Belitung – rodzący się raj

Belitung to nazwa, która nawet znającym Azję Południowo-Wschodnią mówi tyle co nic. Próżno jej szukać w przewodnikach turystycznych czy na podróżniczych blogach. Jedyne, dość „suche” informacje znajdziemy na Wikipedii:

„Wyspa w Indonezji w prowincji Wyspy Bangka i Belitung.
Leży pomiędzy Sumatrą a Borneo; od północy oblewa ją Morze Południowochińskie; od południa Morze Jawajskie; od zachodu cieśnina Gaspar oddzielająca od wyspy Bangka; od wschodu cieśnina Karimata oddzielająca od Borneo. Otoczona przez 189 mniejszych wysp. Powierzchnia 4833 km²; pagórkowata (najwyższe wzniesienie Gunung Tajam 510 m n.p.m.); niegdyś cała porośnięta lasem równikowym, obecnie ponad 40% powierzchni zajmują plantacje palmy olejowej. Część powierzchni została zdewastowana wskutek eksploatacji złóż cyny. Piękne piaszczyste plaże.”


Brzmi średnio zachęcająco, prawda?

Dla turysty najważniejsze jednak, że wyspa leży raptem 450 kilometrów od Dżakarty. Dolecieć tam można w niecałą godzinę, a weekendowa podróż w obie strony to wydatek rzędu raptem 250 złotych („okazje” można znaleźć nawet za 160 zł).
Korzystając więc z dłuższego, czterodniowego weekendu daliśmy się porwać rekomendacji znajomego Francuza i wyruszyliśmy w, coby nie mówić, nieznane.

Witamy na Belitungu!

Witamy na Belitungu!

 

Okazało się, że Belitung to destynacja bardzo nietypowa. Wyspa pod każdym względem znajduje się „pośrodku niczego”. Przez ponad 100 lat była de facto jedną wielką kopalnią cyny. To właśnie tu zaczęła swoją działalność angielsko-australijska firma Billiton. Jej nazwa jest nieprzypadkowa – tak nazywano wyspę za czasów kolonizacji holenderskiej. Dziś Billiton to największa na świecie (zatrudniająca ponad 50 tysięcy ludzi) firma wydobywcza o kapitalizacji bliskiej 200 miliardów dolarów (!!!).
Na Belitungu firmy już nie ma. Zasoby cyny i kaolinu powoli się wyczerpują, kopalnie są zamykane. Dziewiczą niegdyś wyspę wypełniają plantacje rosnących w równych szeregach palm olejowych.

Wyspa zmieniła się na zawsze także pod względem ludności. Praca w górnictwie przyciągała znanych z pracowitości Chińczyków. Niedługo po otwarciu kopalni Billitonu migracja na wyspę była tak silna, że Chińczycy zaczęli stanowić niemal połowę stutysięcznej populacji. Nawet dziś – 60 lat po nacjonalizacji kopalni i latach antychińskiej polityki wewnętrznej ponad 10% mieszkańców ma Chińskie korzenie.
Na szczęście cyna, kaolin i palmy olejowe to nie jedyne zasoby wyspy. Dziś znacznie ważniejsze są walory przyrodnicze.

Dla turystyki Belitung został odkryty raptem kilka lat temu za sprawą niezwykle popularnego tu filmu „Tęczowe oddziały”. Dziejący się na wyspie obraz na tyle zauroczył widzów pięknymi widokami, że dopiero wtedy linie lotnicze zdecydowały się na regularne połączenia. Doprowadziło do turystycznego boomu, jeśli można tak powiedzieć o circa 300 osobach przylatujących tu „na weekend”.

Pomimo tych kilku lat rozwoju ciężko mówić, że wyspa gotowa jest na przyjmowanie rzesz turystów. Szczególnie – turystów zagranicznych. Nikt nie mówi tu po angielsku, nie ma zorganizowanego transportu, baza noclegowa ogranicza się do kilku bardzo drogich hoteli (powyżej 150 zł za noc), jednego tańszego hoteliku i bardzo wielu tanich „pokojów gościnnych”. Sęk jednak w tym, że bardzo ciężko o pokój z prysznicem: większość miejsc oferuje łazienkę z jednym tylko kranem służącym jednocześnie za źródło wody do mycia oraz spłukiwania toalety (typu „kucającego”). Nic przyjemnego.
Jak poruszać się po Belitungu gdy nie ma mowy o autobusach czy tanich taksówkach? Najprościej „za jeden uśmiech”. Stopa z lotniska do miasta złapaliśmy bez najmniejszego problemu (pierwszy mijający nas samochód zatrzymał się, ale jechał w inną stronę – drugi już nas zabrał).
Zaskoczyła nas za to bardzo mała ilość miejsc noclegowych. Przez kilkanaście minut spaceru po mieście nie znaleźliśmy choćby jednego „Home Stay”. Palące przedpołudniowe słońce sprawiało, że na ulicy nie było nawet kogo zapytać o drogę. W końcu spróbowaliśmy dość nietypowego manewru: Łukasz wszedł do jakiegoś biura/urzędu/posterunku i tam zapytał o najbliższy nocleg. Chociaż pracujący tam panowie nie mówili po angielsku – okazali się być bardzo pomocni. Po obowiązkowej sesji fotograficznej z kierownictwem (biali turyści nie trafiają się codziennie!) wykonali kilka telefonów po czym wsadzili nas na skutery i zawieźli do znajomych, którzy mieli wolny pokój.
Kolejnym (a może nawet pierwszym i najważniejszym) niezbędnym do przeżycia na Belitungu punktem programu jest wynajęcie skutera. 90% ruchu na wyspie odbywa się na jednośladach – nie ma więc co liczyć na to, że zawsze bez problemu złapie się stopa. Na szczęście wynajęcie maszyny to koszt raptem 15 złotych za dzień, a benzyna jest za półdarmo (litr za 1.5 zł). Znów z pomocą przyszli nam nowi znajomi – wykonali kilka telefonów i poinformowali, że niebawem zjawi się ktoś ze skuterem dla nas.

Najciekawszym elementem wszystkich zawartych przez nas transakcji było to, że wszystko odbywało się na przysłowiową „gębę”. Nikt nie prosił nas o dokumenty, nikt nie kazał płacić z góry, nie było mowy o kaucji. Przyjaźni, chętni do pomocy i pełni zaufania ludzie zachowują się zupełnie inaczej niż w miejscach, gdzie „dojenie turystów” jest podstawą gospodarki.

Plaże na Belitungu dorównują tym seszelskim. Biały, gładziutki piasek; turkusowa, spokojna woda, palmy, granitowe skały, a niedaleko brzegu – rafa koralowa. Raj. Raj z jednym tylko problemem: dopiero powstaje.

Fermy krewetek niedaleko Palau Kepayang.

Fermy krewetek niedaleko Palau Kepayang.

 

Co złego w rodzącym się raju? Wydawać by się mogło, że wprawieni w bojach podróżnicy szukają właśnie takich miejsc – nieznanych, nie odwiedzanych przez rzesze turystów. Że szukamy autentycznych doświadczeń, a nie turystycznego produktu.
Prawda, jak to najczęściej bywa, jest pośrodku. Belitung bez dwóch zdań jest autentyczny, ale nie w sposób, którego byśmy oczekiwali po „rajskiej wyspie”. Chociaż przyroda bardzo przypomina tą seszelską – z Seszelami póki co przegrywa. Czemu?

Większość plaż na Belitungu to plaże przy przystaniach rybackich. Nikt tu nie myśli o turystyce – ludzie zajęci są swoim życiem: łowią ryby, rzucają na plaże resztki plastikowych sieci i puste butelki, wokół ich motorówek widać unoszące się na wodzie plamy benzyny. Są bardzo mili, widząc białasa z daleka krzyczą i machają. Ale otoczenie miasta jest zwyczajnie brudne i zaśmiecone.

Plaża przy przystani.

Plaża przy przystani.

 

To, że znaleźć można również cudowne plaże to nie zasługa osławionego „autentyzmu” a właśnie rozwijającej się powoli turystyki: czyste są tylko te miejsca, przy których wybudowano restauracje lub resorty.
Plaże te położone są daleeeko na północnym wybrzeżu wyspy, około 30 km od miasteczka, w którym zamieszkaliśmy, i w którym jest większość hoteli. Na Seszelach sprawa miała się zupełnie inaczej – tam każda plaża była przygotowana na ewentualną wizytę zbłąkanego turysty. Czyściutkie były nie tylko miejsca najbliższe hoteli, ale i te położone najdalej, zupełnie na uboczu.
Mamy nadzieję, że z czasem będzie tu lepiej, chociaż oczywiście Belitung już teraz warto było odwiedzić.

Tyle filozofowania- jutro ciąg dalszy, tym razem garść informacji praktycznych. 


Tagi: , , ,