1000 wysp « Pod Zwrotnikami


1000 wysp

W turystycznym Ao Nang czas płynie bardzo wolno i leniwie. Chociaż okolica obfituje w atrakcje, to niemal wszystkie wymagają większego lub mniejszego nakładu finansowego: bilety wstępu, przejazdy. Początkowo zdecydowaliśmy się nie nadwyrężać naszego budżetu i czas spędzaliśmy głównie na miejscowej plaży. W końcu jednak daliśmy się skusić – dwa ostatnie dni spędziliśmy zwiedzając nieco dalsze rejony, nieosiągalne na piechotę ani transportem kołowym.

Rai Leh, czyli wyspa bez wyspy

Naszym pierwszym przystankiem była plaża Rai Leh, którą turyści nazywają bardziej z angielska: Railay. Chociaż okolica ta leży zaledwie kilka kilometrów od Ao Nang, to za sprawą ogromnych skał rozdzielających ją od reszty lądu – osiągalna jest tylko drogą morską. Z Ao Nang raz po raz odpływają łodzie, które za zaledwie 150 bathów/15 zł (przy zakupie biletu w 2 strony: tylko 20 zł!) wożą turystów w te i nazad.

Miejsce wszędzie opisywane jest jako największa atrakcja okolicy i… coś w tym chyba jest. W ciągu kilku minut z kurortu a’la Władysławowo można przenieść się w spokojną, cichą (izolacja sprawia, że nie ma tu dróg ani samochodów) i piękną okolicę. Wielkie wapienne skały wytyczają granice kilku plaż, a dodatkowo stają się wyzwaniem dla fanów wspinaczki.

Skoro tak tu cudownie, to czemu nie zatrzymaliśmy się tam od początku? Ot – Railay jest sporo droższe niż dużo większe i bardziej zatłoczone Ao Nang. Za ciszę i spokój się płaci… podobnie jak za dostęp do słodkiej wody (do odizolowanego półwyspu nie dochodzi przecież żaden rurociąg) czy innych dóbr, które na Railay trafiają w łodziach. Głupi naleśnik z ulicznej budki kosztuje nie 4, a 8 złotych…
Zaraz obok, kilka minut od Railay leży kolejna piękna plaża – Phra Nang. Tak jak plażę Railay ograniczają wapienne skały, tak ta jest jeszcze ciekawsza: u jej końca znajduje się ogromna jaskinia. Po wejściu do środka i kilku chwilach spaceru po głazach można zanurzyć się w morzu po drugiej stronie półwyspu. Szkoda tylko, że malutka plaża jest tak strasznie zatłoczona…

Koh Poda, Koh Tub i Chicken Island, czyli wyspy trzy i pół

Wczoraj, idąc za ciosem, postanowiliśmy zapuścić się jeszcze dalej. Za 45 zł od osoby wykupiliśmy półdniową wycieczkę na 4 okoliczne wyspy. Nie mieliśmy zbyt wysokich oczekiwań – czego można się spodziewać po atrakcji za taką cenę? Okazało się, że można spodziewać się bardzo wiele: i pięknych plaż, i dużo czasu na miejscu, i wody, i nurkowania, i obiadu, i owoców w cenie!

Program wycieczki obejmował wizyty na wyspach Poda, Tub, Chicken i… na plaży Phra Nang, gdzie byliśmy dzień wcześniej, więc wiedzieliśmy, że to żadna wyspa, a niedostępny półwysep. Co tu dużo mówić – pomimo tego, że na dobrą sprawę wszystkie te wyspy wyglądają podobnie (plaża, słońce, ocean) to wycieczka była rewelacyjna. Widoki, plaże – bajeczne. Nurkowanie (snorkeling) na rafie – niesamowity. Dopiero tam, na tych malutkich wyspach stwierdziliśmy, że tutejsze plaże jednak mogą konkurować z tymi z Seszeli.

PS: Google poinformował mnie, że automatycznie ulepszył jedno ze zdjęć, które wrzuciliśmy do internetu. Rezultat nas powalił…

DSC05828-SNOW 


Tagi: , , ,

Komentarze

  1. WOJTEK K napisał(a):

    Pozdrowienia dla turystów 🙂

  2. Pysiek napisał(a):

    faktycznie kiczowaty koszmar. Rybki fantastyczne.

  3. Mama Ady napisał(a):

    Dlaczego zaraz koszmar? Trochę jak Disneyland i święta BN w Tajlandii 😉 mnie się podoba :-))))

  4. Mama Ady napisał(a):

    Zdjęcia super, przeżycia i wrażenia zapewne też, dla mnie bajkowo :-)))

  5. Zbyszek napisał(a):

    Nie no zdjęcie super, hi, hi. Fajny automat mają do efektów. Oj, gdyby to jeszcze zrobili w 3D :)……
    Czy Państwo już w Malezji?