Phnom Penh

Nasze wszystkie podróże mają jeden punkt wspólny. Gdzie byśmy nie pojechali, jakiego miasta byśmy nie odwiedzili – pierwszego dnia średnio nam się podoba. Może to kwestia szoku, może długiej podróży, może męczących naganiaczy na dworcach. Pierwsze zetknięcie z nieznanym miastem zawsze kończy się tak samo – jesteśmy średnio zadowoleni, że zmieniliśmy miejsce pobytu. Dopiero po kilku godzinach (a czasem: następnego dnia) rozkręcamy się i możemy je w pełni docenić.
Tak było podczas podróży po Iranie, tak było w Europie, tak było w Chinach i Bangkoku.
Ale Phnom Penh jest inne.

Phnom Penh wybija się na tle miast, które odwiedziliśmy wcześniej.

Phnom Penh jest małe, szczególnie jak na ten region świata. Mieszka w nim około dwóch milionów osób – tyle, co w Warszawie. Jest jednak nieco większe niż Warszawa, więc gęstość zaludnienia jest niższa niż w stolicy Polski. W rezultacie – spacerując po najbardziej reprezentacyjnej części Phnom Penh czujemy się jakbyśmy chodzili po małym polskim mieście. To dla nas ogromna różnica – przyzwyczailiśmy się już do „małych, milionowych miasteczek” w których ludzie tłoczą się tak samo na przedmieściach, jak w centrum. Tu zupełnie tego nie czuć. Co więcej – centrum Phnom Penh jest małe. Wszędzie można dojść na piechotę.

Phnom Penh jest niskie. Wieżowce (takie powyżej 10 pięter) można policzyć na palcach jednej ręki. Całe miasto wypełnione jest domami mającymi 4-5 kondygnacji.

Phnom Penh jest ciche. Na jeden samochód przypada 10-20 skuterków. Nie ma autostrad ani szerszych dróg. W ogóle nie ma samochodów ciężarowych (co najwyżej małe furgonetki), autobusów, tramwajów. Siedząc w knajpce przy głównym bulwarze słyszy się skutery, ale równie głośne są ptaki i ćwierkające jaszczurki.

Phnom Penh jest spokojne. Skuterki snują się ulicami – nie prują przed siebie, mało kto używa klaksonu, wyprzedza. Na ulicach nie widać pośpiechu, zdenerwowania, tak typowego dla dużych miast, a zwłaszcza stolic. Kierowcy tuk-tuków (chociaż raczej moto-taksówek, czyli motorków z podwieszoną a’la rikszą z tyłu) wylegują się w cieniu czekając na klientów.

Phnom Penh jest tanie. Siedzimy właśnie na tarasie widokowym w dobrej restauracji. Piwo (tutejszy Angkor w butelce 0.64l) kosztuje tu nieco ponad 7 złotych. To akurat burżujstwo: W większości knajp kufel 0.4l można dostać za około 3 złote. Lokalny obiad – 4-8 zł, hamburgery w restauracji 10 zł. Za noc w hotelu płacimy niecałe 40 zł (pokój z łazienką, tv, wiatrakiem).

Tak – Phnom Penh od razu nam się spodobało i dopiero po kilku dniach zaczynamy dostrzegać jego minusy. Jest bardzo biednie, brudno, brakuje jakiegokolwiek transportu zbiorowego. To też chyba pierwsze odwiedzane przez nas miasto tak strasznie nastawione na zarabianie na turystach – co ruchliwsze ulice wypełnione są żebrakami i przenośnie handlującymi mydłem i powidłem. Atrakcje turystyczne są drogie i pełne „pułapek” – dodatkowych opłat za robienie zdjęć, składanie ofiary itp.

Ciekawostką jest fakt, że w związku z szaloną inflacją pomocniczą walutą w Kambodży są… amerykańskie dolary. Co prawda w tym roku trafił do obiegu banknot 100.000 rielowy, ale najwyższym nominałem z jakim się zetknęliśmy było 2000 rieli, czyli… 1.5 zł! Od turystów oczekuje się płacenia w dolarach, co sprzyja „naciąganiu”: mało jest cen w rodzaju 4.5$ – rzeczy kosztują albo 4, albo 5, czyli albo 12, albo 15 zł.

Mimo wszystko leżąca nad Mekongiem metropolia to jedno z przyjemniejszych miast, na które natrafiliśmy podczas naszej tegorocznej podróży. Przyjechaliśmy tu poznać bliżej tragiczną historię Kambodży i baliśmy się, że miasto może utrudnić nam to zadanie, zdołować. Nic z tych rzeczy. Obecne Phnom Penh ułatwia, nie utrudnia.

 


Tagi: ,