Wielki Durian

Singapur to bez wątpienia najczystsze, najsterylniejsze, najlepiej zorganizowane i najbardziej europejskie miasto Azji. W konkursie o miano tego najbrzydszego i najbrudniejszego konkurencja jest spora. W ścisłej czołówce na pewno jest Bangkok, ale i Phnom Pehn bardzo się stara. W zupełnie osobnej konkurencji startują wszystkie miasta Chin. Tam może śmieci na ulicach trudno uświadczyć, ale otaczająca szarość betonu i nieotynkowanych pustaków zlewa się z burym, brudnym od smogu niebem.
Zaniedbane miasta w Azji to nic nadzwyczajnego. Ale „kto był, ten wie” że absolutnym liderem w tych zawodach jest Dżakarta, nazywana pieszczotliwie „wielkim durianem”. Skoro Nowy Jork został ochrzczony „wielkim jabłkiem” – owoc jest ładny, okrągły, błyszczący i słodki, to Dżakarta śmierdzi tak, że strach podejść, ma nieregularny kształt „ozdobiony” kolcowatymi wypustkami, a w smaku przypomina skrzyżowanie zepsutej śmietany z cebulą. Brzmi zachęcająco, prawda?

Tutaj też się znaleźliśmy. Na większości blogów podróżniczych w tym momencie następuje zdanie: „ale w Dżakarcie nie ma nic ciekawego do zobaczenia, poza tym po mieście trudno się poruszać. Żeby nie marnować czasu złapaliśmy najbliższy samolot do Yogyakarty i z ulgą opuściliśmy miasto po niecałych 24 godzinach.”

Ale nie u nas! My w tej paskudnej Dżakarcie zostaniemy na dłużej – dużo dłużej. Już podczas naszej azjatyckiej podróży Łukasz dostał potwierdzenie chęci zatrudnienia go z małej, dopiero startującej firmy zajmującej się grami komputerowymi ze stolicy Indonezji. „Ahoj przygodo!”, pomyśleliśmy. Łukasz podpisał papiery i zaczęliśmy mocno modyfikować plan naszej podróży.

Przez ostatnich kilka miesięcy wszystkim napotkanym podróżnikom zadawaliśmy te same pytania: czy byli już w Dżakarcie? Oraz: jeżeli tak, to jak tam jest? Odpowiedzi nie napawały nas optymizmem. Wszyscy, jak jeden mąż, mówili że jest brzydko, brudno i okropnie. Czy potwierdzamy ich opinie? Cóż, niestety tak.

Dżakarta na pewno jest okropnym miejscem dla podróżników. Jest ogromna, zakorkowana, niezbyt atrakcyjna i zupełnie nieciekawa. Na szczęście jako mieszkaniec zwraca się uwagę również na inne aspekty. Czy te „inne” rzeczy przeważą nad korkami, zanieczyszczeniem środowiska i ogólną szarością? Na pewno damy Wam znać. A dziś, na dobry początek, opowiemy trochę o kwestiach, które w Dżakarcie nas najbardziej zaciekawiły.

Korki – cóż za niespodzianka!
Jeżeli kiedykolwiek narzekałeś na korki albo kiepską organizację ruchu w Warszawie lub jakimkolwiek innym polskim mieście, natychmiast przeproś! Polska powinna słynąć z płynności ruchu, zwłaszcza w porannym i popołudniowym szczycie! To, co dzieje się tutaj, to dopiero koszmar…

Korki są ZAWSZE. Nie ma czegoś takiego jak „pusta droga”. Problem nie dotyczy poszczególnych, głównych ulic, ale całych dzielnic. Nie zdziw się, jeżeli kiedyś utkniesz w korku wracając z pobliskiego warzywniaka! Kierowcy są już na nie mentalnie przygotowani. Jeżeli tylko coś się dzieje na drodze i prędkość jazdy zaczyna spadać wszyscy panicznie pchają się jak najbardziej przed siebie, żeby ujechać chociaż te kilkadziesiąt metrów dalej. Bo jak już przestanie się jechać to pokonanie kilkudziesięciu metrów może czasami zająć nawet kilka godzin! Efekt jest jednak taki, że wszyscy jeżdżą po trawnikach, wpychają się „na żyletki”, zastawiają sobie drogę. Na trzypasmowej drodze jedzie równolegle zazwyczaj 5 samochodów, do tego jeszcze jeden zawsze szerokim poboczem i niezliczone ilości poszukujących byle jakiej dziury skuterków. W Kuala Lumpur widzieliśmy autobus reklamujący swoje usługi wielkim hasłem „Jadąc autobusem jesteś 38 razy bezpieczniejszy, niż pędząc własnym skuterem”. O bezpieczeństwie na tych szalonych drogach napiszemy jeszcze na pewno nie raz, ale uwierzcie, że nie jest to temat przyjemny ani dobrze nastrajający…

Brak chodników
Co to dużo mówić – w zdecydowanej większości miejsc chodników po prostu nie ma. Droga, krawężnik, trawnik bądź… płot. Fajnie, jeżeli za pasem zieleni (czytaj: błota z kamieniami) jest parking wzdłuż drogi, bo wtedy zawsze przyjemniej iść parkingiem niż… szosą. I tak na przykład Łukasz idąc do swojej pracy codziennie rano i wracając po południu pokonuje kilkaset metrów skrajnym pasem ruchliwej drogi mijany przez szalonych motocyklistów. Zdarza się też raz, że tę drogę zalało (czytaj więcej w punkcie powodzie).

Takie buty, proszę państwa. O kwestii bezpieczeństwa takiego przemieszczania się chyba nigdy nie będziemy pisać, bo aż strach. Wniosek? Lepiej wziąć taksówkę i utknąć w (patrz: korki).

Punkty kulminacyjne, czyli centra handlowe
Dżakarta to zwarta tkanka miejska. Trudno odróżnić dzielnice i osiedla (oprócz tych jednoznacznie ogrodzonych wysokim murem z drutem kolczastym). Oczywiście fatalnie wpływa to na możliwość samodzielnego (czyli: bez taksówki) poruszania się po mieście. Potrzeby ludzkie pozostają jednak niezmienne nawet w tak nieuporządkowanej metropolii. Ludzie chcieliby mieć miejsce, w którym można się spotkać, wyjść w niedzielę z rodziną albo w piątek wieczorem z przyjaciółmi. Skoro jednak nie było nikogo, kto pomyślałby o tym planując miasto potrzeby te postanowił zaspokoić dziki kapitalizm. Przedsiębiorcy postanowili dać mieszkańcom mnóstwo ciekawej, czystej i klimatyzowanej przestrzeni. Pod jednym malutkim warunkiem: najbliższe zakupy zrobią właśnie w ich sklepie.
Jak grzyby po deszczu zaczęły więc wyrastać w Dżakarcie centra handlowe. Dziś są w mieście dokładnie 173, na tyle dużo, że nowy, bardzo lubiany gubernator miasta ogłosił niedawno, że nie wyda już żadnego pozwolenia na budowę kolejnych! Różnią się od siebie czasami diametralnie – niektóre są małe, osiedlowe, ale są też gigantyczne, do których przyjeżdżają ludzie z całego miasta. Są super ekskluzywne, ze sklepami Louis Vuitton i Gucci oraz odpowiedniki warszawskich Kupieckich Domów Towarowych. Są duże sklepy (np. Carrefour, Giant, Hypermart) z kilkoma pawilonami dla drobnych sprzedawców i ogromnym parkingiem oraz (prawdopodobnie hit) Central Park – gigantyczne centrum handlowe, w którym znajduje się najprawdziwszy na świecie zielony park na świeży powietrzu, prawdopodobnie jedyny w tym mieście. Galerie handlowe stały się czymś więcej, niż sposobem spędzania wolnego czasu. Zaczęły organizować cały czas mieszkańców. Do tego stopnia, że ludzie zaczęli w nich… mieszkać.

Adres: mall
Od jakiegoś czasu się zastanawiałam, jak ja Wam to powiem. Ale owszem, to prawda. Mieszkamy w centrum handlowym. Co gorsza: w centrum handlowym, które wygląda jak zamek. Nazywa się Mall of Indonesia (warto zwrócić uwagę na imperialistyczne pomysły również innych właścicieli: byliśmy już również w Grand Indonesia i Plaza of Indonesia!) i ma kształt prostokąta. Wszystkie 4 ściany to kompleksy apartamentowców. Wewnątrz znajduje się droga w kształcie mniejszego prostokąta, a w samym środku, jako wisienka na torcie, prostokątne centrum handlowe.
Pomysł wydaje się nawet sensowny, gdyby spojrzeć na niego od drugiej strony. Tak, jak byśmy mieszkali ot tak, na zwykłym strzeżonym osiedlu. Na którym czujemy się o niebo bezpieczniej, niż poza nim. Możemy na przykład wysiąść spokojnie z taksówki i zabrać się za wypakowani bagażnika bez obawy, że korzystając z chwili naszej nieuwagi kierowca odjedzie hen hen daleko z bagażnikiem pełnym ciekawych, europejskich rzeczy. (Podróżując po Azji zawsze pamiętaliśmy, żeby robić odwrotnie: jedna osoba wysiada i wypakowuje bagażnik, dopiero potem druga. Trudniej byłoby opchnąć złodziejowi dwa wartościowe plecaki i Adę, niż tylko nasze rzeczy. Samotni podróżnicy powinni zawsze upierać się przy ułożenia bagażu w środku, koło siebie.)
W tym szalonym mieście bardzo cenioną cechą osiedli jest bliskość do centrum handlowego, czyli okna na świat – tam chodzi się po podstawowe zakupy, do kina, do księgarni, do dentysty i na siłownię oraz odprowadza dziecko do przedszkola. Więc nasze osiedle jest po prostu usytuowane bardzo blisko centrum handlowego. Tak blisko, że jest… dookoła niego. Ale to jeszcze nic! Każdy może mieszkać obok centrum handlowego, ale pomyśleliście kiedyś, żeby mieszkać… na nim?

Adres: wejdź do środka i wjedź na górę
To jest dopiero czad! Widzieliśmy już kilka takich osiedli, więc nie jest to żaden innowacyjny pomysł. Skoro deweloper kupuje już hektary ziemi pod wielką inwestycję nie chciałby marnować metrów. A dachy centrów handlowych to nic innego, jak zmarnowane miejsce! Nas najbardziej zdumiał pusty dach kandydującego do miana największego centrum handlowego na świecie w Dubaju usytuowanego u podnóży Burj Khalifa – przecież to perfekcyjne miejsce na osiedle wypasionych willi! Te dżakarckie osiedla mają charakter londyńskich przedmieść.

Każdy szeregowy domek ma swój garaż (!!!), ogródek, mieszkańcy mogą korzystać ze wspólnego basenu i kortu do tenisa. Czego więcej chcieć? Zapraszając znajomych wystarczy powiedzieć: przyjedź do centrum handlowego i wjedź na samą górę! Pomimo hurra-optymistycznego tonu mojej wypowiedzi jesteśmy bardzo skonfudowani pomysłem mieszkania na dachu centrum handlowego. Chyba potrzebujemy więcej czasu żeby się przyzwyczaić do takich szalonych pomysłów.

Powodzie
A pomiędzy osiedlami zorganizowanymi wokół centrów handlowych roztacza się dzika tkanka niezbyt zamożnego miasta. Narazie te części Dżakarty udało nam się podejrzeć jedynie przez okna taksówki. Mieszkanie na zamkniętym osiedlu, w obrębie którego znajduje się wszystko, czego potrzeba do życia niestety nie skłania do wycieczek. Szczególnie jeżeli zaraz za bramą czeka nas spacer poboczem ruchliwej drogi. Dowiedzieliśmy się jednak, że dużym problemem miasta są powodzie. Pierwszy ich powód to silne deszcze, które nawiedzają miasto przez… prawie pół roku. Drugi to niesubordynacja i brak zmysłu przewidywania przyszłości. Nasi znajomi narzekają, że gdyby ludzie nie wyrzucali ogromnych ilości śmieci wprost na ulicę oraz pamiętali o regularnym czyszczeniu kanałów to biedniejsze dzielnice nie znajdowałyby się na całe tygodnie pod wodą.

Mamy ogromne szczęście, bo odkąd tu przyjechaliśmy nie było jeszcze tych osławionych „heavy rains”, ale kilka razy już przedzieraliśmy się taksówką przez zalane ulice, a Łukasz nawet raz taką ulicą szedł do pracy.

Postkolonialne ciągoty
Jawa, podobnie jak cała Indonezja, przez kilkaset lat była kolonią holenderską. Do dziś przysłowiowy białas cieszy się zupełnie nieuzasadnionym autorytetem. Nie ukrywam, że trochę nas to deprymuje.
Wchodząc do centrum handlowego ochroniarz sprawdza torebki wszystkich oprócz nas, odprawiając nas tylko miłym uśmiechem. Kasjer, któremu zupełnie niespodziewanie popsuła się kasa podczas obsługiwania nas zdenerwował się na tyle tą sytuacją, że trzęsły mu się ręce – bo przy białasach nie wolno się mylić!
Przy wejściu do supermarketu ochroniarz, który dokładnie sprawdza i foliuje towary z innych sklepów, które klienci wnoszą do środka nas nieśmiało zapytał czy może nakleić kawałek taśmy samoprzylepnej na naszą jednorazową reklamówkę i to tylko dlatego, że sami do niego podeszliśmy zgłosić nasze zakupy. Gdybyśmy po prostu go minęli, jestem pewna, że w życiu nie śmiałby nas zatrzymać. No i wreszcie nieśmiertelna forma „panienko”, którą słyszę na końcu każdego zdania skierowanego w moim kierunku… Pierwsze co zrobiłam pierwszego dnia w pracy (tak, mam już pracę!) to kategorycznie zabroniłam wszystkim koleżankom, zazwyczaj starszym ode mnie, zwracać się do mnie „miss” oraz „lady”!

Taxi, please!
A na koniec zostawiłam dla Was najlepszą ciekawostkę. To szalone miasto, w którym jesteśmy jeszcze 3 lata temu nie miało żadnego (ŻADNEGO!) transportu publicznego! W 2011 roku została otwarta podstawowa sieć metrobusów, czyli autobusów, które jeżdżą wydzielonymi pasami ulicy, na które żaden inny pojazd nie ma wstępu. Znamy te pasy doskonale, bo nie raz już jechaliśmy po nich taksówką! System więc nie do końca się sprawdza, w związku z czym metrobusy nadal stoją w korkach i nie przekonują do siebie mieszkańców. Żeby poruszać się po tej betonowej dżungli zamieszkanej przez 23 mln ludzi trzeba więc mieć własne auto, skuter (pomysł dla odważnych, a raczej szalonych!) albo, jak robią wszyscy, wziąć taksówkę. I potem stoi się godzinami w niebywałych korkach, gdzie nie działa nawet Internet w telefonie, bo wszyscy wokół próbują z nudów wbić się chociaż na chwilę na Facebooka. To będzie ciekawe kilka miesięcy! Trzymajcie za nas kciuki!

Ucz się Bahasa Indonesia z Adą
człowiek – orang
ludzie – orang orang
jajko – telur
dziękuję bardzo – Terimah kasi banyak! 


Tagi:

Komentarze

  1. Pysiek napisał(a):

    W takim razie wykorzystuję już teraz sytuację, 2 lutego już niebawem. Łukaszu – dużo zdrowia, trafnych decyzji, sukcesów w nowej pracy i oczywiście kochanej kobiety u boku.
    A jaką pracę ma Ada?
    Ponoć do smrodu można się przyzwyczaić:-)

  2. Zbyszek napisał(a):

    A co będzie, jak przyjedzie mama, skoro już pracujesz?

  3. Kacper napisał(a):

    Fascynujące jest zobaczyć znajome miejsce oczyma znajomych i odkryć nowe, ba, zupełnie nowe rzeczy. Nie miałem pojęcia o całej tej cywilizacji centrów handlowych w Dżakarcie. Ciekawa rzecz.

    Kilka sprostowań jednak z własnych doświadczeń. Chodniki w Dżakarcie są, po śródmieściu chodzi się całkiem przyjemnie i wygodnie – mam na myśli okolice dworca Gambir i „ostatniej erekcji Sukarno”. Tam nawet parki są. Podobnie na batawskiej „starówce” – Jakarta Kota – gdzie są, uwaga, deptaki.

    Druga rzecz to ta komunikacja miejska. Ok, autobusów nie było, ale jest cały czas całkiem sensowna siec miejskich pociągów, taka SKM-ka, która pozwala bardzo szybko dostać się z jednej części miasta do drugiej. O ile oczywiście nie ma awarii i nie czeka się 2h w słońcu… W dzielnicach perfyeryjnych są minibusiki. A co do taksówek – miejscowi jeżdżą raczej ojekami i tuktukami. Te pierwsze nie stoją w korkach. Za to taksówki bluebird expaci na Jawie traktują niemal jak instytucje zaufania publicznego. Prędzej wsiadłbym do bluebirda niż do radiowozu w nocy.

    Z tymi korkami to chyba jednak trochę podkręcacie, bo w Jakarcie też sa godziny szczytu i godziny kiedy jeździ się na luzie. Co do ruchu ulicznego – to jest w ogóle inna filozofia ruchu, ale jak się człowiek przypatrzy, jest w tym szaleństwie metoda i nie wydaje mi się, żeby ruch uliczny był niebezpieczny. Można poszukać statystyk, ale na oko jest mniej wypadków niż w Europie bo wszyscy jeżdżą wolniej i mają oczy dookoła głowy.

    1. Oio napisał(a):

      Dzieki za komentarz! 🙂
      Z tym bezpieczenstwem na drodze to… niestety, zawsze mielismy wrazenie, ze „wbrew pozorom pewnie nie jest tak zle”. Okazuje sie, ze jest. I w Indiach, i w Iranie, i w Indonezji powtarza sie ten sam schemat: niby korki i wolna jazda, ale jak juz znajdzie sie jakis luzny odcinek – gaz do dechy, hulaj dusza. Statystyki wypadkow obnazaja jednak to, czego na pierwszy rzut oka nie widac:
      a) W Niemczech, UK, Europie Zachodniej w wypadkach ginie rocznie 3-5 osob na 100.000 mieszkancow. Na Wegrzech, w Polsce, Slowacji czy Rumunii 9-11. W Kambodzy, Pakistanie, Indonezji, Armenii 17-18. W Iranie czy Tajlandii: powyzej 30. Czyli na chlopski zdrowy rozum: Polskie drogi sa 2 razy bardziej niebezpieczne niz drogi europejskie, ale 2 razy bezpieczniejsze niz Indonezyjskie. Statystyki liczone pod wzgledem ilosci pojazdow sa duzo mocniejsze – na 100.000 pojazdow rocznie ginie ponad 200 kierowcow! W Polsce: 14… Az chyba skrobne o tym notke…

  4. Altze kostropaty łoś napisał(a):

    Dowiedziałeś się uż czemu Bristol City spadło z ligi? Centrum sterowania Premiership i wątkami pobocznymi chyba blisko. Pytanie,czy na GKS vs Cementarnica oraz Polonia vs Polkowice można było zarobić w Indonezji?
    Trzymajcie się