W stolicy Syjamu

Gdybym była Beatą Pawlikowską-Jasnorzewską, zaczęłabym tę notkę od tego, że Ayutthaya przyśniła mi się, zanim dowiedziałam się o jej istnieniu. Jakieś dwa tygodnie temu, gdzieś w południowych Chinach, kiedy już przygotywaliśmy się do podróży po Tajlandii musiałam usłyszeć lub przeczytać tę nazwę i kilka dni później powróciła do mnie we śnie. Uśmiechnęłam się, gdy planując zwiedzanie Bangkoku zdecydowaliśmy wybrać się do miejsca, które mi się przyśniło. To takie bajkowe i tak bardzo nie w naszym stylu 😉 Dlatego opiszemy Ayutthayę z nieco innej perspektywy. Jak bruneci, nie blondynki.

Dzieje Azji południowo-wschodniej są bardzo skomplikowane, ale jednocześnie bardzo proste do opisania i zrozumienia. Indochiny od zawsze były areną ścierania się ze sobą kilku imperiów – państw-miast kontrolujących okoliczne prowincje. Praktycznie całe ostatnie tysiąclecie to nieustanne wojny, wzloty i upadki miejscowych potęg:

– Angkoru (czyli państwa Khmerów, dzisiejsza Kambodża)
– Czampy (czyli państwa Czamów, dzisiejszy południowy Wietnam)
– Dai Viet (czyli państwa Wietnamczyków, dzisiejszy północy Wietnam)
– Syjamu (czyli państwa Tajów, dzisiejsza Tajlandia)
– Pagan (czyli państwa Birmańczyków, dzisiejsza Birma / Myanmar)
– Śrividżaji (czyli leżącego na Sumatrze państwa, dzisiejsza Indonezja)
i kilku innych, mniejszych lub istniejących zaledwie kilkadziesiąt lat.

Mandale

Im państwo było silniejsze, bogatsze i potężniejsze militarnie, tym większy obszar kontrolowało. Wojny między państwami nie polegały na łupieniu terenów przygranicznych, a najczęściej na bezpośrednim ataku na stolicę sąsiada. Złupiona stolica traciła na znaczeniu, wobec czego wszystkie okoliczne prowincje stawały się lennikami najeźdźcy. I tak w kółko – każdy na każdego.

W różnych latach różne państwa stawały się lokalnymi potęgami, by następnie stracić na znaczeniu na rzecz swoich najeźdźców. Przez drugą połowę europejskiego średniowiecza, ponad 500 lat, najpotężniejszy w regionie był Angkor. Stale napadany przez sąsiadów nie pozostawał im dłużny regularnie pustosząc ich stolice. Jego potęga upadła w 1432 roku, po którymś z kolei rajdzie Syjamczyków. Od tego momentu to Syjam stał się najważniejszym państwem Indochin. Do czasu. W 1767 roku syjamska stolica, Ayutthaya została zniszczona przez Birmańczyków. I to właśnie ruiny Ayutthayi odwiedziliśmy kilka dni temu.

W 1351 roku niezwykle ambitny syjamski król Rama Thibodi I postanowił przenieść stolicę w nowe, lepsze pod względem militarnym miejsce (dotychczasowa stolica została spustoszona przez epidemię ospy). Wybrano wyspę na najdłuższej w Syjamie rzece Menam, 370 km od Angkoru. Kolejne 80 lat Ayutthaya była idealnym punktem wypadowym do kolejnych ataków na stolicę Khmerów – „Miasto Światła”, ówczesną stolicę kultury, architektury i nauki. Jednocześnie – samą Auytthayę rozbudowywano zgodnie z osiągnięciami kultury Angkoru. To ona miała przejąć po Angkorze miano najpiękniejszego miasta regionu.

Busy z Bangkoku do Ayutthayi odjeżdżają spod Victoria Monument (dojazd jasnozieloną linią metra) i doworzą nas na miejsce w ciągu ok. półtorej godziny za 60 BHT (6 zł). Podróż nie jest zbyt interesującą przygodą (autostrada, korki, zero widoków, te sprawy), no, chyba że tak jak my trafi się na kierowcę z ambicjami rodem z GTA, który wpycha się jako czwarty między trzy samochdy na trzypasmowej drodze i nie zdejmuje nogi z pedału gazu. Cudem uszliśmy z życiem i z adrenaliną pulsującą nadal w żyłach uszyliśmy na zwiedzanie miasta.

W każdym przewodniku znajdziecie radę, żeby w mieście wypożyczyć rower i między atrakcjami przemieszczać się w ten sposób. Jeżeli na zwiedzanie przeznaczy się na przykład dwa dni, żeby zobaczyć wszystko, na pewno jest to świetne rozwiązanie. My przyjechaliśmy tylko na kilka godzin i postanowiliśmy pokręcić się po głównych atrakcjach turystycznych w centrum na pieszo.

Zabytki były fascynujące. Architektura w stylu khmerskim zupełnie nie przystaje do naszych, europejskich, standardów. Budynki sakralne są zupełnie inne, niż to, czego się spodziewamy. Rzeźby bóstw, stupy, posągi – wszystko jest nowe i nieznane. Onieśmielający był dla nas też fakt, że miasto, które zwiedzaliśmy zostało w ogromnej mierze zburzone i doszczetnie spalone przez Birmańczyków, więc wszystko co zostało to okopcone ruiny. Tajowie nie czują się chyba zbytnio przywiązani do swojej byłej stolicy, bo pozostałości dziedzictwa kulturowego remontują tylko… troszkę. Spośród tysięcy rozbitych na kawałki kamiennych posągów Buddy skleili z powrotem tylko kilka. Ruiny zarastają dziką roślinnością, a mniej znane budynki i świątynie nie są nawet odpowiednio ogrodzone i stają się miejscem zabaw dla dzieci i królestwem bezpańskich psów. Widok oszałamiającego leżącego Buddy (takiego samego, jak ten, za którego zobaczenia w Bangkoku trzeba płacić 100 BHT czyli 10 zł za osoby!) pomiędzy normalnymi domami mieszkalnymi i osiedlowym sklepem spożywczym zrobił na nas kosmiczne wrażenie. Podobnie jak na przykład inny bardzo duży siedzący Budda wewnątrz domu bez dachu – po prostu na polance na przedmieściach miasta.

Ayutthaya jest popularnym przystankiem na trasie wielu turystów, ale kiedy tam byliśmy była wyjątkowo pusta.

Na koniec, wracając na postój busów odjeżdżających z powrotem do Bangkoku skusiliśmy się na obiad w kolorowej knajpce przy Talat Chao Road serwującej owoce morza. Pierwszy raz jedliśmy oryginalne, tajskie zupy Tom Yum i Tom Kha których smakowaliśmy już wcześniej w Polsce. Oczywiście na miejscu były o wiele pyszniejsze 🙂 Po męczącym i parnym dniu zafundowaliśmy sobie też zimne piwko, które podane zostało zgodnie z „lokalną tradycją”, o której czytaliśmy wcześniej – serwowane było z lodem i kelnerką w pakiecie. Za każdym razem, kiedy śmieliśmy upić chociaż łyczek ze szklanki uśmiechnięta dziewczyna podchodziła do naszego stolika i dolewała piwa z butelki do szklanki, aby ta zawsze była pełna. A wszystko w oszałamiającej cenie 7 zł za butelkę.

Czy Auytthayi udało się przyćmić Angkor? Trudno powiedzieć. Faktycznie – ruiny Ayutthayi robią wrażenie. W XVII wieku miasto było najwspanialszym miastem regionu. Miało ponad milion mieszkańców, w tym handlarzy z kilkudziesięciu państw – Anglików, Francuzów, a nawet Polaków. Dziesiątki świątyń i pałaców, choć zniszczone prawie 250 lat temu nadal pozwalają wyobrazić sobie jak wyglądało miasto wcześniej. W starej stolicy znajdziemy wszystko to, czego brakowało nam w „nowym” Bangkoku. Ayutthaya przyćmiła Angkor, ale czy robi to po dziś dzień? Ostatecznej oceny dokonamy dopiero za tydzień, kiedy zobaczymy ruiny tego drugiego miasta.

 


Tagi: , ,

Komentarze

  1. Pysiek napisał(a):

    Duże uznanie dla Ady za tak fantastyczne opisy. Gratulacje za ogromną wiedzę społeczno-historyczną.
    Czekamy każdego dnia na Wasze wrażenia,

  2. Mama Ady napisał(a):

    Oż Ty, moja Cudowna ‚brunetko”, ani Pawlikowską ani Pawlikowską – Jasnorzewską nie jesteś 😉 masz rację, ona by tak napisała, ale nie Wy :-)))
    …..goodbye China – welcome to Thailand …..moje sny o Chinach wraz ze snami owej Blondynki i Waszymi opisami też stały się prawie realne i po lekturze, mam wrażenie, jak bym to ja wróciła z dalekiej podróży 😉 Ponieważ w Waszej wyprawie po Chinach zabrakło mi tylko starego dziadunia Kǒng Fūzǐ o siwej brodzie, w niebieskim płaszczu, rzucam wszystko i już zatracam się w aspekcie duchowości buddyjsko- tybetańskiej , którą zauważyłam na zdjęciach i mam nadzieję, że tym razem rozwiniecie ten wątek, a więc do później…..