Yangshuo, czyli jak to jest być nauczycielem

No tak: nie działało, nie działało, aż tu nagle zaczęło działać… Blog znów śmiga, więc zapraszamy do lektury!

Nasza chińska przygoda powoli dobiega końca – wizy obowiązują tylko do 2 listopada. Długo zastanawialiśmy się, jak ułożyć dalsze punkty wycieczki, żeby wszystko się zgadzało. Ostatecznie zdecydowaliśmy się odpuścić Junan, prowincję leżącą na południowym-wschodzie Chin, która uznawana jest za jedną z najpiękniejszych okolic w całym kraju. Żeby się tam dostać, musielibyśmy spędzić dwa dni w pociągu (plus ponad dwa dni na powrót), a został nam już tylko ponad tydzień. Zamiast Junanu postanowiliśmy odwiedzić Kanton i Hong Kong, dwa ogromne ośrodki miejskie, na zobaczenie których nie starczyłoby nam czasu w pierwotnej wersji nastawionej na zwiedzanie Junanu.

Tymczasem kolejnym przystankiem na naszej trasie są malownicze okolice miasta Guilin. Nie tylko krajobrazy wprawiają nas tu w zachwyt. Miasto w którym mieszkamy – Yangshuo – wydaje się być najprzyjemniejszym, jakie póki co dane nam było tu odwiedzić. Tym razem nie mieszkamy też w bezosobowym hotelu, ale w tętniącej życiem szkole języka angielskiego. Jest tak fajnie, że postanowiliśmy zostać tu dłużej, niż zamierzaliśmy 🙂

Okolica
Wreszcie znaleźliśmy się daleko od zgiełku miast! Przytłoczeni ciągnącymi się w nieskończoność zatłoczonymi ulicami turyści od kilkudziesięciu lat chętnie odwiedzają urocze pagórki, spokojne rzeki i małe wioski położone w sąsiedztwie dobrze skomunikowanego z resztą kraju miasta Guilin. Objeżdżając na rowerze wszystkie okoliczne dróżki można poczuć jesienny wiatr we włosach i słońce na policzkach. Lokalni mieszkańcy pracujący na polach w uśmiechem witają każdego przejeżdżającego przybysza spragnionego chińskiego folkloru. Jesteśmy zachwyceni tym, jak bardzo naturalne nadal jest to miejsce. Mimo tego, że główna turystyczna ulica w Yangshuo nazywa się West Street, a w pubach przesiadują tam prawie tylko białasy nadal kilka kilometrów dalej można podejrzeć prawdziwe, wiejskie życie. Spokój i sielskość, jakiej tu doświadczamy trudno opisać słowami. Mam nadzieję, że oglądając nasze zdjęcia łatwiej będzie Wam zrozumieć dlaczego tak trudno nam stąd wyjechać.

Yangshuo
Miasto, w którym mieszkamy możemy porównać do Zakopanego. Gwarna główna ulica, mnóstwo kramików z rękodziełem i badziewiem, mnóstwo turystów. Na szczęście – tylko wieczorami!

W ciągu dnia backpackerzy rozpierzchają się, aby zażywać wszystkich dostępnych atrakcji. Okolice miasta znane są z pięknych widoków i doskonałych miejsc do wspinaczki.

Wypożyczalnie rowerów można znaleźć co kilka metrów, dzięki czemu dowolną zaplanowaną wycieczkę można odbyć na dwóch kółkach. Pobliskie rzeki można zwiedzić podczas „bambo drifting”, czyli spływu prostą tratwą zbudowaną z bambusa (lub plastiku, który bambus udaje). Amatorzy najbardziej klasycznej rozrywki górskiej też nie będą się nudzić – tras do pieszych wędrówek jest całe mnóstwo.

Oral English College
Już kilka miesięcy przed wyjazdem postanowiliśmy zorientować się w kwestii ewentualnych wolontariatów.
Pomogła nam w tym świetna strona www.helpx.net *, na której znaleźliśmy bardzo ciekawą ofertę: Wikt i opierunek w zamian za naukę angielskiego.
Szczegóły są proste: W zamian za uczestniczenie w English Tea, czyli konwersacjach na przygotowany wcześniej przez nauczycieli temat (godzina dziennie, o 18.00) oraz przedstawienie prezentacji na temat kraju, z którego pochodzimy otrzymujemy zakwaterowanie oraz dwa ciepłe posiłki dziennie (wspólny lunch o 12 i obiad o 17:30).

Uczniowie szkoły są w wieku 20-30 lat. Zazwyczaj to absolwenci studiów wyższych, którzy rozpoczęli już karierę zawodową i aby pomóc sobie w dostaniu awansu lub zmianie pracy na lepszą potrzebują zdobyć umiejętność mówienia po angielsku. Prawie nikt z nich nie ma jeszcze żony ani mężą, co (jak już wspominaliśmy) w Chinach jest bardzo ważną kwestią. Początkowo zastanawialiśmy się, dlaczego nasza obecność jest dla Szkoły tak wartościowa. Podczas pobytu tutaj zorientowaliśmy się, że nikt z Uczniów nie był nigdy za granicą, co więcej – rzadko (o ile w ogóle!) nie zdarzało im się spotykać osób spoza Chin, a tym bardziej z nimi rozmawiać. A już na pewno nie po angielsku! Dlatego też aż onieśmielają nas ich zachwyt nad naszą płynnością w posługiwaniu się tym językiem oraz ciągle powtarzające się pytania, czy w Polsce językiem urzędowym jest angielski? Zrozumieliśmy też, że fakt, że co najmniej godzinę każdego dnia rozmawiają z nami jest dla nich czymś bardzo wyjątkowym. Jemy wspólnie posiłki, więc nawet podczas lunchu gawędzimy, ciągniemy ich za język i subtelnie poprawiamy ewentualne błędy.

Wczoraj żegnaliśmy kilku Studentów, którzy zakończyli kurs. Podczas oficjalnego spotkania jedna z odchodzących dziewczyn powiedziała (oczywiście po angielsku), że zanim tu trafiła nie spodziewała się, że będzie kiedykolwiek tak swobodnie się wypowiadać w języku obcym, ani że będzie miała możliwość porozmawiać z obcokrajowcami i to nie raz, ani nie dwa, a dzień w dzień. Wtedy zrozumiałam, że nasza obecność jest dla nich naprawdę ważna i przynosi korzyść nam, Uczniom i właścicielom szkoły.

Oprócz nas w tej chwili wolontariuszem jest Evan, 24-latek z Nowego Jorku, absolwent architektury. Jako że też ma dużo wolnego czasu większość dni i wieczorów spędzamy z nim. Wymiana doświadczeń i poglądów na życie jak zwykle w przypadku takich międzykulturowych spotkań jest bardzo interesująca i cieszy nas niezmiernie, że jadąc do Chin można tak naprawdę poznać ludzi z całego świata. Utwierdza to moje przekonanie, że podróże zawsze są wartościowe. Przez kilka dni spotkaliśmy się też z Lesley, przesympatyczną Brytyjką w wieku naszych mam, która zrobiła sobie miesięczne wakacje od pracy w ośrodku pomocy społecznej i postanowiła w tym czasie odwiedzić Chiny.
Oprócz wolontariuszy szkoła zatrudnia normalnych nauczycieli. Dużo czasu spędzamy z Gavinem – Kanadyjczykiem, na oko 30-letnim kawalerem. Zanim dotarł tu, spędził 3 lata na Tajwanie również ucząc angielskiego. W Oral English College pracuje jako native speaker i prowadzi 4 godziny lekcyjne dziennie.

Nieopisaną korzyścią, jaką czerpiemy z pobytu tutaj jest też poznanie Studentów, czyli jakby nie było – naszych chińskich rówieśników. Większość z nich teoretycznie zna angielski wystarczająco, aby spokojnie się porozumieć. Znają słówka, reguły gramatyczne, wykuli pisownie na blachę. Ich największą bolączką jest jednak WYMOWA, czyli to czego nie da się ot tak „nauczyć z książki”. Język angielski jest ZUPEŁNIE inny od chińskiego, więc nauka poprawnego wymawiania słów przychodzi im o wiele trudniej, niż nam, Europejczykom z dowolnego kraju. Nie bez znaczenia jest też bardzo mały wpływ angielskojęzycznych mediów na media tutejsze – w telewizji praktycznie nie ma amerykańskich filmów, amerykańska muzyka nie jest popularna. W Polsce język angielski możemy usłyszeć na każdym kroku. Tu – prawie wcale. Co więcej – niezwykle ważne w języku chińskim tony i akcenty w angielskim są niemal bez znaczenia: Studentom ciężko zrozumieć, że słowa „Thank you” wypowiedziane przez Anglika i Australijczyka mogą brzmieć nieco inaczej, a znaczyć dokładnie to samo. I skoro tak, to czemu ich „sękju” jest niepoprawne?

Dziś uczestniczyliśmy w lekcji, podczas której Studenci prowadzili prezentacje dotyczące firm, w których dotychczas pracowali. Jak wiadomo, jak podczas każdej lekcji języka obcego najważniejsza była poprawność i kwiecistość języka, ale sam temat prezentacji też bardzo nas interesował.
1373557_2175691276295_489838684_n
Większość Studentów pracuje w przeróżnych fabrykach zajmujących się projektowaniem i wytwarzaniem części. Tak – słowo „części” pasuje tu jak ulał: mowa o tych wszystkich małych elementach, które sprawiają że drukarki drukują, silniki pracują, skrzynie biegów działają jak należy. Każda prezentacja składała się z bardzo podobnych informacji. W jednej firmie pracuje 50 osób i od kilku lat produkują lampy samochodowe (głównie dla Mercedesa i BMW); w drugiej – 1000 osób i tworzą plastikowe elementy dla ASUSa i Foxcona; w trzeciej – 100 i robią buty dla ZARY. Co ciekawe – niektórzy studenci wprost mówili, że nie mają pojęcia do czego wykorzystywane są niektóre wytwarzane przez nich części. Skrzynia biegów czy silnik? Ciężko powiedzieć – wiemy tylko, że zamawia to BMW…
Co ważne – w każdej prezentacji znalazły się też informacje na temat certyfikatów i norm spełnianych przez poszczególne firmy. Na ten temat napiszemy chyba osobną notkę, bo wszechobecna fascynacja tymi wszystkimi ISO strasznie nas dziwi.

* – Polecamy www.helpx.net, acz uprzedzamy, że dostęp do szczegółów każdego ogłoszenia wymaga założenia płatnego konta. W razie czego – bardzo chętnie podzielimy się z Wami naszym dostępem gdybyście chcieli porozglądać się za możliwością darmowego zakwaterowania w zamian za odrobinę pracy podczas Waszych podróży.  


Tagi: , ,

Komentarze

  1. Mama Ady napisał(a):

    Kochani, witam Was ponownie na stronach Waszego bloga 🙂 czyli bajki ciąg dalszy nastąpił… 🙂 Czytam i przenoszę się w tą egzotyczną podróż, w miejsca o istnieniu których nigdy nie miałam wiedzy i nawet świadomości, stąd ta moja fascynacja, tym większa, że to właśnie Wam dane jest doświadczać tyle !!!! Zdjęcia naprawdę super, na miarę Word Press Foto, tematyka, ujęcia, jakość, Gratulacje!!!!
    …a w Żuro szaro, buro, byle jak, ….po prostu jesień …..
    pozdrawiamy Was i przesyłamy buziaki :-*

  2. zbyszek napisał(a):

    Super że już działa i możemy przynieść się dzięki Wam (wyobraźnią), w te fantastyczne miejsca 😉

  3. Ada napisał(a):

    bardzo cieszy nas, że podoba Wam się to co opisujemy i fotografujemy 🙂 dzięki temu możemy poczuć, jakbyście trochę podróżowali razem z nami!

    1. Małgorzata napisał(a):

      Ada, z olbrzymia przyjemnością odkryłam Wasz kolejny dziennik z podróży 🙂 Czytam i oczyma wyobraźni zwiedzam ten piękny kraj razem z Wami

  4. Pysiek napisał(a):

    Kochani, a jak jest z wiedzą Waszych uczniów, czy mają pojecie gdzie jest nasz kraj, czy myślą, że po ulicach u nas chodzą niedźwiedzie?

  5. Gosia napisał(a):

    Pięknie, trudno uwierzyć, że na świecie są takie widoki. Ada, jakie długie włosy!