Archiwum z Sierpień, 2014

400 słów: Real Madrid? Real Masjid!

Sierpień 27th, 2014

Piłkarze z Madrytu zaprezentowali wczoraj trzeci komplet strojów, w których występować będą w tym sezonie. Z klasycznych z pozoru czarnych strojów straszy nietypowy jak na koszulki piłkarskie wizerunek smoka.

Wśród komentarzy na temat stworzonego przez japońskiego projektanta wzoru przeważa jedna opinia: To koszulki stworzone na rynek azjatycki! Real Madryt, jedna z najpopularniejszych drużyn świata, pragnie zaskarbić sobie sympatie kibiców z Chin, Japonii i Południowo-Wschodniej Azji, tak jak wcześniej postarała się o sympatię kobiet wprowadzając koszulki w kolorze… różowym.

Koszulki można od dziś kupić w sklepach Adidasa na całym świecie. W Polsce dostępne są za, bagatela, 349 złotych…

Czy w Indonezji, Malezji, Tajlandii czy Wietnamie koszulki ze smokiem będą przebojem?
W jednym z wcześniejszych wpisów wspominałem, że zagraniczna piłka jest w Indonezji szalenie popularna. Nigdzie na świecie nie widziałem tylu ludzi na codzień noszących piłkarskie koszulki. Sęk jednak w tym, że koszulki są popularne bo… są bardzo tanie. Choć w 99% są produkowane przez oryginalne fabryki Nike czy Adidasa i posiadają oryginalne metki i certyfikaty, to od sprzedawanych w Europie oryginałów różnią się prostym detalem – hologramem i metką wszywaną „bezpośrednio w klubie”. Innymi słowy: Koszulka Barcelony wygląda identycznie jak oryginał, ma wszelkie metki Nike, ale nigdy nie była w Europie, nie ma metki ani hologramu FC Barcelona, a drużyna z Barcelony nie dostanie ani grosza za jej sprzedaż. Zabieg ten zmniejsza cenę o ponad 90% – „prawie oryginalne” koszulki Realu, Barcelony, Manchesteru czy Milanu można kupić już za 20 złotych. Te mniej popularnych drużyn za 25-30 zł. „Prawdziwe oryginały” można obejrzeć w sklepie Adidasa – kosztują 10 razy tyle, a w Europie: 20 razy tyle.
Koszulki ze smokiem będą tu pewnie tak samo popularne jak wszystkie inne. I pewnie jak we wszystkich innych przypadkach – ze sprzedaży w Indonezji Real nie zobaczy nawet złotówki.

Pieniądze zobaczą za to twórcy bardzo popularnej w Indonezji serii komiksów o fajnie brzmiącej nazwie… „Real Masjid” czyli „Real Meczet”.

Co jak co, ale trzeba pogratulować im pomysłu: wykorzystując popularność „królewskich” starają się dotrzeć do młodych ludzi promując liberalny islam. Książeczki to w zasadzie kolekcje krótkich historyjek opowiadających o codziennym życiu zafascynowanej futbolem grupki przyjaciół. Liga Mistrzów w TV, a muezin wzywa do modlitwy? Real Meczet!

Piłka, szkoła, zwykłe codzienne problemy i… teologia. Na dużym dziale z literaturą religijną książeczki z tej serii wyraźnie się wyróżniają, a kolejne części serii świadczą o jej popularności. Ostatnio twórcy komiksu poszli jeszcze dalej wydając nową książeczkę pod jeszcze ciekawszym tytułem : „Muslim United” (Zjednoczeni Muzułmanie).

Real dzięki koszulkom ze smokiem nie stanie się w Indonezji bardziej popularny ani nie zyska więcej kibiców. Tu mechanizm działa w drugą stronę – to indonezyjskie firmy starać się będą wykorzystać Real Madryt i inne kluby, by same coś zarobić. Kilkanaście Indonezyjskich firm wykłada grube miliony, by reklamować swoje produkty wykorzystując wielkie gwiazdy i kluby.
Tak jak Extra Joss reklamowany przez Ronaldo:

Tak jak oficjalny sponsor Realu – producent orzeszków ziemnych Dua Kelinci:


Albo jak herbatniki reklamowane przez Cesca Fabregasa…

Biznes więc kręci się bardzo dobrze, ale koszulek w to nie mieszajmy.



Przygody świnki na szlaku. Trekking z Malino do Ramma, południowy Celebes, Makassar

Sierpień 26th, 2014

Moja inszallah przyszła teściowa, czyli mama Łukasza, opowiedziała nam kiedyś ciekawą anegdotkę. Pewnego dnia na spacerze po Marymoncie spotkała miłego pana, który wyprowadzał na spacer swoje zwierzątko domowe, czyli… świnkę. Mocno zdziwiona niespotykaną sytuacją zagadnęła właściciela świnki, co to za szalony pomysł trzymać wieprzka w domu. Okazało się, że świnka dumnie nazywa się Boczuś i jest potulnym, udomowionym zwierzątkiem. Po miłej pogawędce pożegnali się, a pan od świnki pochwalił się, że to nie pierwszy raz obcy ludzie interesują się Boczusiem i jest już przyzwyczajony do odpowiadania na wciąż powtarzające się pytania.

W pierwszy weekend po przyjeździe na Sulawesi poczułam się trochę jak Boczuś. Właśnie rozpoczęłam moją półtoramiesięczną podróż, a pierwszym przystankiem na mojej trasie był Makassar, stolica południowego Sulawesi. W piątek wieczorem z lotniska odebrał mnie Ceba, mój nowy i naprawdę wspaniały przyjaciel z Makassaru. Ceba jest znajomym Asonka, Jawajczyka, który mieszka i pracuje na Bali i chyba żadna moja wizyta tam nie zakończyła się sukcesem bez jego nieopisanej pomocy. Kiedy dowiedział się, że teraz zmierzam w kierunku Sulawesi, od razu zorganizował mi opiekę Ceby.

Moja trasa miała rozpocząć się z kopyta – z lotniska pojechaliśmy do pokoju, który wynajmuje Ceba, gdzie zrobiliśmy szybkie przepakowywanie i ruszyliśmy w góry na 3-dniową wycieczkę. Jeszcze nie wyjechaliśmy z miasta, kiedy podczas krótkiego przystanku na poprawienie ułożenia bagaży na motorku zagadnął nas przypadkowy przechodzień. Najpierw, jak to Indonezyjczycy mają w zwyczaju, nieproszony przyłączył się do naszych zmagań z wielkim plecakiem, a na odchodne zagadnął „bule darimana?”, co w kontekście sytuacji znaczyło oczywiście uprzejme „a biały skąd pochodzi?”, chociaż w moich uszach zabrzmiało bardziej jak „a białasa skąd wziąłeś?”. Pytanie puściłam mimo uszu, ale kiedy kilka godzin później, na szlaku, mijani wędrowcy zapytali Cebę, czy jest moim porterem, poczułam się jak kompletny Boczuś. Fakt, że mieliśmy tylko jeden plecak i akurat niósł go Ceba nie znaczył przecież, że jako biały w górach potrzebuję pomocy tragarza…! Koniec tego dobrego – pomyślałam. Jedyne rozwiązanie to zachowywać się jak Indonezyjczycy, a nie świnka na wybiegu. Zgodnie z tą myślą złamałam chyba wszystkie zasady, których przestrzeganie zalecają przewodniki po dalekich krajach.

ostatni fragment trasy - strome zejście do Ramma - pokonaliśmy już  sobotę rano

ostatni fragment trasy - strome zejście do Ramma - pokonaliśmy już sobotę rano

 

1. Nasz trekking zaczęliśmy o 1 w nocy i maszerowaliśmy po ciemku do 4 rano. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia, ale uznałam, że ta rozwianie tej tajemnicy wspinaczki wcale mi nie ułatwi, a odejmie za to romantycznego absurdu całej sytuacji.
2. Powiedzenie, że przez 3 dni się nie myłam nie oddałoby sedna sprawy. Mówiąc obrazowo, jak ubrałam się w piątek rano w Dżakarcie, tak zdjęłam te ubrania w niedzielę wieczorem. Warto dodać, że pierwszego i trzeciego dnia spociłam się i to nie jak świnka, tylko jak mysz.

po wielu sporach udało mi się ustawić flagę Indonezji we właściwa strone

po wielu sporach udało mi się ustawić flagę Indonezji we właściwa strone

 

3. Jedną z części mojego ciała, których chyba ani razu nie umyłam przez te 3 dni były moje dłonie. Ma to duży wpływ na punkt czwarty, który mówi o tym, jak…
4. Wreszcie przekonałam się do jedzenia rękami. W asortyment naszej kuchni biwakowej wchodziły tylko 2 łyżki i tak się złożyło, że zanim się którejś z nich doczekałam, wypadało zacząć jeść. Rozejrzałam się, jak radzą sobie pozostali i okazało się, że tym razem nie mam wyboru.
5. Podczas jednego ze spacerków po okolicy piłam alkohol nieznanego pochodzenia…
6. … którym częstowali mnie nieznajomi.
7. Dokładniej – trzy różne rodzaje alkoholu…
8. …z jednego kieliszka z 10 innymi osobami bez zbędnego mycia.
9. Przez pierwsze dwa dni usilnie powstrzymywałam się od picia wody ze strumyka płynącego środkiem polanki. Ugotowany w niej ryż, makaron i kawę tłumaczyłam faktem, że przecież bakterie w 100 stopniach… i tak dalej. Trzeciego dnia zorientowałam się, że przecież z tego samego strumyczka zaczerpniemy wody do bidonów na drogę powrotną, a nie oszukujmy się – nie dam rady przecież przejść 4 godzin górami bez łyka wody.
10. Kolejnym argumentem przemawiającym za wodą ze strumyka był fakt, że nawet jak się jej nie napiję, to muszę umyć w niej zęby i umyć naczynia…
11. …a woda, jak to w górskich strumykach bywa, była przeraźliwie zimna, więc żadna z tych dwóch czynności nie należała do przyjemnych.
12. Momentem przeistoczenia się ze świnki w człowieka okazała się jednak droga powrotna. Trekking powrotny zaczyna się bardzo ostrym i długim podejściem pod górę, które jest zdecydowanie najtrudniejszym fragmentem całej trasy. Założyłam sobie w duchu, że jak już pokonamy pierwszą górkę i zrobi się łatwiej, bohatersko zaproponuję Cebie, że mogę trochę ponieść 20-kilogramowy plecak. Podczas nocnej przeprawy zmieniłam go na niecałą godzinę i nogi mocno się pode mną uginały… Dość niespodziewanie Ceba po kilkunastu minutach marszu zapytał czy może nie poniosłabym plecaka przez chwilę pod górę, bo on jest już zmęczony. Udało chyba mi się ukryć panikę w oczach i dzielnie przejęłam bagaż. A jak już się rozpędziłam pod tą górkę… to doniosłam go aż do samego końca ku szalonej radości wszystkich naszych towarzyszy! Koledzy i jedyna koleżanka prawie piali z zachwytu, jaki to odważny białas im się trafił, a ich znajomi, których notorycznie spotykaliśmy po drodze patrzyli z zazdrością na Boczusia obciążonego 20-kilogramowym plecakiem, z którego lał się pot. A Boczuś szedł jak taran przed siebie skupiając się na śliskiej i stromej ścieżce zamiast na oszałamiających widokach.

Chyba się udało. Na polance zwanej Ramma oprócz nas biwakowało kilkaset osób – młodzieży z Makassaru i okolic. Kilku lub kilkunastoosobowe grupy znajomych przybywały przez cały piątek, sobotę i noc pomiędzy nimi. W niedzielne popołudnie na wąskiej ścieżce zrobiło się bardzo tłoczono w odwrotnym kierunku. Przy każdym obozowisku wisiała flaga Indonezji (w niedzielę obchodzono Dzień Niepodległości), a przy niektórych oficjalne flagi paczek znajomych.

Dwa dni w górach upłynęły wszystkim na słodkim lenistwie, spaniu w namiotach lub przed, gotowaniu obiadów na turystycznych palnikach i spacerowaniu po okolicy owiniętym w sarongi. Wieczorem paliły się ogniska i słychać było indonezyjskie piosenki przy akompaniamencie gitar. Urzekło mnie w całym spędzie to, że byłam chyba jedyną osobą w promieniu kilku kilometrów, która mówiła po angielsku, nie wspominając nawet o tym, że być może byłam pierwszym białym w ten miejscu – Ramma to popularne miejsce trekkingowe tylko dla lokalnych amatorów wspinaczek. Mój widok budził duże poruszenie, ale jak mantrę odpowiadałam „z Dżakarty” na nagminnie powtarzające się pytanie „skąd jesteś?” tak bojowym tonem, jak tylko małe świnki potrafią.

Jeżeli w ciągu najbliższego tygodnia nie będę pisała relacji z pobytu w indonezyjskiego szpitala, cały weekendowy wypad uznam za wielki sukces. Udało mi się odczuć coś, czego nigdy nie zaznałam w podróżach – przyjemnej nudy, spokoju i zatrzymania. Poleżałam w hamaku, piłam kawę za kawą i empatycznie partycypowałam w przyjemnej atmosferze. Moja znajomość indonezyjskiego pozwalała mi tylko na załapanie tematu rozmowy bez zbędnych niuansów takich jak sens żartów albo podział na role w dyskusji. Pomimo tego było naprawdę super. A najbardziej chyba cieszę się, że pod koniec weekendu nie byłam już Boczusiem. Chyba za którymś razem, kiedy moje zachowanie niezgodne z oczekiwaniami moich znajomych w stosunku do zmanierowanej Europejki wzbudziło ich niewielki podziw, zmieniłam się w jakieś inne zwierzątko. Inszallah był to jeż białobrzuchy.

pierwsi przyjaciele podróży: wulkany widziane z okien samolotupierwsi przyjaciele podróży: wulkany widziane z okien samolotu

pierwsi przyjaciele podróży: wulkany widziane z okien samolotu

tym razem widziałam ich aż 5. po lewej Sumbing, a po prawej Sindorotym razem widziałam ich aż 5. po lewej Sumbing, a po prawej Sindoro

tym razem widziałam ich aż 5. po lewej Sumbing, a po prawej Sindoro

po 2 godzinach jazdy motorem z Makassaru dojechaliśmy na poczatek szlaku. punkt rejestracji otwary cala dobępo 2 godzinach jazdy motorem z Makassaru dojechaliśmy na poczatek szlaku. punkt rejestracji otwary cala dobę

po 2 godzinach jazdy motorem z Makassaru dojechaliśmy na poczatek szlaku. punkt rejestracji otwary cala dobę

 
nasz pierwszy nocleg w Talung - punkcie na szczycie górynasz pierwszy nocleg w Talung - punkcie na szczycie góry

nasz pierwszy nocleg w Talung - punkcie na szczycie góry

na miejsce dotarliśmy o 4 rano i przespaliśmy dwie godziy do wschody słońcana miejsce dotarliśmy o 4 rano i przespaliśmy dwie godziy do wschody słońca

na miejsce dotarliśmy o 4 rano i przespaliśmy dwie godziy do wschody słońca

Ceba pije pyszna, poranna kawe w kubku wycietym z butelki po wodzie. zapomnielismy kubkow!Ceba pije pyszna, poranna kawe w kubku wycietym z butelki po wodzie. zapomnielismy kubkow!

Ceba pije pyszna, poranna kawe w kubku wycietym z butelki po wodzie. zapomnielismy kubkow!

 
nasze pierwsze "obozowisko", gdzie przespaliśmy 2 godziny w temperaturze ok. 10 stopni. brrr!nasze pierwsze "obozowisko", gdzie przespaliśmy 2 godziny w temperaturze ok. 10 stopni. brrr!

nasze pierwsze "obozowisko", gdzie przespaliśmy 2 godziny w temperaturze ok. 10 stopni. brrr!

na wzgórzu również biwakowało sporo ludzina wzgórzu również biwakowało sporo ludzi

na wzgórzu również biwakowało sporo ludzi

 
pierwszy widok na Ramma - cel naszej wspinaczkipierwszy widok na Ramma - cel naszej wspinaczki

pierwszy widok na Ramma - cel naszej wspinaczki

wyczekiwane słońce, które ogrzało nasze wymarźnięte ciaławyczekiwane słońce, które ogrzało nasze wymarźnięte ciała

wyczekiwane słońce, które ogrzało nasze wymarźnięte ciała

widok za zachód, w oddali Makassarwidok za zachód, w oddali Makassar

widok za zachód, w oddali Makassar

 
ostatni fragment trasy - strome zejście do Ramma - pokonaliśmy już  sobotę ranoostatni fragment trasy - strome zejście do Ramma - pokonaliśmy już sobotę rano

ostatni fragment trasy - strome zejście do Ramma - pokonaliśmy już sobotę rano

Ramma. widok w sobotę o świcie, przez cały dzień docierali kolejni podróżnicy i namiotów robiło się więcej i więcejRamma. widok w sobotę o świcie, przez cały dzień docierali kolejni podróżnicy i namiotów robiło się więcej i więcej

Ramma. widok w sobotę o świcie, przez cały dzień docierali kolejni podróżnicy i namiotów robiło się więcej i więcej

 
roti bakar, czyli indonezyjskie tosty. podawane ze skonensowanym mlekiem słodzonym albo... majonezemroti bakar, czyli indonezyjskie tosty. podawane ze skonensowanym mlekiem słodzonym albo... majonezem

roti bakar, czyli indonezyjskie tosty. podawane ze skonensowanym mlekiem słodzonym albo... majonezem

pierwszy lunch - ryż, super-ostre omlety i IndoMie (zupki instant)pierwszy lunch - ryż, super-ostre omlety i IndoMie (zupki instant)

pierwszy lunch - ryż, super-ostre omlety i IndoMie (zupki instant)

 
kumple Ceby rozbici po drugiej stronie polanki. była grana wódeczkakumple Ceby rozbici po drugiej stronie polanki. była grana wódeczka

kumple Ceby rozbici po drugiej stronie polanki. była grana wódeczka

 
inna ekipa backpackerówinna ekipa backpackerów

inna ekipa backpackerów

"jalan-jalan" po indonezyjsku znaczy "przechadzać się, spacerować" i to własnie robilismy cała sobote"jalan-jalan" po indonezyjsku znaczy "przechadzać się, spacerować" i to własnie robilismy cała sobote

"jalan-jalan" po indonezyjsku znaczy "przechadzać się, spacerować" i to własnie robilismy cała sobote

 
Celli, Bee, ja i Dede podczas jednego ze spacerkówCelli, Bee, ja i Dede podczas jednego ze spacerków

Celli, Bee, ja i Dede podczas jednego ze spacerków

nocne kawy i kawkinocne kawy i kawki

nocne kawy i kawki

obieram ziemniaki na frytki nożykiem do tapetobieram ziemniaki na frytki nożykiem do tapet

obieram ziemniaki na frytki nożykiem do tapet

 
Celli był profesjonalnie przygotowany do wyprawyCelli był profesjonalnie przygotowany do wyprawy

Celli był profesjonalnie przygotowany do wyprawy

danie narodowe Indonezjo - IndoMie, dziś gotowane ze szczypiorkiemdanie narodowe Indonezjo - IndoMie, dziś gotowane ze szczypiorkiem

danie narodowe Indonezjo - IndoMie, dziś gotowane ze szczypiorkiem

Bee szaleje w kuchni z limonkaBee szaleje w kuchni z limonka

Bee szaleje w kuchni z limonka

 
sesja fotograficzna lunchu - dziś ryż, zupki IndoMie, omlet z makaronem instant i frytkisesja fotograficzna lunchu - dziś ryż, zupki IndoMie, omlet z makaronem instant i frytki

sesja fotograficzna lunchu - dziś ryż, zupki IndoMie, omlet z makaronem instant i frytki

Ceba doglada, czy na pewno żadnego jedzenia nie będziemy nieść z powrotemCeba doglada, czy na pewno żadnego jedzenia nie będziemy nieść z powrotem

Ceba doglada, czy na pewno żadnego jedzenia nie będziemy nieść z powrotem

poszłam umyć zęby, ale ktoś mnie uprzedził i zajal moja miejscowke...poszłam umyć zęby, ale ktoś mnie uprzedził i zajal moja miejscowke...

poszłam umyć zęby, ale ktoś mnie uprzedził i zajal moja miejscowke...

 
Ada i Celli z plecakami. cała ekipa była ze mnie bardzo dumna ;)Ada i Celli z plecakami. cała ekipa była ze mnie bardzo dumna 😉

Ada i Celli z plecakami. cała ekipa była ze mnie bardzo dumna 😉

po wielu sporach udało mi się ustawić flagę Indonezji we właściwa stronepo wielu sporach udało mi się ustawić flagę Indonezji we właściwa strone

po wielu sporach udało mi się ustawić flagę Indonezji we właściwa strone

Bee i Giant celebruja Dzień Niepodleglości IndonezjiBee i Giant celebruja Dzień Niepodleglości Indonezji

Bee i Giant celebruja Dzień Niepodleglości Indonezji

 
Ceba z flagaCeba z flaga

Ceba z flaga

i Dede z flagai Dede z flaga

i Dede z flaga

 
w drodze powrotnej dumnie szlam w koszulce "Backpacker Indonesia Makassar", która dostalam od Ceby w ramach uznania za wniesienie plecaka pod najwyzsza górę na trasie. koszulka byla jeszcze mokra od potu, mmm! ;)w drodze powrotnej dumnie szlam w koszulce "Backpacker Indonesia Makassar", która dostalam od Ceby w ramach uznania za wniesienie plecaka pod najwyzsza górę na trasie. koszulka byla jeszcze mokra od potu, mmm! 😉

w drodze powrotnej dumnie szlam w koszulce "Backpacker Indonesia Makassar", która dostalam od Ceby w ramach uznania za wniesienie plecaka pod najwyzsza górę na trasie. koszulka byla jeszcze mokra od potu, mmm! 😉

Bee i Giant - nadal nie udalo mi sie dowiedziec ile sa już paraBee i Giant - nadal nie udalo mi sie dowiedziec ile sa już para

Bee i Giant - nadal nie udalo mi sie dowiedziec ile sa już para

 
Uga, znajoma Ceby spotkana w drodze powrotnejUga, znajoma Ceby spotkana w drodze powrotnej

Uga, znajoma Ceby spotkana w drodze powrotnej

 
okolice wioski Lembanna, gdzie zaczyna się trekkingokolice wioski Lembanna, gdzie zaczyna się trekking

okolice wioski Lembanna, gdzie zaczyna się trekking

 
mój wspaniały kierowcamój wspaniały kierowca

mój wspaniały kierowca

a na pierwszy obiad w cywilizacji - IndoMie!a na pierwszy obiad w cywilizacji - IndoMie!

a na pierwszy obiad w cywilizacji - IndoMie!

 


Hinduska Dżakarta – Dahi Handi

Sierpień 25th, 2014

Mały Kryszna uwielbiał masło i twaróg.
Wszyscy sąsiedzi robili co mogli, by malec nie wykradał im całych domowych zapasów. W końcu jego opiekunka, Jaśoda, wpadła na pomysł, by dzbany z masłem podwieszać pod sufitem, dzięki czemu Kryszna nie mógł ich dosięgnąć. Mały bóg był jednak sprytniejszy: skrzyknął przyjaciół, by wchodząc jeden na drugiego w końcu dostać się do dzbana.

Zwyczaj Dahi Handi (Dahi – twaróg, Handi – gliniany dzban) stanowi dziś element Krysznadźanmasztami: święta obchodzonego corocznie jako pamiątkę urodzin Kryszny. Tłumy uczestników nazywanych Gowinda („opiekunów krów” – jeden z tytułów Kryszny) wspólnie próbują zbudować ludzką piramidę by sięgnąć wysoko podwieszonego dzbana i rozbić go kokosem wylewając na siebie przysmak boga.

Po raz kolejny odkrywamy jak ogromny wpływ mają Indie na cały region południowo-wschodniej Azji. W Malezji braliśmy udział w Thaipusam, Holi i procesji Ratha Yatra. W Dżakarcie obchody nie są aż tak masowe – uroczystość Dahi Handi zorganizowali na jednym ze „swoich” osiedli ekspaci z Indii. Gdyby nie cynk od naszego kumpla Harshy prawdopodobnie nigdy byśmy się o niej nie dowiedzieli. Była zabawa, muzyka, tańce, soan papdi i inne słodkości, a także samosy i vada pavy (pyszny wegański hamburger, w którym zamiast mięsa znajdziemy pikantny ziemniaczany frytko-kotlet). Dzięki za zaproszenie Harsha!



Gading Nias – w ulu

Sierpień 24th, 2014

Kilka tygodni temu przeprowadziliśmy się na nowe osiedle.
„Gading Nias Apartments” jest mniejsze, ciaśniejsze, dużo bardziej zatłoczone ale i o połowę tańsze niż nasz dotychczasowy dom – MOI. Dużo bardziej odpowiadające temu jak wyobrażaliśmy sobie osiedla mieszkaniowe południowo wschodniej Azji. Bez cienia przesady mogłoby służyć za scenografię do filmu dziejącego się w Hong Kongu.

To, co po wejściu na osiedle uderza najbardziej to wszechobecne tłumy.
Osiedle ma powierzchnię dwóch boisk piłkarskich (jakieś 3 hektary – warszawska Ruda jest 10 razy większa), na której mieszka…
[szybkie obliczenia: 76 mieszkań na piętrze * 3 osoby na mieszkanie * 23 piętra * 3.5 bloku (jeden o połowę mniejszy) = ]
… 18000 ludzi.

Oczywiście – wyliczenie to jest bardzo uproszczone: kilkadziesiąt mieszkań jest z pewnością pustych, a większość rodzin liczy więcej członków niż tylko 3 osoby. Na naszym piętrze regularnie możemy podglądać sąsiadów, którzy mieszkają w 6 osób i zawsze zostawiają otarte drzwi coby zapewnić sobie przyjemny przewiew.
Tak czy siak, nawet te 18000 ludzi to prawie tyle co dwa Żurominy albo połączone marymonckie osiedla Ruda i Potok.
Po swojej pierwszej wizycie w tym miejscu Ada porównała osiedle do Chunking Mansions. Na szczęście – chociaż porównanie jest wyjątkowo trafione, w rzeczywistości życie tutaj jest dużo przyjemniejsze niż w legendarnym hongkońskim molochu.

Gading Nias fascynuje nas infrastrukturą. Cały parter kompleksu to setki sklepów, knajpek, salonów fryzjerskich, pralni i wszelkich innych punktów usługowych. Największą część powierzchni zajmują bezspornie parkingi – tysiące skuterów i samochodów, ale trochę miejsca poświęcono też na rekreację: świetlicę z szachownicami, plac zabaw i, uwaga, boisko do futsalu.

Najnowsza wieża, odgrodzona płotem od pozostałego terenu dysponuje nawet sporym basenem.
Gading Nias żyje 24 godziny na dobę. Wieczorami po całym terenie ganiają dzieciaki, a wszystkie miejsca pod sklepami zajęte są przez starszych panów, którzy wolą spędzić kilka godzin plotkując z sąsiadami niż w zatłoczonych mieszkaniach.

Wszystkie szachownice w świetlicy są zajęte, a setka przypadkowych „kibiców” podziwia mecz na boisku futsalowym.

Minimarkety Circle K i 7-Eleven są z kolei centrami życia technologicznego: każdy chętny może skorzystać tu z darmowego WiFi.
W weekendowe poranki budzi nas zawsze głośna muzyka. Na parterze pod naszą wieżą organizowane są poranki taneczne, dokładnie takie jak obserwowaliśmy w Chinach. Od 7:30 do 9:00 dziesiątki pań wspólnie ćwiczy układy tańcząc do chińskich przebojów. W każdych innych warunkach – bylibyśmy wściekli, że nie możemy się wyspać. Nie w Gading Nias. Tu to po prostu pasuje!