Archiwum z Lipiec, 2014

Bali – w pogoni za marzeniami

Lipiec 21st, 2014

Dziś będzie inaczej. Dłużej, ale i ogólniej. O podróżach i tym co sprawia, że wstajemy od telewizora i lecimy na drugi koniec świata. O marzeniach i pogodni za ideałem.
W trakcie naszych wojaży poznaliśmy dziesiątki podobnych nam turystów, podróżników i backpackerów. Iran, Chiny, Kambodża, Indonezja – niemal wszyscy podróżują szukając tego samego: Prawdziwych, autentycznych doświadczeń. My także. Problem jednak w tym, że z czasem zdajemy sobie sprawę, że poszukiwanie ich jest najczęściej pogonią za własnymi wyobrażeniami o danym miejscu. Wyobrażeniami, które nie raz nijak się mają do rzeczywistości. Nic dziwnego – powstają w oparciu o źródła, które powstają nie by informować, a by sprzedawać wykreowany wcześniej obraz: Foldery reklamowe, piękne zdjęcia, filmy i artykuły w popularnej prasie.

Bywa też tak, że piękna, tworzona przez dziesiątki lat wizja przyćmiewa rzeczywistość i zaczyna żyć własnym życiem. Tak jest z naszym europejskim wyobrażeniem o orientalnych, egzotycznych Chinach, które nijak ma się do faktycznego wyglądu Chin. Tak jest podobno ze Stanami Zjednoczonymi, które według Wojciecha Orlińskiego zwyczajnie nie istnieją. Tak jest też z najbardziej znaną i ulubioną przez turystów wyspą Indonezji – legendarną Bali.

Jeszcze 100 lat temu Bali nikomu nie kojarzyła się z „rajską wyspą”. Holendrzy pisali o Balijczykach jako ludziach perfidnych, nieufnych i leniwych, nieszczególnie zachwycali się też przyrodą wyspy. Symbolem Bali nie były palmy i plaże, a malajski sztylet – kris. Do XIX wieku wyspa znana była też z niewolników: pięknych, popularnych zwłaszcza wśród chińskich klientów kobiet, oraz wojowniczych mężczyzn. Ostoja hinduizmu na muzułmańskim archipelagu zadziwiała, ale i przerażała niezrozumiałymi tradycjami z Satie – „paleniem wdów” na czele. Kolejne bunty budowały zupełnie inny od dzisiejszego obraz wyspy. Bali kojarzyło się z wojną.
Charakterystyki Bali, czy nawet najmniejszej wzmianki o wyspie nie znajdziemy w indonezyjskiej relacji Henryka Sienkiewicza z 1882 roku. W wydanej w 1914 roku książce czytamy, że „ze wszystkich wysp najwspanialsza jest Jawa. Nazywają ją też „królową wysp”.

W podobnym tonie wypowiadał się mieszkający parę lat w Bogor prof. Raciborski w licznych wywiadach publikowanych w 1901 roku.

Pierwsze wzmianki o Bali jako spokojnym miejscu pojawiają się dopiero w XX wieku. Wzmianki, które szybko zmieniają się w lawinę informacji.

W 1921 roku powstaje pierwszy amerykański film o wyspie – „Nieznana Bali”. Kilka lat później w światowej prasie zaczyna roić się od artykułów opisujących Zapomniany, Cudowny Raj. Nie inaczej jest w Polsce. W 1925 roku w polskiej prasie przeczytać możemy artykuły o „Ziemskim raju” i „Uroczym zakątku świata”.

Artykuł z Gazety Bydgoskiej z 15 listopada 1925Artykuł z Gazety Bydgoskiej z 15 listopada 1925

Artykuł z Gazety Bydgoskiej z 15 listopada 1925

Artykuł z majowego wydania magazynu Katolik w 1925 rokuArtykuł z majowego wydania magazynu Katolik w 1925 roku

Artykuł z majowego wydania magazynu Katolik w 1925 roku

 

Niedługo później powstają kolejne amerykańskie filmy „niby dokumentalne”, których fabuła opiera się na prezentowaniu półnagich „dzikich kobiet”. „Bali – Wyspiarski Raj”, „Legong: Taniec Dziewic”, „Goona Goona – autentyczny melodramat z wyspy Bali” i „Rajska Wyspa” będące na dobrą sprawę prymitywnymi erotykami dołożyły swój kamyczek do kształtującego się wizerunku wyspy.

"Zobacz Balinezyjskie Piękności w CAŁEJ ICH KRASIE" 
"Dziewice Bali"
"Pieszczone gwiazdami ciała na wyspie lotosu ZAPOMNIANEGO RAJU!""Zobacz Balinezyjskie Piękności w CAŁEJ ICH KRASIE"
"Dziewice Bali"
"Pieszczone gwiazdami ciała na wyspie lotosu ZAPOMNIANEGO RAJU!"

"Zobacz Balinezyjskie Piękności w CAŁEJ ICH KRASIE"
"Dziewice Bali"
"Pieszczone gwiazdami ciała na wyspie lotosu ZAPOMNIANEGO RAJU!"

Prawdziwe, naprawdę kręcone na Bali. Miejscowe zwyczaje, miejscowa muzyka, miejscowa obsada.Prawdziwe, naprawdę kręcone na Bali. Miejscowe zwyczaje, miejscowa muzyka, miejscowa obsada.

Prawdziwe, naprawdę kręcone na Bali. Miejscowe zwyczaje, miejscowa muzyka, miejscowa obsada.

 

W 1927 roku w Denpasar powstaje pierwszy hotel i na wyspę przypływają pierwsi turyści. Wtedy też na Bali osiedla się niemiecki malarz, późniejszy wielki propagator balijskiej kultury Walter Spies. Fama o pięknej, przyjaznej artystom (i, co nie bez znaczenia, homoseksualistom) wyspie zatacza coraz szersze kręgi. Na Bali ściąga bohema – kolejni artyści, kompozytorzy, malarze i pisarze.
W 1933 roku w książce „Bali – Zaczarowana wyspa” Helena Yates pisze o „zapomnianej średniowiecznej wspólnocie, gdzie brązowoskóre piękności przechadzają się w stroju Ewy, nikt się nie śpieszy i wszyscy żyją w pokoju.” (Szczytem „rajskich porównań jest slogan jednego ze wspomnianych wyżej filmów: „W tym raju jest mnóstwo Ew!”)

Wyspa zaczęła się zmieniać – stawać się taką, jaką chcieli ją widzieć przybysze. Najjaskrawszym tego przykładem jest dzisiejszy symbol Bali – Kecak, czyli „Ramajana – Pieśń Małp”.

„To jest to! To jest to fascynujące Bali, to jest ta Indonezja, którą sobie wyobrażaliśmy” czytamy w relacji z pokazu „Kecak Dance” na jednym z blogów. „Duchowy cel tego tańca – kontakt z bogami w celu zrozumienia ich oczekiwań wobec ludzi – jednoznacznie świadczy o jego randze (…) Po uprzednim oczyszczeniu świętą wodą przez kapłana i zapaleniu ognia, mężczyźni wchodzą w trans. Odbywa się to dzięki głębokim oddechom, śpiewaniu mantr oraz ciągle wymawianemu słowu keczak” pisze serwis ezoter.pl. Po chwili jednak dodaje, że taniec wykonywany jest „w różnych obszarach wyspy od 80 lat”…
Nie od dwustu, nie od pięciuset. Od 80 – czyli od lat trzydziestych XX wieku. To właśnie wtedy wspomniany wcześniej Walter Spies i balijski tancerz Wayan Limbak wykorzystali elementy starożytnego tańca sanghyang do adaptacji fragmentów Ramajany. Kecak powstał z myślą o turystach i z myślą o turystach został rozpropagowany wśród zespołów tanecznych na wyspie. Szybko stał się wizytówką Bali. Wizja stała się rzeczywistością: dziś Kecak jest elementem Indonezji, którą wyobrażają sobie turyści.
Na poniższej kronice filmowej z 1932 roku, oprócz przechadzających się toples balijek można obejrzeć pierwsze nagranie Kecaku (około 4:50):


W roku 1938 dodatek dziecięcy Ilustrowanego Kuriera Codziennego zamieścił kolejny opis Bali:
„Zakątek, którego cywilizacja poszła innymi drogami i doprowadziła do innych zdobyczy, jest to zakątek w którym nie ma chorób, nie ma bezrobocia, nie ma niepogody. (…) Na wyspie Bali wszyscy pracują, lecz nie ma między nimi żadnych kłótni, żadnych problemów. Pieniądze istnieją, lecz nikt nie walczy o bogactwo. Każdy zadowala się zaspokojeniem swoich potrzeb, i uczuć i niewielką sumą pieniędzy. Żebractwo tam nie istnieje. Wszyscy wiedzą, że spokój, miłość i piękno są ważniejsze od pieniędzy. I nic nie zmąci prawdziwej społeczności tych ludzi: jeśli plon sąsiada dojrzał do żniwa, wszyscy sąsiedzi dobrowolnie pomagają mu w pracy. Tak rozumieją społeczność.”
Proces tworzenia legendy Bali trwał dobre kilkadziesiąt lat. Wyidealizowany obraz wyspy wciąż budowały kolejne powieści (m.in. wydana w 1937 roku „Miłość i śmierć na wyspie Bali” Vicki Baum) i filmy („Miesiąc miodowy na Bali” z 1939).

Nowośći ksiażkowe 1938.Nowośći ksiażkowe 1938.

Nowośći ksiażkowe 1938.

 

To zadziwiające, że procesu nie powstrzymały nawet takie wydarzenia jak trauma wojny światowej (Japończycy utworzyli w Denpasarze jeden z okrytych przerażąjącą sławą obozów „kobiet do towarzystwa”) czy krwawe rozrachunki z Komunistyczną Partią Indonezji (w 1966 roku na Bali zamordowano ponad 80000 sympatyków PKI, ponad 5% populacji!). Marketing trwał, Bali wciąż było rajem.

Za kolejnym kamień milowy można uznać głośny musical „Południowy Pacyfik”. Wystawiony na Broadwayu w 1949, a zekranizowany 9 lat później, nie budował dosłownego wizerunku realnej wyspy. Wprost na odwrót – w „Południowym Pacyfiku” prawdziwe Bali się nie pojawia. Pojawia się za to raj nad rajami, niedostępna dla śmiertelników utopia nazywana… Bali Hai. A wraz z rajem – szlagierowa, do dziś popularna piosenka.

Cóż, geograficzne niuanse nigdy nie były mocną stroną Hollywood: Akcja „Południowego Pacyfiku” ma miejsce gdzieś na wyspach Polinezji, a owa wyśniona wyspa miała wyglądać jak wyspy na Hawajach. Najważniejsze jednak, że nazwa Bali Hai utrwaliła proste skojarzenie: Bali = Raj. Przez kilkanaście dobrych lat piosenka w różnych wersjach pojawiała się w anglojęzycznych stacjach radiowych, telewizjach i w kolejnych wersjach musicalu.
Wyrastały na niej całe pokolenia, nawet dziś w USA zna ją niemal każdy, a Bali Hai użycza nazwy m.in. Indonezyjskiemu browarowi i znanemu na całym świecie koktajlowi na bazie rumu.


Szał na Bali i jego idealny obraz utrwalany przez kolejne filmy to jedno. Wciąż jednak na wyspę przybywali nieliczni. W latach sześćdziesiątych Na wyspie było zaledwie kilka hoteli, nie było lotniska, a cały ruch turystyczny obsługiwały dwa porty morskie. To miało dopiero przyjść. Najważniejsze, że w przeddzień boomu Bali znał już i kojarzył cały świat. Nawet małe dzieci.


W 1969 roku na południu wyspy otworzono pierwsze (i jedyne) na Bali lotnisko.
Tego roku na wyspę przybyło niecałe 30.000 turystów.
3 lata później rząd Indonezji zatwierdził plan rozwoju turystyki na wyspie. Plan, realizowany ze środków Funduszu Rozwoju ONZ i Banku Światowego oznaczał masowy rozwój infrastruktury turystycznej. Machina ruszyła, a wraz z nią -kolejne fale turystów.
O skali tego rozwoju najlepiej świadczy historia małej wioski rybackiej, Kuty, która w 1970 rok liczyła 9000 mieszkańców.
W 1972 roku (3 lata od otwarcia lotniska) do Kuty i jej dwóch hotelików przyjechało w sumie 6095 turystów. Dwa lata później – 18000. W 1980 roku było ich już ponad 60000, a zatrzymywali się w ponad 100 hotelach.
Kuta nie jest tu ewenementem. Boom, który zaczął się w wtedy trwa do dzisiaj, a w cyfry aż ciężko uwierzyć.

W tym roku Bali odwiedzi ponad 3.5 miliona zagranicznych turystów. Wśród nich – ponad 7000 osób z Polski (cztery razy tyle, co 10 lat temu). Jak wielka jest to ilość? Wystarczy porównać te cyfry z turystycznymi potęgami. Dziś na samym tylko Bali (wyspie wielkości województwa mazowieckiego) gości rocznie tyle turystów, co w 2004 przybyło do CAŁYCH wielkich jak Europa Indii. Tyle, co w 1998 roku odwiedziło CAŁY Egipt.

Chociaż tuż obok znajduje się piękny Lombok, chociaż nieopodal kusi Celebes, Flores, zupełnie pusty Belitung, maleńkie Gili i dziesiątki innych wysp – to Bali jest wciąż synonimem raju. To Bali budzi emocje i obiecuje egzotyczne, mistyczne doznania rodem z bestselera i kinowego hiciora „Jedz, módl się i kochaj”.
Bali wciąż jest piękne i interesujące. Ale czy piękniejsze i bardziej interesujące od setek innych wysp? Co jest „prawdziwsze”: wyćwiczony do perfekcji Kecak, czy może zaśmiecona rybacka wioska na Belitungu?



Pulau Seribu – Tysiąc Wysp

Lipiec 19th, 2014

Mieszkanie w Dżakarcie ma podobno tylko jeden plus – zawsze można wyskoczyć na weekend na Bali. Tak przynajmniej żartują sobie nasi znajomi ekspaci. Nie powiem, że nie ma w tym ziarna prawdy. Okazuje się jednak, że rajskie plaże i błogi wypoczynek można znaleźć jeszcze bliżej. Jednym z najpopularniejszych celów weekendowych wypadów dżakartczyków jest archipelag Tysiąca Wysp – Thousand Islands po angielsku, a Pulau Seribu po indonezyjsku.

Nazwa może być trochę myląca, bo wysp jest „tylko” około 110 i rozciągają się na długości 45 km na północ od Dżakarty. Część z nich jest zamieszkana, ale zdecydowana większość to malutkie kawałki lądu wystające tylko odrobinę ponad powierzchnię wody. Co ciekawe, wiele wysp należy do rodziny drugiego prezydenta Indonezji, Suharto. 30 lat dyktatury nie poszło na marne: jego rodzina, posiadająca również między innymi spore udziały w państwowych liniach lotniczych oraz monopoliście na indonezyjskim rynku paliwowym, firmie Pertamina, jakiś czas temu zaczęła odsprzedawać niektóre wyspy prywatnym inwestorom. Oni zaś, na odciętym od cywilizacji kawałku rajskiego lądu budują luksusowe kurorty. Na szczęście nadal większość wysp pozostaje niezamieszkana. Część wysp jest do dyspozycji miejscowych i turystów, powstał tu także Park Narodowy.
Palau Seribu Mapa
Miałam szczęście – na Tysiąc Wysp wybrałam się w środę i to podczas muzułmańskiego miesiąca postu, Ramadanu. Mogłam cieszyć się ciszą i spokojem, który ponoć wcale nie jest tak oczywisty podczas weekendów, kiedy Indonezyjczycy i nieliczni zagraniczni turyści odwiedzają rajskie wyspy.

Najłatwiejszym sposobem dostania się na którąś z wysp jest wyczarterowanie prywatnej łódki. Pakiety wraz z wyżywieniem i noclegiem sprzedaje mnóstwo lokalnych agencji turystycznych. Ich ceny są zazwyczaj dość rozsądne (czasem można nawet upolować specjalne oferty, kiedy pełną dwudniową wycieczkę można kupić za niecałe 300.000 IDR czyli ok. 75 zł), chociaż czasem (szczególnie dla Europejczyków) potrafią być też wysokie. Ja, jak zawsze, stwierdziłam, że jeżeli można zorganizować coś trudniej i w bardziej skomplikowany sposób, to jest to wersja dla mnie. Z pomocą Fahmi, kolegi z Couchsurfingu, wyruszyliśmy na wycieczkę na własną rękę. Towarzyszami naszej podróży była Ola, moja przyjaciółka, która wpadła z wizytą do Indonezji oraz Denis i Frank, przeuroczy Tajwańczycy, którzy byli akurat moimi Couchsurfingowymi gośćmi.

od lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frankod lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frank

od lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frank

 

Lokalne promy na wyspę Harapan (po indonezyjsku Nadzieja) odpływają z portu Muara Angke w zachodniej Dżakarcie codziennie o 7 rano. Odniosłam jednak wrażenie, że godzina wypłynięcia jest raczej umową społeczną, niż obowiązującą normą. Nasz kolega-przewodnik kazał nam być w porcie już o 5.30, żeby załapać się na łódkę, a ostateczną godziną odjazdu okazała się raczej 8 niż 7. O 7 rano, po wschodzie słońca, dzień w porcie właściwie się kończył.

Rybacy odpoczywali na swoich kutrach, a sprzedawcy ryb po promocyjnych cenach sprzedawali ostatnie kalmary i ośmiornice. Tu, tak samo jak w każdym innym rybackim porcie, życie toczy się przede wszystkim w nocy, kiedy aktywność fauny podwodnej jest wzmożona.

widok na Dżakartęwidok na Dżakartę

widok na Dżakartę

 
tradycyjne indonezyjskie śniadanie - zupka instant Pop Mietradycyjne indonezyjskie śniadanie - zupka instant Pop Mie

tradycyjne indonezyjskie śniadanie - zupka instant Pop Mie

 
zasłużony odpoczynekzasłużony odpoczynek

zasłużony odpoczynek

 
 
 

Po 3 godzinach całkiem przyjemnego rejsu dotarliśmy do wyspy Harapan, gdzie przesiedliśmy się na małą, drewnianą, rybacką łódź, która obwoziła nas przez kolejne dwa dni po najlepszych snorkelingowych punktach i małych knajpkach usytuowanych na pobliskich wyspach. Noc spędziliśmy w namiotach na bezludnej wyspie – takiej, która była tylko nasza na jedną noc.

Cennik wyprawy zorganizowanej dla 5 osób:
Prom z Dżakarty na Pulau Harapan – 40.000 od osoby w jedną stronę (10 zł)
Opłata za drewnianą łódź, kierowcę, przewodnika, żonę kierowcy (która nie odstępowała nas na krok) i duży baniak wody – 900.000 za dwa dni (225 zł do podziału na wszystkich członków wycieczki)
Wynajem sprzętu kempingowego (2 namioty, maty do spania, kuchenka gazowa i podstawowy sprzęt kuchenny) – 400.000 (100 zł do podziału)
Jedzenie – we własnym zakresie, do kupienia w najbliższym hipermarkecie.
W sumie: 335 zł na 5 osób czyli 67 zł od osoby

Wyspy były piękne. Szczególnego uroku dodaje im drastyczne porównanie z brzydką i brudną Dżakartą, która jest przecież tak blisko. Niestety, oba miejsca mają jedną wspólną cechę – mnóstwo śmieci w wodzie i na lądzie… Matka natura i ja czekamy, aż Indonezyjczycy pójdą po rozum do głowy i zaczną wreszcie produkować tylko tyle śmieci, ile są w stanie przetworzyć.

od lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frankod lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frank

od lewej: Indonezyczyk Fahmi, Tajwańczycy Denis i Frank

po wyjściu z portu obsługa promu zaniepokoiła się zderzeniem z kupą śmieci. szybki nurek, żeby sprawdzić stan techniczny pojazdu - uff, test zaliczony!po wyjściu z portu obsługa promu zaniepokoiła się zderzeniem z kupą śmieci. szybki nurek, żeby sprawdzić stan techniczny pojazdu - uff, test zaliczony!

po wyjściu z portu obsługa promu zaniepokoiła się zderzeniem z kupą śmieci. szybki nurek, żeby sprawdzić stan techniczny pojazdu - uff, test zaliczony!

śmieci na Morzu Jawajskim w odległości 1-2 km od Dżakarty. okropność.śmieci na Morzu Jawajskim w odległości 1-2 km od Dżakarty. okropność.

śmieci na Morzu Jawajskim w odległości 1-2 km od Dżakarty. okropność.

standard promustandard promu

standard promu

 
jedna zpierwszych wysp, które ukazały się naszym oczomjedna zpierwszych wysp, które ukazały się naszym oczom

jedna zpierwszych wysp, które ukazały się naszym oczom

jedna z tysiąca wyspjedna z tysiąca wysp

jedna z tysiąca wysp

 
przewóz osób ;)przewóz osób 😉

przewóz osób 😉

 
roślinność na wyspach była dla mnie wielkim zaskoczeniem. spodziewałam się rajskich palm i egzotycznych plaż, a wyspy były porośnięte... klasyczną dżungląroślinność na wyspach była dla mnie wielkim zaskoczeniem. spodziewałam się rajskich palm i egzotycznych plaż, a wyspy były porośnięte... klasyczną dżunglą

roślinność na wyspach była dla mnie wielkim zaskoczeniem. spodziewałam się rajskich palm i egzotycznych plaż, a wyspy były porośnięte... klasyczną dżunglą

Fahmi, nasz lokalny kolega. chwali się, że jest rodowitym dżakartczykiem, jego rodzina pochodzi z BatawiiFahmi, nasz lokalny kolega. chwali się, że jest rodowitym dżakartczykiem, jego rodzina pochodzi z Batawii

Fahmi, nasz lokalny kolega. chwali się, że jest rodowitym dżakartczykiem, jego rodzina pochodzi z Batawii

to nie Grecja, to nie Chorwacja, to wyspa Harapanto nie Grecja, to nie Chorwacja, to wyspa Harapan

to nie Grecja, to nie Chorwacja, to wyspa Harapan

 
przystań na wyspieprzystań na wyspie

przystań na wyspie

pierwsze kroki na naszej prywatnej, bezludnej wyspiepierwsze kroki na naszej prywatnej, bezludnej wyspie

pierwsze kroki na naszej prywatnej, bezludnej wyspie

Ola na łódceOla na łódce

Ola na łódce

 
nasza własna wyspa!!! tej nocy byliśmy tam tylko my i szczurynasza własna wyspa!!! tej nocy byliśmy tam tylko my i szczury

nasza własna wyspa!!! tej nocy byliśmy tam tylko my i szczury

nasz przewodniknasz przewodnik

nasz przewodnik

Ola i kokosOla i kokos

Ola i kokos

 
zachód słońca, relaks po wielogodzinnym podglądaniu rybekzachód słońca, relaks po wielogodzinnym podglądaniu rybek

zachód słońca, relaks po wielogodzinnym podglądaniu rybek

 
wschód słońcawschód słońca

wschód słońca

napis głosi: uwaga, uwaga, dużo dzieci, szkoła! czy to nie urocze? :)napis głosi: uwaga, uwaga, dużo dzieci, szkoła! czy to nie urocze? 🙂

napis głosi: uwaga, uwaga, dużo dzieci, szkoła! czy to nie urocze? 🙂

 


400 słów: Indonezyjskie imiona

Lipiec 18th, 2014

Imię i nazwisko automatycznie przypisują nas do społeczności. W Polsce, przyzwyczajeni do bronienia swojej tożsamości, zawsze używaliśmy polskich (bądź spolszczonych) imion i przekazywanych z pokolenia na pokolenie nazwisk. Tak samo przybywający do Polski Niemcy, Rosjanie czy żydzi asymilując się z czasem nadawali swoim dzieciom tradycyjne polskie imiona i „wtapiali w otoczenie”.
Chociaż na świecie jest pewnie 1000 osób, które nazywają się jak my to wszyscy oni mają wspólną cechę – są Polakami bądź mają polskie pochodzenie.
Z Indonezyjczykami jest trochę inaczej…

Indonezyjczycy to naród, którego tożsamość nie jest jednolita. Tu nie ma jednego, homogenicznego ludu – jednej tradycji i jednego języka. Różne części kraju zamieszkane są przez setki różnych grup etnicznych, które na przestrzeni wieków ulegały przeróżnym wpływom: to z Indii, to z półwyspu Arabskiego, to z Chin, to z Filipin a nawet Polinezji. Tradycyjne imiona poszczególnych grup zmieniały się dziesiątki razy, u jednych nazwiska występowały, a u innych nie. To dlatego wśród naszych indonezyjskich znajomych są tacy, którzy:
– Mają jedno lub kilka imion i nie mają nazwiska
– Mają jedno lub kilka imion i nazwisko
– Mają imię, „otczestwo”, ale nie mają nazwiska
Żeby było ciekawiej – rodzajów imion jest mnóstwo. Są imiona muzułmańskie (Mohammad, Abdul, Ali, Ahmed), jawajskie (Dian, Budi), łacińskie, chińskie, tajskie, indochińskie… A najczęściej po prostu kilka powyższych. Jakby tego było mało: popularne jest też „numerowanie” dzieci nadając im imiona Eko (pierwsze), Dvi (drugie) itp.
Koniec końców kombinacji jest mnóstwo, przejdźmy więc do przykładów:
Słyszeliśmy opowieść o dziewczęciu noszącym tylko jedno, jawajskie imię: Vinni. Zachodnia firma w której pracowała wymagała, by każdy pracownik miał email utworzony z imienia i nazwiska. Vinni wybrnęła bardzo sprytnie. Urodziła się w kwietniu, więc poprosiła, by ochrzczono ją nazwiskiem Aprilia.
Częściej jednak jedno imię wystarcza, a osoby o kilku imionach używają tylko jednego. Pierwszy prezydent Indonezji nosił muzułmańskie imię Ahmed, ale znany był szerzej pod swoim drugim, jawajskim (i wywodzącym się z sanskrytu) imieniem: Sukarno. Jego córka (nomen omen również była prezydent) nazywa się Megawati, ale używa też klasycznego „otczestwa” – Soekarnoputri (czyli „Córka Sukarno” wg starszej, holenderskiej transkrypcji).
Kolejny prezydent, Suharto, miał tylko jedno, jawajskie imię (od zawsze dziwiło to europejskich dziennikarzy, którym wydawało się, że używa nazwiska).
Jego syn oficjalnie nazywa się Hutomo Mandala Putra, ale używa europejskiej przeróbki swojego imienia – Tommy Suharto. Takie „przeróbki” to ostatnio nic specjalnego – nasz znajomy, Muhammad Dio Novanda przedstawia się wszystkim nieco dziewczęcym imieniem… Vanda. Przykład wciąż idzie z góry: Lada dzień ogłoszone zostaną wyniki ubiegłotygodniowych wyborów prezydenckich. Wszystko wskazuje na to, że wygra Joko Widodo. I on zamiast imion używa pseudonimu – dla większości wyborców Joko Widodo to po prostu „Jokowi”.
Stiker-Poster-Jokowi-JK-A5
Wszystko to doprowadza do dziwnej sytuacji: poznając europejsko brzmiącego „Vincenta”, „Ryana” czy „Boba” nie wiemy czy mamy do czynienia z kimś o korzeniach europejskich, muzułmańskich czy chińskich. Ba – każdy chce nazywać się „fajnie” i „światowo”, więc koniec końców co druga osoba ma imię jak z Hollywood albo z europejskich stadionów. Z jednej strony to fajne – a z drugiej cieszy, że w Polsce wciąż mamy Janków i Mateuszów zamiast Johnów i Mattów.
DSC_1674
Na zdjęciu powyżej, obok tablicy z imieniem Suharto tablica z imieniem Agusa Suhartono. Jak nazwa wskazuje – pan Agus urodził się w sierpniu (ang. August, ind. Agustus).



Pelabuhan Ratu – u Królowej Morza Południowego

Lipiec 14th, 2014

Jawę otaczają dwa zupełnie różne morza. Te na północy, Morze Jawajskie, znane jest ze spokojnych wód. Od zawsze bardziej łączyło niż dzieliło umożliwiając transport między indonezyjskimi wyspami. To tu rozwijały się wszystkie cywilizacje, tędy prowadziły szlaki lokalnych i zamorskich handlarzy. Tu powstały też największe miasta Indonezji: Dżakarta i Surabaja.
Mapa
A południe? Południe jest zupełnie inne. To wybrzeże oblewa groźne Laut Selatan – Morze Południowe.
Tu o wiele trudniej żeglować – fale mają po kilkanaście metrów, a prądy są silne i szybko znoszą daleko od brzegu. Pogoda jest dużo bardziej kapryśna i jakby tego było mało – wzdłuż wybrzeża przebiega granica płyt tektonicznych. Region regularnie nawiedzają teoretycznie niegroźne trzęsienia ziemi wywołujące fatalne w skutkach fale tsunami.
Nigdy nie słyszeliście o Morzu Południowym? Nic dziwnego – morze takie nie istnieje. Podobnie jak legendarne dla starożytnych Rzymian „Morze Atlasa” okazało się być ogromnym Atlantykiem, tak cały świat nazywa dziś „Morze Południowe” Oceanem Indyjskim.

Widok z Tanjung Layar na północny zachód.

Widok z Tanjung Layar na północny zachód.

 

Mieszkający na południu Jawy sundajczycy traktują wielką wodę z ogromnym respektem obdarzając ją niemal religijną czcią. Od setek lat wierzą w Królową Morza – Nyai Roro Kidul, która decyduje o życiu i zdrowiu wszystkich mieszkańców wybrzeża. Do dziś panuje przesąd, że wchodząc do wody nie należy zakładać na siebie zielonego, zarezerwowanego dla królowej koloru. Do dziś również portret królowej znajdziemy w każdym okolicznym hotelu. Ba! W niektórych znajdują się podobno pokoje urządzone i zarezerwowane tylko dla niej.
Sympatyczny nadmorski kurort położony raptem 100 kilometrów od Dżakarty nazwano właśnie na jej cześć: Pelabuhan Ratu to po sundajsku „Zatoka Królowej”.

100 kilometrów? To co w Europie oznacza nieco ponad godzinę podróży – w Indonezji nie jest takie proste. Dojazd komunikacją publiczną (pociągami/autobusami) zająć może nawet 10 godzin. Od czego jest jednak nasz ulubiony Couchsurfing?! Ryan, fan surfingu z Dżakarty, regularnie jeździ nad morze zupełnie pustym samochodem. Tym razem na weekendowy wyjazd zebrał małą ekipę ekspatów, którzy swoje wolne dni chcą spędzić jak najdalej Wielkiego Duriana: nas oraz dwójkę Holendrów. Razem spędziliśmy bardzo sympatyczny, chociaż dość deszczowy weekend.

Pelabuhan Ratu to małe miasteczko, którego przedmieścia ciągną się kilometrami wzdłuż wybrzeża oceanu. Wielkie fale przyciągają amatorów surfingu z kraju i zagranicy, ciężko jednak powiedzieć, że miejsce jest popularne. Okoliczne plaże o ciemnym piasku, chociaż bardzo malownicze są raczej puste: pojedyncze osoby surfują co kilkaset metrów.
Kursy surfingu są tu wyraźnie tańsze niż choćby na Bali. Cały dzień szkolenia to raptem 150.000 rupii, czyli jakieś 35 złotych. Adzie szło na tyle dobrze, że i Łukasz planował przyłączyć się następnego dnia. Misterny plan pokrzyżowała jednak pogoda.

Chociaż pochmurna sobota zmieniła się deszczową niedzielę okazało się, że nie będziemy narzekać na nudę. Nie bez znaczenia była tu kreatywność Ryana, organizatora eskapady, który był doskonale przygotowany na taką ewentualność.

Godzinę jazdy na zachód od Pelabuhan Ratu znajduje się miasteczko Sawarna, a na wybrzeżu obok niej miejscowa atrakcja – skały Tanjung Layar (dosłownie: Przylądek Żagiel). Miejsce te jest areną długotrwałej walki: bariera twardych bazaltowych skał od wieków nie daje się pokonać napierającemu „Południowemu Morzu”.

Ogromne, kształtem przypominające żagle samotne skały widać podobno świetnie od strony morza. Od zawsze fascynowały też miejscowych – i dziś silna jest tu wiara w Królową Morza.

Niedaleko, 2 kilometry od Sawarny znajdziemy kolejny ciekawy punkt: jaskinię Lalay. W cenie biletu (1.25 zł od osoby) uwzględniono opiekę dwóch służących oświetleniem przewodników pomagającym poruszać się po wypełnionym wodą, błotnistym wnętrzu.

W jaskini Lalay.

W jaskini Lalay.

 

W okolicę jaskini i na przylądek nie sposób dostać się samochodem: drogi do nich są wąziutkie i prowadzą przez wiszące mosty. Najlepszą alternatywą dla kilkukilometrowego spaceru jest więc wynajęcie ojeka w Sawarnie. Przyjemność taka (przejazd Sawarna – Tanjung Layar – jaskinia Lalay – Sawarna) kosztuje raptem 50.000 rupii czyli 12 złotych od osoby.

Wracając z Sawarny zahaczyliśmy o jeszcze jedną atrakcję – gorące źródła Cisolok. To miejsce zrobiło na nas największe wrażenie, co może być zaskakujące, bo dotarliśmy tam grubo po zachodzie słońca i na dobrą sprawę… niewiele widzieliśmy.
W pogodne dni Cisolok jest podobno szalenie popularnym uzdrowiskiem. W weekendy przyjeżdżają tu podobno tysiące „kuracjuszy” chcących zaznać leczniczych właściwości wód, które ogrzewa leżący nieopodal wulkan Salak. W pochmurne deszczowe noce jest jednak zupełnie inaczej – nasz samochód był jedynym na ogromnym ciemnym parkingu. Nie znalazł się też nikt kto chciałby pobrać od nas 7 złotych opłaty wstępu. Na szczęście Ryan był w Cisolok nie raz. Po przebraniu się w kostiumy przeszliśmy przez szpalery zamkniętych sklepów i bez problemu trafiliśmy do rzeki i gejzerów.
Oświetlając sobie drogę telefonami szliśmy wzdłuż ciepłego, śmierdzącego siarkowodorem strumienia. Z czasem temperatura wody zaczęła wzrastać, szum wody stawał się coraz głośniejszy, a słabiutki strumień światła z telefonu zaczął być przysłaniany coraz większą ilością pary. Kiedy wyłączyliśmy przemoknięte komórki, a lampa błyskowa w aparacie odmówiła współpracy pozostało iść dalej w totalnej ciemności. Ostrożnie stawiając każdy krok i unikając gorących kałuż szliśmy po omacku do miejsca, gdzie zimna woda rzeki miesza się z wytryskującym spod ziemi ukropem z gejzeru. Dalej iść nie było sensu – ściana wrzątku. Tam, na wymacanych przez siebie kamieniach mogliśmy usiąść i rozkoszować się gorącym prysznicem i absurdem tej sytuacji.

Spotkanie z „niewidzialnym” gejzerem, który w każdej sekundzie pompuje 35 litrów wrzątku na wysokość 5 metrów było dla nas totalną abstrakcją: trochę jak w niebie, ale trochę jak w piekle.

Wyprawa do królestwa Nyai Roro Kidul bardzo, ale to bardzo nam się podobała. Chociaż Wielki Durian strasznie nas pochłonął i był to na dobrą sprawę nasz pierwszy taki weekendowy wyjazd – już nie możemy się doczekać podobnych eskapad.

Resort 77 Sunset Plaza zaraz po przyjeździe w środku nocy.Resort 77 Sunset Plaza zaraz po przyjeździe w środku nocy.

Resort 77 Sunset Plaza zaraz po przyjeździe w środku nocy.

Ryan na Sunset Beach.Ryan na Sunset Beach.

Ryan na Sunset Beach.

 
 
Nasz hotel.Nasz hotel.

Nasz hotel.

 
 
i praktyka.i praktyka.

i praktyka.

 
 
 
Gry i zabawy jawajskich dzieci: Pogrzeb.Gry i zabawy jawajskich dzieci: Pogrzeb.

Gry i zabawy jawajskich dzieci: Pogrzeb.

 
 
 
 
 
Zatoka Pelabuhan Ratu. Nasza plaża daleeeko w głębi.Zatoka Pelabuhan Ratu. Nasza plaża daleeeko w głębi.

Zatoka Pelabuhan Ratu. Nasza plaża daleeeko w głębi.

 
Fale na Tanjung Layar.Fale na Tanjung Layar.

Fale na Tanjung Layar.

Widok z Tanjung Layar na północny zachód.Widok z Tanjung Layar na północny zachód.

Widok z Tanjung Layar na północny zachód.

Tanjung Layar.Tanjung Layar.

Tanjung Layar.

 
Modlitwa przy Tanjung Layar.Modlitwa przy Tanjung Layar.

Modlitwa przy Tanjung Layar.

 
 
W jaskini Lalay.W jaskini Lalay.

W jaskini Lalay.

 
 
 
 
 
Niewidzialny gejzer w Cisolok.Niewidzialny gejzer w Cisolok.

Niewidzialny gejzer w Cisolok.