi możliwość decydowania o terminie wakacji. W mojej szkole panuje przekonanie, że koreańskie matki nie lubią dni wolnych, bo muszę wtedy same zajmować się dziećmi. Uważam, że to dość krzywdzący stereotyp, ale chyba musi coś w tym być, bo Koreanki będące właścicielkami szkoły ustaliły, że wakacje będą trwały… 2 tygodnie. Kiedy otarłam już łzy rozpaczy, postanowiłam wykorzystać te 2 tygodnie najlepiej jak się da. A więc – w drogę!

Pierwszą moją przygodą na trasie był widok z okna samolotu Dżakarta – Yogyakarta. Za oknem, pośród chmur zobaczyłam bowiem… wulkan! Widok zapierał dech w piersiach. Moi nowi znajomi podpowiadają, że to prawdopodobnie Merapi. Wow!

Yogyakarta (w skrócie Yogya) to miasto na południowym wybrzeżu centralnej Jawy. Razem z malowniczym wulkanem Bromo są zdecydowanie najpopularniejszą okolicą turystyczną na całej wyspie. W okolicy Yogyi znajduje się mnóstwo hinduistycznych świątyń. Najbardziej okazała i najciekawsza to Borobudur, ale w podobnej odległości od miasta jadąc bardziej na wschód dotrzemy do innego, okazałego kompleksu kilkudziesięciu (śmiałkowie mówią, że nawet kilkuset) małych świątyń. Największa z nich nazywa się Prambanan i dziś słynie z odbywających się kilkanaście razy w miesiącu pokazów baletu wykonywanego przez zespół ubranych w tradycyjne stroje tancerzy przy akompaniamencie muzyki na żywo.

Nie trzeba jednak wyjeżdżać z Yogyi, żeby podziwiać dziedzictwo Jawajczyków. W mieście znajduje się m. in. kompleks pałacowy nazywany tradycyjnie Kratonem, muzeum lalek Wayang do pokazów tańca cieni i wiele innych atrakcji.

Dlatego też zaraz po przyjeździe spragniona wrażeń… nie zobaczyłam żadnego z tych miejsc. Spędziłam miły wieczór z moimi nowymi znajomymi, a następnego dnia, po piekielnie ostrym lunchu, pojechaliśmy wszyscy razem na plażę!

Turyści uwielbiają kupować pamiątkowe koszulki przypominające im o miejscach i miasta, w których byli. „I <3 New York", "Bali is beautiful", "Best party in Ibiza", "Good girls go to Heaven & Bad girls go to Berlin" i wiele innych… Dlatego też, będąc w Yogyakarcie zakupiłam i dumnie noszę koszulkę „Couchsurfing Yogya”. Społeczność Couchsurferów jest tutaj fenomenalna i słyszałam o niej już dawno temu. Planując tę wyprawę, wiedziałam, że MUSZĘ tutaj posurfować po kanapach lokalnych studentów.
Moja gospodyni nazywa się Ayu i – niebywałe! – niedawno wróciła z Polski, gdzie mieszkała cały rok! W naszym znalazła się kraju dzięki wymianie studenckiej. Z rozrzewnieniem wspomina zapiekanki, pierogi i polski chleb, który – według niej – jest tak twardy, że da się zjeść tylko dwa albo trzy gryzy. Ayu odebrała mnie z lotniska motorem i od tej pory przemieszczam się tylko w ten sposób. Po rozpakowaniu moich rzeczy w jej pokoju ruszyłyśmy na spotkanie Couchsurferów. Miejscówką regularnych spotkań okazał się pokój gościnny z dużym dywanem w domu Martina, Siti, Aurory i Silona. Można tam leżeć, spać, wygłupiać się albo jeść. To indonezyjsko-belgijska rodzina z dwójką dzieci – rozgadaną córką mówiącą biegle w 3 językach (bahasa, angielski i holenderski) i 3-letnim synkiem, któremu nadal trochę się miesza i mówi o sobie „ajay” (połączenie angielskiego „I” i indonezyjskiego „saya”, czyli słów „ja”). Mieszka z nimi prawdopodobnie najmniejszy kociak na świecie – Sisi.

Prowadzą otwarty dom, zawsze można do nich wpaść po drodze, bo brama wjazdowa i drzwi są otwarte, a w pokoju gościnnym na pewno siedzi ktoś znajomy. Są bardzo zaangażowani w Couchsurfing. Teraz ich gośćmi jest para Szwedów – Ulrich i Emma i dwóch chłopaków z Iraku o korzeniach hindusko-amerykańskich i polsko-holenderskich.

Niedzielny poranek był dla mnie bardzo ciężki. Wstałam o 5 rano, żeby zdążyć na 6 na poranną sesję jogi w parku. Zaproszenie na nią dostałam od… innego Couchsurfera, który był bardzo rozczarowany, że nie mogę zatrzymać się u niego! Joga była fajna, cały czas podpatrywałam jak ćwiczą dziewczyny w chustkach i bluzkach z długim rękawem. Okazuje się że można i nikt już nie wykręci się od ćwiczeń brakiem odpowiedniego stroju!

Na lunch (znowu w belgijsko-indonezyjskim domu w towarzystwie kilku surfingowych znajomych) zamawialiśmy kurczaka z chilli. Zabawa polega na tym, że każdy indywidualnie dobiera poziom ostrości. Ja zaryzykowałam 3 papryczki na porcję (gotując w domu dodaję 1 na całe danie, czyli zazwyczaj 2-3 porcje), lokalni znajomi wzięli 6-10 papryczek, a podobno maksymalne realizowane zamówienie to 250… Aaaaa, ostro!!! Po lunchu, hektolitrach wody i krótkiej drzemce wybraliśmy się na plażę w 4 skutery, czyli 10 osób. (Logiczne, prawda?)

Droga była fatalna.

Półtorej godziny jazdy w jedną stronę jako pasażer motoru poskutkowało u mnie zakwasami w nogach. Naprawdę trudno utrzymać balans, kiedy Ayu zasuwa 60 km/h po dziurawych drogach, nie zwalnia na zakrętach, a od czasu do czasu je lody prowadząc. Na szczęście bezpiecznie dojechaliśmy do celu i… zachwytom nie było końca! Miejsce, które wybraliśmy to kilkunastometrowe klify i bijące o nie wielkie fale.

Południowe wybrzeże Jawy jest otwarte wprost na bezmiar Oceanu Indyjskiego, dlatego wody są u bardzo niespokojne i praktycznie na całej jego długości kąpiele są zakazane. Podobne wybrzeże widziałam niedawno na Bali w okolicy świątyni Tanah Lot. Tam wyglądało to naprawdę imponująco, ale tu, w zupełnie nieznanym nikomu zakątku Jawy poczułam niezwykłą magię. O wiele przyjemniej podziwia się takie widoki w towarzystwie przyjaciół lub samemu, niż z tłumem innych turystów. Oczarowani urokiem tego miejsca naprawdę nie chcieliśmy wracać do miasta, ale zaczęło się ściemniać. Umówiliśmy się na biwak w sierpniu – naprawdę cudownie byłoby tam wrócić…

To tyle jeśli chodzi o atrakcje weekendu! W poniedziałek miałam zwiedzać Yogyakartę, ale niespodziewanie wylądowałam w jaskiniach brodząc w wodzie do pasa. Jak było? Jak zwykle wspaniale!

 


Tagi: