Po Dżakarcie z Sienkiewiczem « Pod Zwrotnikami


Po Dżakarcie z Sienkiewiczem

Jeszcze 100 lat temu Dżakarta była rajem i piekłem jednocześnie. Świetna pogoda, pyszne owoce, cudowna przyroda, życie za bezcen. Z drugiej strony – zabójcze tropikalne choroby.
W polskiej literaturze niewiele jest relacji opisujących ówczesną Indonezję. Jedną z najciekawszych jest ta napisana przez… Henryka Sienkiewicza. Książka „Wspomnienia sierżanta Legji Cudzoziemskiej” wydana została nakładem Gebethnera i Wolffa w 1914 roku. Wbrew pozorom autor nie jest znanym wszystkim noblistą, a jego imiennikiem, dalszym kuzynem.

Sierżant Sienkiewicz był jednym z pierwszych Polaków, którym przyszło odwiedzić Batawię, czyli dzisiejszą Dżakartę. W latach 1882-1883 żył tu służąc w Armii Holenderskiej w trakcie wojny z Sułtanatem Aceh na północnej Sumatrze. Jego wspomnienia czyta nam się rewelacyjnie: Przez 100 lat niektóre rzeczy zmieniły się zupełnie, a niektóre wcale. W pierwotnym tekście nie ma ilustracji – tu z pomocą przyszły nam zbiory holenderskich bibliotek. Zapraszamy do lektury!

Pierwsze wrażenie, jakie wywiera na europejczyku Jawa, trudno określić. Każdy jest zdumiony i oczarowany tą pięknością przyrody.

Batawja ma z górą 200,000 mieszkańców. Jest to miejscowość bardzo niezdrowa, zamieszkana przez Jawańczyków i Chińczyków. Europejczycy wszyscy, pomimo że mają rozległe interesy handlowe, przebywają tutaj tylko dorywczo, a mieszkają w miejscowości Veltenfriden [Welte Vreeden], położonej wyżej o jakie 10 kilometrów.

Nadzwyczaj miłe na nas robi wrażenie pierwsze przyjęcie. Oficerowie, którzy nas oczekują, prowadzą nas do specjalnych namiotów, gdzie kilku cywilnych z paniami krząta się koło stołów. Podają kawę mrożoną, jakieś ciasta, rodzaj plum-puddingu i wiele owoców zupełnie nam nieznanych. Jest także wino i limonada mrożona.

Po krótkim wypoczynku wsiadamy do tramwaju konnego. Całą droga do Veltenfriden [Welte Vreeden], a stąd do Mister-Cornelis nie da się opisać. Z jednej i drugiej strony drogi wspaniałe wille z werandami, rodzaj pałacyków, a wszystkie toną w otoczeniu palm najrozmaitszych gatunków, kokosów i bananów. Klomby ze wspaniałymi, nieznanymi mi kwiatami, a dalej pola, piętrzące się tarasami, najdoskonalej zirygowane, a wszędzie spotyka się mrowie ludzi, noszących w koszach na głowie, lub też na bambusach rozmaite produkty. Co jest charakterystyczne, że ci ludzie nie chodzą, ale biegną zawsze kłusem, pomimo szalonego gorąca.

Lud tu nie jest dziki i wszędzie nas witają uprzejmie. Co chwila słyszymy: „Tabe, tohan” (witaj, panie). To nie Algerja z Arabami, którzy z podełba na nas patrzą.
Przybywszy do Mister-Cornelis, umieszczeni zostaliśmy w wygodnych koszarach.

Wszystko tu zastosowane do warunków klimatycznych, sale wielkie, przewiewne, dachy spuszczające się nizko, korytarze na zewnątrz wzdłuż gmachu; przy każdej sali łazienki z natryskami.
Zdumieni jesteśmy temi wygodami dla żołnierzy, a co najwięcej nas zaciekawia, to setki kobiet krajowych, kręcących się po salach i korytarzach. W armji francuskiej kobiecie nie wolno przestąpić progu. Tutaj stoi garnizonem II-ty bataljon a wszystkie te piękności jawańskie należą do niego.

Po rozejrzeniu się w koszarach, wychodzimy na spacer do dzielnicy chińskiej. Jest to zupełnie odrębne miasto, odrębna struktura domów i inne sklepy. Cała ludność nadzwyczaj czynna i zarazem hałaśliwa. Podróżnikowi zdaje się, że jest w Państwie Niebieskiem. Pełno wszędzie smoków porcelanowych i jakichś przedpotopowych zwierząt, jako ozdoba domów.

Wchodzimy do jakiejś okazałej restauracji chińskiej, ale tu już wszystko po europejsku, bo oprócz pałeczek, są łyżki, widelce i noże.
Podają nam wcale niezłe wino francuskie, kurę pieczoną wprawdzie na oleju kokosowym, ale wcale smaczną i sałatę z młodych pędów bambusowych z krewetkami, a na deser gałki muszkatołowe w cukrze. Wszystko to nam smakuje, ale kawa czarna obrzydliwa, pomimo że gatunki kawy jawańskiej są najlepsze. Nie umieją jej dobrze palić ani mleć, a tem mniej przyrządzać. Wszędzie pije się niesmaczną, chyba, że ktoś sam ją sobie przyrządzi.

(…)
Na Jawie od lat kilkudziesięciu nie było nigdy żadnego buntu.
Salatiga jest uważana jako miejscowość najzdrowsza. Cholery tu nie znają, a i febry nie są tak złośliwe, a co najważniejsza, niema tu wcale moskitów. Miasteczko niewielkie, cywilnych europejczyków bardzo mało, za to Chińczyków pełno. Oni tu odgrywają tę samą rolę, co u nas w Polsce Żydzi.
(…)
Pożywienie żołnierskie bardzo obfite, przystosowane do tutejszych warunków. Podstawą jego jest ryż. Rano o godz. 5-tej i pół kawa czarna i bułka pszenna, pół funta naszej wagi, posmarowana masłem europejskiem, z serem lub szynką.
O godz. 9-tej i pół obiad, składający się z zupy na mięsie, zwanej „Sajor” ; jest to zupa narodowa, za podstawę ma mleko, wyciśnięte z orzecha kokosowego, pomieszana z rozmaitemi korzeniami. Jest to zupa bardzo smaczna. Je się ją z ryżem, który jest ugotowany na parze. Do ryżu robią rodzaj sosu z pieprzu djabelskiego [sambal]. Sos ten jest tak szalenie mocny, że aż język drętwieje. Z początku trudno się do tego przyzwyczaić, ale potem bardzo smakuje.
Już to wogóle wszystkie potrawy przyrządzają bardzo korzennie i ostro. Do tego dodają mięsa pół funta z jakąś jarzyną i owoce, ananasy, banany lub mangi.
O godz. 4-tej po południu takie samo danie, z tą różnicą, że mięso jest smażone, czasem drób je zastępuje. Kawa, herbata cały dzień, ile kto chce, zamiast wody, którą tu uważają za niezdrową.
(…)
W Mister Cornelis zadziwiała nas masa kobiet w koszarach. Rzecz ta jest zupełnie legalna i uprawniona przez rząd. Każdy żołnierz ma prawo mieć w koszarach tak zwaną urzędownie „opiekunkę domu”. Są to wogóle młode dziewczęta jawańskie; przepędzają cały czas w salach razem z żołnierzami, a wychodzą tylko na czas inspekcji oficerskich do specjalnie urządzonego baraku w koszarach. W razie jakiejś ekspedycji wojennej, kobiety pozostają w koszarach pod dozorem starszego podoficera, aż do powrotu swoich panów, a przez ten czas otrzymują pół racji żołnierskiej i czwartą część żołdu.
Dla kobiet tych jest specjalny regulamin. W razie wykroczenia przeciw niemu, co się rzadko zdarza, żandarmerja odprowadza je do miejsca urodzenia, czego one bardzo się obawiają.

Indje Wschodnie, holenderskie, składają się z grupy wysp. Do największych należą: Jawa, Sumatra. Madura, Borneo, Moluka, Celebes, Timor, Banka i wiele drobniejszych. Główny zarząd tych wysp jest na Jawie.
Generał-gubernator rezyduje w Boitenzorg [Bogor], niedaleko Batawji. Ogólna ludność dochodzi 60-u miljonów. Sama jawa ma przeszło 22 miljony i jest najludniejsza. Sumatra, która jest trzy razy większa, ma 12 miljonów ludności.
Najmniej znana ze wszystkich jest Borneo. Brzegi tylko są faktycznie w posiadaniu Holendrów. którzy tu mają kilka miast i posterunków wojskowych. W środku wyspy są obszary ogromne, lasy nie do przebycia, moczary.
W tych lasach zamieszkują dzicy Dajacy. jeszcze dotąd ludożercy.
Holendrzy powoli wdzierają się w głąb kraju. Trzeba go przedewszystkiem osuszać, bo najsilniejszy organizm europejski nie wytrzymuje wyziewów z tych rozpalonych nizin.


Ze wszystkich wysp najwspanialsza jest Jawa. Nazywają ją też „królową wysp”. Zadna z miejscowości na kuli ziemskiej nie przewyższa jej pod względem roślinności i urodzajności, a w dodatku ma Jawa wszystko, co mają kulturalne państwa w Europie, a więc ład i porządek administracyjny i bezpieczeństwo dla europejczyków bezwzględne. Komunikacja: szosy, drogi, koleje, wszystko we wzorowym stanie.
W ludność wszczepione jest poszanowanie dla europejczyka, którego jawańczyk uważa za istotę uprzywilejowaną.
Zadne państwo nie może się poszczycić tak mądrą kolonizacją, nie wyłączając Anglików. Do utrzymania w karbach posłuszeństwa tych 60-u miljonów Holandja ma tylko 30 tysięcy żołnierzy, z których tylko połowę tworzą europejczycy. Na niektórych wyspach, jak na Sumatrze, Celebes i po części w Borneo, są szczepy bardzo wojownicze. Od czasu do czasu trzeba je poskramiać i nieraz duże straty w ludziach ponosić.
Holandja ma wielkie trudności z kompletowaniem armji kolonialnej. Konstytucja holenderska nie pozwala swych wojsk wysyłać za morza, posiłkować się więc musi tylko ochotnikami.
Jawańczycy – można powiedzieć – rządzą się sami: policja, żandarmerja, sądy. wszystko to jest w ich rękach, przy mądrym nadzorze holenderskim. Rząd ani nie narzuca im swego języka. ani nie gwałci ich zwyczajów narodowych. Wszędzie są szkoły z językiem malajskim, a w Batawji istnieje nawet akademja lekarska.
Niewolnictwo od bardzo dawna zniesione, każdy człowiek jest tu wolny. Poboru wojskowego niema, w armji służą tylko ochotnicy.
Lud jawański czuje się bez porównania szczęśliwszym, niż za dawnych czasów. Dla ułatwienia płacenia podatków rząd pobiera część ich w naturze. Każda gmina ma swoje magazyny z zarządem i kontrolą. Dwa razy do roku odbywa się sprzedaż. Kupcy się zjeżdżają i przez licytację kupują.

Jawa dotąd ma jeszcze swego cesarza i bardzo liczną arystokrację. Za moich czasów, w r. 1883-im, cesarz ówczesny był starcem 70-letnim. Na rezydencję miał wyznaczoną Surakarte. Pensji pobierał 3 miljony guldenów rocznie. Oddawano mu wszystkie honory, miał nawet tytuł generał-lejtnanta holenderskiego a ubierał się w mundur raz do roku, to jest w Nowy rok przy składaniu mu życzeń przez europejskiego gubernatora.
Gwardja jego składa się z pięciuset ludzi ale bez broni palnej. Dla oddawania mu honorów stoi przy nim szwadron kawalerji europejskiej; w rzeczywistości pilnują go. Jest to więzień w złotych kajdanach do tego stopnia, że nie może nawet poza miasto wyjechać bez zawiadomienia gubernatora. Pałace jego są pod strzałami armatnimi fortu, w którym zawsze stoi silny bataljon europejczyków.

Jawańczycy są wszyscy mahometanami, ale kobiety nie zakrywają twarzy, są wolne, może nawet za wolne w naszem pojęciu o moralności.


Życie na Jawie bajecznie jest tanie. Kura n.p. kosztuje 20 groszy, pikol kawy, to jest naszych 100 funtów, 10 guldenów; ryby, mięso bawole, wszystko za bezcen. A co za owoce i jaka ich rozmaitość! Ananasy, banany w kilku gatunkach, mangi różnych wielkości i smaku (rodzaj naszych brzoskwiń). Nanki [?] wielkości naszych dyń, dorium [durian], jamba [guawa], pompelmusy [pomelo] – rodzaj pomarańczy wielkości ludzkiej głowy i wiele innych owoców. A za to niema tu wcale winogron, fig, daktyli i żadnych europejskich owoców.
Wszystko co z Europy przychodzi jest bardzo drogie. Mleko, masło, sprowadza się z Europy. Funt masła kosztuje półtrzecia guldena. Piwo – guldena za butelkę. Wino, koniak – wszystko to się drogo płaci; a wymagania europejczyków są wielkie. Każdy chce mieć wszystko, jak u siebie.
Europejczyków pracujących fizycznie niema tu wcale, są tylko: armja, urzędnicy, plantatorzy i pracownicy domów handlowych. Biały nie może być kucharzem lub lokajem, nie jest to nawet tolerowane przez rząd. Cała służba składa się z jawańczyków, a kucharzami prawie wszędzie są Chińczycy.

c.d.n. 


Tagi: , ,

Komentarze

  1. zbszek napisał(a):

    The best a listing so far.
    Te fragmenty wiele wyjaśniają w kwestii mentalności, podejścia i traktowania białych

  2. Pysiek napisał(a):

    cudny kawał historii. Dzięki piękne.