Tirem do Błotnistego Ujścia, czyli skąd się biorą hamburgery w KL

Dwa dni temu wyruszyliśmy z Penang. Choć większość turystów wyjeżdża z wyspy dalekobieżnymi autobusami – my zdecydowaliśmy się wybrać inny środek transportu. Promem dopłynęliśmy do Butterworth (ciekawostka: za bilet na wyspę trzeba płacić, ale powrót jest darmowy), miejskim autobusem dojechaliśmy do obwodnicy i… zaczęliśmy łapać stopa.
Tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia, co poprzednio – dobre 15 minut machania ręką nie przyniosło żadnych rezultatów. Na szczęście na Malezyjczyków można zawsze liczyć: w końcu zatrzymał się mały, różowy samochód. Kierowca, bardzo sympatyczny starszy Chińczyk o aparycji i brzmieniu głosu Mistrza Yody poinformował nas, że miejsce w którym stoimy jest skrajnie nieodpowiednie: obwodnica jest w zasadzie drogą lokalną, a transport do KL odbywa się płatną autostradą biegnącą kilkaset metrów dalej. Gwoli wyjaśnienia – wiedzieliśmy o tym, ale dostanie się na płatną autostradę na pieszo było zupełnie niemożliwe, dlatego próbowaliśmy szczęścia trochę wcześniej. Oczywiście kierowca zaoferował też pomoc: podwózkę na dworzec autobusowy, a także… kupno biletów w przypadku, gdyby nie byłoby nas na nie stać. Z tej oferty nie skorzystaliśmy, ale poprosiliśmy go o „wwiezienie nas” na autostradę i kilka minut później staliśmy już przy największej w kraju drodze północ-południe.
To miejsce było dużo lepsze. 3 minuty później siedzieliśmy już w ogromnym tirze wiozącym wołowinkę do bazy MacDonalda na południe od Kuala Lumpur!

Kuala Lumpur!
Istniejące zaledwie 300 lat miasto, którego nazwa oznacza ni mniej, ni więcej niż „Błotniste Ujście”. Założona przez chińskich górników osada z czasem zaczęła się chaotycznie rozrastać, by niecałe 60 lat temu stać się stolicą Malezji. Na dobrą sprawę jeszcze 20 lat temu było miasteczkiem raczej prowincjonalnym (dopiero w latach 90 przekroczyło milion mieszkańców). Nawet dziś nie jest dużą metropolią: pod względem populacji i wielkości przypomina Warszawę.

Na tym jednak podobieństwa się kończą. Kuala Lumpur jest miastem, które bardzo trudno porównać z czymkolwiek innym. Z jednej strony – jest to miasto ultranowoczesne. Centrum pełne jest gigantycznych wieżowców (z Petronas Tower, najwyższymi budynkami świata w latach 1998-2004 na czele), ogromnych centrów handlowych, klimatyzowanych mostów prowadzących z jednego budynku, do drugiego. Z drugiej strony – pełne jest też starych kolonialnych budyneczków, odrapanych domków i dość szpetnych blokowisk. Tuż obok ładnie zaprojektowanych sklepów Sephory czy H&M zobaczyć można hinduskie kramiki i chińskie wózeczki z jedzeniem. Dziwny, trudny do zrozumienia miszmasz.

Jakby tego było mało – ciężko znaleźć ulicę, która na odcinku dłuższym niż kilometr biegłaby prosto. Wszystkie uliczki wiją się, biegną większymi lub mniejszymi łukami bardzo utrudniając jakąkolwiek orientacje w terenie. Podobnie jest z komunikacją zbiorową – żaden z 6 rodzajów miejskiego transportu nie umożliwia podróżowania „w linii prostej”. Podróż miejską kolejką przypomina raczej wycieczkę w lunaparku: wagoniki zakręcają to w lewo, to w prawo, mijając ogromne drapacze chmur i malutkie chińskie domki… (Na razie usłyszeliśmy, że to wszystko przez skomplikowane prawa własności, których obejście byłoby tak trudne, że łatwiej zbudować kilometr podniebnych torów więcej, aby ominąć czyjąś posesję niż wypłacać kosmiczne odszkodowania. Czy to prawda? Bardzo chcemy się dowiedzieć i jeżeli nam się uda damy Wam znać)
Na domiar złego – rozwijające się bardzo szybko miasto jest ogromnym placem budowy. Buduje się kolejne linie metra/kolejki; buduje się kolejne wieżowce i centra handlowe. Nawet gdy już okiełznamy mapę, wiemy którędy powinniśmy iść – może się okazać, że droga jest zamknięta i musimy iść tymczasowo wytyczonymi „tunelami”. Wszystko to sprawia, że spacerując po mieście odczuwa się ogromny chaos. Chaos, który z pewnością da się zrozumieć, ale… póki co wprawia nas w zakłopotanie.

W takich właśnie okolicznościach przyrody przyszło nam świętować Sylwestra. Z nowo poznanym kolegą z CouchSurfingu – Juliusem z Medan, miasta na indonezyjskiej Sumatrze wybraliśmy się na oficjalny miejski spęd pod słynnymi Petronas Towers.

Julius w KL był tak jak my przejazdem, więc nie gościliśmy na jego kanapie, a tylko spędziliśmy razem dwa ostatnie dni 2013 roku. Poznawanie ludzi to jedna z wielu mniej popularnych funkcji społeczności CouchSurfing, którą jednak bardzo cenimy. Park KLCC był bardzo zatłoczony. Wokół nas było mnóstwo rodzin z dziećmi (również takimi bardzo, bardzo małymi) i trochę młodych par. Nie było dla nas zaskoczeniem, że tylko my i siedzący niedaleko niemieccy turyści nieśmiało popijaliśmy napoje alkoholowe – z czym my subtelniej, w wersji zamaskowanej, a oni dość jawnie, ale na szczęście zachowywali się również cicho i spokojnie. Wszyscy niecierpliwie czekali na północ i słynny pokaz fajerwerków na tle bliźniaczych wież. Kiedy wybiła już godzina zero wszyscy w ogromnym zaskoczeniu odwrócili się do tyłu, bo władze Kuala Lumpur niespodziewanie przemieściły w tym roku pokaz na tyły parku. Niby nic, ale pamiątkowych fotek z wystrzałami koło Petronas Towers nie udało nam się zrobić (nieprawda! – przyp. Łukasz).

Zaraz po pokazie tłumy ruszyły do wyjścia i dwadzieścia minut po północy okazało się, że zostaliśmy w parku prawie że sami, a niecałą godzinę później i nas wyproszono informując o zakończeniu imprezy i rozpoczęciu prac porządkowych. W ogóle nie przypominało to polskiej zabawy do białego rana, no ale cóż – jaki kraj taki obyczaj 😉


W Kuala Lumpur zabawimy troszkę dłużej (korzystając z naszego ulubionego CouchSurfingu udało nam się znaleźć aż trzy osoby w tym niewielkim mieście, które chcą nas ugościć). Niedługo opiszemy co warto w mieście zrobić i zobaczyć, a wszystkie przewodniki zapewniają, że tu nie można się nudzić! 


Tagi:

Komentarze

  1. Pysiek napisał(a):

    wszystkiego co najlepsze – dla Was, w 2014 (w kolejnych również)

  2. Mama Ady napisał(a):

    Szczęśliwego Nowego Roku 2014, a szczególnie szczęśliwych powrotów :-))))
    ściskam mocno :-*