Jawajskie rozmaitości

O różnicach między Indonezją a Polską napisano wiele. Najciekawsze według nas są jednak drobne szczegóły, o których nie czytaliśmy i nie słyszeliśmy wcześniej. Język, klimat, wulkany – wspomina się o tym w każdej publikacji o Indonezji. Fajnie, ale… czemu nikt nie wspomniał o mrówkach i badmintonie? Czas na trochę informacji o drobnych detalach, które czasem dość mocno przekładają się na życie.

Zwierzątka
Nasza jeżyna została w Warszawie. Szkoda, bo dobrze by się bawiła. Tutejszy klimat sprzyja automatycznej biodegradacji wszelkich resztek: zostawione na wierzchu owoce czy jakiekolwiek słodkości szybko stają się ofiarą mrówek. Nie jest to domena naszego mieszkania – wszędzie wszystko żyje, wszelkie resztki znikają same z siebie. Co cieszy: karaluchów w naszym bloku jakimś cudem nie ma. Widzi się je za to na ulicy.
Na oddzielny akapit zasługują tutejsze bezpańskie (?) koty. W okolicy jest ich kilka. Każdy ZAWSZE siedzi w tym samym miejscu: rudy na wycieraczce salonu fryzjerskiego, czarny na schodkach przy biurze itp. Świątek, piątek czy niedziela – wracając z pracy muszę pamiętać, żeby nie stanąć na schodku, bo przestraszę kota, który leży tam cały czas.

Z jawajskiego garnka
Chociaż Indonezja to ogromny kraj – jej kuchnia bardzo różni się od tradycji kulinarnych innych dużych państw. W odróżnieniu od Indii czy Chin, które rozciągają się na tysiącach kilometrów z północy na południe – Indonezja rozciąga się na podobnym dystansie, ale WZDŁUŻ równika. Co z tego wynika?
Ano, zarówno w Chinach jak i w Indiach mamy kilkanaście kuchni regionalnych, a potrawy z mroźnej północy bardzo różnią się od potraw z tropikalnego południa. Są regiony słynne z owoców, ryb, a są takie znane z tłustych gulaszy i warzyw. W kuchni indonezyjskiej również wyróżnić można tradycje regionalne, ale nie są one aż tak różnorodne: klimat (a zatem i dostęp do składników) w całym kraju jest bardzo zbliżony. Tu każdy region obfituje w owoce, ryby, palmy kokosowe.
Innymi słowy: jest dość różnorodnie, ciekawie, PYSZNIE, ale różnych potraw są dziesiątki i setki, a nie tysiące jak w Chinach. Najważniejsze jednak, że jest to kuchnia skrojona dla nas – pełna wpływów indyjskich i chińskich, a jednocześnie nasycona mleczkiem kokosowym i orzechami.
Gado-gado, sate, soto, nasi uduk, nasi goreng… każdą z tych specjalności opiszemy osobno w przyszłości.

Hamburger i kimchi
Kultura centrów handlowych niesie ze sobą kulturę Food Courtów czyli… hmmm.. „dziedzińców z jedzeniem”? W Polsce podobne dziedzińce to chyba jednak rzadkość. Owszem, w Arkadii czy Złotych Tarasach można usiąść i zjeść hamburgera bądź sałatkę z jednej z kilku knajpek, ale w Indonezji zjawisko to jest o wiele potężniejsze. Food Court to kilkanaście bądź kilkadziesiąt małych restauracji oferujących przeróżne smakołyki. Tajwańskie pierożki? Sushi? Kimchi? Przysmaki z Jawy, Sumatry? Chińskie pieczone kaczki? Amerykańskie steki, włoskie spaghetti? Teriyaki? Ramen? Tokayaki? Wszystko na wyciągniecie reki. Podobnie z reszta w supermarketach: Ada wprost zaczęła się trząść po znalezieniu słoika z pesto… Nie ma mowy o kulinarnej monotonii.

Wężowy owoc
Uwielbiamy tropikalne owoce. Uwielbiamy banany, mandarynki, mango, longana, papaje. Uwielbiamy też mangostan, chociaż znalezienie go w Polsce graniczy z cudem. Pyszny jest rambutan, lubimy karambole… Tu owoce te można dostać w każdym sklepie. Ba! Dostać można też śmierdzącego duriana w kilku odmianach, sawo, duku czy salak, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy, a który zadziwia wyglądem.
DSC_7448
Salak, czyli po naszemu Oszpilna Jadalna (??) rośnie wyłącznie na Jawie i Sumatrze. Wężowa skórka skrywa fajny, czosnko-podobny miąższ o ciekawym smaku: trochę jabłko-gruszka, trochę migdał.
To oczywiście nie wszystko – w sklepach widzimy dziesiątki owoców i warzyw, których nazwy nic nam nie mówią. O tym również będziemy pisać już niedługo.

Szara terenówka
Ciekawostka pierwsza: palące słoneczko sprawia, że kolorowe samochody są tu wyjątkowo niepraktyczne. W rezultacie – po ulicach jeżdżą wyłącznie samochody w odcieniach szarości.
Ciekawostka druga: stan dróg i ogromne korki sprawiają, że rolę samochodów osobowych przejmują skutery i motorki. Jeśli ktoś decyduje się na samochód – decyduje się raczej na vana lub samochód terenowy w wersji miejskiej.
Ciekawostka pierwsza w połączeniu z drugą: Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że parking przy centrum handlowym to dziwny komis samochodowy: 3/4 samochodów to szarobure vany i terenówki, pozostałe – szarobure osobówki.
Co tu dużo pisać – poniższe zdjęcie przedstawia obecną sytuację drogową pod „naszym centrum handlowym”.
Nasza okolica

Keep calm and wear hidjab
Chociaż Dżakarta to stolica największego i najludniejszego muzułmańskiego kraju świata i, przy okazji, największe muzułmańskie miasto świata – podejście do religii jest tu zupełnie inne niż na Bliskim Wschodzie. Obowiązuje tu, tak jak w Turcji, rozdział religii od państwa, religijność i jej eksponowanie jest więc sprawą zupełnie osobistą. Na ulicach widzi się dziewczyny w Hidżabach, ale stanowią może 10% wszystkich kobiet. Doskonale widać, że większość z nich nosi je z własnej, nieprzymuszonej woli. W Iranie przymus noszenia hidżabu owocuje tym, że dziewczyny noszą je od niechcenia – jak chustkę zarzuconą na włosy. Tu sytuacja jest zgoła inna: często widzi się wymalowane, fajnie ubrane dziewczyny, które traktują Hidżab jako naturalne uzupełnienie ubioru. Widok dziewuchy w obcisłych dżinsach, hidżabie i koszulce z hasłem „Keep calm and wear hidjab!” nikogo nie dziwi.

Ojek, angkot i bajai
Wspominaliśmy poprzednio, że komunikacja miejska pojawiła się w Dżakarcie raptem 2 lata temu i obejmuje dziś raptem kilkanaście linii autobusowych. Sytuacja nie jest jednak aż tak tragiczna: to, czego nie udaje się realizować władzom miejskim organizują prywaciarze. Oprócz taksówek i metrobusów korzystać można z szeregu innych rozwiązań.
Angkot to nic innego jak malutki autobus, „marszrutka” zrobiony ze zwykłego vana bądź osobówki combi. W środku, prócz kierowcy, mieści się (o dziwo!) 15 osób. Angkoty jeżdżą na trasach w obrębie jednej dzielnicy, a przejazd kosztuje 3000 rupii czyli 75 groszy: na tyle mało, że Łukasz codziennie jeździ tak do pracy.
Ojek to „motocyklowa taksówka”. Na każdym rogu, przy każdym wyjeździe z terenu centrum handlowego czeka grupka motocyklistów, która przechodzącego białasa wita serdecznym „ojek, ojek!”. Cena za usługę zależy tu od umiejętności negocjacyjnych pasażera – ustala się ją wcześniej.
Kolejnym tutejszym wynalazkiem jest motoriksza nazywana tu Bajai. Przejazd nią nie należy jednak do przyjemności: Brak wentylacji w połączeniu z ogromną ilością spalin, wysoką temperaturą i wysokim kosztem takiej podróży sprawia, że często dużo lepszym i tańszym rozwiązaniem jest regularna taksówka.

Taksówka regularna i nieregularna
Mieszkańcy Dżakarty spędzają w taksówkach mnóstwo czasu. Nic dziwnego, że korporacje taksówkowe wychodzą im na przeciw starając się w jakiś sposób urozmaicić im codzienne podróże.
Najdroższą, a mimo to polecaną przez każdego korporacją jest „Blue Bird”. Ich błękitne Toyoty stanowią bardzo charakterystyczny element krajobrazu wielu miast Indonezji. Jak słusznie zauważył nasz przyjaciel Kacper – korporacja traktowana jest (zwłaszcza przez obcokrajowców) jak instytucja zaufania społecznego.
Kierowca Blue Bird (każdy ubrany w batikową, błękitną koszulę z logo firmy) nie oszuka pasażera. Ba! Jeśli pasażer cokolwiek zostawi w taksówce – może być pewnym, że zguba do niego wróci. Świadczą o tym liczne świadectwa zadowolonych pasażerów zamieszczane w… magazynie pokładowym. Tak! W każdej taksówce znajdziemy miesięcznik „Blue Bird”, w którym rolę „listów od czytelników” stanowią maile i smsy opisujące perypetie pasażerów. Taksówki są dużo wygodniejsze, pojemniejsze od taksówek warszawskich. Pasażer może słuchać w nich przyniesionej przez siebie muzyki!
Luksusy „Blue Birda” to jednak dla niektórych za mało. Dla nich powstał „Silver Bird” – biznes klasa wśród taksówek. Więcej miejsca, najlepsi kierowcy…

Sport narodowy
Piłka nożna, zwłaszcza w zagranicznym wydaniu jest bardzo popularna. Publiczne kanały telewizji transmitują mecze ligi angielskiej, francuskiej, hiszpańskiej, niemieckiej i, oczywiście, indonezyjskiej. Z tą ostatnią jest jednak jak w Polsce – interesuje wyłącznie największych zapaleńców. Koledzy z biura Łukasza mówią wprost: poziom słaby, a na meczach rozróby. Lepiej kibicować Arsenalowi lub Manchesterowi.
Indonezyjczyków fascynuje jednak również inna dyscyplina. Taka, w której bywają najlepsi na świecie.
„Skokami narciarskimi” Indonezji jest… Badminton. W niewdzięczną rolę Schmidta i Hannavalda wcielają się tutaj Chińczycy – rywalizacja z nimi trwa od dziesiątek lat. Spośród wszystkich 27 medali, które Indonezyjczycy wywalczyli na olimpiadach aż 18 zdobyto w tej dyscyplinie. Co ciekawe, z siedmiu pierwszych igrzysk Indonezyjczycy wracali z niczym. Przełomem były igrzyska w Barcelonie – to tam badminton zadebiutował jako dyscyplina olimpijska rozpruwając tym samym worek z medalami.
W pierwszym w historii turnieju singla mężczyzn Indonezyjczycy zdobyli komplecik: złoto, srebro i brąz, a kolejne dwa medale wywalczyły panie i debel.
Turnieje badmintonowe lecą w TV tak, jak u nas skoki albo piłka. Musimy się kiedyś na takowy wybrać. 


Tagi: ,

Komentarze

  1. zetbull napisał(a):

    Świetny opis. Zazdroszczę Wam tych owocków :). Wrzuć do tekstu trochę fotek i będzie cudnie 🙂