Archiwum z Czerwiec, 2014

Bali, wątek religijny. Świątynia i niespodzianka od dobrych duszków

Czerwiec 30th, 2014

Wreszcie przestałam się spieszyć i gnać przed siebie. W czwartek rano nic nie stanęło mi na przeszkodzie, żeby odespać w pół zarwaną noc, którą poświęciłam na futbolowe ekscytacje i zjeść pyszne, przedłużające się w nieskończoność śniadanie. Przy tej okazji chciałabym zwrócić Waszą uwagę na azjatyckich fanów piłki nożnej. Mecze, które ustawione są pod Europę i zaczynają się o 18 czasu polskiego, u nas trwają od 23 do 1, a czasem nawet 2 w nocy. Dodam jeszcze, że Łukasz jest na tyle zakręcony, że nie raz ustawiał budzik na 3, żeby włączyć kolejny mecz fazy grupowej (wygodna 22 czasu europejskiego), a raz czy dwa wytrwał nawet do ostatniego meczu, który emitowany był o 5 rano. Co za poświęcenie!

Poranek spędziłam kręcąc się po Ubud. Można się zapierać rękami i nogami, mówić, że to miejsce to okropna komercja i europeizacja egzotycznych kultur, ale zapach świeżo mielonej kawy łagodzi wszelkie obiekcje. Dlatego też, kiedy już zarówno ja, jak i Timo nie mogliśmy znieść słodkiej muzyki i leniwej atmosfery wylewającej się z każdej mijanej kawiarni, skusiliśmy się wreszcie na kawę i ciastko. Muszę przyznać, że dwa desery w moim życiu wspominam najcieplej. Jeden to domowej roboty lody chałwowe polane słodkim mlekiem skondensowanym i posypane okruszkami prawdziwej chałwy, które jadłam ze dwa lata temu w warszawskiej restauracji Bezgraniczna. Istotnym elementem tego wspomnienia było na pewno to, że mój deser zawierał tyle cukru, że poziom insuliny we krwi nie dawał mi zasnąć do rana. Drugi tak fenomenalny deser jadłam właśnie w Ubud, w jednej z tysiąca przytulnych kafejek. Była to wariacja na temat szarlotki – płatki jabłek zapieczone pod posypką z płatków owsianych, musli, cynamonu i rodzynek, podawane – a jakże – z lodami waniliowymi. Podczas pierwszych kilku kęsów nie mogłam wydobyć z siebie żadnego cywilizowanego odgłosu. Fenomenalne, po prostu fenomenalne!!! Skuszeni wybornymi słodkościami zostaliśmy jeszcze na świeżo wyciskane soki (papaja, limonka i miód!) i koniec końców z krótkiej, porannej kawy wyszliśmy o 15. Tego dnia czekał nas jeszcze kawałek drogi do przejechania, jedna świątynia i jedna absolutna niespodzianka.

Po drodze zatrzymaliśmy się w świątyni Pura Tirta Empul (wstęp dla turystów 15 000 IDR, czyli ok. 4 zł, sarong do wypożyczenia na miejscu za drobny datek). To miejsce znane wszystkim Balijczykom – świątynia została wybudowana w miejscu odkrycia źródeł uważanych przez hinduistów za święte. Swoją funkcję pełni już ponad 1000 lat…! Wierni z całej wyspy przybywają tutaj kilka razy do roku, aby w odpowiednio przygotowanych kamiennych basenach dokonać rytualnej ablucji. Co może wydać się dla nas nietypowe, podczas takiej kąpieli należy być w pełni ubranym. Eksponowanie ciała, szczególnie przez kobiety, nie leży w dobrym guście w miejscach świętych. Wierni często zabierając świętą wodę do domu we wcześniej przygotowanych baniakach. Jest ona później używana podczas ceremonii religijnych. W wielu miejscach w Internecie znalazłam informację, że źródła w świątyni są gorące. Otóż nic bardziej mylnego! Woda w basenach jest lodowata i wiele osób wychodzących z kąpieli porządnie się trzęsło. Myślę, że ten błąd wynika z niefortunnych tłumaczeń z angielskiego.

Po odwiedzinach w świątyni ruszyliśmy dalej na północ. Naszym celem była górska wioska Kintamani, gdzie planowaliśmy spędzić kolejną noc. Droga była ciekawa, zagapiliśmy się na przydrożna stragany i… przegapiliśmy właściwy skręt. Nie chcąc zawracać i nadkładać drogi szybko wypatrzyliśmy na mapie alternatywną trasę. Hop, z drogi głównej skręciliśmy w mniejszą, niemal polną i za pierwszym zakrętem naszym oczom ukazał się niezwykły widok. Wszyscy mieszkańcy wioski czekali przed swoimi domami, odświętnie ubrani, a na końcu ulicy jawiła się idąc w naszym kierunku procesja. Zaparkowaliśmy skuter na poboczu i przez kilka minut, pozdrawiani uśmiechami Balijczyków i Balinezyjek, uczestniczyliśmy w ich święcie. Zafascynowały nas tradycyjne sarongi we wszystkich odcieniach tęczy oraz gracja i sprawność, z jaką balijskie kobiety noszą ogromne dzbany z ofiarami dla bogów na swoich głowach. To jedno z takich niespodziewanych przeżyć, które sprawia, że podróżnikom rosną skrzydła. Można było przecież jechać główną drogą, albo zjawić się w wiosce 10 minut później… Ale widać szczęście sprzyja tym, którzy nie boją się nowych przygód 🙂 A może… czuwały nad nami dobre balijskie duszki?

zachód słońca na trasie Pura Tirta Empul - Kintamanizachód słońca na trasie Pura Tirta Empul - Kintamani

zachód słońca na trasie Pura Tirta Empul - Kintamani

 
wycieczka Hindusówwycieczka Hindusów

wycieczka Hindusów

 
 
świątynia położona jest przy źródłach uznawanych przez Balijczyków za święteświątynia położona jest przy źródłach uznawanych przez Balijczyków za święte

świątynia położona jest przy źródłach uznawanych przez Balijczyków za święte

przed Pura Tirta Empul, podobnie jak przed każdą większą atrakcją turystyczną na Bali, znajduje się spory zadaszony taras, gdzie kierowcy czekają na swoich pasażerów. dziś, wyjątkowo, zamiast lokalnej telewizji, pokazywany jest Mundialprzed Pura Tirta Empul, podobnie jak przed każdą większą atrakcją turystyczną na Bali, znajduje się spory zadaszony taras, gdzie kierowcy czekają na swoich pasażerów. dziś, wyjątkowo, zamiast lokalnej telewizji, pokazywany jest Mundial

przed Pura Tirta Empul, podobnie jak przed każdą większą atrakcją turystyczną na Bali, znajduje się spory zadaszony taras, gdzie kierowcy czekają na swoich pasażerów. dziś, wyjątkowo, zamiast lokalnej telewizji, pokazywany jest Mundial

 
 
 
 


Pierwszy oddech na Bali

Czerwiec 28th, 2014

Po maratonie intensywnego zwiedzania nadszedł czas na chwilę odpoczynku. Sebastian miał jeszcze 4 dni do swojej wykupionej jeszcze z Europy tygodniowej wycieczki statkiem po Parku Narodowym Komodo, a Timo i ja zdecydowaliśmy połączyć siły i zwiedzić Bali razem. Najpierw jednak udaliśmy się wszyscy do paszczy smoka – owianego złą sławą kurortu Kuta na południowym Bali.

Już podróż zapowiadała wszystko, co najgorsze. Po raz pierwszy podczas tej wycieczki – ba, podczas całego mojego pobytu w Indonezji! – ktoś próbował mnie oszukać. Konduktor w lokalnym autobusie skasował nas za bilety ponad podwójnie. Szybko zorientowaliśmy się, że coś nie gra, ale tylko mój upór i wściekłość sprawiły, że niesłusznie zapłacone pieniądze odzyskaliśmy. Nie obeszło się bez groźnych min, straszenia interwencją policji i wielu telefonów do naszego nowego znajomego z Bayuwangi. Po 3 godzinach gniecenia się w koszmarnym autobusie musieliśmy przejść regularną walkę z taksówkarzami na stacji, a potem krzykiem wywalczyć swoją resztę po zrealizowanym kursie. Była 2 w nocy, byliśmy głodni, zmęczeni i pewni, że nic gorszego nie może nam się już przygotować. Niestety, powiedzieliśmy to trochę za wcześnie – chwilę później dwóch młodych cwaniaczków próbowało ukraść mój portfel i paszport.

Humory nam nie dopisywały, więc kolejny dzień spędziliśmy jedząc 3 śniadania, 2 lunche i obiad i popijając piwo na zmianę nad hotelowym basenem i na plaży w Kucie, znanej z doskonałych warunków do surfingu i przerażającej ilości śmieci w wodzie.

We wtorek rano pożegnaliśmy się z Sebastianem. My też byliśmy już gotowi do drogi – wypożyczyliśmy skuter na 6 dni (koszt 250 000 IDR, czyli ok. 62 zł) i planowaliśmy pojeździć trochę po wyspie, a przynajmniej jej wschodniej i centralnej części. Do kosztów transportu musieliśmy jeszcze doliczyć benzynę (ok. 4 zł za 2 litry, czyli jedno tankowanie) i mandat wysokości 250 000. W Indonezji można prowadzić dowolny środek transportu jedynie posiadając lokalne lub międzynarodowe prawo jazdy. Ani moje, polskie, ani holenderskie papiery Timo nie kwalifikowały się jako prawo jazdy międzynarodowe. W okolicach Denpasaru bardzo często spotkać można blokady policyjne wyłapujące białych turystów prowadzących bez odpowiedniego pozwolenia. Oczywiście robiliśmy co w naszej mocy, żeby ich uniknąć, ale… Na szczęście po uiszczeniu opłaty dostaje się odpowiednią adnotację na odwrocie dokumentu potwierdzającego wypożyczenie pojazdu. Przy kolejnym zatrzymaniu należy po prostu pokazać tę notatkę. Ciekawe – Indonezja jest pierwszym krajem, w jakim byłam, gdzie zapłacenie łapówki daje gwarancję niepłacenia jej już nigdy więcej.

malownicza ścieżka przez pola ryżowe. na Google Maps oznaczona jako dwukierunkowa droga dla samochodówmalownicza ścieżka przez pola ryżowe. na Google Maps oznaczona jako dwukierunkowa droga dla samochodów

malownicza ścieżka przez pola ryżowe. na Google Maps oznaczona jako dwukierunkowa droga dla samochodów

 

W niewiele ponad godzinę dojechaliśmy do Ubud, czyli ośrodku kultury, tradycji i jogi na Bali. Zaliczyliśmy obowiązkowe punkty programu, czyli Las Małp, Muzeum Sztuki Neka oraz mecz Holandia-Australia. Dla mnie to nie były pierwsze odwiedziny w tym miejscu. Tym razem moim zachwytom nie było końca – jaki talent do biznesu trzeba mieć, żeby ze zwykłej, zapyziałej wioski zrobić kurort, do którego ciągną sfrustrowane 40-latki z całego świata? Sklepom z akcesoriami do jogi nie ma końca. Warto wspomnieć, że joga na Bali jest podobnie tradycyjna jak sushi w Polsce. Przywieźli i rozpowszechnili ją podróżnicy w drugiej połowie XX wieku. Ale wzmianka o sushi nie jest przypadkowa! Ten smakołyk można znaleźć tu równie często jak oryginalną włoską pizzę, tiramisu czy kawę latte. Ubud na pewno jest świetnym miejscem na wakacje, jeżeli chce się jechać do egzotycznego kraju i nie rezygnować ze wszystkich udogodnień, jakie gwarantuje nam europejska cywilizacja.

Na szczęście kilka spędzonych tam dni wspominam miło – to pewnie dzięki ładnemu pokoikowi, za który płaciliśmy 130 000 IDR ze śniadaniem dla dwóch osób (33zł), wycieczce do malowniczej wioski Jatiluwih położonej wśród tarasów ryżowych (wstęp 20 000IDR, ok. 5 zł za osobę) i wygranej Holandii nad Australią 3:2.

szybka poprawa fryzuryszybka poprawa fryzury

szybka poprawa fryzury

 
 
 
 

jeden z wielu bezimiennych hoteli na Jalan Poppies 2jeden z wielu bezimiennych hoteli na Jalan Poppies 2

jeden z wielu bezimiennych hoteli na Jalan Poppies 2

boczna droga na trasie z Kuty do Ubudboczna droga na trasie z Kuty do Ubud

boczna droga na trasie z Kuty do Ubud

tradycyjny brazylijska... TFU! balijska architektura (flaga z okazji Mundialu)tradycyjny brazylijska... TFU! balijska architektura (flaga z okazji Mundialu)

tradycyjny brazylijska... TFU! balijska architektura (flaga z okazji Mundialu)

 
malownicza ścieżka przez pola ryżowe. na Google Maps oznaczona jako dwukierunkowa droga dla samochodówmalownicza ścieżka przez pola ryżowe. na Google Maps oznaczona jako dwukierunkowa droga dla samochodów

malownicza ścieżka przez pola ryżowe. na Google Maps oznaczona jako dwukierunkowa droga dla samochodów

rolnik przy pracyrolnik przy pracy

rolnik przy pracy

 
Las Małp w UbudLas Małp w Ubud

Las Małp w Ubud

 
 
 
stacja paliw, sklep motoryzacyjny i warsztat. miejsce jakich w Indonezji wielestacja paliw, sklep motoryzacyjny i warsztat. miejsce jakich w Indonezji wiele

stacja paliw, sklep motoryzacyjny i warsztat. miejsce jakich w Indonezji wiele

japońscy turyści i ich wizja zwiedzania Balijapońscy turyści i ich wizja zwiedzania Bali

japońscy turyści i ich wizja zwiedzania Bali

tarasy ryżowe w Jatiluwihtarasy ryżowe w Jatiluwih

tarasy ryżowe w Jatiluwih

 
szybka poprawa fryzuryszybka poprawa fryzury

szybka poprawa fryzury

nowa koszulka, moja jedyna pamiątka z Balinowa koszulka, moja jedyna pamiątka z Bali

nowa koszulka, moja jedyna pamiątka z Bali

 
 
 
mrówki-giganty na palmiemrówki-giganty na palmie

mrówki-giganty na palmie

czy to prawdziwy fryzjer, czy tylko pospolity golibroda?czy to prawdziwy fryzjer, czy tylko pospolity golibroda?

czy to prawdziwy fryzjer, czy tylko pospolity golibroda?

 
ogród w stylu balijskim przy naszym hotelu w Ubudogród w stylu balijskim przy naszym hotelu w Ubud

ogród w stylu balijskim przy naszym hotelu w Ubud

 
zmora Bali - hordy psów. w dzień pracują nad dobrym PR-emzmora Bali - hordy psów. w dzień pracują nad dobrym PR-em

zmora Bali - hordy psów. w dzień pracują nad dobrym PR-em

jak zawsze zatłoczona indonezyjska ulicajak zawsze zatłoczona indonezyjska ulica

jak zawsze zatłoczona indonezyjska ulica

 


Najcięża praca świata. Kopalnie siarki Kawah Ijen

Czerwiec 26th, 2014

Emocje po Bromo nie zdążyły jeszcze opaść, a my już musieliśmy ruszyć w dalszą drogę. Całej naszej trójce trochę się spieszyło i stracenie całego dnia na odpoczynek nie wchodziło w grę. W końcu jesteśmy na wakacjach, kto by myślał o odpoczywaniu?!

Kolejnym punktem naszego wspólnego programu była kopalnia siarki w kraterze wulkanu Kawah Ijen na wschodniej Jawie. Nadal trochę nie wierzę, że udało nam się tam dotrzeć – byliśmy po prawie w ogóle nieprzespanej nocy na Bromo, zostaliśmy wsadzeni do złego autobusu, nie mieliśmy zaklepanego żadnego noclegu na miejscu, a cała podróż przedłużyła się do 10 godzin. Siedząc jeszcze w hostelu w Malang, popijając zimne piwko i rozkoszując się tak przyziemną przyjemnością jak prysznic (choćby zimny), powiedzieliśmy sobie jasno: dzisiejsza podróż będzie koszmarna. Wszyscy robiliśmy co się dało, żeby jej uniknąć, ale jak już przytelepiemy się tymi autobusami na miejsce, jutro rano będziemy bardzo szczęśliwi, że mamy to już za sobą. I tak właśnie było.

Celem naszej podróży była miejscowość Banyuwangi na wschodnim wybrzeżu Jawy. Skontaktowałam się z CouchSurferką, u której planowałam się zatrzymać. Przyprowadzenie dwóch kolejnych gości „na krzywy ryj” nie wchodziło oczywiście w grę, ale moja znajoma poleciła nas Guest House Cevilla, który okazał się strzałem w dziesiątkę. Za 100 000 IDR (25 zł) za dwie osoby dostaliśmy bardzo zadbany i czysty pokój z dzieloną, ale naprawdę przytulną łazienką zaopatrzoną w ciepły prysznic, a do tego śniadanie (nasi pecel – ryż serwowany z sałatką warzywną polaną sosem z orzechów ziemnych, pychotka!) i odbiór z dworca o absurdalnej 4 rano. Właścicielem przybytku okazał się Pepe, sprytny 24-latek, który płynną angielszczyzną podzielił się z nami swoją historią. Jego do przesady zamartwiająca się mama przekonała go do porzucenia niebezpiecznej pasji, czyli moto crossu. Za pieniądze odzyskane ze sprzedaży całego sprzętu kupił jeepa, którego nazwał PEPE TOURS i rozkręca mini-agencją turystyczną. Jego zaradność wzbudziła mój pełen podziw.

Za kolejne 150 000 IDR od osoby (37 zł) zaoferował nam pakiet wycieczkowy do Kawah Ijen. Cena zawierała przejazd komfortowym jeepem, wszystkie bilety wstępu, a gratis obiecał nam podwiezienie potem do przystani, z której odpływają promy na Bali i swoją pomoc merytoryczną, która kilka godzin później okazała się nieoceniona. Początkowy plan zakładał samodzielną wyprawę do kopalni oddalonej o niewiele ponad 20 km od miasta skuterami, ale tym razem wygoda wzięła górę nad rządzą przygód.

Jak się okazało – bardzo słusznie. Droga była kręta, źle oznakowana i przebiegająca przez siejące zgrozę zamglone lasy. Czując nadal zakwasy w różnych częściach ciała po moto crossach byliśmy naprawdę szczęśliwi, że raz ktoś nas gdzieś dowiezie, poczeka i odstawi z powrotem do pokoju.

Trekking z parkingu na szczyt krateru trwa 1-1,5 godziny. Z jednej strony nie należy do trudnych, bo prowadzi wydeptaną, szeroką ścieżką, ale z drugiej kąt wspinaczki jest bardzo nietypowy. Nie jest to ani spacer, ani regularny szlak górski. Zmęczyłam się jak mysz! Zanim nawet dotarliśmy na samą górę, opary siarki zrobiły się na tyle gęste i drażniące, że musieliśmy włożyć maski przeciwgazowe, w które zaopatrzył nas Pepe.

Już widok z góry robił wrażenie. Na dnie krateru znajduje się lazurowe jeziorko otoczone nieregularnymi skałami. Czasem unosi się nad nim malownicza para. Jednak dopiero odrobina wiedzy o budowie geologicznej tego miejsca pozwala w pełni je zrozumieć i przeistoczyć swój zachwyt w przerażenie. Otóż ciecz, którą widzimy nie jest czystą, przezroczystą wodą, tylko czystym kwasem siarkowym w stężeniu ponad 90%. Jej pH wynosi 0.5, czyli tyle ile akumulatora samochodowego. Jezioro uznawane jest za największy zbiornik kwasu siarkowego na świecie. Jego głębokość dochodzi do 200 metrów, a całkowita objętość płynnego kwasu to 36 milionów metrów sześciennych. Szperając w Internecie w poszukiwaniu wszystkich tych ciekawostek znalazłam też foto relację szalonego podróżnika, który w 2008 wybrał się tam na… przejażdżkę pontonem. Tu można obejrzeć zdjęcia z tego wyczynu

Podobnie jak większość odwiedzających to miejsce turystów minęliśmy wielki znak ODWIEDZAJĄCYM WSTĘP SUROWO WZBRONIONY NA DNO KRATERU. Po drodze przyłączył się do nas jeden z górników, który postanowił zostać tego dnia naszym przewodnikiem. Po zakończonej wycieczce poprosił nas o 30 000 IDR wynagrodzenia, czyli 10 000 od osoby (10 000 to 2,5 zł, za całą nasza trójkę 8 zł), ale daliśmy mu 50 000. Na nasze pytania odpowiadał zazwyczaj „tak” albo „nie”, nawet jeżeli pytaliśmy „ile”, „dlaczego” i „skąd” 😉 Przydała nam się jednak jego pomoc w odnalezieniu najwygodniejszej ścieżki w dół krateru, ponieważ kamienie i odłamki skał poukładane są tam tak chaotycznie, że samemu można zabrnąć przypadkiem w niewygodne miejsce. W Internecie można znaleźć wzmianki o nieszczęsnym francuskim turyście, który w 1997 roku nieopatrznie zachwiał się nad samą krawędzią jeziora i… nie było najmniejszych szans go uratować.

Nazwanie tego miejsca piekłem na ziemi na przynajmniej kilka wytłumaczeń. Po pierwsze, temperatura wewnątrz wulkanu osiąga nawet 600 stopni Celsjusza. Kawah Ijen jest jednym z kilkudziesięciu indonezyjskich czynnych wulkanów i sporadycznie zdarzają się tu mniejsze lub większe erupcje potencjalnie niebezpieczne dla znajdujących się w pobliżu ludzi. Kopalnię siarki założono tu w 1968. Nie jest ona zbyt zaawansowana technologicznie – ceramiczne rury wmontowano kilka metrów w głąb ziemi, aby usprawniały wydobywanie się gorących i trujących oparów, które transportują cenną substancję. Siarka zbiera się u wylotów rur, stamtąd górnicy ją zbierają, chłodzą, aby zmieniła barwę z krwistoczerwonej na blado żółtą i konsystencję z płynnej na stałą.

Warunki pracy górników również zasługują na miano piekielnych. Nikt nie martwi się ich bezpieczeństwem i komfortem. Niektórzy mają ochronne kalosze, ale większość chodzi w plastikowych japonkach. Ciężko pracują fizycznie, więc nie przejmują się ubiorem – noszą stare, brudne i często dziurawe spodnie dresowe i byle jakie koszulki. Najbardziej przerażający jest chyba jednak fakt, że większość z nich nie ma żadnego zabezpieczenia przed trującymi oparami. Nam trudno było oddychać tam przez godzinę i to w porządnej masce gazowej. Oni spędzają tam wiele godzin każdego dnia. Niektórzy wkładają do ust kawałek zmoczonego ręcznika, które ma ich chronić przed palącym dymem. Ale nie tylko drogi oddechowe wymagają w tym miejscu ochrony. Cała nasza trójka bardzo narzekała na pieczenie w oczach, a kiedy wiatr owiewał nas oparami siarki często musieliśmy się zatrzymać i zamknąć oczy na kilka chwil.

Górnicy wykonują dziennie zazwyczaj dwa pełne kursy (po siarkę i z powrotem do wioski, w sumie 3 km spaceru plus kilkadziesiąt metrów wspinaczki na szczyt krateru). Kosze, które noszą na swoich barkach ważą 75-100 kg. Za 1 kg siarki dostarczony do wioski dostają wynagrodzenie wysokości 700 IDR, czyli 15 groszy. Mnożąc to przez ilość kursów i kilogramów oraz odejmując 20-30% „prowizji”, która muszą zapłacić kopalni za wydanie „licencji” można obliczyć, że zarabiają dziennie ok. 20-30 zł. Oczywiście to bulwersując niska płaca, należy jednak pamiętać, że Indonezja jest bardzo tanim i biednym krajem i nawet tak marny zarobek może być kuszący dla mężczyzny w pełni sił, który ma rodzinę na utrzymaniu.

Pomimo wyniszczających zdrowie komplikacji praca w kopalni cieszy się dużą renomą w okolicy. Można ją dostać tylko przez koneksje. Średni wiek życia górników to 40 lat. Pytaniem, które zadawałam sobie przez cały spędzony tam czas było: dlaczego nikt nie wprowadzi tu trochę technologii i nie ułatwi tym ludziom życia? Odpowiedzi są co najmniej dwie. Jedna natury prawnej, druga finansowej. Kawah Ijen lezy na terenie parku narodowego, więc zamontowanie tam specjalistycznej aparatury byłoby na pewno związane e skomplikowanymi procedurami. No i operacja ta byłaby na pewno dużo droższa, niż opłacenie codziennie kilkudziesięciu górników, którzy w pocie czoła pracują na utrzymanie swoich żon i dzieci oraz zapewnienie im godnego życia po ich przedwczesnej śmierci.

Górnicy z Kawah Ijen przedstawiani są często jako wykonawcy jednego z najcięższych zawodów świata. Discovery Chanel nakręciło o nich już kilka reportaży. W relacjach innych podróżników można zawsze przeczytać, że pokojowo nastawieni górnicy chętnie pozują do zdjęć w zamian za odrobinę luksusu, czyli kilka papierosów. Jednak moim najsmutniejszym wspomnieniem z tego dnia będzie fakt, że kilku górników pytało nas, czy nie mamy przypadkiem czegoś słodkiego na pokrzepienie sił. A my całą torbę wafelków i cukierków zostawiliśmy w samochodzie, dwie godziny spaceru wcześniej. Jeżeli wybierzecie się kiedyś do kopalni siarki na Jawie, pamiętajcie żeby wziąć torebkę cukierków. Albo nawet dwie.

świeżo wydobyta i schłodzona siarkaświeżo wydobyta i schłodzona siarka

świeżo wydobyta i schłodzona siarka

 

belok kanan - po indonezyjsku: skręć w prawobelok kanan - po indonezyjsku: skręć w prawo

belok kanan - po indonezyjsku: skręć w prawo

pierwsza siarka na drodzepierwsza siarka na drodze

pierwsza siarka na drodze

jeden z napotkanych górników. już na dole, więc z uśmiechem na twarzyjeden z napotkanych górników. już na dole, więc z uśmiechem na twarzy

jeden z napotkanych górników. już na dole, więc z uśmiechem na twarzy

 
coraz wyżej, opary siarki stają się coraz bardziej uciążliwecoraz wyżej, opary siarki stają się coraz bardziej uciążliwe

coraz wyżej, opary siarki stają się coraz bardziej uciążliwe

 
krajobraz iście apokaliptycznykrajobraz iście apokaliptyczny

krajobraz iście apokaliptyczny

nasz "przewodnik". chwalił się, jaką profesjonalną ma maskęnasz "przewodnik". chwalił się, jaką profesjonalną ma maskę

nasz "przewodnik". chwalił się, jaką profesjonalną ma maskę

w pewnym momencie oddychanie stało się bardzo uciążliwew pewnym momencie oddychanie stało się bardzo uciążliwe

w pewnym momencie oddychanie stało się bardzo uciążliwe

 
na szczęście nasz kierowca zaopatrzył nas w porządne maski gazowena szczęście nasz kierowca zaopatrzył nas w porządne maski gazowe

na szczęście nasz kierowca zaopatrzył nas w porządne maski gazowe

 
schodzimy na dół krateru, czyli tam, gdzie turystom absolutnie nie wolno wchodzićschodzimy na dół krateru, czyli tam, gdzie turystom absolutnie nie wolno wchodzić

schodzimy na dół krateru, czyli tam, gdzie turystom absolutnie nie wolno wchodzić

 
egzemplarz pokazowyegzemplarz pokazowy

egzemplarz pokazowy

 
100 kilo na jednym barku? żaden problem100 kilo na jednym barku? żaden problem

100 kilo na jednym barku? żaden problem

a jednak Sebastian, sportowiec i zapalony rugbysta ledwo dał radęa jednak Sebastian, sportowiec i zapalony rugbysta ledwo dał radę

a jednak Sebastian, sportowiec i zapalony rugbysta ledwo dał radę

 
 
na dole, w obozie i miejscu pracy górnikówna dole, w obozie i miejscu pracy górników

na dole, w obozie i miejscu pracy górników

 
świeżo wydobyta i schłodzona siarkaświeżo wydobyta i schłodzona siarka

świeżo wydobyta i schłodzona siarka

 
pomimo posiadania bardzo profesjonalnej maski, nasz przewodnik średnio z niej korzystałpomimo posiadania bardzo profesjonalnej maski, nasz przewodnik średnio z niej korzystał

pomimo posiadania bardzo profesjonalnej maski, nasz przewodnik średnio z niej korzystał

 
 
miejsce odpoczynku górnikówmiejsce odpoczynku górników

miejsce odpoczynku górników

spalone korzenie drzew na szczycie krateruspalone korzenie drzew na szczycie krateru

spalone korzenie drzew na szczycie krateru

 
doszczętnie brudne nogi - no nie, znowu?!doszczętnie brudne nogi - no nie, znowu?!

doszczętnie brudne nogi - no nie, znowu?!

 


Niezapomniana wycieczka na Bromo

Czerwiec 24th, 2014

Przez pierwszy tydzień mojej podróży byłam bardzo skrupulatna. Prawie każdego dnia siadałam do komputera, zgrywałam zdjęcia, po ostrej selekcji wybierałam kilka, którymi warto się podzielić i dopisywała do nich krótki komentarz z najważniejszymi informacjami. Wycieczka na legendarny wulkan Bromo – była jednak momentem, w którym zaabsorbowałam się moją podróżą tak bardzo, że już ani razu nie otworzyłam komputera. Teraz, z powrotem w Dżakarcie, zasiadłam na mojej wygodnej kanapie z kubkiem herbaty i pysznymi ciasteczkami z promocji przed Ramadanem i jestem gotowa, żeby zdać Wam relację ze wschodniej Jawy i Bali.

Całą historię należy zacząć gromkimi brawami dla Ibasa, naszego, a właściwie mojego kolegi z Malam. Poznałam go oczywiście przez Couchsurfing i to on był pomysłodawcą i nadzorcą wyprawy na Bromo. A wybraliśmy się tam, proszę państwa, na moto crossach! Pomysł ten padł, kiedy ja, Timo i Sebastian siedzieliśmy jeszcze w pociągu z Yogyakarty do Surabai. Wszystkim nam zaświeciły się oczy po przeczytaniu wiadomości od Ibasa. Wulkaniczny park narodowy na motorach off-roadowych?! Wow!!!

Muszę przyznać, że było chyba nawet fajniej, niż się spodziewaliśmy. Droga z Malang do parku narodowego prowadzi najpierw przez wioski, obok targu warzyw, przez spokojną okolicę. Po niecałej godzinie jazdy zaczyna wspinać się powoli do góry. Automatycznie otoczenie przekształca się w malownicze tarasy, na których lokalni rolnicy uprawiają przeróżne warzywa. Już zaczyna być pięknie! Pierwszy przystanek to urokliwa dolinka z wodospadami (wejście ok. 6000 IDR, czyli 1,5 zł). Ibas nalegał, żebyśmy zaliczyli ten 20-minutowy trekking. Oczywiście posłuchaliśmy jego rady, ale dopiero kiedy naszym oczom ukazała się niespotykana naturalna fontanna wysokości kilkudziesięciu metrów zrozumieliśmy, dlaczego tak bardzo chciał nam pokazać ten cud natury. Wróciliśmy z uśmiechami na twarzach, kompletnie mokrzy. Naprawdę nie spodziewałabym się, że jeden wodospad może być sprawdzą takiej mżawki na terenie całej doliny! Po raz kolejny – wow!

 
 
mokra, zmęczona, ale jak zawsze bardzo zadowolonamokra, zmęczona, ale jak zawsze bardzo zadowolona

mokra, zmęczona, ale jak zawsze bardzo zadowolona

 

Kolejny odcinek drogi wiodącej do parku narodowego to bardzo wysoko usytuowana serpentyna przecinająca coraz rzadsze i mniej zaludnione wioski górskie. Temperatura spada, więc przemoczeni po bryzie znad wodospadu szczękaliśmy zębami. Widoki były coraz bardziej niebywałe. Wreszcie dotarliśmy do punktu kontrolnego, gdzie trzeba kupić bilety. Znajdowaliśmy się na szczycie kaldery – dawnego krateru powstałego po eksplozji 820.000 lat temu.

Nie mieliśmy szczęścia – kilka miesięcy temu podrożały z 70 000 IDR do 217 000 w dni robocze i aż 317 000 w weekendy! Żeby było ciekawiej, jeszcze kilka lat temu za to wejście turyści płacili tylko kilka tysięcy… Podwyżki ponoć spowodowane są lawinowo rosnącą ilością turystów zadeptującą park narodowy. Wiem też, że na ogromny teren parku stosunkowo łatwo dostać się nie płacąc za bilet. Co tu dużo mówić – właśnie to planowałam zrobić…

Opcja ta pozostaje otwarta dla wszystkich turystów przybywających do Bromo tradycyjną drogą – przez Probolinggo i wioskę Cemoro Lawang (szczegóły tego planu opisałam w poprzedniej notce). My, na naszych moto crossach musieliśmy zapłacić, ale powiem szczerze – absolutnie tego nie żałuję, było warto!

Po pierwszych zachwytach ruszyliśmy dalej – stromą drogą w koszmarnym stanie w dół krateru. Ibas, który tę trasę zna już na pamięć, bawił się wyśmienicie. Balansując w głębokim piasku specjalnie dodatkowo przechylał motor, a na co bardziej prostych fragmentach puszczał kierownicę i pokazywał mi szczegóły krajobrazu. Ja za to byłam bardzo skupiona, żeby nie spaść albo nie zgubić części bagażu. Aby nie wzbudzać dodatkowej paniki powiem tylko, że nie było łatwo. Ale najtrudniejsze zadanie z nas wszystkich miał jednak Timo. Pomimo 5 tygodni praktyki w Wietnamie (przejechał cały kraj z północy na południe na swoim własnym motorze w zeszłym miesiącu), trasa off-roadowa była dla niego nie lada wyzwaniem.

Kiedy dojechaliśmy wszyscy w nienaruszonym stanie (uff!) na dół, rozpoczęła się prawdziwa zabawa. Pierwsza część trasy do Cemoro Lawang, gdzie planowaliśmy spędzić noc, prowadziła przez obszar nazywany sawanną.

Porośnięta przez dzikie trawy ogromna łąka, kilka namiotów, gdzie lokalni turyści podziwiali wschód i zachód słońca, przeplatające się piaszczyste drogi i absolutna pustka – nikt oprócz nas. To chyba definicja wolności… Każdy z nas, nawet pasażerowie, czuł, jak byśmy fruwali. Objeżdżając Bromo od południa dojechaliśmy do drugiej części naszej trasy – morza piasku. Tu jazda była chyba jeszcze mniej bezpieczna, ale na pewno nadal równie ekscytująca. Słońce już zachodziło, więc po kilku przerwach na fenomenalne zdjęcia pojechaliśmy wprost do wioski. Nocleg w bardzo spartańskich warunkach kosztował 150 000 IDR za dwuosobowy pokój (niecałe 40 zł).

Dopiero nadchodziła noc, a byliśmy już bardzo wymarznięci. Ratowaliśmy się gorąca herbatą (teh manis w wersji z cukrem albo teh tawar bez) i… wypożyczonymi kurtkami po 20 000 IDR (5 zł) za sztukę. Kurtki pewnie uratowały nam życie, a przynajmniej płuca następnego dnia rano, kiedy podziwialiśmy wschód słońca.

Droga na najwyższy dostępny punkt widokowy zajęła nam ponad godzinę i zdecydowanie nie należała do najprzyjemniejszych. Było absolutnie ciemno, koszmarnie zimno, a kolumny jeepów mknące przez morze piasku wzbijały tumany kurzu, który atakowały nasze oczy i skórę. Usta na szczęście mieliśmy zasłonięte ochronnymi maseczkami. Droga wiodąca na punk widokowy była na szczęście w dobrym stanie, ale na pewno nie dawała poczucia bezpieczeństwa. Była bardzo stroma, kręta i koszmarnie zatłoczona… Ale udało się! Dojechaliśmy! Była 3.15 w nocy. Większość turystów wyczołgiwała się z jeepów i między jednym ziewnięciem a drugim popijała kawę albo zagryzała smażone banany. My, żeby ukoić skołatane nerwy poratowaliśmy się… piwkiem i papierosem.

Oczekiwanie na wschód słońca również nie było przyjemne. Było przenikliwie zimno i bardzo, bardzo tłoczno. Wschód słońca (jak zawsze) był tylko wschodem słońca i po raz kolejny utwierdziłam się w decyzji, że to zawsze mocno naciągana atrakcja turystyczna. Kiedy zachwyceni turyści wreszcie zobaczyli ognistą kulę, z poczuciem spełnienia wrócili do swoich jeepów, a ja wreszcie mogłam zdjąć kurtkę, albo przynajmniej przestać szczękać zębami i oddać się nieopisanej przyjemności fotografowania parku narodowego Bromo w cudownym, porannym świetle.

widokówka z parku narodowego Bromo Tengger Semeru. po lewej wioska Cemoro Lawangwidokówka z parku narodowego Bromo Tengger Semeru. po lewej wioska Cemoro Lawang

widokówka z parku narodowego Bromo Tengger Semeru. po lewej wioska Cemoro Lawang

 

Podczas moich podróży widziałam już wiele niespotykanych i nieoczywistych miejsc. W wielu miejscach mój zachwyt był tak wielki, że – jak to się przysłowiowo mówi – czułam, jak bym zostawiała tam cząstkę mojego serca. Tym razem jednak było inaczej. Do podziwu nad pięknem natury doszły silne emocje związane z ryzykowną i… fantastyczną jazdą na motorze. Ta kosmiczna mieszanka sprawiła chyba, że tej przygody nie zapomnę nigdy. Ależ to było wspaniałe…!

PS Po zliczeniu wszystkich kosztów cała wycieczka (2 dni) wyniosła nas ok. 600-700 000 IDR na osobę (ok. 150 zł). W tej cenie było uwzględnione wynajęcie motorów, paliwo, jedzenie i picie, nocleg, bilet do parku i składka na pokrycie kosztów wycieczki dla Ibasa, który przecież poświęcił cały weekend, żeby bezinteresownie zostać dla nas najlepszym przewodnikiem pod słońcem. Jeszcze raz dzięki, kolego!

pierwsze spotkanie ze skurczybykiempierwsze spotkanie ze skurczybykiem

pierwsze spotkanie ze skurczybykiem

prawie gotowiprawie gotowi

prawie gotowi

 
Bromo 41 kmBromo 41 km

Bromo 41 km

witamy w parku narodowymwitamy w parku narodowym

witamy w parku narodowym

 
ostatni postój na górze dużego krateruostatni postój na górze dużego krateru

ostatni postój na górze dużego krateru

 
uwaga!uwaga!

droga w dół kraterudroga w dół krateru

droga w dół krateru

widok na dno keateru, na tzw. sawannewidok na dno keateru, na tzw. sawanne

widok na dno keateru, na tzw. sawanne

 
nieustraszony Ibasnieustraszony Ibas

nieustraszony Ibas

 
 
moment grozy, kiedy Ibas niespodziewanie puszcza kierownicęmoment grozy, kiedy Ibas niespodziewanie puszcza kierownicę

moment grozy, kiedy Ibas niespodziewanie puszcza kierownicę

 
nasz ulubiony mały pierdziel, czyli Bromo wypuszczajacy dym co 20 minutnasz ulubiony mały pierdziel, czyli Bromo wypuszczajacy dym co 20 minut

nasz ulubiony mały pierdziel, czyli Bromo wypuszczajacy dym co 20 minut

wszystkie rany dokładnie zakryte przed kurzem i pyłemwszystkie rany dokładnie zakryte przed kurzem i pyłem

wszystkie rany dokładnie zakryte przed kurzem i pyłem

 
po zmroku dotarlismy do Cemoro Lawang. widok na wulkanypo zmroku dotarlismy do Cemoro Lawang. widok na wulkany

po zmroku dotarlismy do Cemoro Lawang. widok na wulkany

wioskawioska

3 rano, po godzinie jazdy utknęlismy w korku przy punkcie widokowym3 rano, po godzinie jazdy utknęlismy w korku przy punkcie widokowym

3 rano, po godzinie jazdy utknęlismy w korku przy punkcie widokowym

 
zaspani turyści pija kawe, zdenerwowani turyści pija piwozaspani turyści pija kawe, zdenerwowani turyści pija piwo

zaspani turyści pija kawe, zdenerwowani turyści pija piwo

 
ach, ten cudowny wschód słońcaach, ten cudowny wschód słońca

ach, ten cudowny wschód słońca

 
 
widokówka z parku narodowego Bromo Tengger Semeru. po lewej wioska Cemoro Lawangwidokówka z parku narodowego Bromo Tengger Semeru. po lewej wioska Cemoro Lawang

widokówka z parku narodowego Bromo Tengger Semeru. po lewej wioska Cemoro Lawang

podejście na krater wulkanu Bromopodejście na krater wulkanu Bromo

podejście na krater wulkanu Bromo

 
piasek w powietrzu jest niemiłosiernypiasek w powietrzu jest niemiłosierny

piasek w powietrzu jest niemiłosierny

ostatnie 200 schodów na szczytostatnie 200 schodów na szczyt

ostatnie 200 schodów na szczyt

wnętrze krateruwnętrze krateru

wnętrze krateru

 
tak się zbiega w podskokachtak się zbiega w podskokach

tak się zbiega w podskokach

 

Poniżej jeszcze jedna, dodatkowa galeria: krótka sesja motocyklowa kolegi Timo.