Wspomnienie z Jawy

Mija miesiąc naszego pobytu w Indonezji. Dzieje się dużo – na tyle dużo, że póki co nie mamy czasu zebrać myśli i pisać na blogu. Dlatego oddamy głos komuś, kto był tu dłużej i już wrócił do kraju. Od jego powrotu dużo się zmieniło, ale wiele z obserwacji pozostaje aktualnymi. Poznajcie Profesora Raciborskiego!

„Na Jawę wyjechałem w r. 1897. Droga djabelnie daleka, bo trwająca cały miesiąc, i trochę kosztowna, bo pochłaniająca tysiąc austrjackich guldenów, ale propozycja była zbyt kusząca, aby przejść nad nią do porządku dziennego. Przyjąłem i pojechałem.
(…)
Profesor Raciborski
Klimat jawajski jest wyborny, oczywiście wykluczywszy natury, specjalnie czułe na zmianę klimatycznych warunków. Jest coś niewypowiedzianie rozkosznego i nad wyraz oryginalnego w tej nieprzerwanej jednostajności ciepłoty, która się waha od 22 do 28*, w tym braku wiosny, lata, jesieni, zimy, równie jak w braku świtów i zmierzchów. Jak rok długi, trwa dzień od szóstej rano do szóstej wieczorem i zaczyna się i kończy nagle, jak na komendę. W przeciągu pięciu minut miejsce dnia, ozłoconego wspaniałem słońcem równikowem dnia, zajmuje zupełna, czarna noc to też jeżeli się jest w porze zachodu oddalonym od domu, w dzikszej okolicy, trzeba dobywać całej siły nóg, aby nie być zaskoczonym przez nieprzebite ciemności. A mnie takie spóźnienia przytrafiały się dość często, bo znaczną część pobytu mego na Jawie spędziłem na wycieczkach naukowych.
(…)
Stosunki wyspy są pod wielu względami nadzwyczaj ciekawe. Przedewszystkiem Jawa jest wyspą przeludnioną. Pominąwszy okolice wulkaniczne (gdzie 100 czynnych wulkanów zionie lawą!), każda piedź ziemi niemal jest zajęta. Na całym obszarze wyspy mieszka 29 miljonów ludności malajskiej, którą rządzi garstka: zaledwie 60 tysięcy holendrów. I to właśnie jest zjawiskiem zajmującem.
– Zapewne ludność stoi na bardzo nizkim szczeblu rozwoju?
Otóż właśnie, że nie. Jawajczyk posiada przedewszystkiem bardzo starą i świetną swoją kulturę, o czem opowiem później, a powtóre jest człowiekiem uzdolnionym i niezmiernie łatwo przyswaja sobie nabytki cywilizacji europejskiej. Jest to dziwne stworzenie, jedną połową tkwi bowiem w kulturze własnej, ogromnie starożytnej i zupełnie niepodobnej do naszej, a drugą – oddycha swobodnie i wygodnie europeizmem – jak urodzony europejczyk. Dzieje się to w ten sposób, że z własnych zasobów czerpie wszystko, co się odnosi do życia uczuciowego, a więc pojęcia obyczajowe, religijne, artystyczne – a od nas bierze wszystkie zdobycze postępu technicznego. Że jawajczyk obsługuje wybornie telegraf, telefon, maszynę parową, to mniejsza, ale w obserwatorium obliczenia matematyczne robi służba, co już chyba zaświadcza o zdolności rasy.
Wyższa warstwa umysłowa malajska nie wytworzyła się tylko dlatego, że wykształcony jawajczyk nie miałby co robić, bo kraj jest rolniczy, chłopski. Ale ma on swoje narodowe szkoły po wsiach, kolosalny procent umiejących czytać i pisać, naturalnie czcionkami i literami łacińskiemi, których stale używa, ma swoje narodowe teatry, a nawet – dzienniki.
Dzienniki te, wydawane w języku jawajskim w trzech głównych ogniskach tamtejszego życia narodowego, w Surobaja, Samarang i Batawji (dziś: Dżakarcie, przyp. Łukasz), są coprawda parodją naszego dziennikarstwa, żywią się głównie przekładami z gazet holenderskich i przeważnie zostają w rękach mieszkańców malajsko-europejskich, którzy robią na nich doskonałe interesy.
(…)
– Czy p. profesor mówi po jawajsku?
Każdy biały musi się nauczyć, inaczej nie dałby sobie rady w takiej ogromnej masie innojęzycznej, zwłaszcza, że cała służba na Jawie rekrutuje się z ludności miejscowej, od lokaja i pokojówki aż do konduktora kolejowego. Ale też język ten jest jednym z najłatwiejszych na świecie, a dodajmy odrazu: jest używany, jako wyższy język towarzyski, przez wszystkie plemiona malajskie na olbrzymiej przestrzeni archipelagi od Cejlonu aż do Japonji.
Jawajczyk nie zna deklinacji, ani konjugacji i konstruuje wyrazy w sposób niesłychanie prosty. Jeżeli np. człowiek nazywa się orang to ludzie będą się nazywali orang-orang. Jeżeli las nazywa się utang to leśniczy: orang-utang i t.d.
(…)
– Czy p. profesor spotkał na Jawie polaków?
Na Jawie niewielu. W Batawji mieszka od lat dwudziestu rodzina urzędnicza pp. Masłowskich, dwóch urzędników w kopalniach nafty, jeden weterynarz i jeden kolonista, który porzucił ziemię i został konuktorem tramwajowym. Razem było nas siedm dusz polskich. Ale pamiętną rolę odegrał na sąsiedniej wyspie Sumatrze polak Michalski…
– Dlaczego pan powiedział słowo sąsiedniej z takim naciskiem?
Bo z Jawy jedzie się tam, proszę pana, cztery dni wodą. To po drugiej stronie równika.
Michalski zostawił po sobie na Sumatrze nadługo niezatartą pamięć, zwłaszcza w sferach tamtejszych miljonowych przedsiębiorców, do których sam należał, bo, opuszczając wyspę, wywiózł ze sobą kilka miljonów majątku. Był to wielki przedsiębiorca plantacyj tytoniowych. Wyjeżdżając, sprzedał je kompanji holenderskiej Deli Maatschapy pod warunkiem, że plantacje zatrzymają nazawsze nadaną im przez niego nazwę Polonia. Warunku tego dotrzymano ściśle. Zczasem na gruncie, odciętym od plantacyj Michalskiego, powstało wytworne miasteczko Medaan, posiadające elektryczność, pyszne hotele, setki automobilów – słowem, typowa siedziba bogatych holendrów. Otóż najpiękniejsza ulica Medaanu, a raczej wspaniała aleja will i pałacyków, stanowiąca centrum miasta, nosi do dziś nazwę Polonia.
– Nie wybiera się pan kiedy na Jawę tak… w odwiedziny do dawnych znajomych?
Nie wiem, panie. Cały miesiąc drogi… tysiąc guldenów… a przytem: dobrze mi jest wśród swoich. Nie ma, jak powietrze polskie!”

Rozmowa z botanikiem profesorem Marianem Raciborskim zamieszczona została w magazynie „Kraj” w 1901 roku.
113 lat później Jawa wciąż jest przeludniona. Na wyspie żyje 5 razy więcej ludzi niż wówczas, a wspomniane 29 milionów to populacja samej aglomeracji Dżakarty.
Podróżuje się trochę szybciej i taniej, ale co najciekawsze: jedna z dzielnic Medan oraz leżące tam lotnisko wciąż nazywają się „Polonia”.

 


Tagi: , , ,