Książka i film, czyli dwie recenzje

Indonezja to koniec świata.
Człowiek zdaje sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy chce dowiedzieć się czegoś więcej – sprawdzić coś w Internecie, przeczytać o czymś w Wikipedii (która przyzwyczaiła nas do tego, że jest w niej wszystko).
Dla przeciętnego Polaka Indonezja pozostanie jednak jeszcze długo totalną terra incognita. Przykłady? W Indonezji żyje blisko 50 grup etnicznych. W polskiej Wikipedii opisano tylko kilka. 40 milionom Sundajczyków poświęcono dokładnie 6 zdań.
W tym samym miejscu historii Indonezji poświęcono zdań 13, w tym dokładnie 3 na opisanie historii powojennej (dla porównania: Historia Kirgistanu na Wikipedii jest dwa razy dłuższa, historia Gruzji, Azerbejdżanu liczy kilkanaście stron, a do Chin czy Japonii w ogóle nie ma sensu porównywać.).
Oczywiście wikipedia nie jest wyjątkiem, a właśnie jedynym polskim internetowym źródłem jakichkolwiek informacji. Cóż – pozostaje cieszyć się, że nieco lepiej jest z wikipedią angielską.

Podobnie jest z literaturą. Książki o Chinach? Przed wyjazdem przeczytaliśmy około tuzina. Portal lubimyczytac.pl przedstawia listę 263 polskojęzycznych pozycji o Państwie Środka. W tym samym miejscu możemy poznać raptem 12 pozycji o Indonezji, z których 8 to mapy i przewodniki, a 4 pozostałe napisano 30 lat temu… Jak wyżej – na szczęście są też źródła angielskojęzyczne.

Kino? Sytuacja analogiczna.

Jeżdżąc po świecie zawsze staramy się poznać miejsce oglądając filmy – czy to oparte na historii, czy luźno umiejscawiające fabułę w danym kraju.
Jadąc do Iranu mogliśmy przebierać w świetnej i nawet popularnej w Polsce kinematografii irańskiej (np. oskarowe „Rozstanie”), a także w szeregu innych filmów (jak nominowane do oskara „Persepolis”).
W Kambodży oglądaliśmy „Pola Śmierci” (trzy oskary) czy „Same same but different” (strasznie słaby, ale przynajmniej pokazujący realia dzisiejszego Phnom Penh).
Chiny to świetne pozycje klasyczne (oskarowe „Zawieście czerwone latarnie”), fabularyzowana historia (wojenny „Nankin, Nankin”, „Ustanowienie republiki”) ale i współczesne kino chińskie czy hongkońskie („Chongqing Blues”, „Chungking Express”, czy nawet „Wejście Smoka”).

A w Indonezji?
Nic.

Największa na świecie baza filmowa – IMDB podpowiada, że o Indonezji wspomina się szerzej w CZTERECH filmach.
Pierwszy z nich, „Jedz, módl się, kochaj”, z grzeczności pominę milczeniem.
W drugim, „Spekulancie” z Evanem McGregorem przez dobre 5 minut możemy podziwiać knajpki Dżakarty, po czym akcja przenosi się do Singapuru.
Trzeci, „Rok niebezpiecznego życia” jest zdecydowanie najlepszym z wcześniej wymienionych. Oskarowy dramat z Melem Gibsonem i Sigourney Weaver momentami strasznie przynudza, ale koniec końców całkiem nieźle pokazuje rzeczywistość Dżakarty lat sześćdziesiątych i… niewiele więcej.

Tu do niedawna lista się kończyła. Kinematografia indonezyjska, chociaż podobno całkiem dobra, nie otwiera się bowiem na zagranicznego widza – znalezienie indonezyjskiego filmu z angielskimi napisami graniczy z cudem.

Na szczęście – trafiamy do Indonezji w niezwykle ciekawym momencie.
Oto w ciągu ostatniego roku ukazały się dwie pozycje, które nazwać można rewolucyjnymi.
Obie wypełniają OGROMNĄ niszę poruszając tematy dla większości świata zupełnie nieznane. Ba! Z powodów politycznych zupełnie nieznane i przemilczane również w Indonezji.
Pierwszą jest film dokumentalny Joshuy Oppenheimera „The Act of Killing”.
Drugą – książka Łukasza Bonczola „Zrozumieć Indonezję”.
Zacznę może od książki, nie tylko dlatego, że warto przeczytać ją przed seansem.

Historical Non-Fiction

Choć jest to w założeniu dzieło naukowe – czyta się je jak dobry kryminał. Autor dokonuje rzeczy niesamowitej: w obiektywny sposób opisuje wszystkie wydarzenia starając się jednocześnie zrozumieć motywacje bohaterów i genezę zdarzeń. Zdarzeń w Polsce przemilczanych i przez to tym bardziej szokujących.
Okładka
Historia XX-wiecznej Indonezji przedstawiona została niczym intryga w „Grze o Tron”. Tu nie ma, i nie było, postaci dobrych i złych. Wszyscy przeciwko wszystkim knują – czy to z pobudek ideologicznych, czy „dla dobra kraju”, czy w końcu – dla pieniędzy i władzy. Wszystkie informacje podparte są oczywiście odpowiednimi cytatami ze źródeł, które (trzeba pamiętać) bardzo często są ze sobą sprzeczne. Dla autora nie jest to jednak problem, a doskonała okazja do dalszych analiz – wskazania słabszych punktów innych publikacji oraz wyjaśnienia procesów, które doprowadziły do powstania błędów, przeinaczeń i zakłamań.
To bardzo ważne, zwłaszcza w sytuacji, gdy jeden tylko bohater dramatu podawał w wywiadach kilka różnych wersji tego samego wydarzenia. Autor radzi sobie z tym idealnie: podaje wszystkie wersje jednocześnie wyjaśniając, które z nich mają słabsze punkty, które nie trzymają się kupy.

Sensacyjny, pełen napięcia, a zarazem tragiczny i przerażający scenariusz napisało życie – Łukasz Bonczol „tylko” streścił go do kilkuset stronicowej książeczki. Zrobił to rewelacyjnie. Chociaż czytałem podobne opracowania o wielu krajach – tylko tą jedną książkę mogę polecić nawet tym, którzy nie są zafascynowani tematem.
Pozycja to w miarę świeża, wydana w listopadzie przez wydawnictwo akademickie Dialog na stronie którego można kupić ebooka (raptem 17 zł). Gorąco polecam. Dawno nie zarywałem nocy przez książkę.

Drugą rewolucją, tym razem na skalę ogólnoświatową jest film „The Act of Killing”.
Chociaż nakręcony 2 lata temu, dopiero teraz stało się o nim głośno – znalazł się bowiem wśród dokumentów nominowanych do Oskara.

Rzeźnik z Medanu

Film to dziwny, długi, strasznie nierówny, łączący zwykły film dokumentalny z czymś zupełnie innym, niespotykanym.



Wyobraźcie sobie następującą sytuację: „40 lat po wygranej przez hitlerowców wojnie amerykański dokumentalista odwiedza Niemcy i postanawia nakręcić film o wojennych przeżyciach zbrodniarzy z Wehrmachtu”. Brzmi intrygująco, prawda? Oppenheimer poszedł nawet krok dalej…

Nieudany zamach stanu z 30 września 1965 roku stanowi najbardziej zagadkowy moment w historii Indonezji. Lata napięć i wewnętrznej rywalizacji pomiędzy poszczególnymi siłami politycznymi i wojskiem sprawiły, że totalnie niezaplanowany, niemający prawa się udać przewrót i zabójstwo generalicji stało się pretekstem do trwających kilka miesięcy rzezi.

Kto i dlaczego próbował dokonać przewrotu? Nie wiadomo, bo dokonała go nieznana wcześniej anonimowa grupka. Teoretycznie wszystko wskazuje na PKI – Komunistyczną Partię Indonezji. Czemu PKI, partia z 50% poparciem w kraju próbowała dokonać wojskowego przewrotu, skoro cieszyła się poparciem prezydenta-dyktatora i w cuglach wygrałaby ewentualne wybory? Czemu chciałaby działać anonimowo, skoro firmując przewrót otwarcie mogłaby dokonać prawdziwej rewolucji? Czemu zdecydowano się na zamach wiedząc jak ogromne mogą być konsekwencje? Kto inspirował zamach? Chińczycy, którzy od dawna wspierali PKI, czy Amerykanie, którzy koniec końców najbardziej na zmianach w Indonezji zyskali? A może zamach był zaplanowany przez prezydenta, który obawiał się rosnącej roli wojska? Może, w końcu, były to wewnętrzne rozgrywki Armii? Każda teoria może być prawdziwą, każda jednak jest niepełna, jakiś element się w niej nie zgadza.

O tym wszystkim przeczytamy w książce „Zrozumieć Indonezję”. Film tyczy bowiem tego co nastąpiło później – samej masakry, tytułowego „Procesu zabijania”. Procesu, w którym śmierć poniosło ponad pół miliona ludzi.

Rzezie „komunistów” bez cienia wątpliwości inspirowane były przez wojsko, ale dokonywali ich wszyscy. Polowanie na czarownice stało się okazją do wyrównywania starych porachunków, konfliktów z sąsiadami, a także drogą do kariery dla wielu pospolitych bandytów i szemranego elementu. Ci ostatni, nazywani w Indonezji „preman” to wszelkiego rodzaju cwaniaczkowie, kombinatorzy, zdemobilizowani żołnierze (stąd określenie preman, free man – wolny człowiek). To oni mordowali najwięcej, to oni nigdy nie zostali za morderstwa ukarani. I to o nich opowiada dokument.

Premani funkcjonują w Indonezji do dziś. Chociaż w filmie preman tłumaczone jest słowem „Gangster” – wielu z nich, np. bohater filmu Anwar Congo, cieszy się szacunkiem i poważaniem.
Anwar mordował komunistów i chętnie o tym opowiada. Nie widzi w tym nic złego – trzeba było to robić, bo wszyscy mówili, że komuniści są źli.
Reżyser filmu namawia więc Anwara na niesamowity eksperyment: odtworzenie masakr na potrzeby filmu. Filmu niezwykłego – takiego, który pokazywałby nie tylko zdarzenia, ale i odczucia jakie towarzyszyły zbrodniarzom. Anwar i jego znajomi chętnie wchodzą w grę – przebierają się, charakteryzują, odgrywają rolę tak oprawców jak i ofiar. Czasem udają amerykańskich gangsterów rodem z Ojca Chrzestnego, czasem przenoszą się na dziki zachód wcielając się w bohaterów filmów, których oglądali za młodu. Tańczą, śpiewają. Efektem jest surrealistyczna impresja rodem z dzieł Jodorovskyego.



Eksperyment udaje się połowicznie.

Film jest z pewnością arcydziełem – niesamowitą analizą umysłu zbrodniarza, której nie było jeszcze w historii kinematografii. Niektórych scen nie zapomnę nigdy.
Z drugiej strony – jest bardzo długi i momentami strasznie nudny. Akcja rozkręca się bardzo, bardzo, bardzo powoli. Niektóre (trwające po 15-20 minut!) fragmenty wydają mi się zupełnie niepotrzebne i z pewnością znużą mniej wytrwałego widza. Inne – mogą być niezrozumiałe dla nie znających historii Indonezji. Tym bardziej polecam obejrzenie filmu do końca. Bo to o koniec w nim chodzi.

W Indonezji trwa teraz publiczna dyskusja porównywalna do polskich kontrowersji po „Pokłosiu”.
Czy film obraża Indonezję?
Czy Oppenheimer zdradził zaufanie ludzi, którzy zgodzili się z nim rozmawiać i zrobił z nich potwory?
Czy może oni SĄ potworami?
W Indonezji mówi się o masakrach, ale przedstawia się jako oddolną reakcje ludzi oburzonych przewrotem komunistów. Wojsko masakry miało jedynie przerwać i, koniec końców, przejąć władzę w państwie na 30 lat. Anwar mówi wprost – permani mordowali, „do spółki” z wojskiem.
Czy Indonezyjczycy powinni zrewidować swoją historię?
Czy najważniejsze osoby w historii państwa były zamieszane w ludobójstwo? Wielu w ogóle nie dopuszcza takiej myśli – nie chce słyszeć o obrazoburczym filmie. Jakby tego było mało – filmie zrobionym przez Amerykanina! Co?! Amerykanie, którzy najbardziej skorzystali z Indonezyjskiego „kursu w prawo” nie mają dziś prawa osądzać Indonezji! Wielu w końcu zastanawia się czy pokazywanie filmu na świecie nie wpłynie na obraz Indonezyjczyków wśród turystów?
Każdy z artykułów o filmie wywołuje dyskusję, a gazety piszą o nim niemal codziennie.
Niezależnie od tego co dyskusja da – film trzeba zobaczyć. Oskary już za chwilę: może debata będzie jeszcze głośniejsza.

Łukasz Bonczol – Zrozumieć Indonezję
The Act of Killing

 


Tagi: ,

Komentarze

  1. Kacper Szulecki napisał(a):

    Z filmów jest jeszcze niedawny „Java Heat” z Mikey’em Rourke – ale to gniot niewyobrażalny i zapewniam, że w tych pustych ulicach nie poznasz Dżakarty jaką widujesz codzień 😀