Makau (port.)

Pacholęciem będąc całe dnie spędzałem przeglądając atlas geograficzny dla dzieci. Każdemu kontynentowi poświęcono w nim cztery strony: dwie na mapę fizyczną; kolejne dwie na polityczną. To właśnie na politycznej mapie Azji zobaczyłem dwie kropeczki – ostatnie europejskie kolonie w Azji: Makau (port.) i Hong Kong (bryt.).
Kilkuletniemu szkrabowi niewiele to mówiło, ale gdy kilka lat później nauczyłem się rozszyfrowywać tajemny szyfr „Made in…” okazało się, że wiedza z atlasu nie poszła na marne. Metalowe samochodziki „Matchbox” nie były (jak 90% zabawek) „Made in China”. One były właśnie „Made in Macau”!
Wiedza zdobyta w wieku dziesięciu lat musiała mi wystarczyć na jakiś czas.
Niby w 1999 roku portugalczycy oddali Makau Chinom, ale w Polsce było o tym wyjątkowo cicho (w porównaniu z chociażby z powrotem HK do macieży…).

Skąd portugalczycy w Chinach? Jak wygląda matchboxowa ojczyzna? Planując wypad do Hong Kongu nie mogliśmy odpuścić kilkugodzinnej wizyty w tym mieście.

Historia Makau sięga czasów przed naszą erą, ale na dobrą sprawę o rozkwicie miasta można mówić od XVI wieku, kiedy to do miasta przybyli pierwsi marynarze z Portugalii. Z czasem, wraz z kolejnymi umowami miasto stawało się coraz bardziej europejskim portem, by w 1887 roku ostatecznie stać się wieczystą własnością europejskiego królestwa.
Dopiero po przejęciu władzy w Chinach przez Mao (i ogólnej zmianie w tendencji „kolonizowania świata”) Portugalczycy zaczęli rozmowy na temat opuszczenia niegdysiejszego symbolu ich morskiej potęgi.
W 1999 roku – przekazali miasto Chińczykom, w taki sam sposób jak dwa lata wcześniej zrobili to Brytyjczycy z Hong Kongiem.
Co to oznacza? W największym skrócie – Chiny obiecały przez kilkadziesiąt lat zostawić wszystko po staremu. Prawo w Makau wygląda więc trochę inaczej, obowiązuje tu inna waluta, a obywatele Chin potrzebują paszportów by odwiedzić miasto. Wciąż również portugalski jest, obok chińskiego (kantońskiego), językiem urzędowym.

Tyle tytułem przydługiego wstępu. A jakie jest miasto?
Makau jest piękne. To śliczne, śródziemnomorskie miasteczko jakby żywcem wycięte gdzieś z Hiszpanii, Włoch, Grecji lub… Portugalii. No – prawie żywcem, bo oczywiście to wciąż Azja, i wciąż Chiny. Jednak są to Chiny zupełnie inne od tych kontynentalnych – dużo bardziej „nasze”.

Po pierwsze – Makau jest małe. 30 km² to tyle co warszawskie Bielany.
Po drugie – mieszka w nim raptem 500 tyś ludzi! W „malutkim” Yinmeng, godzinę jazdy od Wuhanu, gdzie byliśmy na początku naszej podróży mieszka ich 600 tysięcy…

Po trzecie – w odróżnieniu od Chin kontynentalnych – Makau nie doświadczyło tragedii ostatnich 50 lat rządów komunistów. Zabytki Makau to zabytki w tym sensie, jaki znamy z Europy. Stare świątynie, stare kościoły, stare budynki, a nie kolorowa cepelia wybudowana kilka lat temu.

Po czwarte, a z trzeciego płynące – Makau jest pełne wierzeń, ołtarzy, składanych ofiar. Przy każdym domu, w każdym sklepie – wszędzie pełno jest małych ołtarzy i ołtarzyków, przy których palą się kadzidła. To te Chiny, o których myśleliśmy, że już ich nie ma – mistyczne, orientalne.

Reasumując: podobało nam się chyba wszystko. Ada mogła poczuć się jak w Barcelonie i odkryć, że całkiem dobrze rozumie portugalski; Ja – przejechać się autobusem po torze, który za parę dni stanie się areną zmagań kierowców w 60. Grand Prix Macau.
Wjeżdżając obawialiśmy się drożyzny, kapiących złotem kasyn i nudy. Wyjeżdżaliśmy ciesząc się, że ceny nie powalały, gdzieniegdzie kapiące złoto zupełnie nie przeszkadzało, a o nudzie nie mogło być mowy. Może nie jest to miasto, w którym chcielibyśmy spędzić resztę życia, ale kilkanaście godzin wystarczyło, by Makau polubić.

 


Tagi: ,

Komentarze

  1. Zbyszek napisał(a):

    Już myślałem że Państwo zapomnieli o blogu.
    Ada, suuper fryzura 🙂